Romeo i Julia. Spektakl gościnny wystawiany w tzw. Teatrze Szekspirowskim (recenzja).

0
388

Romeo i Julia. Spektakl gościnny wystawiany w tzw. Teatrze Szekspirowskim. (recenzja)

Właściwie nie powinienem tego tekstu określać mianem recenzji, gdyż takowa odnośnie do tego co obejrzałem on-line na wp.pl wczoraj wieczorem mogłaby się ograniczyć właściwie do dwóch, może trzech zdań.  Być może zresztą wcale nie warto o tym pisać, myślałem. Mimo tego, jednak postanowiłem tej dwudziestoparominutowej etiudzie, projektowi parateatralnemu, performatywnej instalacji… szukałem właściwego słowa, gdyż z trudem w tym wypadku przychodziło mi na język  słowo spektaklowi… postanowiłem temu wydarzeniu poświęcić nieco uwagi. Nie bijmy zresztą piany o drobiazgi. Niech będzie, że obejrzałem spektakl pt. „Romeo i Julia” zrealizowany w Teatrze Szekspirowskim. Ten,  tak zwany spektakl był na tyle nudny i w swym z ogromnym nadęciem wyrażonym przesłaniu wręcz trywialny, że w trakcie jego oglądania myśl moja ogarnęła kilka innych zagadnień.  Pomyślałem, że warto o nich napisać. Może ktoś podejmie dyskusję? Może zagadnienia te są ważniejsze niż trywialne przesłanie wydarzenia, któremu nadano tytuł „Romea i Julii”.
Po pierwsze, miejsce spektaklu. Tak zwany Teatr Szekspirowski. Piszę znów tak zwany, gdyż i tu trafiam na problem. Czy teatrem jest tylko budynek, który w jakiejś mierze jest dostosowany do wystawiania przedstawień? Tylko w jakiejś mierze, posiada bowiem scenę, zaplecze (garderoby itp.) i nawet widownię, ale już odnośnie do tej ostatniej pojawiają się wątpliwości. Nie co do jej istoty, ale pojemności.   Administracja teatru podaje, że widownia może liczyć nawet 600 osób, a w układzie stojąco-siedzącym 1150 osób. To jednak nie w pełni odpowiada prawdzie. Kiedyś poszukując sali widowiskowej w celu organizacji koncertu trafiłem i do Teatru Szekspirowskiego. Otrzymałem informację, że jeśli orkiestra będzie występować na scenie, to dostępnych miejsc siedzących może być tylko ok… no właśnie – 250. Miejsca balkonowe w tym wypadku nie zapewniają pełnej widoczności. Projektant budynku nie miał widocznie żadnego pojęcia o funkcjonalności oraz o ekonomice współczesnego teatru. Przy tak małej frekwencji wystawianie przedstawień, dużego koncertu, na tej scenie musi okazać się nieekonomiczne. Nie ma możliwości sfinansowania wysokoobsadowego spektaklu przy tak nielicznej widowni. Nad widownią, kosztem ogromnych nakładów, zainstalowano otwierany dach. Jakiż dureń pozwolił na taką inwestycję. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od bardzo ruchliwej arterii komunikacyjnej, dróg i linii tramwajowej. Przecież ten hałas musi być słyszany wewnątrz. Czy ktoś policzył, jak często dotąd otwierano ten dach? Czy ktoś zastanowił się nad tym, czy rzeczywiście otwieranie dachu musi mieć związek z przeżywaniem tego co dzieje się na scenie? Zostawmy jednak z boku to brzydkie gmaszysko. Sam budynek można nazwać teatralnym, można też nazwać go Teatrem lecz bez innych ważnych elementów on takowym nie jest. By coś nazwać teatrem, muszą być spełnione inne warunki.
Teatr to rodzaj sztuki, w której aktor lub grupa aktorów na żywo przedstawia sztukę dla zgromadzonej publiczności. Nie budynek lecz właśnie aktor lub aktorzy i widownia stanowią o istocie teatru. W późnośredniowiecznej Hiszpanii aktorom wystarczała ustawiona w czasie jarmarku ławka, później bywało, że wystarczała jakakolwiek sala, mogła to być np. jak w renesansowym Gdańsku – sala do fechtunku.
W Teatrze Szekspirowskim zespołu teatralnego jednak nie ma. Wymyślono nowy termin: teatr impresaryjny. Miejsce, w którym wystawiać będą zespoły teatralne przyjezdne.  Zresztą miejsce przeznaczone nie tylko w celu wystawiania przedstawień. Ma ono bowiem służyć również jako sala na wynajem tym, którzy chcą organizować  kongresy, konferencje, uroczyste bankiety, eventy firmowe i wiele innych wydarzeń.
Cóż, ratuj się kto może i jak może. Skoro cała inwestycja okazała się aż tak wielkim niewypałem ekonomiczno-artystycznym, to choć w ten sposób można minimalizować ponoszone na jej utrzymanie, z wpływów publicznych, kwoty. Oczywiście, jak to zazwyczaj w naszym kraju i miastach bywa, nikt za te nierozsądne decyzje nie ponosi odpowiedzialności. Mało tego, ci, którzy podejmowali tak błędne i tak wiele nas kosztujące decyzje wciąż mają się dobrze, dalej uchodzą za ekspertów w sferze kultury.
Powoli przechodzimy to tzw. spektaklu, do artystów, którzy w nim wystąpili „gościnnie”.
