Modlitwa o poranku / Maja Król

0
420
[To kolejne z opowiadań, które wpłynęło na konkurs im. Bolesława Prusa. Decyzją jury przyznaliśmy autorce wyróżnienie. Teraz, przygotowując je do druku, myślę, że zasługuje nawet na nagrodę. Bardzo sprawna narracja, umiejętność posługiwania się niedopowiedzeniem… To już dojrzała literatura…
Bywa, że czytając takie opowiadania, aż trudno uwierzyć, że jest to debiut literacki.
Piotr Kotlarz]

„Modlitwa o poranku”

Szeroką piaszczystą drogą kołysząc się na wyżłobionych przez deszcze wybojach jechał dżip. Z obydwu stron, gdzie okiem sięgnąć, rozciągały się równinne łąki. Niska trawa i białoróżowe kwiaty kołysały się na wietrze. Choć letni, niósł zapowiedź nieuchronnego jesiennego chłodu. Na horyzoncie ukazał się niewyraźny zarys domów. Wkrótce potem opony zachrzęściły na żwirze przed starą drewnianą werandą.

Na klatce schodowej zabębniła para małych stópek przyodzianych w kolorowe skarpetki. Nie zważając na wołania rodzicielki, mały człowieczek wybiegł na podjazd bez należytego obuwia. Piski uciechy i szczęścia zmieszały się z niskim słabym śmiechem. Siwowłosy mężczyzna wygramoliwszy się z auta ledwo wyciągnął bagaż już zmuszony został go odrzucić na bok. Małe pulchne rączki objęły go w akcie przyjacielskiego przytulania.

– Dziadku! Dziadku! Wróciłeś! Nareszcie! Tak długo czekałem!

– Witaj Connie. Ależ urosłeś, i nabrałeś takiej krzepy!

– Connie, dziecko drogie, ledwo dziadek przyjechał z uzdrowiska już go zamęczasz?

Na werandzie stanęła wysoka kobieta w białym fartuchu. Uśmiechała się ciepło do przybysza.

– To nic Claro, to nic… Widać, że chłopak mężnieje… Jeszcze trochę a będzie mógł…

– Polować na smoki, prawda? Tak jak ty, tak?

– Connie…

Matka chłopczyka spojrzała niepewnie na staruszka. Mimowolnie zacisnęła dłonie na mokrej ścierce przyniesionej z kuchni. Mężczyzna jednak tylko pokiwał głową i zwrócił się do chłopca.

– Jeśli będziesz chciał, możemy trochę pogawędzić o smokach. Ale teraz biegnij do kuchni i nalej coś zimnego do picia dla dziadka, bo mu zaschło w ustach.

Chłopczyk szybko pokiwał głowa i popędził w stronę wejścia. Chwycił starą nieco podniszczoną walizkę i lekko kulejąc ruszył za wnukiem. Gdy przechodził obok, kobieta podtrzymała go za ramię, by pomóc mu wejść po schodkach.

– Nie trzeba – odparł krótko i stanowczo. Clara pokiwała głową.

***

Nic się nie zmieniło, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jednocześnie wszystko było inne. Chciałby być tak stały jak ten dom i w nim przedmioty. Nie zmieniać się. Ale przecież stół, choć ten sam, choć stoi w tym samym miejscu, codziennie na jego blacie pojawiają się nowe rysy. Znamiona czasu nie do starcia. To one sprawiają, że nie jest taki sam jak pięćdziesiąt lat temu, gdy przywieźli go od stolarza. Tak i on sam. Niektórych ran nie da się wyleczyć, niektórych wspomnień usunąć, naprawić. Nadawały by się jedynie do wyrzucenia. Och, jak byłby szczęśliwy, gdyby istniało wysypisko wspomnień. Tam by je zutylizowano, przetapiano, formowano na nowo.

– Jak minęła podróż papo? – kobieta krzątała się po kuchni. Co raz brzękały talerze obijając się o siebie nawzajem. Sztućce zadzwoniły wyciągane garściami z szuflady. Connie podbiegł do dziadka stawiając na ławie wysoką zaparowaną szklankę.

