Bibliotekarz / Kinga Brdej

0
41
Siedziałem za swoim skromnym kontuarem i przecierałem z kurzu niewielką lampkę. Kurzu nie było wiele, bardzo dbałem zawsze o porządek w mojej bibliotece. W końcu jakże to tak, kurz wśród wspaniałych książek! Już na wejściu do tego miejsca powinno więc być posprzątane. Nagle drzwi się otworzyły i nieśmiało wszedł przez nie jakiś człowiek. Rozejrzał się po korytarzu. Widziałem jak jego wzrok niepewnie zatrzymuje się na każdym elemencie. Na starej drewnianej podłodze, która nie we wszystkich miejscach była już doskonale równa, na obdartych ścianach i na niegdyś pozłacanych ramach, które teraz nie były już pozłacane, a wewnątrz nie było obrazów. Cóż, przynajmniej było tu czysto. Po tym rozejrzeniu się człowiek – był to straszy mężczyzna, wyglądający i ubrany dość przeciętnie – drgnął lekko, jakby chciał się odwrócić i wyjść. Widział jednak, że zdążyłem go zauważyć, pewnie pomyślał więc, że już nie wypada odejść tak bez słowa.
Dzień dobry – rzucił.
Dzień dobry – odpowiedziałem. – Proszę podejść bliżej.
Kiedy podszedł pod mój kontuar, a właśnie wytarta lampka pozwoliła mi obejrzeć dokładnie jego twarz, powiedziałem, nie dopuszczając go do głosu:
Zapraszam, wiem, czego pan szuka.
Skąd pan wie? – zapytał zdziwiony.
Och, proszę mi wierzyć, znam się na ludziach. – Pracowałem tutaj już bardzo długo. Sam nie wiem ile, ale kiedy mówię, że bardzo długo, to znaczy, że naprawdę długo. – Każdy, kto tu przychodzi, szuka tego, co pan.
Uśmiechnął się lekko, widocznie zadowolony, że znam jego potrzeby. Skinął głową, jakby dziękując mi za moje słowa. Wyszedłem zza kontuaru i wskazałem mu pierwsze drzwi po mojej lewej.
Proszę, zapraszam.
Otworzyłem drzwi i wprowadziłem go do środka. Przed nami znajdował się piękny duży pozłacany fotel. Na nim kilka poduszek, purpurowych i bordowych, przy fotelu mały, fikuśny dywanik, już z daleka wydający się bardzo miękki, i prosty, ale ładny stolik. Wokół fotela znajdowały się regały, ułożone w kształcie koła, z przerwami co jakiś czas, a w przerwach widać było, że za pierwszymi meblami znajdowały się kolejne, a dalej kolejne i kolejne i tak ciągnęły się w nieskończoność, że niemożliwym było dostrzec ich koniec. Każdy regał był wypełniony, a nawet przepełniony, książkami, zwojami i tabliczkami. Boki regałów, w przejściach do następnych rzędów, pokrywały drobne znaczki, z naszego miejsca niewyraźne. Przestrzeń, gdzie znajdował się fotel, była jasno oświetlona, wręcz świeciła, a regały spowijała delikatna mgła, tworząca przytulną atmosferę. Przy pierwszych regałach uwijało się obecnie kilka osób. Schludnie ubrani w czerń i biel, w białych rękawiczkach i z nabożnymi minami wyjmowali niektóre książki i zajmowali ich miejsca nowymi, przyniesionymi z dalszych regałów.
Co to jest? – zapytał starszy człowiek.
Och, czy nie tego pan szukał? Jest tu wszystko, czego panu potrzeba. Wszyscy moi pomocnicy są na pana każde polecenie, przyniosą panu wszystko, czego pan sobie zażyczy, a na moją prośbę nawet to, czego pan sobie nie zażyczy, a czego pan potrzebuje. Proszę, proszę – powiedziałem prowadząc go do fotela – proszę sobie usiąść. Wygodnie, prawda? To jak będzie, zostanie pan?
Tak, tak – powiedział lekko zdezorientowany, gładząc ręką jedną z poduszek. – Tak, chyba zostanę.
Wybornie. Jakby mnie pan potrzebował, to będę u siebie, a pana będę cały czas obserwować. Proszę się z niczym nie krępować, niech pan korzysta do woli.
Zostawiłem go powtarzającego pod nosem „tak, tak” i wróciłem za swój kontuar. Na monitorze komputera odpaliłem obraz z kamerek, dzięki którym mogłem obserwować mężczyznę. Właśnie podszedł do niego jeden z moich pomocników, niosąc mu na tacy stos książek. Położył to na stoliczku obok fotela. Starszy człowiek przejrzał tytuły książek, kąciki ust uniosły mu się w uśmiechu i niemal łapczywie otworzył pierwszą pozycję, pogrążając się w lekturze. Wielką przyjemność sprawiało mi obserwowanie jak czyta, ale już wkrótce mi przerwano. Z pokoju po prawej wyszła moja sekretarka, zarządzająca pomocnikami i czasami robiąca mi kawę. Niosła właśnie duży kubek mocnej czarnej, bez mleka i cukru.
