Teraz, albo nigdy / Łukasz Smurzyński

0
457

Teraz, albo nigdy. Zerwałem się do biegu, widzę go przed sobą, wyciągnąłem rękę by wytrącić mu piłkę. Za wolno, szlag. Jimmy D. błyskawicznym ruchem wybił piłkę do przodu do Arachowycza, a ten rzuci teraz do kosza! Nie, Joel wybija. Aut.

Joel, wysoki chłopak o prawie białych włosach i strasznie oceniającym wzroku podbiega do mnie.

– Kurwa, Mikoh. Nie możesz pozwolać mu tak łatwo przechodzić. Finały to nie miejsce na takie zagrania. – Po tym szybko poleciał by kryć Jimmiego D. Ten niski okularnik jest szybszy niż myślałem.

Z kontemplacji wyrwało mnie uderzenie w plecy. To Adam, nasz mierzący 2 metry zbiórkowy… ma dziwne poczucie humoru, zresztą zaraz sami zobaczycie:

– Nie przejmuj się nowy. Joel ma zawsze kołek w dupie. Dobrze, że nie jest wampirem! – i z ogromnym uśmiechem pobiegł do krycia. Ja zresztą też muszę.

Eliminacje do Turnieju Licealnego Basket For Live Stanu Nowy York nas nie zawodzą. W pierwszym meczu czwartej i ostatniej rundy Liceum St. Paula przegrywa z trzecią okręgówką z Road Island. Na tablicy 64 do 75.  Słynący z świetnego ataku St. Paul ma duże problemy by przebić się przez defensywę pomarańczowych koszulek.

Nie czas na myślenie, zajmuje moją pozycję przed Arachowyczem. Ten rusek jest niebezpieczny, jeżeli dostanie piłkę za linią trzech punktów zawsze zdobywa kosza.

Szybkie wybicie z autu, Arachowycz próbuje wyskoczyć, przemykam pod nim i wybijam piłkę, przejmuje Joel, zaczyna kozłować i mija ich zbiórkowego, leci tuż przy linii, jest naciskany, podaje. Tak! Louis przejmuje, wyskok i piłka w koszu. Spoglądam na tabelę 66-75. Dalej możemy odrobić. Przybijam piątkę Louisowi, chłopak uśmiecha się swoim białym jak śnieg uśmiechem.

– Ładne wybicie, brachu. – rzucił ścierając pot z czoła.

– Dzięki.

Przygotowujemy się na kontrę.

Rewelacyjne podanie Joela Mckenseya i jeszcze lepsze wykończenie ze strony Louisa Dawtona. Ten chłopak ma w nogach chyba silniki odrzutowe, na każdym centymetrze boiska jest go pełno. Ale teraz to Road Island przechodzi do ataku. Jimmy Di Caldona podaje do Igora Arachowycza, ten oddaje piłkę do Maldony. Szybki atak, wrzutka w strefę. Kto wyskoczy wyżej? Przejmuje Arachowycz, nie! Adam Watson, co za potwór. Wylatuje niczym rakieta i przerzuca piłkę przez całe boisko. Dawton! 68-75. Brawo St. Paul! 

Syrena informuje o końcu 3 kwarty. Drużyny mają teraz 5 minut na rozmowy taktyczne.

Podchodzimy do trenera. Nasz wychowawca i świetny pan od WFu Brandon James, były rezerwowym skrzydłowy Boston Celtics. Podobno mógł być gwiazdą, ale kontuzja kolana zniszczyła mu karierę. Kocha o tym przypominać na każdym kroku.

