Powrót do niebios / Agata Szydłowska

0
250
Pewnej nocy zasnąłem i ku mojemu rozczarowaniu obudziłem się nazajutrz. Niebo było jaśniejsze, temperatura wyższa, a chmury gęstsze. Jednak oprócz tego świat nie zmienił się ani trochę. Nigdy nie lubiłem zasypiać, bo wiedziałem, że kiedyś będę musiał się obudzić. Tak samo nie lubiłem żyć, wiedząc, że kiedyś będę musiał umrzeć. Jak co dzień powtórzyłem męczącą rutynę, spychając ciemne myśli w najbardziej odległą część umysłu. Nie zdążyłem dokończyć rozbudzającej kawy, gdy doleciało mnie wołanie zza okna. Nie musiałem za nie wyglądać, by wiedzieć, do kogo należy ten irytujący głos. On również był częścią mojej sobotniej rutyny.
Przed moją kamienicą stał trzynastoletni dzieciak – Oliwier. Nie lubiłem go. Był wścibski, naiwny i zbyt głośno się śmiał. Niestety on mnie lubił i to bardzo. W normalnych warunkach nie za wiele by mnie interesował, ale był synem pana Lockera, od którego wynajmowałem mieszkanie, więc starałem się być miły na tyle, na ile było mnie stać danego dnia. Poza tym samego pana Lockera darzyłem szacunkiem i sympatią.
Pomimo jesiennych mrozów Oliwier był ubrany tak jak co dzień. Podczas gdy ja wciskałem ręce w kieszenie ciepłego płaszcza, on spacerował spokojnie w cienkiej bluzie. Stałymi elementami jego ubioru były trampki, które potrafił nosić nawet zimą, oraz komicznie duży aparat fotograficzny, zwisający na szyi. Jego też miał zawsze przy sobie. Był całkiem wysoki jak na trzynastolatka, miał gęste rude włosy i piegi na całej twarzy.
Gdy opuściłem kamienicę i podszedłem do chłopca, ten był zajęty fotografowaniem nowego graffiti na murze. W pełnym skupieniu marszczył brwi i nos, z początku nie zauważając mojego przybycia.
– Lubię tą okolicę – powiedział z uśmiechem.
Zrobił ostatnie zdjęcie i pozwolił aparatowi ponownie spocząć na jego klatce piersiowej.
– A ja nie.
– Skoro tak, dlaczego pan się tu przeprowadził?
– Bo tak było najtaniej – odpowiedziałem krótko.
Spacerując spokojnym tempem, przeszliśmy przez plac Cromwella i zatrzymaliśmy się na jednej z parkowych ławek, niedaleko stawu. W tym czasie Oliwier zdążył poruszyć wiele tematów: od porównania lokalnych sklepów po skutki globalnego ocieplenia. Czasem zadziwiało mnie to, o jak różne dziedziny zahaczał w naszych rozmowach, jak dziwne pytania potrafił zadawać.
– Za kilkadziesiąt lat Ziemia może być na tyle zniszczona, że będziemy zmuszeni zasiedlić inne planety, inaczej nasz gatunek wyginie. Naukowcy mówią o terraformacji Marsa, co pan o tym myśli?
Wzruszyłem ramionami, wygodniej usadawiając się na ławce. Oliwier zacmokał niepocieszony.
– Przez tak obojętne podejście czeka nas zagłada.
Posłałem mu nienawistne spojrzenie, jednak ten nawet go nie zauważył. Już zdążył znaleźć sobie nowe zajęcie w postaci fotografowania płynących po tafli stawu kaczek. To był ten moment rozmowy, gdy zwykle wkładałem przysłowiowy kij w mrowisko:
– Nie nas. Kiedy Ziemia zostanie doszczętnie zniszczona przez globalne ocieplenie, mnie będą zjadały robaki.
– Czemu? – Oliwier wyglądał na naprawdę zdezorientowanego.
– Bo będę martwy.
– I nie obchodzi pana los następnych pokoleń? Ani trochę?
– Ani trochę.
Oliwier się przejął. Z przerażeniem pokręcił głową, a trzęsące dłonie nie pozwalały mu na robienie kolejnych zdjęć.
– Nie do wiary, żeby wykształcony człowiek wygadywał takie rzeczy – szeptał pod nosem.
Tymi słowami mnie zaskoczył, choć jego oburzenie było całkiem zabawne.
– No to człowiek bez żadnego wykształcenia chyba w ogóle nie powinien się odzywać – powiedziałem kąśliwie.
– To wrócimy do tego tematu, jak skończę podstawówkę, liceum i studia i zobaczymy, co wtedy będzie pan mówić – Oliwier był widocznie dumny z tej wypowiedzi. Myślał, że idealnie zakończył dyskusję, a ja nie zamierzałem wyprowadzać go z błędu.
Wykorzystując wspomnienie o szkole, zagaiłem go o wyniki, co było w tym przypadku równie rozbudowanym zagadnieniem, co globalne ocieplenie. Oliwier analizował każdy przedmiot i narzekał na nauczycieli. Ciągle powtarzał, które lekcje poprowadziłby lepiej. Był zbyt przemądrzały jak na trzynastolatka, więc w takich momentach nie miałem najmniejszej ochoty go słuchać. Rozglądałem się po parku. Pierzyna kolorowych liści ciężko opadała na gałęzie drzew, jakby nie mogła doczekać zimy. W moich oczach nie były one jednak złote ani rumiane. Wyglądały na zmęczone tym latem, które jakiś czas temu przeminęło na dobre. Jakby przewidywały swój upadek i stopniowo szczęśliwe barwy przeobrażały się w żałobne, ciemne, zgniłe. Wiele z nich zdążyło już opaść i podzielić się swoją mizernością z brudnym chodnikiem. Zastanawiałem się, jak wyglądałby ten park, gdyby ludzie nie oszpecili go tymi ławkami, cementem i budynkami, które przysłaniały mu widok na jesienne niebo. Może byłby równie piękny, co łąka w Avonlee.
