A na razie wierzymy w baśnie… / Karolina Pakulska

0
61
Nic dwa razy się nie zdarza”, pomyślałam, gdy weszłam do domu rodzinnego, miejsca, w którym spędziłam większą część swojego dzieciństwa. Właściwie to nie było już to samo miejsce, pełne wrzawy, radosnych okrzyków bawiących się dzieci i nieziemskich zapachów wypieków mamy, dochodzących ze znajdującej się w oddali kuchni. Brakowało tych wszystkich bibelotów, mniejszych i większych ozdób, które sprawiały, że pokoje wydawały się jakby ciaśniejsze, ale za to dodawały całemu wystrojowi niepowtarzalnego uroku i tworzyły klimat przenoszący, każdego kto się tam znalazł, kilka dziesięcioleci wstecz. Wiszący niegdyś pośrodku jednej ze ścian salonu obraz, przedstawiający pawia z rozłożonym ogonem, któremu jako mała dziewczynka tak bardzo lubiłam się przyglądać, pozostawił po sobie jedynie wyblakłą plamę w kształcie prostokąta.
Teraz dom sprawiał wrażenie zaniedbanego i opustoszałego, jakby żadna stopa ludzka nie stanęła tu od dobrych kilku, a może i kilkunastu lat. Podłoga pod wpływem chodzenia wydawała z siebie niepokojąco brzmiące skrzypienie, w rogach ścian zwisały pojedyncze pajęczyny, a blaty mebli pokryte były grubą pierzyną z kurzu. Chociaż czułam i wiedziałam, że to dokładnie to samo miejsce, w którym się wychowałam, to w pewnym sensie wydawało mi się, jak gdyby obce, nieznane. Wszechobecna tutaj ponurość, napawająca raczej przygnębieniem, aniżeli jakimkolwiek innym, bardziej pozytywnym uczuciem, nie przeszkodziła jednak by ożyły we mnie najpiękniejsze wspomnienia mojej młodości.
Wiedziona ciekawością udałam się w pierwszej kolejności na strych. Wyglądem przypominał bardziej starą rupieciarnię niż miejsce, gdzie dawniej wraz z rodzeństwem bawiłam się w ciuciubabkę. W kątach piętrzyły się wypełnione po brzegi kartony, zaś resztę przestrzeni zajmowały rozmaite, rozebrane lub pocięte na części przedmioty niegdyś służące za meble, zabawki czy elementy wystroju. Moją uwagę przykuło pudło z zapisanym dużymi, drukowanymi literami imieniem. Moim imieniem. Podeszłam do niego czym prędzej i zaczęłam przeglądać zawartość. Było tam wszystko czego nie zabrałam ze sobą, wyprowadzając się przed laty na studia. Albumy ze zdjęciami, plakaty przedstawiające artystów – moich dawnych idoli, którymi obklejałam ściany swojego pokoju, szkicowniki i notesy, cała masa gadżetów, o których istnieniu już dawno zdążyłam zapomnieć. A może nigdy przedtem nie widziałam ich na oczy? Były moje i przywodziły mi na myśl mnie sprzed lat, ale było w nich jednocześnie coś takiego, co powodowało, że zdawały mi się niezwykle odległe. Ludzie na zdjęciach, moi dawni znajomi…tak, to musieli być moi znajomi, choć nie umiałam przypomnieć sobie nawet ich imion. Wzięłam do ręki lekko wypłowiałe, analogowe zdjęcie, na którego odwrocie widniał napis: “Uśmiech­nię­ci, współobję­ci, spró­bu­je­my szu­kać zgo­dy, choć róż­ni­my się od sie­bie jak dwie kro­ple czy­stej wody.” Odwróciłam je na drugą stronę. Zostało zrobione w pewien letni wieczór, już o zachodzie słońca. Na niewielkim mostku znajdującym się nad pobliskim strumykiem siedziałam wraz z przyjaciółką. To było jedno z naszych pierwszych spotkań w rozpoczynające się wówczas wakacje. W jednej chwili mogłabym odtworzyć przebieg tamtej rozmowy, która wtedy tak nas pochłonęła bez reszty. Tematy pojawiały się jeden za drugim, a każdy z nich wydawał się bezgranicznym oceanem, stwarzającym możliwość dyskutowania bez końca. Pamiętam tamten śmiech i moje łzy spływające przez niego po policzku. Nie umiem stwierdzić, ile godzin wtedy razem spędziłyśmy, ale to był moment, w którym czas się dla nas zatrzymał. Liczyła się tylko ta chwila – byłyśmy my, grająca cicho w tle muzyka, nad nami księżyc kształtem przypominający rogala, świecący blaskiem tak jasnym, jaki zdarza się tylko latem.
