Między niebem a ziemią / Zosia Wieja

0
57
Jestem siostrą anioła.
Mój brat ma na imię Donati – prawda, że to urocze imię? Nie znam nikogo, kto nazywałby się równie elegancko i słodko jak on. Sądzę, że imiona mają wielkie znaczenie, zawsze mówią sporo na temat osoby, która je nosi. Mój brat jest ode mnie starszy o wiele lat, sama dokładnie nie wiem o ile. Zawsze mówi do mnie – moja mała dziewczynko, choć wcale nie jestem już taka mała. Rzadko używa mojego prawdziwego imienia, Letitia. Donati jest wysoki, o wiele wyższy ode mnie i ma łagodną twarz przywodzącą na myśl bezchmurne niebo. W jego oczach lśnią gwiazdy, które od najmłodszych lat oświetlały moją drogę. Odkąd pamiętam, przez życie prowadziła mnie ręka brata, a jego kroki wyznaczały tempo moich własnych. Kiedy tylko widzę, że się zbliża, od razu rzucam mu się na szyję.
Donati, mogę dziś iść z tobą? – pytam, jak co wieczór.
Chyba nie potrafiłbym ci odmówić, moja mała dziewczynko – mówi, śmiejąc się i chwytając mnie za rękę. – Musimy się trochę pospieszyć, bo słońce zachodzi, a ludzie nie mogą przecież błądzić w ciemności.
Spacerujemy razem po firmamencie, a mój brat zapala gwiazdy, jedną po drugiej. Takie jest jego codzienne zadanie. Uwielbiam przyglądać się jego pracy. Gwiazdki są śliczne! To takie małe stworzonka, wyglądają trochę jak zamknięte pączki kwiatów. Kiedy Donati przechadza się pośród nich, muska je dłonią, a one pod wpływem dotyku otwierają się, przeciągają łapki, przecierają zaspane oczka i zaczynają delikatnie świecić. Ja chodzę za nim i poprawiam gwiazdkom płaszczyki, dopinam guziki, a czasem gładzę je po aksamitnych policzkach. Gwiazdki bardzo to lubią, puszą się jak kocięta i świecą jeszcze mocniej. Donati patrzy na moje poczynania z rozbawieniem.
Widzisz, jak cię uwielbiają? Zagraj im coś, to może nam zatańczą.
Oboje kochamy takie widowiska, więc z ochotą wyjmuję flecik i przykładam go do ust. Zerkam na brata.
Tylko się nie śmiej! Wiesz przecież, że dopiero się uczę! – zaczęłam się usprawiedliwiać, choć jeszcze żaden dźwięk nie wydobył się z mojej piszczałki.
Pierwsze nuty są nieśmiałe i ulatują gdzieś w niebieską przestrzeń, ale z każdą chwilą nabieram odwagi. Muzyka nagle staje się naszym powietrzem, oddychamy melodią. Dźwięki zaczynają nas porywać, nasze nogi same rwą się do tańca. Gwiazdy czują to samo, bo niebo nagle zmienia się w migoczący obraz, który żyje, pulsuje, mieni się, wiruje i błyszczy. Stajemy razem pośrodku tego złocistego deszczu, który zmienia nocne niebo w jedną wielką świetlistość. Po chwili wszystko milknie, a zmęczone gwiazdki zaczynają szeroko ziewać i tulić się do moich stóp. Nie da się ukryć, że Donati jest pod wrażeniem.
Jak ty to zrobiłaś, dziewczynko? – pyta zdumiony.
Nie wiem, tak jakoś wyszło… – śmieję się.
On jednak jest wyraźnie przejęty.
 Nie wiem, czy to dobrze dla ciebie, że posiadasz zdolności anioła. Oboje wiemy, że nie powinnaś tego robić. W zasadzie nie powinnaś nawet tutaj ze mną być. Nie sądziłem do tej pory, że twój dar jest tak wielki. Mam tylko nadzieję, że nikt tego nie widział – wyszeptał. Mój uśmiech blednie.
 Ach, Donati! Nie sądzisz chyba, że z tego powodu może stać się coś złego? – spytałam.