– Lubię ten park – wtrącił Oliwier, błędnie interpretując moje zamyślenie – Jest piękny o każdej porze roku. Panu też się podoba?
– Niezupełnie – odparłem krótko.
Podniosłem się z ławki, a w ślad za mną Oliwier. Zaczęliśmy iść z powrotem w stronę placu Cromwella. To była nasza stała trasa.
– Dlaczego pan tu w ogóle mieszka, skoro nic w tym mieście się panu nie podoba? – Spytał w pewnym momencie chłopiec.
– Jeśli człowiek miał kiedyś złoto, a teraz ma srebro, to z tego srebra nie jest zadowolony. Tak działa ludzki umysł. Gdyby od zawsze miał tylko srebro, byłby wniebowzięty.
Oliwier analizował moje słowa przez kilka dłuższych minut.
– To jest odpowiedź na moje pytanie?
– Nie inaczej.
Nad tym też myślał długo.
Do południa zdążyliśmy zatrzymać się przy paru miejscach. Oliwier chciał dopełnić kliszę nowymi fotografiami. Nie przeszkadzało mi to. Podczas robienia zdjęć, słowem się nie odzywał, co było mi na rękę. Następnie udaliśmy się w swoje strony, a ja mogłem we własnym cichym mieszkaniu odetchnąć od natrętnych pytań. Zabawne, jak człowiek potrafi się poświęcać, by nie zostać sam.
***
Miasto powoli zaczynała odwiedzać noc, gdy kończyłem uzupełniać dokumenty przy kuchennym blacie. Oliwier siedział na kanapie i odrabiał prace domowe. To był jeden z tych spokojnych dni, podczas których jedynym moim zmartwieniem była rozlana kawa lub to, że Oliwer nie potrafi rozwiązać zadania z matematyki. Choć kwestia jego edukacji była mi raczej obojętna.
– Już skończyłem – zakomunikował mi po kilku minutach.
– Po co mi to mówisz? – spytałem, nie odrywając wzroku od dokumentów.
– Nudzi mi się, mogę pożyczyć którąś książkę?
Odwróciłem głowę i przyjrzałem się półkom z książkami.
– W porządku, tylko bądź cicho – po chwili dodałem jeszcze – I nie ruszaj tych z wyższych półek, są po włosku.
Przez chwilę słyszałem jeszcze krzątanie Oliwiera i szelest przeglądanych stron.
– Od kiedy pan zna włoski? – spytał z zaciekawieniem.
Oderwałem się na chwilę od pracy, jednak nie odpowiedziałem. Wstałem od blatu i ruszyłem w głąb kuchni, by przygotować sobie kolejny kubek kawy i herbatę dla Oliwiera. Przez kuchenne okienko obserwowałem pogrążoną w mroku ulicę. Latarnie nie dawały wiele światła, mało które z nich miały działające żarówki. Zastanawiałem się, czy gwiazdy tutaj byłyby równie piękne, co nad Avonlee, gdyby nie miejskie światła.
Wróciwszy do salonu ujrzałem Oliwiera nachylającego się nad stołem. Ze skupieniem przeglądał strony książki, na co mimowolnie uniosłem kącik ust. Moja chwilowa radość zniknęła, gdy podszedłem bliżej, by podać mu kubek z herbatą. Nie przeglądał książki, tylko zdjęcia, które chowały się między stronami. Po latach zapomniałem, że je tu trzymam.
– CO TY ROBISZ?! – ryknąłem bez zastanowienia.
Oliwier odskoczył przestraszony. Wyrwałem mu książkę i parę zdjęć, które zdążył z niej wyciągnąć.
– Przecież mi pan pozwolił!
– Pozwoliłem ci czytać, a nie grzebać w cudzych rzeczach!
Odłożyłem książkę na blat, koło dokumentów i opadłem na oparcie krzesła. Starałem się uspokoić przyśpieszony oddech, ale ucisk w klatce piersiowej nasilał się z każdą chwilą. Z trudem podszedłem do kuchennej szafki i wygrzebałem z niej paczkę leków. Dłonie mi się trzęsły, więc ciężko było mi wyciągnąć tabletki z opakowania, a co dopiero wsadzić je do ust. Oliwier przyglądał mi się z niepokojem. Gdy go na tym przyłapałem, szybko odwrócił wzrok.
– Jak się czujesz? – spytał cicho, porzucając grzecznościowy ton.
Nie odpowiedziałem. Zakryłem twarz dłońmi i skupiłem się na oddychaniu. Chciałem, żeby Oliwier sobie poszedł i już nigdy tu nie wrócił. Jednak nie miałem już siły na niego krzyczeć, czy choćby spokojnie mówić.
Nie zwracając na niego uwagi, podszedłem do blatu i przejechałem placem po wyżłobieniach na okładce książki. Odrzuciłem tabletki na drugi koniec kuchni.