Przeszłość została tam, skąd przyszłyśmy, przyszłość zdawała się być niezwykle odległa, zawieszona niemal w próżni, do której sięgałyśmy jedynie marzeniami. To one nadawały sens temu co było teraz, to one dawały nam pewność, że to co najlepsze jest wciąż przed nami. I było w tej chwili coś magicznego. Coś ulotnego, a zarazem trudnego do nazwania. Jakiś szczególny rodzaj komfortu, jaki można czuć tylko w obecności tych, z którymi łączy nas więź tak silna, a jednocześnie tak wyjątkowa, jak gdybyśmy dzielili razem cząstki siebie. I była w tym pewność, choć irracjonalna i naiwna zapewne dla postronnego obserwatora, a jednak autentycznie nam towarzysząca pewność, że to co jest teraz, będzie trwało wiecznie. Nie ta chwila i nie ten moment, ale to co w nim, między nami.
Zadziwiające było z jaką łatwością odnalazłam teraz tę fotografię. Przed laty przeszukiwałam kilkukrotnie cały swój pokój wzdłuż i wszerz, a i tak na nic się to zdało. Żałowałam, gdyż miałam do niej sentyment wynikający nie tylko z okoliczności w jakich powstała, ale również, a może przede wszystkim, z faktu, że przyjaciółka podarowała mi ją, gdy po kilku dniach od jakiejś sprzeczki postanowiła się pogodzić. Powiedziała wtedy, że przeczytała pewien wiersz i ten cytat, który zapisała na odwrocie, natchnął ją do refleksji, a potem zaczęła myśleć o nas jako o tych dwóch kroplach wody – różnych i odrębnych od siebie, kiedy są w oddali, lecz będących w stanie stworzyć jedną, gdy znajdą się odpowiednio blisko. Pomyślałam wówczas, że to trafne porównanie, oddające sens i istotę przyjaźni, którą przecież tak trudno wyrazić słowami.
Jedni mówią, że przeciwieństwa się przyciągają, inni twierdzą to podobieństwa łączą ludzi. Usłyszałam kiedyś, już nawet nie pamiętam od kogo, że najtrwalsze relacje budujemy z tymi, którzy choć są od nas różni na pewnym, można by rzec, powierzchownym poziomie, mają jednak tożsamy z naszym system wartości i fundamentalnych przekonań. I myślę, że nie inaczej było w naszym przypadku. Istniał między nami kontrast, uderzający być może dla innych, lecz będący raczej wyrazem naszej odrębności, przejawem innej konstelacji cech i manifestacją różnych osobowości. Ale to co było między nami odmienne miało, jak gdyby wspólny rdzeń. Jakby w tej inności wyrażały się wspólne potrzeby czy wartości, podobna wrażliwość na świat i ludzi. I chyba to właśnie stanowiło o istocie naszej przyjaźni, o tym, że mogłabym nazwać ją pokrewną duszą.