Pojawia się tu kolejny problem, tzw. artystów. Dziś w Polsce przyjęło się uważać za nich wszystkich, zarówno twórców, jak i odtwórców. Ten podział podkreślał już w międzywojennej Polsce Witold Gombrowicz, odmawiając miana artysty aktorom i aktorkom, w jego odczuciu wykonawcom. Nie do końca się z Gombrowiczem zgadzam. Praca aktora obok umiejętności wymaga talentu. Szanujmy każdą pracę i w związku z tym uważam za stosowne to, że pewna aktorka, urażona taką postawą Gombrowicza, wylała mu na głowę wodę, a może jakiś inny płyn. Przyznam się jednak, że śmieszy mnie napuszenie, pawienie się (od pawia) wielu ludzi, którzy uprawiają tzw. „sztukę”. To profesja taka jak każda. Trzeba po prostu wykonywać ja dobrze. Po prostu wciąż się uczyć, doskonalić rzemiosło, poszukiwać…
Artystami, którzy przygotowali, wystąpili w nim i zrealizowali  ten spektakl w przestrzeniach Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego (przy okazji warto zwrócić uwagę na marnotrawstwo tych przestrzeni) są: Maciej Konopiński (reżyser), Sandra Szwarc (tak zwany dramaturg, czyli osoba, która przygotowała tekst, oparty na dramacie Szekspira), Piotr Wyrzykowski (scenograf) i aktorzy Anna Przybysz (Julia), Igor Teodorowicz (Romeo),  Joanna Tomasik ( pani Capuletti), Jacek Gierczak (pan Montecci) oraz Nikola Piechota, Paula Brzóska, Szymon Reszka, Julia Olejarczyk, Bartłomiej Kardyś, Julia Dmochowska, Karol Sobczyński, Wiktoria Zaleska, Mikołaj Pancarz i Stefan Andruszko (chór/ mieszkańcy Werony, rodzaj narratora).
Dzieło Szekspira jest tragedią. Czy mianem takim można określić utwór zbudowany na bazie tylko kilkunastu wybranych z niej dialogów, fragmentów monologów? Nie, taki zabieg musi nieuchronnie prowadzić do skrajnego uproszczenia, do trywializacji. Podejrzewam, że tak też został odebrany, gdyż autor jednaj z recenzji tego spektaklu nadał jej tytuł: „Pałowanie, dym i demonstracje. Takiego Szekspira jeszcze nie widzieliście”. Pojawia się też pytanie, czy osobę wykorzystującą te fragmenty w celu wyrażenia swego przesłania można określić mianem dramaturga? To jednak zbyt szeroki temat. Wrócę do niego w innym miejscu. Tu zostawiam naszych czytelników tylko z tym pytaniem.
Czytając pierwsze recenzje, zauważam, że spektakl ten odbierany jest przez pryzmat aktualnych, polskich wydarzeń. Zdaniem autorów przedstawienia, jak zresztą zauważam i części polskich publicystów, w naszym kraju toczy się walka dwóch obozów. Może tak jest w publicystyce, może w polityce. Tam wzbudza namiętności. Teatr, dramaturgia, to jednak nie publicystyka, nie polityka. To wielka sztuka mówiąca o naszych dramatach, wyborach moralnych, o uczuciach. W naszym życiu polityka zapewne odgrywa dość ważną rolę, nie podziały polityczne jednak decydują o naszych życiowych wyborach. Nie one są powodem, wbrew temu co próbują się nam sugerować niektórzy publicyści, naszych dramatów. Wyborów moralnych, nie politycznych. Owszem bywa, że teatr służy publicystyce, bieżącej grze politycznej, ale wówczas z góry skazany jest na doraźność, na tylko chwilowe zaistnienie. Nie z powodu możliwości wykorzystania jego dzieł w bieżącej publicystyce dramaty Szekspira są ponadczasowe.
Drugie przesłanie, które chcą nam przekazać autorzy tego spektaklu, to kwestia „walki pokoleń”. Znów odwołam się do jednego z recenzentów. To „dziadersi” są winni wojny, w której giną młodzi – mówią autorzy.
Znów tania publicystyka. Konflikt pokoleń jest stary jak świat. Słowa zaś o „ginięciu młodych”, w wyniku próby narzucania im świata swych wartości przez tzw. dziadersów, w odniesieniu do dzisiejszej Polskiej rzeczywistości, brzmią co najmniej groteskowo.
Autorzy spektaklu, w tym wypadku przy pomocy scenografii, próbują również wskazać, że tzw. dziadersi stworzyli i tworzą świat totalitarny. Tu jednak scenograf nie poradził sobie z tym problemem, bo poradzić sobie z nim przy takich założeniach nie można. Symbolika dwóch światów wartości (oczywiście nieokreślonych, wiemy tylko, że są różne, ale jakie, tego autorzy spektaklu już nie mówią) jest taka sama. Te same symbole i flagi mają rody Capulettich i Monteccich, w takich też występują ich młodzi przedstawiciele. Uzbrojeni zaś w pałki zbrojni obu stron wyglądają groteskowo, tym bardziej taką jest walka uzbrojonych w nie pojedynkujących się rycerzy. Rozumiem, że autorzy chcieli odwołać się do ostatnich manifestacji, ale w tym wypadku wypadło to po prostu śmiesznie.
Odnośnie do gry aktorskiej trudno się wypowiadać, gdyż reżyser podjął decyzję, by większość kwestii było wypowiadanych nie bezpośrednio lecz przez nagranego wcześniej lektora (jest nim sam aktor recytujący tekst), aktor zazwyczaj milczy wówczas przybierając odpowiednie do wypowiadanej kwestii miny. Aktorzy nie dostali możliwości zaprezentowania swego kunsztu. W kilku prezentowanych ujęciach wypadli raczej blado, by nie powiedzieć, że kiepsko, miny oceniać trudno.
                                                                                     Piotr Kotlarz
Zdjęcie za: Wikipedia org. Autor: Artur Andrzej – Praca własna.