– Nie wiedziałem, że ty… – odezwał się chłopiec, wskazując głową na opakowanie leków.
– Od roku – odpowiedziałem słabo – nie zawsze pomagają.
Oliwier podkulił nogi na kanapie.
– Przykro mi.
– Fenomenalnie, od razu mi lepiej – odpowiedziałem z pogardą.
Chłopiec zabrał swoje podręczniki i zeszyty i schował je do plecaka. Następnie podniósł także aparat i zawiesił go sobie na szyi. 
– Kto był na tych zdjęciach? Ty?
– Nie twój interes. Rodzice cię nie nauczyli, że o niektóre rzeczy się nie pyta? To się nazywa wyczucie.
Schowałem twarz w dłoniach. Następnie słyszałem już tylko jak Oliwier wstaje z kanapy i opuszcza salon. Słyszałem, jak przekręca zamek i chwyta za klamkę. Słyszałem, jak otwiera drzwi i mówi:
– Nie chcę, żeby gdy umrę Bóg dał mi listę pytań, których nie zadałem. Przykro mi, że ty dostaniesz listę odpowiedzi, których nie udzieliłeś.
Brzmiał tak poważnie, jakby prawił mi kazanie. Po tym jak zamknął drzwi, doleciał mnie jeszcze głuchy odgłos jego kroków.
Zerknąłem na pierwsze zdjęcie, ukrywające się między stronami powieści. Nie chciałem tego robić, ale pokusa była silniejsza. To była piękna fotografia, choć nie do końca ostra i nie do końca wyraźna. Widniała na niej kobieta. Mogłem przysiąc, że nie wymyślono jeszcze słowa, które mogłoby w pełni oddać to, jak bardzo była piękna. Wyglądała jak nimfa Eurydyka w tej delikatnej, białej jak śnieg sukni. Gdyby zasiadała przy stole podczas wesela Tetydy i Peleusa, zdobyłaby złote jabłko i nawet sama Afrodyta nie mogłaby z nią konkurować. Jej uśmiech był jak słońce na zachmurzonym niebie. Ciemne pukle włosów otulały jej twarz niczym liście wierzby, która stoi w parku i obdarowuje swym cieniem zagubionych przechodniów.
Chwyciłem zdjęcie i przytuliłem do piersi, zanosząc się łzami. Dawno nie płakałem tak jak teraz. Starałem się tuszować emocje przez cały czas. Zakrywałem je arogancją i kłamstwem. Jednak przy niej to było niemożliwe. Kiedy patrzyła na mnie tym wzrokiem, pełnym szczerości i dobra, czułem się jak w domu, jakbym naprawdę pasował do tego świata, jakby tu było moje miejsce. Prawda była taka, że nic nie potrafiło zastąpić mi Avonlee i nic nie potrafiło zastąpić mi Heleny. Ona nie była częścią tego okrutnego świata. Była czymś ponad tym. Nie zasługiwała na to. by na nim żyć i może dlatego już jej ze mną nie było. 
***
Minął kolejny tydzień, kolejny i kolejny. Mijała sobota za sobotą. Mimo tego Olivier ani razu mnie nie odwiedził. Sam nie zauważyłem, kiedy mijanie go na klatce schodowej bez żadnej dłuższej rozmowy, pytań, czy uśmiechów stało się czymś normalnym. Spacerowałem więc przez jakiś czas sam i sam oglądałem ten brzydki park, którego tak nienawidziłem. Było tak do czasu, gdy nie zaczepiła mnie tam nieznajoma kobieta z torbami zakupów:
– Przepraszam, mogę o coś spytać? – zagaiła niewinnie – Nie grał pan przypadkiem Gwiazdora w „Śmierci Dantego”? Mogę zrobić sobie z panem…
– Chyba mnie pani z kimś pomyliła.
Wstałem pośpiesznie i zamierzałem ją wyminąć, ale złapała mnie za ramię.
– To pan! James Poal, prawda? Mogę zdjęcie? Proszę, grał pan w moim ulubionym filmie.
– Pomyliła mnie pani z kimś.
Odszedłem prędko i tak skończyły się moje spacery do parku.
Zająłem się wówczas ważniejszymi sprawami. Starałem się o awans w firmie. Oznaczałoby to przeniesienie do innego oddziału, a to była dla mnie prawdziwa szansa. Miałbym możliwość przeprowadzki, na którą tak długo czekałem. Minęły miesiące, zanim zarząd zdecydował. Kosztowały mnie one ogrom nerwów i pracy, a formalności dłużyły się nieubłaganie.
– Razem z pozostałymi członkami zarządu podjęliśmy ostateczną decyzję – Zaczął mój szef, gdy przyszedłem do jego gabinetu. Moja szansa była na wyciągnięcie ręki. – Postawiliśmy na kogoś zaufanego, kto współpracuje z naszą firmą od wielu lat. Przykro mi James, ale nie mówię o tobie.
Współczujący uśmiech szefa i poklepanie po ramieniu – tyle zostało z życiowej szansy. Coś we mnie wtedy pękło i nie kontrolowałem tego, co mówię:
– Więc odchodzę.
Szok wymalowany na twarzach moich współpracowników, gdy pakowałem rzeczy był warty każdej popełnionej głupoty. Byłem taki szczęśliwy jak zbuntowany uczeń, który utarł nosa nauczycielom. Dopiero, gdy byłem już daleko od budynku firmy, pojąłem, że nie jestem uczniem, tylko dorosłym człowiekiem, bez pracy i możliwości opłaty rachunków w przyszłym miesiącu. W dodatku musiałem wracać do domu przez ten obskurny park.