Ale to co było między nami lata temu, minęło bezpowrotnie. Skończyło się niczym wakacyjna przygoda albo długi rozdział książki, który choć ekscytujący i trzymający do samego końca w napięciu, kończy się nagle, niespodziewanie, gdy akcja osiąga swe apogeum. Dziś trudno mi w pamięci odtworzyć dokładny bieg tamtych zdarzeń. Zdaje mi się, jakby ich ślady było pozacierane, tak, że nie sposób ich teraz zidentyfikować. Nie wiem już sama co było przyczyną, która z nas wypowiedziała te raniące słowa, kto pierwszy podjął decyzję, że dalsza relacja dalej nie ma już sensu. Pamiętam jednak doskonale, jak się wtedy czułam, jak bardzo to przeżyłam i na jak długo pozostał we mnie żal za tym, co utraciłam. A bez wątpienia była to dla mnie strata. Nie czegoś, ani nawet nie kogoś, ale części samej siebie. Tej, którą później, przez tak długie lata, na próżno próbowałam odnaleźć. I być może była to strata najbardziej bolesna spośród wszystkich, jakie przyszło mi w życiu doświadczyć. Pamiętam jakby to się wydarzyło wczoraj – tę pustkę, wszechogarniającą mnie pustkę, której nie sposób było czymkolwiek wypełnić. Tak nagle, w jednej chwili, przestała dla mnie istnieć osoba, która, jak wtedy uważałam, znała mnie najlepiej. I nagle jakaś ogromna część moich wspomnień straciła swą dawną intensywność, swój blask i koloryt. Stały się szare, wyblakłe, trochę jak to zdjęcie, które teraz trzymałam w dłoni. I nawet wtedy, gdy udało mi się wydobyć któreś z nich z pamięci, to choć wyidealizowane, nie wzbudzało we mnie radosnych uczyć jak dawniej, a jedynie nostalgię i tęsknotę za tym co już przeminęło.
Wstałam i podeszłam do okna. Znałam dobrze ten widok, ale okolica się zmieniła. W pobliżu pojawiły się nowe domy, a ściany tych, które były tu dawniej przemalowano na inne kolory. Ulica stała się ruchliwa, choć dawniej była jedną z najspokojniejszych w mieście.
Stałam tak i obserwowałam przez dłuższą chwilę spieszących się nie wiadomo dokąd przechodniów, jakąś matkę mozolnie pchającą wózek z dzieckiem i dwoje staruszków, którzy postanowili wyjść na spacer z psem. Przyglądając się temu widokowi, starałam się przekierować rozpędzone myśli na inne tory. Zeszłam na dół. Poczułam, że muszę zapalić, choć nie robiłam tego już od dobrych kilku miesięcy. Sięgnęłam do torebki po paczkę papierosów, wyjęłam jednego, odpaliłam, po czym mocno się zaciągnęłam.
Myślałam teraz o tym, ile rzeczy wydarzyło się od tamtej pory w moim życiu. Na studiach poznałam swojego męża, przeprowadziliśmy się w jego rodzinne strony, a po kilku latach wzięliśmy ślub. Cztery lata temu urodziła się nasza córka, której narodzin tak bardzo nie mogliśmy się doczekać. Życie rodzinne nam się układało, płynęło niespiesznie, powoli. A jednak marzenia, które niegdyś snułyśmy z przyjaciółką nigdy się nie spełniły. Stanowiły, jak przed laty, długą listę odległych planów i celów, które na realizację muszą wciąż czekać. Żałowałam, że nasze drogi rozeszły się w różne strony; że tamto postanowienie o zerwaniu kontaktu okazało się tak definitywne i trwałe.
Myślałam też o tym, jakby to się potoczyło, gdyby nie tamten koniec. Pewnie dziś byłabym w zupełnie innym miejscu; może podróżowałybyśmy akurat, zwiedzając cały świat. Może nie miałabym ani męża, ani córki, ale zrealizowałabym choć część tego o czym marzyłam mając naście lat. “Zawsze chciałabyś mieć to, czego akurat mieć nie możesz, a nie potrafisz docenić wszystkiego co teraz masz”, skarciłam się w duchu. “A przyjaźń?”, kontynuowałam swój wewnętrzny monolog. “Przecież w głębi duszy zawsze wiedziałaś, że nie będzie trwać wiecznie.”