Czy ktoś przyszedł? – zapytała podając mi napój.
Tak – wskazałem jej monitor, żeby mogła zobaczyć.
Wspaniale! Czego sobie życzył?
Tego, co wszyscy.
Następny! – powiedziała z pobłażliwością.
Wszyscy, którzy tu przychodzą, chcą tylko tego.
Dobrze, że jest takie miejsce, gdzie mogą poszukać.
O, tak – przyznałem jej rację z dumą patrząc na wytarty już napis nad drzwiami do złotej sali (jak zwykłem ją nazywać w myślach): „Sens życia”.
Sekretarka przyniosła sobie herbatę i oparła się o kontuar. Rozmawialiśmy jakiś czas, kątem oka patrząc, jak starszy mężczyzna przerzuca kolejny stosik, który pomocnik przyniósł mu na tacy. W trakcie czytanie na jego twarzy malowały się różne emocje: była tam nadzieja, zachłanność, obrzydzenie. Widziałem jak raz jego oczy wyrażają już bezdenną ufność, że znalazł to, czego szukał. Ale potem przewrócił stronę i ten wyraz twarzy znikł, zastąpiony rozczarowaniem.
A już był tak blisko – skomentowała sekretarka z rozbawieniem kręcąc głową.
Patrz, rozgląda się po bibliotece – powiedziałem. – Muszę iść, ma pytanie.
Zostawiłem sekretarkę i wszedłem do złotej sali. Mężczyzna zdążył już wrócić do czytania.
W czym mogę pomóc? – Widząc jego zdziwienie dodałem: – Proszę pytać, przecież ma pan do mnie pytanie.
Tak, właściwie tak. Dlaczego oni tak wnoszą i wynoszą te książki?
Wskazał na pomocników, którzy właśnie zbierali niektóre pozycje z pierwszych regałów i wynosili je dalej.
Och, to proste. Te książki nie są już… aż tak popularne. Za ciekawsze odkrycia w tej dziedzinie uznano inne, muszą więc przynieść tamte: niektóre prosto z fabryki, która znajduje się między regałami, a niektóre z dalszych półek. Niektóre trafią tam – wskazałem ręką na jeden z regałów, który znacznie różnił się od pozostałych. Był wykonany z czystego złota, książki stały na nim z dużymi odstępami od siebie, a pomocnicy, mijając go, schylali przed nim głowy. – Tam trafiają tylko nieliczne. Niektórzy nazywają je „świętymi”.
Hm… ciekawe, tak – powiedział, ale po mojej odpowiedzi pogrążył się już całkowicie w lekturze.
Wracając, zapytałem jednego z pomocników:
Co teraz przyjmuje?
Przepadł w filozofii.
Tylko ostrożnie, żeby nie przedawkował.
Oczywiście.
Czy już jest gotowy dalej?
Jeszcze chwilę – ocenił pomocnik.
Przyglądał się przez moment pozycjom na regale i wybrał trzy, które umieścił na tacy. Szykował następny posiłek. Wróciłem na swój korytarz, za kontuar, a sekretarka nadal piła herbatę.
Jaki ten czas tutaj spokojny! – westchnęła z rozkoszą.
Już niedługo. – Wskazałem na drzwi wejściowe.
Wybornie!
Nie zdążyłem upić więcej jak dwa łyki kawy, a starszy człowiek pochłonął w tym czasie znaczną część najwybitniejszych dzieł filozoficznych, gdy otworzyły się drzwi i wbiegła przez nie nastolatka. Dziewczyna rzuciła na mnie tylko przelotne spojrzenie, więc wskazałem jej bez słowa drzwi do złotej sali. Na monitorze obserwowałem, jak podbiega do starszego mężczyzny, a zza drzwi słyszeliśmy jej głos:
Dziadku, dziadku, chodź. Chodź ze mną!
Jeszcze chwilę, już, już jestem blisko.
Sekretarka mimowolnie prychnęła, ale potem spoważniała pod moim karcącym spojrzeniem. Dziewczyna wybiegła z sali, a potem z korytarza na zewnątrz. Wszystko przebiegło bardzo szybko. Upiliśmy jeszcze kilka łyków, ale sekretarka zaczęła się niecierpliwić. Przestępowała z nogi na nogę i patrzyła na mnie znacząco.
Niech ci będzie, już idę.