On nic nie odpowiedział, tylko wziął mnie ze rękę i pociągnął w dół. Po chwili milczenia dodał:
Nie przejmuj się, Letitio. Zapomnijmy o tym i lepiej już nie grajmy piosenek przy gwiazdach. Teraz musimy jeszcze sprawdzić, czy na ziemi wszystko w porządku, czy żaden statek nie zbłądził z powodu naszych wybryków i czy żaden człowiek nie zgubił się dziś pośród nocy.
Skrzydła mojego brata uderzają cicho, a ja w duchu cieszę się, że choć sama ich nie posiadam, nie zostałam pozbawiona możliwości latania. Kiedy przebiliśmy się przez miękką zasłonę chmur, otuliło nas ciepłe, letnie powietrze. Pod nami połyskuje atramentowe morze. Obok przelatuje stado dzikich łabędzi, dostojnie i statecznie. Zaraz za nimi pojawia się samotny skowronek, który zmęczony podniebną podróżą, stwierdza najwyraźniej, iż moje ramię jest doskonałym miejscem na odpoczynek i ukrywa się w długich, jasnych falach moich włosów.
Donati, spójrz – szepczę.
Mój brat przygląda mi się uważnie i ściska mnie mocniej za dłoń, ale nic nie mówi. Ptaszek mości się wygodnie i chyba zapada w drzemkę. Gładzę jego brunatne piórka; są takie miękkie… jak obłoki. Pozwalam mu spać spokojnie, a sama przyglądam się krajobrazowi, który rozpościera się przed nami. Naszym oczom ukazuje się miasto wzniesione na białych skałach, przycupnięte na stromym wybrzeżu. Dociera do nas odurzający zapach pomarańczowych gajów, które ciągną się za miasteczkiem. Małe domki o płaskich dachach wyglądają naprawdę uroczo, zwłaszcza, że każdy z nich tonie w powodzi kwiatów, które zdobią okna, futryny oraz ogrody. Wąskie uliczki pną się serpentynami w górę, a jedna z nich wychodzi poza miasto i dociera aż na sam szczyt wzgórza, które wznosi się ponad nim.
I co, moja mała dziewczynko? – Z zamyślenia i zachwytu nad tym urokliwym zakątkiem świata wyrywa mnie głos brata. – Widzisz kogoś, kto zgubił drogę do domu? – pyta Donati.
Wytężam wzrok.
A tam? Ktoś chyba jest na szczycie wzgórza… Nie jestem pewna – odpowiadam po chwili.
Kiedy jesteśmy już dostatecznie blisko, zauważam wyraźnie, że to młody chłopak. Nie dostrzegł nas, bo jesteśmy przejrzyści jak snop światła; najwyżej mógł zobaczyć przelotną iskrę na niebie. Donati ląduje nieopodal, a mnie sadza w gałęziach kwitnącej akacji. Wdycham z rozkoszą słodki zapach. Ziemia jest tak niezwykła w swoim pięknie! Ubrana w cudowne zapachy, pomalowana milionem barw, przesycona nastrojami, uczuciami i myślami ludzkimi, tak fascynująco innymi od naszych…
Posłuchaj mnie teraz uważnie – z zamyślenia znów wyrywa mnie Donati. – Ja przelecę jeszcze nad miastem, dla pewności, że wszystko jest tak, jak należy. Ciebie zostawię tutaj, abyś czuwała nad tym chłopcem. Nie wiemy, czy nagle nie podniesie się znad morza mgła, która mogłaby przeszkodzić mu w bezpiecznym powrocie do domu. Spogląda na mnie z naciskiem.
Tylko mu się nie pokazuj, dziewczynko. Proszę, poczekaj tutaj na mnie.