W pewnym momencie wśród moich ciemnych myśli pojawiła się wizja przeprowadzki. Oczami wyobraźni widziałem, jak znoszę pudła po schodach i raz na zawsze opuszczam to miasto. To był tak przyjemny widok, że nawet leżące na chodniku liście wydały mi się ładne, gdy padało na nie złote, słoneczne światło. 
***
Avonlee było jeszcze wspanialsze, niż je zapamiętałem. Niestety nie mogłem się na tym całkowicie skupić. Priorytetem było znalezienie noclegu, mieszkania na stałe i pracy. Na szczęście rodzinne miasta mają to do siebie, że na ogół zawsze znajdzie się w nich ktoś znajomy. Ja siedziałem właśnie w mieszkaniu mojego znajomego. Od kilku godzin rozmawialiśmy o tym, co się zmieniło od naszego ostatniego spotkania. Choć głównie to Frank zabierał głos, ja nie miałem żadnych ciekawych historii do opowiedzenia. Właściwie żadnych poza jedną:
-… Powiedziałem, że odchodzę, trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Mówię ci padłbyś, widząc, jacy byli zdziwieni. Mój szef wyglądał dosłownie jakby zobaczył ducha.
Zaśmialiśmy się obaj
– To gdzie teraz pracujesz?
– Właśnie w tym problem, że nigdzie.
Przestaliśmy się śmiać. Frank już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili pokręcił głową i zwyczajnie dolał wina do naszych kieliszków. Na szczęście zmieniliśmy temat na bardziej przyjemny i przez następne minuty mężczyzna opowiadał mi o swojej narzeczonej. Był taki szczęśliwy, że sam nie mogłem przestać się uśmiechać. W pewnym momencie Frank jakby spoważniał i odezwał się ostrożniej niż do tej pory:
– Słuchaj James, skoro tak nagle tu przyjechałeś to pewnie nie masz na oku żadnego mieszkania.
Pokręciłem głową.
– To idealnie się składa, bo mój szwagier akurat się przeprowadza i ma małe mieszkanie do sprzedania. Kto wie, pracę też może bym ci jakąś załatwił.
– Co za zbieg okoliczności – powiedziałem nieufnie.
– Naprawdę powinieneś skorzystać. Przecież mnie znasz, żadnego szajsu bym ci nie proponował.
Przybrał najbardziej niewinną minę, jaką potrafił i spojrzał na mnie przekonywującym wzrokiem.
– Racja, znam cię i wiem, że działalność charytatywna nie należy do twoich zainteresowań. Mów, jaki będziesz miał w tym interes.
– Pomóc przyjacielowi to mój jedyny interes – odparł aż nazbyt oburzony.
Widząc jego minę, wróciłem wspomnieniami do czasów szkolnych, gdy próbował mnie na coś namówić. Nic się nie zmienił i szybko rozszyfrował moje spojrzenie.
– No dobrze powiem – odezwał się, przewracając oczami. – Jak najszybciej potrzebuję kogoś na pewne stanowisko, a ty nadawałbyś się idealnie.
Spojrzałem na niego podejrzliwie
– To ma być ten haczyk, tak? – prychnąłem – Co to niby za stanowisko?
Zawahał się na chwilę aż w końcu powiedział:
– Zdaje się, że wiesz, że jestem wicedyrektorem w szkole artystycznej, tej koło dworca – przytaknąłem. – Pan Cooper przeszedł na emeryturę i szukamy nauczyciela aktorstwa.
– Nie – odparłem bez najmniejszego zawahania.
Odruchowo odsunąłem się od stołu. Ręce zaczęły mi drżeć ze zdenerwowania.
– Ale jak to nie?! Przecież to jest idealna praca dla ciebie i dobrze płatna – zaznaczył. – A myślisz, że gdzie ja znajdę kogoś lepszego? Jesteś dumą tego miasta, twoje zdjęcia to nawet w muzeum powiesili tam w tej gablotce przy wejściu.
– Daj mi się zastanowić! – krzyknąłem, wstając gwałtownie.
Frank oddychał ciężko widocznie zdenerwowany. Miał czerwone ze złości poliki i właśnie nalewał sobie kolejny kieliszek wina. Oparłem się dłońmi o ścianę i sam spróbowałem się uspokoić. Nie było czasu na szukanie leków w samochodzie, a czułem, że jeszcze chwila i to może się źle skończyć. Jeden oddech, drugi. Rozważałem w głowie propozycję Franka, jednak na moje i jego nieszczęście myśli podsuwały mi tylko jedno rozwiązanie.
– Nie jestem w stanie – wydusiłem po kilku minutach.
Frank pokręcił głową.
– No to mój szwagier nie sprzeda ci mieszkania.
Na te słowa oczy mi się rozszerzyły. Zostać bez pracy to jedno, ale bez dachu nad głową to drugie. Przeklinałem w głowie Franka i jego idiotyczne miny, gdy patrzył na mnie tak, jakby już wygrał tą dyskusję. Prawda była taka, że właśnie tak się stało. Na innym stanowisku nie zarobiłbym takich pieniędzy, biorąc pod uwagę moje kompetencje. Mieszkania mógłbym szukać nawet kilka miesięcy, więc ta kwestia również nie podlegała dyskusji.
– Niech cię diabli Frank!