– Musisz być głodny po tylu godzinach jazdy.

– Nie specjalnie – staruszek wziął do ręki zimne szkło.

– Świetne wyczucie czasu. Właśnie miałam szykować stół do obiadu.

Wydawała się nie słyszeć zaprzeczenia.

***

Usiedli przy stole. Z półmisków unosiła się pachnąca para. Chłopczyk złapał w garść łyżkę pochylając się nad daniem.

– Connie… zaczekaj. Pamiętasz co zawsze robimy przed posiłkiem?

Chłopczyk westchnął, ale postąpił jak mu nakazano.

– Wstań, proszę.

Posłusznie wykonał polecenie, przy tym niepewnie zerkając w stronę dziadka, który usiadł po drugiej stronie stołu. Z posępną twarzą łypał w stronę belki będącej sklepieniem, mostem, łączącym salon z kuchnią. Postać na krzyżu już dawno pociemniała, jak gdyby poczerniała, czy zwęglona. Kobieta uśmiechnęła się blado.

– Przeżegnaj się – zwróciła się do syna – i… podziękuj Bogu za ten posiłek.

– Panie… dzięki ci za dzisiejszy posiłek. Niech da nam siłę do ciężkiej pracy i do szerzenia wiary wśród twoich dzieci na całej ziemi. Pozwól, aby nigdy go nam jak i innym nie zabrakło. Amen.

– Amen.

Mężczyzna zaczął mieszać w talerzu. Connie spojrzał na swoją mamę.

– Bardzo ładnie – szepnęła.

Kilka chwil po rozpoczęciu posiłku, dziecko przerzucało kolejne warstwy gotowanej kapusty.

– Czyżbyś coś zgubił? – cierpliwie dopytywała matka.

– Nie w tym problem. – odparł chłopczyk z przekąsem.

– A jednak coś cię trapi, a twoja mina wyraźnie wskazuje, że czegoś szukasz. – zdawała się być rozbawiona tą zabawą  w półsłówka.

– Brakuje mięsa.

Starała się nie patrzeć na swego ojca.

– Niestety skończyło się kilka dni temu, zapomniałeś?

– Pan Jonson wczoraj dał nam kilka kilo szynki z jelenia… mówił, że ustrzelił go w zeszły wee…

– Musiałam oddać mięso pani Hatson.

– Ale przecież widziałem jak chowałaś je do spiżarni…

– Claro!

Mężczyzna miał chłodny wyraz twarzy.

– Tak, papo?

– Chłopak rośnie… powinnaś zrobić mu porcję z dziczyzną.

– Ale przecież…

– Doceniam, że nie chciałaś mnie urazić. Connie… weź swoją porcje i idź zjeść na werandzie. Gdy przyjdę za kwadrans talerz ma być pusty… zrozumiano?

Chłopczyk pokiwał głową i podreptał w stronę wyjścia ściskając w rączkach półmisek gotowanej kapusty. Gdy po muzyce wietrznych dzwonków usłyszeli trzask zamka zapadła cisza. Kobieta przygładziła dłonią fałdy fartucha. Splotła palce opierając się łokciami o blat stołu. Staruszek jadł w milczeniu. Gdy skończył wstała, by zebrać puste naczynia.

– Jak było w uzdrowisku?

– Jak w szpitalu.

Naczynia głośno brzęknęły osuwając się do zlewu.

– Przepraszam – kobieta poczuła lekkie drżenie dłoni. – Czy… dobrze cię traktowali?

– Och, tak, tak… W porównaniu do szpitala mogliśmy wychodzić. Mimo wszystko miło było mieć taki duży wybieg zamiast siedzenia całymi dniami w czterech ścianach…

– Poznałeś może kogoś?

Z kranu trysnęła zimna woda.

– Ach tak… było ich kilku… na przykład… Ben? A może Ken…

– A nazwisko?

– Nie… istotne… – zaczął lekko szarpać siwą brodę.