I odfruwa, cicho jak wieczorny podmuch wiatru. Przez moment siedzę cicho na gałęzi, macham nogami w powietrzu i przyglądam się z daleka samotnej postaci. Po chwili jednak dochodzę do wniosku, że skowronek, który już się przebudził, z pewnością chciałby usłyszeć, jak gram na flecie. W końcu to prawdziwy muzyk, a ja dopiero się uczę języka dźwięków. Może do mnie dołączy? Gdzieś w moich myślach kołaczą się przestrogi brata, ale muzyka ciągnie i nagli mnie nieporównanie mocniej. Przykładam instrument do ust. Nie gram głośno, ale przejmująco. Odnajduję w sercu tęskną, łagodną melodię, która szeleści w liściach akacji. Pąki drżą lekko, jakby poruszane tchnieniem nocy, a mój skowronek zaczyna cichuteńko świergotać. Chłopiec odwraca się, przestraszony i zaciekawiony. Do tej pory siedział na skale i rozmarzonym wzrokiem spoglądał w dół na miasto oraz w górę, ku gwiazdom. Gdy usłyszał moją melodię, prędko wstał, próbując w ciemności wypatrzeć źródło muzyki. Wiem, że gdybym tego pragnęła, mogłabym być dla niego całkiem niewidoczna, ale… wcale tego nie chcę. Jakaś dziwna tęsknota, którą czułam czasami jak delikatne ukłucie na dnie duszy, teraz ogarnia mnie ze zdwojoną siłą.
Niewiele myśląc, schodzę na ziemię. Nie widzę powodu, dla którego miałabym bać się człowieka. A jednak, obawiam się trochę spotkania go tak blisko, twarzą w twarz. Chłopak zauważa mnie. Jest niewysoki, drobny, o włosach koloru smutku oraz oczach naznaczonych cierpieniem i błyszczących żyjącymi w nim marzeniami. Serce bije mi jakoś dziwnie, niezwyczajnie.
Kim jesteś? – pyta nieśmiało.
Nie wiem dlaczego, ale nie potrafię wypowiedzieć bodaj słowa. Nagle czuję silne szarpnięcie. Wiatr rozrzuca moje złote loki, chłód owiewa moje bose stopy, które przestają czuć grunt i miękką trawę porastającą wzgórze. Donati porywa mnie wysoko, ponad miasto, ponad zapach pomarańczy, ponad chmury. W oddali widzę jeszcze maleńką, samotną postać, niknącą z każdą sekundą. Przytrzymuje mnie mocno, przyciskając do piersi i obejmując ramieniem.
Donati, ja chcę wracać! – wykrzykuję.
Nie odpowiada. Łzy skapują z moich policzków i spadają w dół jak krople deszczu. Wracamy do naszego domu, który stoi w zakolu srebrnej rzeki. Zmęczona padam na łóżko i zasypiam, nie chcąc myśleć o niczym. Przez cały poranek Donati się do mnie nie odzywa, ale w końcu, po kilku godzinach, przezwycięża swoją złość. Rozumiem, że się na mnie gniewa, zresztą najzupełniej słusznie. Chciałbym mu wszystko wytłumaczyć, ale jakoś nie potrafię. Mam wrażenie, że w miejscu, w którym kiedyś było tylko zadowolenie i beztroska radość, nagle pojawiła się paląca tęsknota. Po południu mój brat przytula mnie i mówi, już bez urazy w głosie:
Moja mała dziewczynko, myślę, że dzisiaj przyjdzie do nas przełożony. Delikatnie mówiąc, trochę nabroiłaś, więc pewnie nie będzie odkładał na później decyzji o przydzieleniu ci zadania i pracy, którą będziesz wykonywać.
Jeszcze nie wiem, jak stanąć wobec tej nowiny. Zawsze miałam świadomość, że kiedyś się to wydarzy. Że rozdzielą mnie z moim bratem, nadadzą kierunek mojemu życiu i wyznaczą sens mojego istnienia. Nigdy nie będę aniołem, co do tego nie mam nawet złudzeń. Pewnie czeka mnie jakaś zwykła praca. Rzeczywiście, przed wieczorem w drzwiach naszego domu staje anioł, dobrze zbudowany, o lekko zarozumiałym wyrazie twarzy.
– Witaj, Donati. Oto list polecający dla Letitii. Przekaż jej, że jutro ma stawić się przed Radą, a potem udać się do Królewskich Ogrodów, gdzie zostanie poinstruowana co do pracy, którą będzie odtąd wykonywać – recytuje przybysz monotonnym głosem – Mamy nadzieję, że to oduczy ją nierozsądnego zachowania – dodaje jakby od niechcenia.