Mężczyzna poderwał się z fotela.
– Czyli się zgadzasz?
– A mam inne wyjście?
Usłyszawszy to, rzucił mi się na szyję, jeszcze bardziej uradowany, niż gdy zobaczył mnie w progu swojego mieszkania. Poklepałem go po plecach, choć minę miałem coraz bardziej przerażoną. Moje życie wracało na dawne tory i ani trochę mi się to nie podobało.
***
Szybko przekonałem się o tym, że Frank potrafi niezwykle przekoloryzować niektóre kwestie. Mieszkanie, które kupiłem od jego szwagra było jeszcze mniejsze niż moje stare w kamienicy. Grzyb straszył na połowie ścian, a tynk osypywał się na podłogę. Sporo miesięcy musiało minąć, nim zapanowały tam warunki umożliwiające spokojne funkcjonowanie. Na moje szczęście na dworze temperatury powoli zaczynały piąć się w górę i nie musiałem nazbyt martwić się ogrzewaniem, choć i bez tego się nie obeszło. Moja nowa praca była jak koszmar, który stopniowo przemieniał się w spokojny sen. Sala, w której prowadziłem zajęcia była niewielka. Znajdowały się w niej malutka, prowizoryczna scena i kilka rzędów ławek. Te warunki również podrasował Frank w swoich opowieściach. Podczas pierwszego miesiąca niezwykle trudno było mi prowadzić lekcje. Powracały wspomnienia, których nie zapraszałem i myśli, o które nie prosiłem. Tym, co poprawiało mi nastrój, były spacery po Avonlee. Polne ścieżki wiodły mnie w najpiękniejsze zakamarki tego regionu.
Po połowie roku nawet polubiłem prowadzenie zajęć aktorskich. Przed Frankiem nigdy bym tego nie przyznał, ale byłem w pełni świadomy, że nie mógłbym znaleźć lepszej pracy.
– Wiem, że to zabrzmi idiotycznie – mówiłem przechadzając się swobodnie, podczas gdy uczniowie obserwowali mnie z zaciekawieniem – ale na scenie możecie wszystko. Możecie zagrać kogo tylko chcecie. Nie liczy się to, kim jesteście, tylko co chcecie przedstawić. Gdy już znajdziecie się na dębowych deskach, a czerwone kotary odsłonią was przed publicznością, będziecie w stanie dotknąć nieba.
 Nietrudno było zauważyć uśmiechy rozbawienia wśród moich słuchaczy. Kontynuowałem swój monolog, idąc od jednego końca sceny do drugiego.
– Śmiejecie się, ale zastanówcie się, jakie macie marzenia i nie mówcie, że żadne, bo to nieprawda. Pomyślcie, dlaczego przyszliście do tej szkoły, dlaczego chodzicie na te zajęcia. Jaką rolę chcecie grać w życiu?
Na sali zapanowała cisza, całkowita. Widziałem to błądzące spojrzenie u niektórych uczniów. Nagle jeden z nich podniósł rękę.
– A pan jakie ma marzenie? – spytał.
– Moje marzenie jest takie, żebyście wszyscy spełnili swoje – powiedziałem szybko, co spotkało się z jękami zawodu. 
Po zajęciach wracałem do domu razem z Frankiem. Mieszkaliśmy w tej samej okolicy i zdążyłem przywyknąć już do wspólnych spacerów.
– Uczniowie cię uwielbiają. Mówili mi, że w porównaniu z poprzednim nauczycielem, niebo a ziemia – mówił zadowolony wymachując tą swoją czarną teczką.
– Obgadujesz nauczycieli z uczniami?
– Oczywiście, jestem też przecież szkolnym pedagogiem. Z kim mają to robić jak nie ze mną?
Pokręciłem głową rozbawiony.
– Wiesz co zauważyłem? – Frank uniósł palec. – Im dłużej tu jesteś, tym częściej się uśmiechasz, to miasto ma na ciebie dobry wpływ.
– Jasne – odpowiedziałem ironicznie.
– Mówię poważnie. Chyba nie powiesz, że nie lubisz tu mieszkać?
Zastanowiłem się chwilę. Przechodziliśmy właśnie przez park. Zielone trawy przecinała wstęga rzeki, a wiosenny wiatr delikatnie otulał gałęzie drzew.
– Spędziłem tu połowę swojego życia, uwielbiam to miejsce. Helena też je uwielbiała. Nie powinienem nigdy się stąd wyprowadzać.
Frank posłał mi zadowolony uśmiech.
– Możemy skręcić tym razem w lewo? – spytał, gdy dotarliśmy do skrzyżowania – Chciałem kupić Sidney kwiaty, na poprawę dnia.
Skinąłem głową, po czym zboczyliśmy nieco z codziennej trasy. 
Na dworze stawało się coraz cieplej. Razem z Frankiem ściągnęliśmy marynarki i przerzuciliśmy je sobie przez ramię. Szliśmy teraz wzdłuż ulicy Świętej Anny Line. Otaczały nas z jednej strony odrestaurowane barokowe kamienice, a z drugiej rząd sklepików i wystaw. Gdy dotarliśmy do dobrze mi niegdyś znanej okolicy, nie mogłem powstrzymać stęsknionego wzroku i spojrzałem w kierunku mojego dawnego miejsca pracy. Momentalnie ogarnęło mnie takie zdziwienie, że opuściłem marynarkę i musiałem zamrugać kilka razy.