– Dobra robota dzieciaki. Louis, Adam świetnie zachowanie po stracie. Joel, dobre przejęcia, ale tracisz za dużo piłek w okolicy środka, przy ostatnim rajdzie prawie zawaliłeś przez to kontrę, a mogłeś wcześniej podać. Liam, masz się lepiej ustawiać. Mikoh, nie trać więcej koncentracji jak przy rajdzie ich szesnastki. Po za tym idzie nam dobrze, brakuje tylko trochę szczęścia. Jeżeli się skupicie to z łatwością odrobicie straty. Wiecie co to oznacza, jesteście blisko półfinałów, to dla was wielka okazja, sam byłem przy takiej w dziewięćdziesiątym siódmym, kiedy wybiegłem na boisko w końcówce trzeciej kwarty w meczu z Knicksami – Widzicie?  Mówiłem, że zawsze musi o tym wspomnieć. Potem gada o tym jeszcze więcej, ale daruje wam czytanie tego wyżalania się. – Zatem widzicie. Musicie uwierzyć w swoje marzenia, tak jak ja zrobiłem za przykładem mojego ojca. Do boju St. Paul. – Drużyna chórem zakrzyknęła.

Kiedy wychodziliśmy z powrotem na boisko zahacza nas raz jeszcze Louis, który jest naszym kapitanem i przy okazji jedynym trzecioklasistą w składzie:

– Słuchajcie. Chłopaki na ławce na nas liczą, każdy na trybunach ma nadzieję, że w końcu wejdziemy do turnieju. Musimy się jeszcze trochę postarać. – wystawił rękę – Naprzód! – Naprzód! – krzyknęliśmy razem. Louis spojrzał jeszcze na trybuny, w piątym rzędzie siedziała Sarah, dziewczyna w różowym sweterku i rudych włosach upiętych w kok. Uśmiechnęła się jej pięknymi zębami i aparatem. Wszyscy wiedzieli, że między Louisem i Sarą coś jest… no wszyscy poza Louisem i Sarą.

Wyszliśmy na boisko. Louis skierował się bliżej skrzydła, a Adam na środek do wyskoku, Liam zajął drugie skrzydło, a za sobą widziałem ustawionego obrońcę Joela. Zająłem swoją pozycję.

Nazywam się Micoh Brians, rozgrywający Liceum St. Paul oraz jedyny pierwszoklasista w składzie. Dzisiaj gramy najważniejszy mecz naszego życia. Mecz o wejście do stanowego turnieju. Trzymajcie za nas kciuki.

Adam Wyskakuje, nie dał szans rywalowi. Przejętą piłkę podaje dołem. Prawie w ręce obrońcy rywali, ale w tej chwili Louis pojawia się przed nim i zaczyna swoją szarże na kosz. Staje przed nim dwóch obrońców. Podaje piłkę do Liama, ten wyskakuje i okularnik wybija mu piłkę. Kontra! Jimmy D. biegnie z piłką prosto na mnie. Tym razem go mam. Ustawiam się między nim, a koszem, przesunę się w lewo i zablokuje mu podanie do ruska. Centymetry, już go mam. Podał w drugą stronę! Ale tam nikogo… Skrzydłowy przeciwnika pojawił się znikąd i przejął piłkę. W tle krzyki Joela. Rudzielec przejął. Joel go blokuje. Nie rzuci zza linii. Rzucił…

Przepiękny kosz Waltera Hendrixa. Gwiazda trzeciego liceum z Road Island podwyższa prowadzenie przepięknym rzutem za 3 punkty. Na tabeli 68 do 78. 

Wysoki rudzielec przechodzi obok mnie z drwiącym uśmiechem.

Hendrix przebiega obok mnie – Niezłe przejęcie. – Odbiega razem z kolegami do obrony. Dupek pomyślałem.

– Ała! -Ktoś uderzył mnie piłką w tył głowy. Spoglądam w kierunku kosza na wściekłego Joela.

– Do roboty, a nie obczajasz tyłek Hendrixa!

Ma rację. Biorę piłkę do rąk. Czas na zabawę.

Biegnę naprzód. Staje przede mną Jimmy D. Patrzę w prawo. Adama kryje Hendrix, patrzę w lewo, Liam nie może przejść przez Arachowycza, ale… Louis.