Donati dziękuję zwięźle, żegna się i zamyka drzwi. Oglądamy razem kopertę, w której znajduje się pismo rozstrzygające o mojej przyszłości. Na razie nie wolno nam jej otworzyć, mogą zrobić to dopiero przedstawiciele Rady. Spoglądamy na siebie z niepokojem i z wątpliwościami kiełkującymi w naszych sercach. Po chwili Donati wychodzi, aby zapalić gwiazdy, a ja zostaję sama w ciemnym domu, sama z moim strachem i sama z moim marzeniem. Nazajutrz nastaje prześliczny dzień. Światło słońca mieni się mnóstwem odcieni, jakby na jego drodze stanął kolorowy witraż. Donati prowadzi mnie za rękę aż pod same wrota wielkiej rady. Dalej muszę iść sama. Wchodzę do zacienionego wnętrza o wysokim sklepieniu. Moje kroki pobrzmiewają echem, kiedy stąpam po marmurowej posadzce. Ściskam w dłoni świstek papieru, na którym złotym atramentem wypisano treść mojego życia. Korytarz zdaje się nie mieć końca; idę i idę, aż w końcu dochodzę do ogromnej sali zalanej jasnym światłem słonecznym wpadającym do wnętrza przez wysokie, smukłe okna ciągnące się rzędem przez całą jej długość. Zauważam grupkę dziewcząt, takich jak ja, które jeszcze nikim nie są. Zapewne one także czekają na swój przydział. Dołączam do nich, bo i tak nie wiem, co innego mogłabym zrobić. Chwilę później wchodzą dostojni aniołowie, odziani w białe szaty. Wiem, że to Rada. Zaczynają po kolei odbierać listy z naszych drżących rąk, otwierać je i wyczytywać na głos nasze przeznaczenie.
Letitia. Kropla.
Kiedy jest już po wszystkim, przestaję się bać. Wróciwszy do Donatiego, oznajmiam mu, że jestem kroplą, a on wydaje się być całkiem zadowolony i dumny. Odprowadza mnie do dziedzińca przed bramą Królewskich Ogrodów, a potem żegna się ze mną czule, obiecując, że wkrótce mnie odwiedzi. Jeszcze nie wiem, co mam czuć – wszystko jest takie nowe! Zajęto się mną troskliwie, dostałam błękitną tunikę do ubrania, a inne krople, które już od dawna pracują w Ogrodach, zaznajomiły mnie ze wszystkim, co powinnam wiedzieć. Sam ogród jest magicznym miejscem. Drzewa sięgają tutaj obłoków, kwiaty rosną tak bujnie, jak nigdzie indziej, a płynąca przez środek rzeka jest źródłem życia i obfitości całego ogrodu. Nie pada tutaj deszcz, dlatego potrzebne jesteśmy my – krople, aby owoce mogły dojrzewać, a pąki rozkwitać. O wschodzie słońca ogród spowity jest woalką różowej mgiełki, a wieczorami budzą się roje świetlików, które migoczą w powietrzu.
Jest ze mną mój skowronek, który nie zorientował się w porę, że wyruszył w podróż poza ziemską atmosferę… Ale niebiańskie ogrody bardzo przypadły mu do gustu, więc po niedługim czasie fruwa już w gąszczu, uradowany i szczęśliwy.
Kiedy pracuję, udaje mi się myśleć mniej o tym, co widziałam podczas podróży na ziemię. Jeden po drugim, dotykam zamkniętych kwiatowych pączków, a z moich palców spływają kropelki wody. Zaczyna jednak dziać się coś niezwykłego – te otwierają ku mnie swoje kielichy, tak, jakby wyciągały ręce w moją stronę. Nigdy nie widziałam, żeby któraś z kropli doświadczała czegoś podobnego. Nie przejmuję się tym, choć zastanawiam się, czego kwiaty mogą ode mnie chcieć. Wtem przychodzi mi do głowy pewna myśl: Może one tęsknią za muzyką? Wyjmuje mój flet i ofiarowuję im to, co mam w sercu. Melodię przepełnia nienazwany smutek, który dziwi mnie samą. Roślinność zbliża się do mnie, pnącza kwiatów otaczają mnie swoimi ramionami. Smukłe drzewa falują warkoczami liści. Cała natura zbliża się ku muzyce w napięciu, czekając jakby na zakończenie. Kiedy milknę, burgundowe róże wijące się pod mymi stopami otwierają szeroko pąki. W każdym z nich stoi malutka postać o motylich skrzydłach. Od razu poznaję królową, jej róża nie ma kolców, a na głowie lśni diadem. Jej piękne oczy spoglądają na mnie z miłością i wdzięcznością.