– Frank
Mężczyzna oderwał się od oglądania wystawionych przed kwiaciarnią bukietów i zwrócił się w moją stronę.
– Skończyli remont w zeszłym roku, myślałem, że wiesz.
W tamtej chwili przestałem go słuchać. Przede mną dumnie prezentował się gmach teatru. Był piękny w każdym calu i mimo że był nie wiele wyższy od otaczających go kamienic, zdawał się sięgać chmur. Zdobione okna wpuszczały do budynku dzienne światło, łącząc zwykły świat ze światem sztuki. Wracając wspomnieniami do minionych lat, spędzonych na występach i tworzeniu czułem się jak anioł, który opuścił bramy nieba i upadł w wir żalu i rozpaczy. Nie zdążyłem nawet zauważyć, że nie ma już przy mnie Franka, gdy moje stopy same zaczęły kierować się w stronę tego niezwykłego przybytku. Niebywałe jak udało się uratować budynek, który niegdyś był pogrążony w całkowitej ruinie. Przyglądając się kamiennym posągom zdobiącym kolumny, czułem, jakbym odwiedził starego przyjaciela, który uraczył mnie ciekawą rozmową i filiżanką herbaty. Po chwili przypomniałem sobie, dlaczego straciłem z nim kontakt. Ten przyjaciel miał na mnie zły wpływ. Oddaliłem się od teatru, zanim zdążyłem choćby wdrapać się po schodach. Wróciłem do domu, zadzwoniłem do Franka, skończyłem ten dzień jakby był jak każdy inny.
***
W nocy miałem sen. W tym śnie nie czułem przylegającej do ciała pościeli, twardej poduszki i nawet tego chłodu wydobywającego się zza okna. Zupełnie jakbym odbył magiczną podróż. Najpierw wkroczyłem na scenę. Była już na niej panna Cortlane, która grała Ofelię. Z przejęciem odwróciła się w moją stronę, gdy zacząłem mówić: „Być albo nie być; oto jest pytanie: czy szlachetniejszym jest znosić świadomie losu wściekłego pociski i strzały”. Czułem setki par oczu zwróconych w moją stronę, oddechy skupionych widzów. Powietrze na tej sali było znacznie czystsze niż gdziekolwiek indziej. Odwróciłem się w stronę publiczności. Miałem zamiar kontynuować swoją kwestię, jednak wtedy panna Cortlane z piskiem doskoczyła do mnie i uwiesiła się na moim ramieniu. Przywykłem do tego, że lubi improwizować na scenie, jednak nie sądziłem, że przerwie mój monolog. Wskazała palcem na balkony, które były puste ze względu na prace techniczne. Cała widownia odwróciła głowy w tamtą stronę. Na jednym z balkonów tlił się ogień. Stawał się coraz większy i większy, podobnie jak panika, która zapanowała na sali. Poczułem, jak ktoś usilnie próbuje ściągnąć mnie ze sceny, ale uparcie próbowałem mu się wyrwać. To nie był pierwszy taki sen i w tym momencie już doskonale wiedziałem, co nastąpi. Rozglądałem się panicznie po przerażonych ludziach. Przepychali się, krzyczeli, biegli w stronę wyjścia. Rozpaczliwie próbowałem odnaleźć wzrokiem Helenę, ale nie potrafiłem. Te sny różniły się od rzeczywistości jedynie tym, że doskonale wiedziałem, co nastąpi. Nie mogło to jednak zmienić nic, absolutnie nic. Tak jak kiedyś dałem się zaprowadzić do wyjścia awaryjnego, przekonany, że spotkam Helenę przed teatrem. Teraz wiedziałem, że jej tam nie będzie i niemal słyszałem nieznajomy głos, informujący, że zwęglone ciało mojej żony udało się wydostać spod gruzów.
Obudziłem się z krzykiem. Trząsłem się, a pot spływał po moim ciele. Wstałem z łóżka i pognałem po tabletki. Nie potrafiłem przestać płakać, a oddychanie wydawało się wręcz niemożliwe. Czułem, że tej nocy nie wrócę do łóżka, ani nie zasnę. Nie musiałem się przewietrzyć, musiałem po prostu wyjść z domu. Nim się obejrzałem, skończyłem siedząc na chłodnych starych deskach teatralnej sceny. Nogi same mnie tu zaprowadziły. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, że poczuję pewnego rodzaju ulgę. Jakbym znowu tańczył pośród jasnych obłoków lub dryfował na tafli zimnej, spokojnej wody. To było moje miejsce na ziemi i nigdy nie uświadomiłem sobie tego tak dobitnie jak tamtej nocy. Miejsce, od którego tak usilnie uciekałem przez kilkanaście lat, okazało się ukojeniem.
***
Nim zdążyłem przymknąć powieki i ponownie je otworzyć, nadeszła zima, a za nią kolejna i kolejna. Zaczynałem żegnać się z klasami, które powitałem na ich pierwszym roku. Szkoła się rozwijała, Frank mówił, że jeszcze nigdy nie było tylu chętnych. Z roku na rok mogliśmy się chwalić coraz to lepszymi wynikami, aż w końcu mieliśmy najlepszą zdawalność egzaminów w regionie. Właściwie można było powiedzieć, że wszystko szło do przodu, oprócz mnie. Nieustannie powtarzałem Frankowi i Sidney, że jeszcze nie jestem gotowy na powrót do aktorstwa, jednak to nie była prawda. W rzeczywistości zwyczajnie czułem, że już nie jestem tak dobry, że nie potrafię grać tak jak kiedyś. Cieszyłem się przebywaniem na scenie, lecz tylko nocą, gdy nie było widowni, ani aktorów. Mogłem zwyczajnie siedzieć i oddychać teatralnym powietrzem.