Zawsze tak mówił, gdy po prostu jego za młodu doskonała pamięć do nazw i języków, zawodziła. Oboje doskonale o tym wiedzieli, choć żadne nigdy nie powiedziało tego głośno.

– I jak spędzałeś większość czasu? Znalazłeś może sobie jakieś ciekawe zajęcie? Hobby?

Zaśmiał się pod nosem.

– Dali nam szachy…. no może nie tak piękne jak twojej babki… cóż… nie brakowało przeciwników… samozwańczych mistrzów…

– Pewnie nikt nie mógł z tobą wygrać. – zauważyła z uśmiechem.

– Oczywiście, że nikt! Nikt, nawet nie przekroczył dwóch minut gry!

Zamilkł wpatrując się w długie rozciągnięte słoje drewna, z którego wyrzeźbiono deski stołu.

– Nie… był taki jeden… prawie myślałem, że ze mną zremisuje.

Kobieta stała tyłem nurzając brudne naczynia w mydlanej kąpieli.

– Widać było, że dużo pracował… uczył się ruchów i układów pionów… ale od razu poznałem, że nigdy nie wykorzystał swojej wiedzy w praktyce.

Nerwowo nabrała powietrza w płuca.

– Teoria nie może się równać praktyce… podczas której stawiasz na szali kilkadziesiąt żyć… w tym swoje…

Dzwonki brzęknęły. Po panelach zatuptały małe stópki.

– Zjadłem! Dziadku… Kwadrans już minął… Kiedy mi opowiesz o smokach?

– Connie, dziadek jest zmęczony i powinien się położyć.

– Mogę ci odpowiedzieć na… kilka pytań.

Chłopczyk podbiegł do dziadka i usiadł na krześle obok.

– Czy to prawda – zaczął – czy to prawda, że tymi karabinami – tu wskazał na centralną ścianę – walczyłeś ze smokami?

Nad kominkiem wisiały dwa smukłe wypolerowane sztucery. Miały rzeźbione w winorośl kolby.

– A… te… tak. Nie miałem niczego innego… Jeden należał do twojego pradziada, a drugi do mojego przyjaciela…

– On też walczył ze smokami?

– Tak…

– Czemu oddał ci swój?

Mężczyzna przekrzywił szczękę lekko przy tym uchylając usta.

– Stwierdził, że już na nic mu się nie przyda.

– Zrezygnował z polowania na smoki?

– Ta… – przełknął ślinę.

– Opowiedz mi jeszcze raz jak te smoki wyglądają.

– Cóż… mają kilkanaście metrów długości… Nie zieją ogniem i nie mają złotych łusek, jak te w twoich książkach… Ich pancerz jest zrobiony z metalu. Wypluwają z wnętrzności kule ognia… jedna nawet mnie trafiła…

– Dlatego teraz utykasz, prawda?

– Owszem, paskuda poparzyła mnie… Przez ich pancerze, przez to że spuszczają nam na głowy żarzące węgle i latają bardzo wysoko, trudno je ubić…

– Ale… ty upolowałeś kilka, zgadza się?

– Słuchaj Connie… ja sam nigdy bym tego nie dokonał… Polowanie na smoki to praca drużynowa…

Kiedy jesteś sam niczego nie zdziałasz, nawet gdybyś miał najwspanialszy sztucer na świecie…

– Co wtedy robisz?

– Kiedy?

– No, gdy zostajesz sam na sam ze sokiem… mówiłeś mi, że tak kiedyś było… że widziałeś ich setki na niebie…

– Wiesz… smoki są dość szybkie. Mogą pokonać wiele kilometrów bez odpoczynku… ale podczas lotu robią okropnie głośny hałas… Z daleka możesz je usłyszeć…

– To znaczy, że hałas cię ostrzegł?

– Tak.

– I co wtedy zrobiłeś?

– Schowałem się do schronu.

– Co to jest schron?

– Coś na kształt… warowni – uciął wyraźnie czymś roztargniony. Kobieta podeszła do obojga.

– Connie – położyła mu dłonie na ramionach. – dziadek jest naprawdę zmęczony.

