Oaza / Konstanty Jachimowski

0
837

Słońce jasno świeciło, gdy Eva otworzyła po raz ostatni zdobione drzwi balkonowe. Nie było to nowe mieszkanie, więc zawiasy skrzypiały przy każdym ich użyciu. Wyszła przez próg i obejrzała panoramę rozciągającą się z tarasu. W widoku nic się nie zmieniło, nie brakowało bramy do zoo z żółtej cegły, kamienic z jaskrawymi dachami, czerwonych tramwajów jeżdżących wzdłuż jej ulicy i przede wszystkim ogromnego parku naprzeciw jej domu. Parku, w którym każdego wiosennego poranka śpiewały ptaki i gdzie rozchodził się zapach drzew pomarańczowych. Miejsca, w którym można było spocząć wśród drzew, przycupnąć na ławce albo położyć się na trawie i znaleźć prawdziwy spokój. Wszystko było jak zwykle, ale odczuć można było w powietrzu jakąś stratę. Tą stratą miał być wyjazd Evy. Rozważała to od ponad roku, ale ostatecznie zdecydowała się opuścić miasto kilka tygodni temu. Nie była w stanie uprawiając, jej zdaniem, prawdziwą sztukę utrzymać siebie, a już tym bardziej przestronnego mieszkania w jednej z najczęściej odwiedzanych przez turystów dzielnic. Z bezwarunkowej miłości do miejskiej przestrzeni szybko przeszła do zupełnego zobojętnienia.

Wysłała do nowego domu co tylko się dało – przybory malarskie, sekretarzyk do pisania listów, kolekcję magazynów i płyt oraz wszystkie inne ważne dla niej rzeczy. Stary apartament opustoszał. I tak wysokie już ściany zdawały się przez to jeszcze urosnąć, a białe tapety, którymi je pokryto, raziły po oczach. Wyrzeźbione na kolumnach w co bardziej reprezentacyjnych częściach rezydencji twarze patrzyły bez wyrazu w przestrzeń. Mieszkanie, nawet nieumeblowane, nie było brzydkie, ale zwyczajnie zupełnie pozbawione charakteru, który właśnie Eva w nie tchnęła.

Zostawiła jedynie dwie sofy w salonie i kilka rupieci. Kanapy były za duże, aby je znieść po wąskich stromych schodach na klatce schodowej albo nawet zmieścić w drzwiach wejściowych. Przestrzeń prawie zupełnie pusta przywodziła Evie na myśl czasy, gdy dopiero tu przyjechała. Uważała, że młodsza była bardziej naiwna i miała nadzieję na spełnienie w wielkim mieście. Jej zamyślenie przerwała Carmen:

– Naprawdę musisz jechać, Evo?

– Wiesz, że nic więcej mnie tu nie czeka – odpowiedziała – zresztą nie pierwszy raz ci to mówię.

– Tak, wiem… ale nie wytrzymam tu sama!

Eva podeszła do okna z założonymi rękami. Oglądała ludzi zmierzających w stronę parku – też chciała tam pójść, ale wiedziała, że niedługo musi być na dworcu i czekać na pociąg. Po chwili jednak odpowiedziała:

– Zawsze możesz mnie odwiedzić.

Carmen przewróciła tylko oczami i jak gdyby nie usłyszawszy słów przyjaciółki zeszła na inny temat:

– Może jednak znajdzie się ktoś, kto kupi twoje obrazy? No wiesz, na przykład czyjś portret jako prezent ślubny albo urodzinowy. Jeśli się poświęcisz, to ktoś na pewno się skusi!

– Ja nie maluję takich rzeczy – odparła Eva – Poza tym temu miastu brakuje duszy. Najzwyczajniej w świecie ludzie nie wiedzą czym jest sztuka, nikt nie kupuje moich prac i przez to właśnie wyjeżdżam. Wydaje mi się, że ty mnie po prostu nie rozumiesz. Spróbuj postawić się w mojej sytuacji. Mogę albo wyjechać i spróbować się spełnić, albo zgnić w tym mieszkaniu wciskając ludziom jakieś tandetne malowanki.

– Jak chcesz.