Z uwagi na tą sytuację, poświęciłem się niemal w całości karierze nauczyciela. Zbliżał się koniec roku, więc długie rozmowy z uczniami były nieuniknione. Nastało lato, a ja byłem właśnie zajęty rozwieszaniem ulotek na korytarzach. W szkole zorganizowano dni otwarte dla przyszłych uczniów i wszyscy zainteresowani właśnie znajdowali się w auli, oglądając prezentację informacyjną przedstawianą przez samorząd uczniowski i nauczycieli.
– Nie powinieneś tam być? – spytałem Franka, przyczepiając ostatnią ulotkę do tablicy korkowej.
– Poradzą sobie beze mnie, poza tym będę zaraz zajęty oprowadzaniem dzieciaków po szkole. – Nagle przypomniał sobie o czymś i dodał szybko – Formularze, Boże przecież miałem je wydrukować wczoraj. Widzimy się później!
Nie zdążyłem się nawet pożegnać, a ten już pognał do sekretariatu. Wątpiłem, czy ta szkoła miała kiedykolwiek równie roztrzepanego wicedyrektora. Wyglądało na to, że moja praca na ten dzień zdążyła dobiec końca, więc z uśmiechem na ustach zacząłem kierować się w stronę wyjścia. Tuż przy drzwiach zobaczyłem młodego chłopca. Był wyższy ode mnie i miał rude, roztrzepane włosy. Na początku nie widziałem dokładnie, jakiego był wzrostu, ponieważ niemal skulił się na ziemi, szukając odpowiedniego kadru do sfotografowania prostopadłego korytarza. Rozśmieszył mnie nieco ten widok.
– Pomóc ci w czymś, chłopcze?! – Krzyknąłem do niego. – Prezentacja odbywa się w auli, gdybyś był zainteresowany.
Już łapałem za klamkę od drzwi, gdy nieznajomy gwałtownie podniósł się z podłogi i stanął przede mną. Aparat zwisał mu teraz na szyi, a on sam przyglądał mi się podejrzanie. Minęła chwila, nim dotarło do mnie na kogo właśnie patrzę.
– Niemożliwe – szepnąłem, ale nie mogłem sobie odmówić delikatnego uśmiechu. – Oliwer, prawie cię nie poznałem, wyrosłeś…
Może gdyby nie te piegi i aparat w ogóle bym go nie poznał. On też wyglądał na zdziwionego.
– Co tu robisz? – spytałem dalej nie mogąc opanować zdziwienia.
– To najlepsza szkoła w regionie, przyszedłem na dni otwarte. Zastanawiam się nad fotografią. Podobno pani profesor Smith jest świetna.
– To prawda – przyznałem szczerze. – Ma ogromną wiedzę i doświadczenie. Jeśli weźmie twoją klasę, to wybieraj tą szkołę w ciemno.
Na moment zapanowała cisza, którą w końcu przerwał Oliwier:
– Może, jeśli już tak dzielnie wspinam się po drabinach edukacji, to moglibyśmy porozmawiać o tym globalnym ociepleniu?
Wybuchnąłem śmiechem, którego echo rozeszło się po całym korytarzu. Pokiwałem głową i ruszyliśmy ścieżką od szkoły w stronę parku. Oliwier robił wiele zdjęć po drodze. Widziałem, że mu się tu podobało. 
– Widziałem dużo filmów z panem – powiedział w pewnym momencie. – „Śmierć Dantego”, „Apokalipsa głupoty”, „Jak pokonać samego siebie ” to mój ulubiony.
– Miło mi to słyszeć. Mam wrażenie, że niefortunnie skończyliśmy naszą znajomość.
Oliwier parsknął sarkastycznie.
– Mało powiedziane.
– Przepraszam za tamto. To były zdjęcia z mojego ślubu, a moja żona… jestem dość wrażliwy na ten temat.
– Rozumiem. Po latach stwierdziłem, że nie powinienem o to pytać, byłem dzieckiem i zwyczajnie mnie to ciekawiło. Nie miałem racji w wielu sprawach, nie zawsze trzeba  mieć odpowiedzi na wszystkie pytania.
Szliśmy dalej, krok za krokiem, nie śpiesząc się nigdzie.
– Nie trzeba, ale czasem warto na nie odpowiedzieć, choćby przed samym sobą.
Przed nami właśnie przejechała grupka nastolatków na rowerach. Śmiali się głośno i wyglądali, jakby już żyli wakacjami. Oliwier zrobił im zdjęcie, gdy zaczęli się oddalać.
– Opowiedzieć panu jak prawie wyrzucili mnie ze szkoły?
– Poproszę.
Zamiłowanie Oliwiera do mówienia nie uległo zmianie przez te wszystkie lata, o czym zdążyłem się przekonać podczas tego spaceru. Nie denerwował mnie już tak jak kiedyś, wydawał się sympatyczny, ułożony i dobrze wychowany. Bardzo dojrzał, choć może to ja dojrzałem.