Robię zwód w lewo i podaję pod nogami okularnika. Louis wyrywa się z boku i przejmuje odbijającą się piłkę. Mijam Jimmiego z prawej i biegnę po drugiej stronie. Hendrix w sekundę dopada do Louisa, ale ten już oddaje mi piłkę. Biegnę pod kosz. Rzucam!

Piłka wiruje w powietrzu, powoli leci w kierunku obręczy. Odbija się od niej i odlatuje.

– Nie na mojej warcie! – Adam wyskakuje nad ich obrońcą, łapie piłkę zanim ta spadnie i wykonuje piękny wsad! Tak! – Ha. Widzicie jestem ostry jak krewetkowa, silny jak G. Ramsey. HA! – matko… skąd on to bierze.

Mijają kolejne minuty. St. Paul robi wszystko co w jego siłach, ale obie drużyny idą łeb w łeb. 92-96. Mimo ciągłego napierania i dobrej gry, czarno-czerwoni nie są w stanie nadrobić straty i złapać kontaktu z rywalem. Nie pomaga na pewno postawa najmłodszego na boisku Mikoha Briansa. Pierwszoklasista mimo kilku świetnych podań, przegrywa większość pojedynków.

Muszę się zrehabilitować. Odrobić wynik. Jestem na lewym skrzydle. Okularnik i rusek biegną odebrać mi piłkę, ale ja mam ich dzisiaj dość. Próbuje ich wyminąć, ale Jimmy D zachodzi mi drogę. Muszę podać, Louis na drugim skrzydle. Szybkie podanie.

Co za Strata! Hendrix wziął się dosłownie znikąd i przejmuje piłkę! Kolejne złe zagranie Briansa. Hendrix biegnie niczym błyskawica. Gubi Louisa. Mija linię trzeciego metra. Świetny zwód i przeskakuje Mckenseya. Rzuca. Przepiękny kosz. 92-98! 53 sekundy do końca. Przerwa ze strony St. Paul.

Trener na mnie spogląda. – Brians, schodzisz. Anderson, na boisko. Szybko podbiegam do trenera.

  • Nie może mnie Pan teraz zdjąć!
  • Brians na ławkę, teraz.
  • Musimy przejść do ataku, a mam lepsze podanie niż Anderson i i jestem szybszy!
  • Zaliczasz stratę za stratą. Nie ma gadania
  • Proszę. Wiem co mam teraz zrobić.
  • Nie ma mowy Mikoh! Schodzisz i tyle, W Celtics nauczyli mnie, że dobry…
  • Panie Trenerze! Proszę mi zaufać. Muszę pokazać, że zasłużyłem na to miejsce.

Trener nagle spoważniał i spojrzał mi prosto w oczy. Zobaczyłem tą iskierkę w jego oku, kiedy spojrzał na mnie.

  • Jesteś pewien, że odmienisz ten wynik?
  • Tak.
  • Nie każ mi tego żałować. Wygraj ten mecz.

Specyficzna decyzja ze strony St. Paul. Mikoh Brians zostaje na boisku. Do końca niecała minuta. Czy gospodarze odmienią wynik spotkania?

Czas na rewanż. Joel, widzę na jego twarzy rzadką determinację. Oprócz sarkazmu i ciągłego zrzędzenia to on zawsze pierwszy nawołuje do poddania się, a teraz widzę w nim zaciekłość tak dużą, że chyba byłby gotów zabić by wygrać ten mecz. Podchodzę do niego.

– Joel, mam plan. Ja rozpocznę, podam Ci na skrzydło, a potem Ty do Louisa.

– Niech będzie. Nie spierdol tego.

Biorę piłkę do ręki. Dalekim podaniem pomarańczowa piłka znajduje Joela. Chłopak leci do linii i podaje do znowu urywającego się Louisa. Louis drybluje przed połową boiska i dobiega do linii. Tam już stoi uśmiechnięty Hendrix. Nasz kapitan spogląda na niego i podaje piłkę, która odbija się od ziemi. Tuż za Hendrixem pojawia się Liam, który wsadem wyskakuje do góry.