– A jutro będziemy razem puszczać latawce?

– Jeśli dasz mu się wyspać, aby miał do tego siłę…

– Już idę rozpalić w piecyku!

– Grzeczny chłopiec.

***

Jutrzenka lekko różowiła cienkie firanki trącane przez podmuchy porannego wiatru. Przedświt ledwo oświetlał sypialnie zarysowując jedynie kształty mebli. Przez otwarte okno wdarł się niechciany drażniący dźwięk. Trzask wyrwał ze snu jak spoliczkowanie. Chłopczyk zamrugał kilka raz, aby odzyskać ostrość widzenia. Przetarł je piąstką. Uniósł się na przedramieniu. Nasłuchiwał przez chwilę. Czyżby ktoś się włamał? A może duchy? Nie… one przychodzą w nocy, a nie nad ranem… Więc co to było. Sen?

Wtem usłyszał kroki. Znajomy nieregularny stukot. Dziadek? Ostrożnie zsunął się z łóżka nakładając buty i narzucając bluzę. Przekręciwszy gałkę klamki wyszedł na korytarz. Starając się unikać zdradliwych schodków, ominął najbardziej skrzypiące deski. Przechodząc obok salonu zauważył, że znad kominka zniknął jeden ze sztucerów. Czyżby dziadek wyszedł na polowanie? Przecież mówił, że u nich nie ma smoków… a w pojedynkę też nie da rady żadnego upolować… A może jakiś jeden zabłąkał się w te okolice jak zagubiona łania… Ach, tak pragną jednego zobaczyć, nawet gdyby był wypchany… Wtem naszła go pewna myśl. Wspomnienie zwątpienia sprawiło, że zmarszczył brwi i nadął policzki. Zamknąwszy starannie drzwi rozejrzał się wokoło. Na tle wschodzącego słońca wśród kiwających się puchatych główek źdźbeł traw dostrzegł lekko zgarbioną sylwetkę. Czym prędzej zbiegł po schodkach werandy i pognał w stronę wschodu. Gdy znajdował się już parę metrów od postaci krzyknął z uśmiechem:

– Dziadku! Co ty tu robi… – urwał jednak nagle stając w miejscu.

Mężczyzna był wyraźnie zdziwiony.

– Connie…?

– Dziadku… tyle razy mi mówiłeś, że nigdy nie powinno się tak trzymać sztucera… Powinieneś być bardziej ostrożny… To bardzo niebezpieczne, prawda?

Staruszek szybko opuścił koniec wylotu lufy w dół wyraźnie poddenerwowany.

– Faktycznie… masz zdecydowaną rację… zamyśliłem się, a to mogło kosztować mnie życie – lekko się trząsł, co było do niego nie podobne. – Dlatego zapamiętaj sobie, zabawa nim jest niebezpieczna!

Nigdy nie bierz go bez mojego pozwolenia, zrozumiałeś?

– Dziadku…

– Jest dosyć wcześnie… Idź kłaść się spać…

Chłopczyk podszedł do niego powoli. Złapał skraj szerokiej białej koszuli. W jego oczach malowała się troska.

– Dziadku… czy ty się boisz?

Mężczyzna zamarł. Po chwili otrząsnął się kręcąc głową.

– Czego miałbym się bać? Mam przy sobie bro… to znaczy sztucer… A zresztą tu nic nam nie grozi. Czy coś jest twoim zdaniem nie tak?

– Pomyślałem, że… może zauważyłeś smoka…

– Smoka?

– Bo wziąłeś sztucer i… – chłopczyk spuścił głowę jakby wstydząc się swojej naiwności.

Jednak po namyśle staruszek pokiwał lekko głową wpatrując się w horyzont.

– A wiesz, że masz rację?

– Naprawdę? – w małych błękitnych oczkach pojawiła się nadzieja. – Widziałeś gdzieś smoka? Kiedy?

Gdzie?…

– Na szczęście… – tu wyciągnął chudą rękę i wskazał palcem na ciemny skrawek nieba jeszcze nie oświetlony przez słońce. – Widzisz tamtą chmurę?