***
Mijały kolejne miesiące, do Avonlee zawitała wiosna. Wiele spraw uległo zmianie, nie mogłem tego zatrzymać i chyba po raz pierwszy w życiu nawet nie miałem takiej ochoty. Ciężko było w to uwierzyć, ale Frank miał rację. Nowi uczniowie pałali do mnie niezwykłą sympatią, a i ja momentalnie nie mogłem doczekać się lekcji. Jednak poza szkołą miałem także inne zajęcia. W dalszym ciągu często odwiedzałem teatr w nocy, ale także o innych porach. Zapisałem się do trupy, choć nie był to mój pomysł. Obiecałem to Frankowi już dwa lata temu, kilka minut przed jego ślubem, nie była to sytuacja, w której odmówiłbym mu czegokolwiek. Samym ślubem przejmowałem się chyba tak samo jak pan młody. Wybrał mnie na świadka, a ja, jako dobry przyjaciel dbałem, by ten dzień był dla niego i jego ukochanej niezapomniany. Choć większą odpowiedzialność poczułem, gdy Sidney zaszła w ciążę i sama wybrała mnie na ojca chrzestnego dla ich przyszłego dziecka. Kazała mi obiecać, że będę je zabierać na przedstawienia w teatrze, a ja próbowałem nie płakać ze wzruszenia.
Niestety, tak jak realizowałem się w życiu zawodowym i prywatnym, tak nie potrafiłem tego robić w teatrze. Wszyscy gdy słyszeli jak występuję na próbach, chwalili mnie i powtarzali: „to jest to”. Jednak ja wiedziałem, jaka jest prawda. Miałem świadomość tego, jak potrafię grać, a jak grałem teraz. Najgorsze było to, że nikt mnie nie rozumiał, nawet inni aktorzy. Może Helena by mnie zrozumiała? Kiedyś ją o to spytam.
Pewnej nocy ponownie zawitałem na teatralne deski. Przyrosłem już do nich korzeniami, jak drzewo, które z twardego betonu wróciło do leśnej ziemi. Mimo tego nie potrafiłem po prostu siedzieć na tej scenie i przyglądać się wszystkiemu dookoła. Zszedłem ze sceny, a później wszedłem na nią z powrotem. Zaczerpnąłem powietrza w płuca, jak statek wiatru w żagle, gdy szykował się do rejsu.
– „Być albo nie być; oto jest pytanie: Czy szlachetniejszym jest znosić świadomie losu wściekłego pociski i strzały, czy za broń porwać przeciw morzu zgryzot, aby odparte znikły?”
 Przerwałem na chwilę.
– „Umrzeć – usnąć – Nic więcej; snem tym wyrazić, że minął Ból serca, a z nim niezliczone wstrząsy, które są ciała dziedzictwem: kres taki błogosławieństwem byłby.  UMRZEĆ – USNĄĆ – USNĄĆ! Śnić może? Tak, oto przeszkoda; Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie nazbyt długie w klęskę.”
Opadłem na scenę, po sali rozniósł się huk. Podpierałem się na drżących ramionach.
– „Któż by zniósł bicze i szyderstwa czasu, krzywdy ciemięzców i zniewagi pysznych, boleść okrutną wzgardzonej miłości, Prawa leniwe, zuchwalstwo urzędów i poniżenie, które znosić musi zasługa cicha od niegodnych łotrów, gdyby uwolnić się mógł sam od tego  nagim sztyletem?”
Złapałem się za serce, zupełnie gdyby ten sztylet właśnie mnie tam ugodził.
„Któż by uniósł ów ciężar!” – krzyknąłem – „I dźwigał życie swoje udręczone, sapiąc i pocąc się, gdyby mu trwoga przed czymś po śmierci, przed tą nieodkrytą krainą, z której nie powraca żaden wędrowiec, woli nie pętała każąc znieść ów ból znany raczej, niż ulecieć ku innym, których nie znamy?”
Poderwałem się z desek i zbliżyłem do publiczności, znajdując się teraz na skraju sceny.
– „Taka nasza świadomość wszystkich nas przemienia w tchórzy, rumiany odcień naszej stanowczości blaknie, pokryty bladą barwą myśli, a przedsięwzięcia rozlegle i ważkie z przyczyny owej w nurt wpadają kręty i gubią imię czynów.”
– „Lecz milcz teraz!”- krzyknąłem niemal ze łzami w oczach. – „Piękna Ofelio! Nimfo, wspominaj w modłach na wszystkie grzechy me.”
Ukłoniłem się w stronę widzów. W końcu go skończyłem, po tak długim czasie. Skończyłem monolog Hamleta. Publiczność jeszcze nigdy nie klaskała tak hucznie. Przede mną były setki czerwonych siedzeń i każde zajęte przez widza, bijącego brawo tak głośno jak potrafił, choć nikogo tam nie było. Helena siedziała pośród tłumu, a jej pełne dumy spojrzenie śledziło każdy mój ukłon. Łapałem kwiaty rzucane na scenę. Ze łzami w oczach, czułem jak wróciło do mnie życie, czułem, że się odrodziłem. Moja dusza była kompletna.
Wiedziałem, że następnej nocy zasnę i obudzę się nazajutrz, a świat w pewien trudny do wytłumaczenia sposób zmieni się całkowicie. 
              Agata Szydłowska

 

[To jedno z opowiadań nadesłanych na konkurs. Od razu przeczytałem je z zainteresowaniem. Niestety okazało się nieregulaminowe. Szkoda, być może zostałoby nagrodzone.

Piotr Kotlarz]

 

Obraz wyróżniający: Obraz StockSnap z Pixabay