Ach! Dziękujemy ci za tę wspaniałą pieśń, droga kropelko. Przyniosłaś nam dziś więcej niż tylko kilka dźwięków – mówi melodyjnym głosem.
W milczeniu skłaniam przed nią głowę.
Powiedz tylko, dlaczego w twojej pieśni słychać było tyle żalu? – pyta dobrotliwie maleńka królowa.
Sama nie wiem… – odpieram zawstydzona.
Wobec tego sprawdź w odbiciu wody w sadzawce, ona z pewnością pokaże ci prawdę. To, za czym najgoręcej tęsknisz. Żadne z nas, kwiatów, nie chce, aby twoje serce cierpiało – dodaje, uśmiechając się smutno.
Po tych słowach, królowa kuli się w kłębek na dnie kielicha, a wszystkie kwiaty ponownie się zamykają. Podnoszę się z polanki, na której siedziałam grając na flecie. Mam zamiar przejrzeć się w tafli wody, choć w głębi duszy przeczuwam, co tam ujrzę. Niemniej jednak, zdążam przez otulony zmierzchem ogród w kierunku sadzawki. Znajduje się ona w samym jego środku, więc czeka mnie długi spacer. W drodze towarzyszy mi łagodny śpiew skowronka, który nie odstępuje mnie na krok. Ujrzawszy nieruchomą powierzchnię wody, klękam przy brzegu, dłonią próbując dosięgnąć obrazów, które naraz zaczynają tańczyć przed moimi oczami. Widzę kłębiące się chmury, a za ich zasłoną – pomarańczowe gaje. Ciemność nagle staje się dniem, a to, co niejasne, naraz staje się zupełnie oczywiste. Widzę chłopca i jego pełne smutku oczy. Znałam go nie dłużej niż kilka minut, a jego obecność odcisnęła we mnie wieczny ślad. Pragnę spotkać go znów, aby wskazać mu drogę do domu.
Wędruję z powrotem zupełnie rozstrojona, potrafiąc myśleć tylko o jednym.
Nazajutrz, a także przez wszystkie kolejne dni, moja tęsknota pochłania mnie bez reszty. Teraz widzę odbicie ziemskiego chłopca wszędzie, gdzie tylko spojrzę – w falach rzeki, w fontannie na dziedzińcu, we w własnych piosenkach. Noszę w sobie kawałek ziemi i chyba to jest powodem, dla którego wszystkie zwierzęta oraz rośliny garną się do mnie, chcąc słuchać niekończących się opowieści o świecie, w którym pada deszcz, a na skałach wyrastają małe, tonące w kwieciu domki.
Pewnego dnia odwiedza mnie Donati. Mój brat próbuje udawać, że wszystko jest jak dawniej, ale oboje wiemy, że to nieprawda. Nie jestem już jego małą dziewczynką. Jestem kimś, co oznacza, że mogę również cierpieć.
Moja mała kropelko! Tak się cieszę, że cię widzę! – mówi z przejęciem.
Wtulam się w jego ramiona, których tak bardzo mi ostatnio brakowało. Nie chcę też, żeby widział moje oczy, w których wypisany jest żal.