– Jest maleńka…

– Tak ci się wydaje… Jeszcze parę minut temu leciała koło naszego domu. Jej cień przypomniał mi sam… smoka.

– Dziadku, kiedy nauczysz mnie strzelać?

– Na pewno nie dziś – odparł zimno. – I nie w najbliższej przyszłości.

– Pan Jonson mówił mi, że do broni każdy musi się przyzwyczajać od najmłodszych lat…

– Connie, ty nie musisz i nie chcę abyś kiedykolwiek musiał, rozumiesz?

– Ale ja chcę…

– Skąd wiesz, że chcesz skoro nigdy nie próbowałeś?

– A skąd mam wiedzieć, że nie chcę, skoro nigdy nie próbowałem?

– Ze strzelaniem – odparł stanowczo dziadek – jest jak z każdym innym uzależnieniem. Szybko cię to wciąga… Ale nie jest to wcale zdrowe… Wręcz śmiertelnie niezdrowe.

– Ale ty strzelałeś do smoków i żyjesz.

– Ja musiałem.

– A ja chce być taki jak ty!

– Connie, mądry człowiek uczy się na własnych błędach, ale ten naprawdę inteligentny uczy się na cudzych. – Spojrzał w dół na jasną czuprynkę wnuka – ja ci mówię, że to złe… pokaż, że jesteś na tyle dojrzały i mądry, by posłuchać rady dziadka, dobrze?

– Dobrze…

Chłopczyk poczuł lekkie ukłucie zawodu. Słuchał opowiadań matki o tym, jak dziadek w młodości był uważany za najlepszego strzelca w stanie. Potrafił trafić sokoła w locie, a część trofeów w salonie to jego zdobycze z licznych dalekich wypraw. Niczego się nie bał, żył tak ja chciał, nikt mu nie dyktował co ma robić. Był wolnym człowiekiem. A przynajmniej tak było w świetlistych wyobrażeniach małego chłopca, zabarwianych opowiadaniami rodzicielki. Znów przemknęła mu pewna wzbudzająca niepokój i zwątpienie myśl. Wspomnienie rozmowy z rówieśnikiem z miasta. Przecież przyjaciel nie mógł go okłamać… ale czy nie najlepiej rozwiać najmniejsze wątpliwości tu i teraz?

– Dziadku…

– Tak, malcu?

Chłopczyk wiedział że “malcem” nazywano go tylko wtedy, gdy przerywał komuś w ważnej chwili, kiedy nie należało przeszkadzać. Ale dziadek przecież niczego teraz nie robił…

– Ostatnio mama zabrała mnie do miasteczka…

– I cóż związku z tym?

– Rozmawiałem tam z moim przyjacielem.

– Keith’em?

– Nie… Karlem…

– Mówiłem, żebyś się z nim nie zadawał…

– Wiem, ale on tylko chciał trochę ze mną pogawędzić… dał mi jabłko…

Staruszek pokiwał głową jak gdyby ponaglając.

– No więc on zaczął się chwalić swoim scyzorykiem… Był naprawdę ładny… z białą rączką… Mówił, że to z kości słoniowej…

Dziadek prychnął cicho pod nosem.

– I?

– No i… no trochę zadzierał nosa… Też chciałem się czymś pochwalić, więc powiedziałem mu o twoich sztucerach… a on zapytał czy walczyłeś na jakiejś wojnie, albo czy jesteś myśliwym…

– I co mu odpowiedziałeś?

– Zgodnie z prawdą, że walczysz ze smokami i jesteś bohaterem.

– A on na to?

– Że to niemożliwe, bo smoki nie istnieją. Zaczęliśmy się wykłócać… a on zapytał się jak one niby wyglądają, no to ja opisałem mu tak, jak ty mi zawsze opowiadałeś.

Mężczyzna stał intensywnie wpatrując się w wschodzące słońce.

