Poszukiwania na ulicach Głównego Miasta / Piotr Kotlarz

0
338

Spotkałem go dziś ponownie. Tak jak wczoraj i przedwczoraj drogi nasze przecięły się w okolicach Ratusza. Spotkanie, skinienie głów i idziemy dalej swoją drogą. Ja kończę swój poobiedni spacer, on wciąż poszukuje następnej porcji szczęścia. Znamy się już wiele lat. To samo miasto, ta sama ulubiona dzielnica, kiedyś wspólne zainteresowania, jak z wielu innymi życie zetknęło mnie i z nim. Mógłbym nawet powiedzieć, że byliśmy dość bliskimi znajomymi, szanowałem go, jego talent, inteligencję… Ma trzydzieści kilka, może tylko trzydzieści lat, jest wysoki, szczupły, złośliwi mogliby nawet powiedzieć, że chudy. Czasami nosi brodę, niekiedy goli ją… zresztą, co się będę rozpisywać, przecież i wy go znacie, i wy spotykacie go podczas poobiednich lub wieczornych spacerów.

Wspólne dyskusje, marzenia… młodość się kończy, czas mija… skinięcie głów, wspomnienie, teraz już wiesz: każdy odpowiada wyłącznie za swoją drogę. Przyniosłem kiedyś prace uczniów ósmej klasy.

– Popatrz – mówiłem do Andrzeja. – Co oni sądzą o szczęściu: „Szczęście to radość z życia”.

– Komunały – odpowiedział.

– A ten fragment: „…czasami niektórzy ludzie za pomocą środków szkodliwych dla zdrowia próbują uszczęśliwić sobie świat, zakładają różowe okulary”.

– Banał, zobaczysz, że gdy tylko wyrwie się spod wpływu rodziców, zaśpiewa inaczej. A, właśnie, nie widziałeś Krzyśka? Obiecał załatwić drzazgi, miał być o trzeciej, nigdzie nie ma igieł.

Igła – drzazga. Początkowo grepsy, później wystarczy spytać: Masz? Rozłożenie ramion. Nie. Ktoś inny odpowie:

Dwie paczki.

– Drogo – próbujesz się targować.

– To nie bierz.

– Dawaj.

Później najbliższa brama lub toaleta. „Cholera. Tępa drzazga, nie mogę trafić w żyłę. Nie tak. Ściśnij tu. Puść.” Sytuacje takie lub podobne z roku na rok coraz częściej przerywały nasze rozmowy.

Do prac uczniów wróciłem następnego dnia.

– Andrzej słuchaj, a to? „Szczęściem może być niepowodzenie, gdy mi coś nie wyjdzie mogę nad sobą pracować, mogę to, co mi nie wyszło, naprawić.”

– Daj spokój z tym szczęściem, odpowiedział. Nie masz czasem wolnej stówy? Biorą po dwie paczki za centek, a ja mam tylko paczkę.

Nie miałem.

– Szkoda… no nic, poszukam gdzie indziej. Wpadnij jutro, zagramy w szachy.

Przyszedłem. Spał. Obudziłem go, zaczęliśmy grę. Zagrzał wcześniej cztery centki, zasypiał nad partią, wywrócił pionki. Może był szczęśliwy, a może – jak mówili niektórzy – pogłębiał siebie? Nie wiem.

Poszedłem swoją drogą on też. Czasami dalej spotykaliśmy się na ulicach Głównego Miasta. Przysypiał na jednej ze stojących tam kamiennych ławek lub poszukiwał kolejnego dostawcy towaru.

Dziś pomimo tego, że od dawna nie rozmawialiśmy już ze sobą, podszedł do mnie.

– Słuchaj, Krzysiek proponował mi złoty strzał. Mówił, że przygotował odpał dla dwóch. Owszem, mam dość, ale nie znoszę manifestacji. Jak chce, niech się zabije… Ja uważam, że jeśli odejść, to bez krzyku…

Słuchałem jego monologu, początkowo nie wiedziałem o co mu chodzi, później domyśliłem się, że złoty strzał to ostatni odpał, lekarze nazywają to nadużyciem narkotyków.

– No tak, wszystko jasne. Masz rację – odpowiedziałem. – Słuchaj, czy pamiętasz nasze rozmowy o szczęściu?

– A ty? Wiesz jak je zdobyć? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

Zakończyliśmy rozmowę, później jednak dalej o nie myślałem. Może i nie wiem, lecz któż powiedział, że wciąż musimy być szczęśliwi, wystarczy, że choć czasami przeżywamy małe radości. Na pewno nie poświęciłbym dla szczęścia wszystkiego, na pewno nie zrezygnowałbym z życia. Jutro moje i Andrzeja drogi pewno znów się przetną gdzieś na Głównym Mieście. Każdy z nas na swój sposób dalej poszukiwać będzie szczęścia.

                                Piotr Kotlarz

To niewielkie opowiadanie było opublikowane w tomiku „Odejście i inne opowiadania” wydanym przez Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki w 1993 roku. Nie pamiętam dziś już kiedy je pisałem, przypuszczalnie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wówczas w Gdańsku środowisko narkomanów było bardzo liczne (to w tym mieście wprowadzono w latach siedemdziesiątych tzw. „gdańską herę”). Nie pamiętam też dokładnej daty wydania tego tomiku, było jednak raczej w jego pierwszych miesiącach. Kilka miesięcy później Andrzej (imię zmieniłem) odszedł, jednak zdecydował się na „złoty strzał”.

Obraz wyróżniający: Obraz Luca Toninelli z Pixabay