Znowu poszedłem więc do złotej sali, gdzie zastałem starszego człowieka kończącego właśnie Koran i sięgającego z apetytem po jego interpretacje.
Proszę za mną.
Nie! – krzyknął patrząc na mnie z przerażeniem. – Jeszcze nie skończyłem! Nie znalazłem!
Wrócimy tutaj, proszę się nie martwić, a tam… tam też chce pan pójść.
Skoro pan tak mówi.
Mężczyzna podniósł się z fotela i razem wyszliśmy ze złotej sali. Był zawiedziony, kiedy znowu zobaczył mój korytarz, dlatego szybko wepchnąłem go do sali drugiej po lewej i zamknąłem za nim drzwi. Wróciłem za kontuar i szybko przełączyłem widok z kamerek na „Pokój rozmów”. Zobaczyłem jak moi pomocniczy kończą ustawiać stos z książek i przystawiają do niego drabinę. Mężczyzna zaczął się po niej wspinać. Oprócz niego, w pokoju znajdowało się jeszcze całe mnóstwo osób siedzących na stosach książek. Każdy stos był innej wysokości i zawierał w sobie inne pozycje. Zawsze było tam bardzo głośno, dlatego kazałem wyciszyć to pomieszczenie, żeby nie słyszeć tych kłótni. Zakłócałyby nasz spokój, a ludzie wchodzący do biblioteki też lepiej, żeby tego nie słyszeli, jeszcze by ich to spłoszyło. Gdy starszy mężczyzna usadowił się już na wielkim stosie książek, dołączył do przekrzykujących się. Już wkrótce w powietrzu zaczęły latać niektóre pozycje.
Mój ulubiony moment! – powiedziała podekscytowana sekretarka patrząc na monitor.
Książki, rzucane przez jedne osoby, trafiały inne, które albo odbijały je swoimi książkami, albo, trafione, spadały ze swoich stosów. Nie musieliśmy czekać długo, aby i nowoprzybyły mężczyzna dostał ostrzał książkami. Spadł ze swojego stosu, a pomocnicy pomogli mu podnieść się z ziemi. Wkrótce drzwi się otworzyły i mężczyzna wyszedł.
Jakże się panu podobało? – zapytałem.
Nic nie wiem! Nic nie wiem! Jakże marne jest to, co wiem! A ewolucja, a genetyka, a fizyka kwantowa, a chemia organiczna, a teoria endosymbiozy, a kryształy czasowe? Dlaczego nikt mi nie przyniósł historii buddyzmu? Co ja wiem o buddyzmie? Nic nie wiem! Jest buddyzm, ot, co i wiem.
Nic straconego, zapraszam z powrotem.
Pomocnicy otworzyli przed nim drzwi złotej sali, a mężczyzna pobiegł na fotel i rozkoszował się tym, co inni pomocnicy zdołali mu już przygotować.
Widzę, że mu się czas kończy – stwierdziła sekretarka kręcąc głową.
Nie zdąży? – zapytałem ze smutkiem.
Nie.
Cóż, to twój obowiązek.
Niech skończy tę pozycję i idę.
Sekretarka szybko dopiła herbatę i wyszła do swojego pokoju. A ja zostałem, ale nie patrzyłem na monitor, nie lubiłem tego momentu. Wkrótce sekretarka wróciła.
Ucięła się gładko – powiedziała strzelając na palcach.
Nie domknęła drzwi do swojego pokoju i zobaczyłem cienką nitkę, leżącą na podłodze. Po chwili pomocnicy wynieśli ciało starszego mężczyzny. Kiedy otwierali drzwi na zewnątrz, zauważyłem jak grupa ludzi tańczy i śpiewa. Wśród nich tańczyła też nastolatka, wnuczka tego człowieka.
Widzisz? – zapytałem sekretarki. – Tamta znalazła.
Pokiwała głową. Ledwo drzwi za pomocnikami się zamknęły i zauważyłem, że uprzątnięto złotą salę, a na korytarz wszedł kolejny niepewny człowiek. Spojrzał na puste ramy, na podłogę, która trochę zaskrzypiała pod jego stopami.
Dzień dobry – rzucił.
Dzień dobry – odpowiedziałem. – Proszę podejść bliżej. Zapraszam, wiem, czego pan szuka.
Skąd pan wie? – zapytał zdziwiony.
Och, proszę mi wierzyć, znam się na ludziach. Każdy, kto tu przychodzi, szuka tego, co pan.
Zaprowadziłem człowieka do złotej sali, a potem wróciłem za kontuar.
Zaparzyć kawę? – spytała sekretarka.
Tak – odpowiedziałem.
Ziewnąłem.
                   Kinga Brdej

 

Obraz wyróżniający: Obraz Foundry Co z Pixabay