– Wyśmiał mnie wtedy i powiedział, że coś mi się ubzdurało, i że ty mówiłeś mi o samolotach. Ale mówię mu, że nie mogłeś mówić o samolotach, bo przecież one służą tylko do prze-prze-prze…

– Przewozu?

– Tak, do przewozu ludzi.

– I co ci odparł?

– Zaśmiał się mówiąc, że ty nie jesteś żadnym bohaterem, tylko jakiś wterynarem… a może teranem…

– Chodziło mu o to, że jestem weteranem wojennym – dziadek westchnął.

– Dziadku, to prawda? – zapytał nieśmiało chłopczyk. Z lękiem dostrzegł wyraz smutku na twarzy opiekuna.

Milczał. Wiatr gładził wysokie trawy wprawiając główki kwitów w delikatny taniec.

– Tak.

– Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś? – chłopczyk poczuł się zraniony. Nawet dziadek, nawet mama, przez ten cały czas okłamywali i wmawiali mu jakieś bzdury. Ale, tak właściwie, to dlaczego?

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – powtórzył z wyrzutem.

– Bo bałem się, że prawda może cię przerazić…

– Bałeś się, że będę się bał?

– Owszem.

– Ale czego?

– Bałem się, że… zapragniesz być taki jak ja. Że będziesz mnie naśladować we wszystkim.

– Czy zrobiłeś coś złego?

– Tak… wiele złego…

– Mama mówi, że jeśli coś zrobię złego, zawsze muszę modlić się o radę, jak mam postąpić…

– Próbowałem. Wiele razy próbowałem…

– I co ci powiedział?

– Kto?

– No, Bóg.

– Nigdy mi nie odpowiadał.

– Mama mówi, że zawsze odpowiada, tylko my nie zawsze potrafimy słuchać.

– Posłuchaj mnie Connie – mężczyzna przykucnął by móc patrzeć wnukowi w oczy – zrobiłem wiele złych rzeczy… Wątpię żeby kiedykolwiek mi wybaczył… Ale ty możesz być inny, tak? Ucz się, bądź solidny. Nigdy nie odbieraj, zawsze dawaj z siebie jak najwięcej, rozumiesz?

– Ty robiłeś na odwrót?

– Tak.

– A… próbowałeś oddać te rzeczy dla właścicieli?

– W tym sęk… – poczuł nagłą wilgoć w oczach. – W tym problem, że nie mogłem.

– Dlaczego?

– Nie zawsze to co zrobimy, da się odwołać. Dlatego zapamiętaj moje słowa, dobrze?

– Dobrze – chłopczyk uśmiechnął się promiennie. Uściskali się, po czym mężczyzna wyprostował się.

– Wracaj już do domu… do łóżka, jasne?

– A ty dziadku?

– Ja?

– Nie wracasz?

– Cóż… ja… muszę coś jeszcze zrobić. Ale do tego potrzebuję… ciszy… i spokoju…

– Co zamierzasz zrobić?

– To… tajemnica.

– Ale myślałem, że zawsze o wszystkim sobie mówimy…

– Każdy ma swoje tajemnice… wiesz… może skorzystam z twojej rady…

– Jakiej?

– Pomodlę się…

– Tak, tak, spróbuj!

– No już – pogładził chłopca po czuprynce – Idź.

Gdy chłopiec oddalał się coś tknęło starca.

– Connie!

Malec odwrócił się zdziwiony.

– Nigdy nie zapomnij o czym, ci teraz powiedziałem, dobrze?

– Dobrze! Nigdy nie zapomnę!

Pomachał mu na pożegnanie.

***

Następnego dnia Connie dowiedział się od pana Jonsona, że nie może się widzieć z dziadkiem. Na pytanie dlaczego, dostał odpowiedź: zginął walcząc ze smokiem.

Kilka lat później Connie wiedział już, że smoki istnieją choć różnią się od tych z legend. Na przykład tym, że zamiast serc miały silniki spalinowe. Jednak to nie one zabiły jego dziadka. Ale ich wspomnienie.

                                  Maja Król

Obraz wyróżniający: Obraz klimkin z Pixabay