Postanowiłam wyjść na dwór. Ogródek wokół domu nie przypominał ani na jotę wypielęgnowanego ogrodu, o który zawsze tak dbała mama. Było tu mnóstwo chwastów, rozmaite gatunki kwiatów, rosnące jedne obok drugich, bez jakiegokolwiek ładu. Po lewej stronie stała duża bujana huśtawka, na której jako dziecko spędzałam letnie wieczory. Uświadomiłam sobie raptem jak wiele dobrych wspomnień tu zostawiłam. Zastanawiałam się tylko, dlaczego tak rzadko tu wracałam i nie mogłam znaleźć choćby jednego dobrego powodu.
Rozejrzawszy się po ogrodzie, wyszłam na ulicę. Szłam prosto przed siebie, nie mając planu dokąd chcę dotrzeć. Miasto było jakieś inne; trochę jakby spowite mgłą, senne i niewyraźne. Nie wiedziałam, gdzie jestem, ale szłam wciąż prosto, uważnie obejmując spojrzeniem wszystko co znajdowało się wokół. Obok mnie przechodzili ludzie – ich też nie poznawałam; nie umiałam przyporządkować widzianych twarzy do nazwisk, które miałam w pamięci, choć postawiłabym zakład o to, że kiedyś już ich widziałam. Byli jak napotkani raz w życiu nieznajomi, z którymi minęłam się w progu jakiegoś sklepu i zdążyłam jedynie wymienić zdawkowe uśmiechy. Nie przyglądałam im się jednak dokładnie; szłam teraz pogrążona we własnych myślach, a świat wkoło mnie stanowił jedynie mało istotne tło.
Patrzyłam pod nogi, a gdy uniosłam wzrok przed siebie zobaczyłam swą dawną przyjaciółkę ze zdjęcia. Pojawiła się przede mną tak nagle, jakby wyszła z najbliższego zakrętu. I choć nie przypominała siebie sprzed lat, poznałam ją od razu.
No hej, co ty tutaj robisz? – chyba i ona bez trudu mnie rozpoznała.
Nie spodziewałam się, że zaczniemy rozmawiać, jak gdyby nigdy nic między nami się nie
wydarzyło. Uderzyła mnie jednak szczera serdeczność w jej głosie.
A wiesz, przejeżdżałam akurat i postanowiłam się zatrzymać. Nie planowałam tego w ogóle.
Zaczęłyśmy rozmawiać. O rodzinie, dzieciach, pracy, o tym życiu, które teraz wiodłyśmy. A rozmawiając stałyśmy niczym przyklejone do chodnika, wciąż w tym samym miejscu, chyba już z pół godziny.
Spieszysz się gdzieś? – spytałam – Może przejdziemy się kawałek?
Z chęcią zgodziła się na moją propozycję. Nie pamiętam trasy, którą szłyśmy, tak bardzo byłam zaabsorbowana rozmową. Odnotowałam dopiero moment, kiedy na horyzoncie przed nami ukazał się płynący powoli, niewielki strumyk, a nad nim drewniany, sfatygowany most. Ten sam, na którym siedziałyśmy lata temu, popijając zimną lemoniadę z bąbelkami. Ten sam, który przed kilku godzinami widziałam na oglądanym zdjęciu. Zdawało mi się jakbym przeniosła się w czasie; nagle trafiła do odległej krainy, doskonale mi znanej przed laty, ale dawno już zapomnianej. Sytuacja do złudzenia przypominała tę zapisaną w mych wspomnieniach. Znów byłyśmy my, cicho grająca muzyka w tle naszych rozmów i bezchmurne niebo z jasno świecącym księżycem nad nami. I powróciły wspomnienia, a wraz z nimi ów niesamowity nastrój, który panował w tamten wakacyjny wieczór. Odżyły dawne uczucia, odrodziła się tamta bliskość. Choć może wcale nie odrodziła, a powstała na nowo, tak nieoczekiwanie, niczym biała, pozostawiona przez lecący samolot smuga, która zaczyna się pośrodku błękitnego nieba. I była ta sama więź, choć nie było już relacji, tej która niegdyś stanowiła fundament. Było tylko tu i teraz – przestrzeń, która znajdowała się tu, a my w niej istniejące teraz. Zapadł zmrok. Wracałyśmy do swoich domów i już miałyśmy się żegnać, gdy przypomniało mi się oglądane na strychu zdjęcie.