– AAAA! Nie przegram tego. – Liam dolatuje do kosza i zdobywa punkty. 94-98.

Szybko wracamy do obrony. Zamieniam się pozycją z Joelem. Ja biorę tył, on teraz przejmie środek. Zaczyna okularnik, który podaje do Hendrixa. Jest szybszy niż Louis, przebiega już pół boiska.

– Bum! Wpada na niego Adam. Rosły chłopak przejmuje piłkę i podaje na linię do Joela. Białowłosy przejmuje ją, spogląda w moim kierunku.

– Tak się to robi – Powoli odbija się od parkietu, utrzymuje lekko skrzywioną sylwetkę, wyciąga ramiona i wyrzuca piłkę. Ta leci przez niebo. Trybuny na chwilę zamilkły. Mamy to. Rzut za 3!

Spoglądam na tablicę wyników. Do końca 17 sekund. Wszystko, albo nic. Zaczyna okularnik, szybkim podaniem przerzuca całą naszą drużynę. Piłka ląduje na naszej połowie. Przejmuje ją Hendrix. Zostałem tylko ja i on.

Widzę, jak odbija piłkę od ziemi. Jeżeli mnie minie na pewno przegramy. Nie mogę mu na to pozwolić. Biegnę na niego. Spotykamy się 4 metry od kosza. Lekko porusza się w lewo. To zmyłka. Markuje podobny ruch i wystawiam rękę z prawej. Piłka odbije się i leci w kierunku linii autowej. 12 sekund. Przejmuje ją Louis. Biegnę ile sił w nogach. Louis podaje za linię środkową do Adama. 8 sekund. Blokuje go dwóch kolesi. Jestem z lewej. Podaje mi. 5 sekund. Biegnę. Przede mną okularnik. 3 sekundy. Nie minę go muszę Stąd rzucać. Do kosza 5 metrów. Wyskakuje w powietrze i puszczam ją. 1 Sekunda. Słyszę alarm, jeżeli wpadnie jesteśmy w finałach.

Piłka powoli obraca się w powietrzu. Czas jakby zamarł, trybuny zamilkły. Sarah wstrzymała oddech, Brat Joela upuścił Nachosy, sos wylewa się na schody. Sprzątaczka zaczyna krzyczeć. Trener w końcu zapomina o dziewięćdziesiątym siódmym. Zaczyna myśleć o nas!

Pomarańczowa bogini zbliża się do obręczy. Odbija się z lewej strony leci na prawą. Trafią w drugą stronę obręczy i wylatuje z kółka. Piłka leci na dół!

O Nie! Koszmarny pech Mikoha Briansa i St. Paul… Przegrywają w świetnym stylu z…

Wyciszam się na wszystko. Na komentatora, kibiców, krzyczącego w radości Hendrixa. Opadam na parkiet. Liam już leży przy wiwatującym Jimmym. Adam biegnie chcąc złapać piłkę, nie myśli, że już po czasie. Joel klnie na boku kopiąc bidon. Spoglądam na Louisa. Na jego policzku pojawiła się łza. To chyba jego ostatni mecz w naszych barwach. Ostatnia szansa by dostać się na turniej w liceum. Szansa stracona przeze mnie.

                                              Łukasz Smurzyński

 

Autor: Łukasz Smurzyński, absolwent I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku – klasa o profilu humanistyczno-filmowym, a obecnie student ostatniego roku studiów licencjackich na Uniwersytecie Gdańskim, kierunek “Wiedza o filmie i kulturze audiowizualnej”. Wkrótce będzie się bronić za pomocą etiudy zatytułowanej „Untitled Teen Drama Horror Movie”, której jest autorem scenariusza i reżyserem. Swój dalszy rozwój wiąże z łódzką Filmówką, gdzie chce studiować reżyserię. Pasjonat RPG i larpów.

Obraz wyróżniający: Obraz PublicDomainPictures z Pixabay