Rozmawiamy ze sobą przez niedługą chwilę, a na koniec brat napomyka, że przełożeni martwią i frustrują się moim zachowaniem. Podobno to niedobrze, kiedy kropla rozmawia z kwiatami, skupia wokół siebie uwagę wszystkich stworzeń i nocami wygrywa smętne melodie. Żegnamy się bardzo wylewnie, a ja nie mam odwagi, by szepnąć Donatiemu o moim wielkim marzeniu. Roztajemy się jak prawdziwi dorośli – chcący sobie coś wyznać, lecz nigdy nie potrafiący się na to zdobyć. Tęsknota łamie moje wnętrze; nie potrafię o tym mówić.
Raz po raz przychodzą do mnie dostojni przedstawiciele Rady i proszą mnie, abym zaprzestała mojej poufałości z innymi stworzeniami. Słucham ich z szacunkiem, ale w mojej mocy nie leży to, żebym przestała śpiewać o ziemskim pięknie, które tak fascynuje roślinność ogrodu. W końcu zaczynają się naprawdę irytować i mówią bez ogródek, że mam nie grać więcej na flecie, bo robię to niemal tak dobrze jak anioł, a jestem przecież nikim więcej, jak tylko kroplą. Tylko kroplą. Wreszcie, po tysiącu napomnień, odpowiadam butnie, pozbywszy się poddańczej pokory:
Skoro jestem tylko kroplą, to chcę spaść na ziemię, jak deszcz.
To przejęło ich nie na żarty, więc po długiej naradzie stwierdzili zgodnie, że trzeba przedsięwziąć pewne kroki, a najlepiej postawić mnie przed Stwórcą, żeby sam zdecydował, co ze mną uczynić. Pełna bojaźni stawiam krok za krokiem. Powoli, bez pośpiechu, z namaszczeniem. Po drodze myślę o każdym słowie, które mam zamiar skierować do Boga. Sala tronowa wzniesiona jest ze snopów światła i muzyki, która dźwięczy w uszach jak dzwoneczki. Dom Boży jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałam. Widać w nim naturę Stwórcy jako Tego, który kocha piękno, lubuje się w sztuce; który jest światłem, oddechem i życiem, a wszystkiemu, co stworzy, pragnie podarować tchnienie życia. Ogarnia mnie zewsząd obecność Najwyższego. Kiedy dochodzę pod tron Jego chwały, lśniącej jak tęczą i huczącej jak wodospady, padam przed Nim na kolana. Włosy okrywają moją płonącą wstydem twarz. Anioł, który mnie prowadził, odchodzi. Zostaję sama ze Stwórcą.
Kiedy przemawia, Jego głos jest nieskończenie ciepły. Wydaje mi się bliski, pełen miłości, najjaśniejszy. Wiem, że nigdy nie kryje się za nim jakikolwiek cień zła. Jest jak strumień złotej rzeki, która płynie przez posadzkę, by potem wylać się na wszystkie strony nieba i ziemi oraz podarować dobroć wszelkiemu stworzeniu.
Czego pragniesz, kropelko? – pyta przyjaźnie.
Nie wstając z klęczek, mówię drżącym głosem:
Stwórco, wybacz… Wiem, że jestem tylko kroplą i nie mam prawa żądać niczego więcej… Lecz pewna rzecz nie pozwala mi zwyczajnie pracować, przez co aniołowie gniewają się na mnie…
Och, nimi się nie przejmuj, maleńka – śmieje się Bóg. – Oni z natury są zadaniowi. Kiedy coś wykracza poza zakres ich obowiązków, od razu się irytują. Potem dodaje troskliwie – Co to za rzecz, która tak bardzo cię dotyka?
Tęsknota.
Tęsknota to piękna sprawa. Przełamuje codzienność i maluje odcieniami głębokich emocji świat kogoś, kto kocha. Nie bez powodu stworzyłem miłość. To ona porusza serce radością, pozwala widzieć to, co zwyczajne w nowych barwach, uświęca myśli i motywacje, wydobywa szlachetność, inspiruje do dobrych czynów… Kropelko, miłość jest piękna.
Och, Stwórco! Nie, jeśli kocha się człowieka! – wołam żałośnie.
Dlaczego nie?
Bo on jest mi tak odległy, jak daleko niebo jest od ziemi… – szepczę.