Znowu zapadła cisza. Siedząca na czerwonej sofie Carmen spojrzała na swój kieszonkowy zegarek, a Eva gładziła materiał swojej spódnicy. Przeszła się bezcelowo po pokoju oglądając jeszcze jeden przedmiot, który musiała zostawić – pejzaż miejski. Eva wróciła do wypowiedzianych chwilę wcześniej słów: brakuje duszy. Nie kwestionowała tego w żaden sposób. Było prawdą, że nikt jej nie doceniał na polu artystycznym i uważano, że jest zbyt awangardowa, a przez to śmieszna.

Jej namalowana oaza była czymś nie do opisania. Bardzo chciała zabrać ten obraz ze sobą, ale zniszczyłby się podczas podróży. Wydawałoby się, że było to jedynie uwiecznienie widoku z jej balkonu, ale dla Evy to płótno miało wartość sentymentalną. Był to jej pierwszy obraz, który stworzyła w tym mieszkaniu. Wyszła tamtego pamiętnego dnia na balkon i dopiero widząc park w całości doceniła jego wartość. Szmaragdowe zielenie centralnej części dzieła miały działanie prawie hipnotyzujące. Można było oglądać to płótno godzinami i wciąż dostrzegać maleńkie szczegóły pracy.

Blisko czternastej Carmen niepewnym głosem zwróciła się do Evy.

– Ewo, muszę wychodzić, bo nie zdążę na próbę do teatru, przepraszam. Przyszedł chyba czas się pożegnać.

Bez zbędnych słów Carmen podeszła i uścisnęła Evę. Żadna z nich nie chciała rozłąki, ale doskonale wiedziały, że niebawem to i tak nastąpi. W końcu, jakby jednomyślnie, odsunęły się od siebie. Carmen wychodząc powiedziała:

– Przyjmuję ofertę, przyjadę jak najszybciej, przyjemnością było cię poznać!

– Ciebie też, Carmen. Będę niecierpliwie wyczekiwać twojego przyjazdu! – odpowiedziała.

Eva uśmiechnęła się, a kiedy jej przyjaciółka zamknęła za sobą drzwi, wróciła do okna i odprowadziła ją wzrokiem. Niedługo po tym, gdy Carmen zniknęła za rogiem, Eva zobaczyła wyjeżdżający stamtąd samochód. Zamówiona uprzednio czarna taksówka podjechała prosto pod dom kobiety. Chwyciła więc leżącą na podłodze walizkę, sprawdziła prędko, czy wszystko ze sobą wzięła i zeszła na dół zostawiwszy klucze na stoliczku przy wejściu. Kierowca wziął jej bagaż, a gdy oboje wsiedli do środka, zapytał:

– Gdzie szanowna pani sobie życzy?

– Na dworzec – odrzekła, a zaraz dodała: – proszę tylko chwilę zaczekać.

Opuściła szybę i spojrzała jeszcze raz na budynek, w którym mieszkała i tworzyła. Zapamiętała wszystko: bielone ściany i ciemnoczerwone kolumny, żelazne ogrodzenie, kwiaty w donicach na oknach. Najbardziej jednak ceniła park. Oazę, gdzie, wśród zielonego gąszczu wypełnionego świergotem ptaków, Eva czuła się naprawdę sobą. Dzięki temu miejscu zrozumiała, jaki jest jej cel w życiu. W niczym niewyróżniającym się na pierwszy rzut oka parku Eva dostrzegła coś niezwykłego. To uświadomiło jej, że sztuka jest jej powołaniem.

Bała się tego momentu, momentu opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania, ale jej obawy okazały się niepotrzebne. Wyjeżdżała szczęśliwa, bo czuła, że otwiera się przed nią nowy rozdział życia. Park na zawsze pozostanie w jej pamięci, mimo że jego jedyną podobiznę zmuszona była zostawić. Eva uzmysłowiła sobie, że jej oaza to najsilniejsza inspiracja – taka, która nigdy się nie wyczerpie.

Spokojna zwróciła się znów do kierowcy:

– Możemy jechać.

Zamknęła okno w samochodzie i podekscytowana wyruszyła w nowe nieznane.

                                                      Konstanty Jachimowski

 

Obraz wyróżniający: Obraz 👀 Mabel Amber, who will one day z Pixabay