Pamiętasz, tę fotografię, na której siedzimy razem na tym samym mostku, tam gdzie byłyśmy dzisiaj? – spytałam, przekonana, że bez trudu ją sobie przypomni.
Ona jednak zaprzeczyła. Zdziwiłam się bardzo, lecz od razu zaproponowałam, że jeśli chce, mogę jej pokazać. Poszłyśmy do mnie. Udałyśmy się na strych, gdzie zostawiłam fotografię.
Twój dom zmienił się nie do poznania. – stwierdziła rozglądając się dookoła. – Byłam tu tyle razy, a wcale go nie poznaje.
Ja tymczasem szukałam zdjęcia, lecz nie mogłam znaleźć. Wydawało mi się, że słyszę dopływający z oddali, niewyraźny dźwięk.
Nie dzwoni przypadkiem twój telefon? – spytałam.
Popatrzyła na mnie lekko skonsternowana, ale wyjęła telefon z kieszeni i zerknęła na wyświetlacz.
Nie – odparła. – A dlaczego pytasz?
Wydawało mi się jakbym słyszała, że dzwoni.
Może to twój?
Zerknęłam, ale i u mnie nie pojawiało się żadne połączenie. Ja jednak wciąż słyszałam ten cichy, choć irytujący dźwięk w tle. Próbowałam go jednak ignorować i szukałam dalej zdjęcia.
Aż mi się wierzyć nie chce – powiedziałam w końcu – Jestem pewna, że przed wyjściem tu je odłożyłam.
Nie poddawałam się jednak i przetrząsałam dalej wszystkie rzeczy znajdujące się w kartonie, ale dźwięk, który nadal słyszałam irytował mnie wciąż bardziej i bardziej.
Też słyszysz taki cichy, drażniący dźwięk?
Jaki dźwięk? – odparła zdziwiona. – Nic nie słyszę. Może coś Ci się wydaje.
Ja jednak byłam pewna, że słyszę jakąś melodię, która chyba nie pochodziła stąd.
Niemożliwe, żebym znów zgubiła to zdjęcie – bąknęłam, już nie tyle poirytowana, co po prostu zła. – Pójdę jeszcze sprawdzić na dole. Gdzieś tu na pewno musi leżeć.
Schodziłam po schodach, gdy wydawało mi się jakby ktoś mnie delikatnie dotykał. Obejrzałam się za siebie, nie było jednak nikogo. Ale dźwięk, który ciągle słyszałam, jeszcze do niedawna cichy i pochodzący z oddali, narastał wciąż i jakby się przybliżał. Wtem usłyszałam głos swojego męża.
Kochanie, czas wstawać. Przespałaś już trzy budziki.
Obudziłam się nagle, wyrwana ze snu.
Niesamowite – szepnęłam bardziej do samej siebie niż do niego.
Co jest niesamowite? – i tak usłyszał.
Nic takiego, po prostu coś mi się śniło.
Później mi opowiesz, bo teraz masz gościa.
Jakiego gościa? – spytałam zdumiona. – Nikogo się nie spodziewałam.
Ja tym bardziej.
A wiesz kto to?
Nie znam, ale mówi, że przyjaźniłyście się przed laty.
Nic dwa razy się nie zdarza”, pomyślałam.
                      Karolina Pakulska

 

Obraz wyróżniający: Obraz Juan Russo z Pixabay