Cóż to za przeszkoda dla miłości? – mówi Bóg. Milczy przez moment, dając mi czas do zastanowienia się nad sednem swoich słów. Potem odzywa się znowu – Ja też tęsknię za ziemią.
Podnoszę wzrok ku Jego obliczu. Więc On także nosi w sobie zaklęty płomień świętego uczucia.
A więc, czego pragniesz, kochanie?
Mój Stwórco, pragnęłabym mieć skrzydła. – wyznaję.
Życie w małym miasteczku na wybrzeżu toczy się względnie spokojnie. Jedynie Herbert, osierocony przed laty chłopak, zachowuje się dziwnie. W każdym razie dziwniej niż zwykle. Wszyscy przyzwyczaili się do tego, że jest samotną duszą i że lubi przesiadywać wieczorami na wzgórzu, z którego rozpościera się widok na zatokę. Początkowo sądzili, że, tak jak większość jego rówieśników, wzdycha do najładniejszej dziewczyny w miasteczku i to jest powodem jego tajemniczej zmiany, ale po czasie musieli przyznać, że nie w tym rzecz. W pewnym momencie zauważają, że chłopak zaczyna coś konstruować i przesiaduje całymi nocami nad rysunkami albo jakimiś projektami. Kiedy ktoś w końcu decyduje się zagadnąć go o prawdziwy powód tęsknoty, widocznej aż nazbyt wyraźnie w każdym jego słowie, geście czy czynie, Herbert nie jest skory do odpowiedzi. W końcu jednak wyznaje, czego pragnie – zbudować skrzydła i odlecieć.
Nie wyjawia dokąd, nikt też nie śmie go o to dopytywać. Żaden z mieszkańców miasteczka nie wie, co mogło spowodować u niego taką zmianę. Z pewnością nikt nie przypuszcza, że to niebo woła go głosem dziewczyny, którą porwał wiatr. Pozwalają mu robić, na co ma ochotę. Po wielu miesiącach ciężkiej pracy, skrzydła są gotowe.
Dzień jest szary, deszczowy. Świat w ciszy słucha melodii szumiących kropli. W taki dzień jak ten, zwykle nie wychodzi się z ciepłych domów ani nie przedsiębierze żadnych ambitnych planów. Herbert jednak wychodzi, ciągnąc za sobą niezwykłą konstrukcję z drewna, płótna oraz żelaza. Zmierza w kierunku wzgórza, pnąc się po krętej ścieżce. Ktoś przypadkiem zauważył, jak znika za zakrętem. Ludzie tłumnie wylęgają przed domy. Mokną, ale mimo to wyglądają sylwetki chłopca na szczycie góry. Szepczą między sobą:
Nie mógł wybrać lepszej pogody na pierwszy lot…
Żal mi chłopaka…
Nawet mu zazdroszczę. Myślę, że mu się uda…
A ja w to wątpię…
Nikt za nim nie poszedł, aby go zatrzymać. Wszyscy stoją tylko w napięciu, czekając na niezwykły spektakl albo bolesną klęskę.
Dostrzegają niewyraźny kształt na szczycie, ponieważ kurtyna deszczu ogranicza widoczność. Widzą, jak wznosi się ku górze, ku niebu. Skrzydlata postać z każdą chwilą oddala się od lądu, ale kiedy leci już nad morzem, zaczyna spadać. Ludzie mrużą oczy, próbując cokolwiek zobaczyć, jednak szara mgła pochłania chłopca.
Jedni ze smutkiem stwierdzają, że widzieli, jak wpada do wody, wprost w objęcia śmierci.
Inni jednak utrzymują, że dostrzegli coś na kształt anioła, który w ostatniej chwili uchwycił upadającego chłopaka.
Wszystko rozmywa się, rozmazuje w strugach deszczu. Krople śpiewają przecudne pieśni, których jednak słów nie rozumie żadne serce, które nigdy nie tęskniło… I tylko ci, którzy przejrzeli się kiedyś w oczach miłości, mogą zrozumieć to, o czym nuci niebo zakochane w ziemi.
                                     Zosia Wieja

 

Obraz wyróżniający: Gwiazdy. Za darmo do wykorzystania w ramach licencji na treść Pixabay.