Do cna / Anna Zborowska

0
446

Nie był przystojnym mężczyzną. Ubierał się jak większość pracowników na uniwersytecie, którzy w marynarkach czują się nieswojo, dresów nie założą ze względu na powagę profesji, a reszta ich garderoby to dwie wymięte koszule. Jedynie okulary w rogowych oprawkach nadawały mu rysu intelektualisty. Krępy, o gęstej czuprynie i przysadzistej sylwetce, z brzuszkiem nieco zbyt dużym, by mógł ukryć go w fałdach wygniecionego materiału, wyglądał na człowieka bezustannie zmęczonego.

Minęła szesnasta, a on dalej siedział przy biurku i pisał w skoroszycie obitym skórą. Nie zaprosił studentów do sali, nawet na nas nie spojrzał, mimo że ostentacyjnie głośno zastanawialiśmy się, czy to odpowiedni pokój, odpowiednia godzina. Jako jedyna odważyłam się podejść do jego biurka i spytać, czy możemy iść do domu. Wtedy odsunął krzesło i bez słowa ruszył w stronę grupy.

– Drodzy państwo – odezwał się, otwierając drzwi – macie w tych cudach-wynalazkach plan zajęć online, macie tam numery sal, moje nazwisko, stopień naukowy. Zróbcie następnym razem użytek z komputerów, jednego w dłoni, drugiego w głowie… – Stuknął palcem w skroń. – Zamiast wysyłać Bogu winną koleżankę, żeby pytała w imieniu wszystkich.

Pierwszoroczne ptactwo podreptało posłusznie w stronę miejsc. Ja również przemknęłam przez salę jak gąska, z nisko opuszczoną głową.

Doktor prowadził ćwiczenia z pisania tekstów komercyjnych. W tym się specjalizował – wyjaśniał – copywriting, specjalność digitalowa, szkolenie juniorów, kierowanie zespołem kreatywnym. Tłumaczył, które punkty sylabusa zamierza z nami zrealizować, ale nie słyszałam słów. Słyszałam głos. Głos miał piękny, delikatny i spokojny, kojarzył mi się z pociągnięciami smyczka po strunach skrzypiec. Patrzyłam w jego oczy. Wielkie, błękitne oczy. Można było
w nich pływać, zanurzać się i topić. Pomyślałam, że atrakcyjny mężczyzna przyciąga wzrok, ale mężczyzna piękny zatrzymuje ten wzrok na dłużej. Jest jak dzieło sztuki, które obserwator pragnie zrozumieć, rozszyfrować jego sens. 

Doktor wyznaczył zadanie do zrobienia. Każdy student miał wskazać ulubioną markę kosmetyczną, samochodową lub program w telewizji, a następnie opowiedzieć, za co ceni tę konkretną firmę. Jako jedyna nie rzuciłam się do zeszytu, aby pisać. Nie miałam w domu telewizora, a motoryzacja była mi obca, tak jak i branża beauty. Kiedy studenci zaczęli odczytywać uzasadnienia z kartek, niespokojnie czekałam na swoją kolej. Otrzymałam pięć minut, aby zaimponować doktorowi, a teraz skurczyło się do pięciu sekund tłumaczenia, dlaczego zawiodłam.

– Aha. – Prowadzący poprawił okulary. Wszystko, co robił, było płynne, ale poprzedzone rozmysłem. – Inaczej. Jak nie samochody, kosmetyki i TV, to może książki. Słuchamy. Proszę coś wybrać.

– Zbiór opowiadań Nabokova. Kęs życia. Podobał mi się. – Dukałam, nieznośnie dukałam, zamiast oczarować go erudycją. – Nabokov pisze bardzo szczegółowo, zatapia się
w szczególe. Za to go cenię… Tak. Chyba za to.

Oparł się przedramieniem o biurko.

– Nabokov – powtórzył. – Wybitny prozaik dwudziestego wieku, arcymistrz prozy, prywatnie kolekcjoner i wielbiciel motyli. Autor skandalicznej powieści, która zapisała się na kartach historii. Wie pani jakiej?

– Tak, ja…

Lolita – oznajmił prowadzący, jakby zdradzał niepopularny fakt. – O relacji łączącej pedofila i dwunastolatkę. To bardzo intertekstualne dzieło. W dużej mierze nieczytelne dla zagranicznych odbiorców. Naszpikowane odniesieniami do filmów, nawet do lokalnych wiadomości.

Zacisnęłam dłonie na blacie. Wiedziałam o tym wszystkim. Skoro wybrałam zbiór Nabokova, to nie dlatego, by zaimponować mu nazwiskiem z kanonu – strzelić nim jak
z armaty, w nadziei, że zyskam jego przychylność.

Wzrok doktora błądził po szafkach z tyłu sali ćwiczeniowej.

– Interesujący wybór, ale pozwolę sobie… Czasem trzeba ubrudzić się zwykłym życiem, że tak się wyrażę. Zejść na ziemię. Rozumie pani? Zainteresować się markami samochodów i programami w telewizji. Zainteresować się tym, co jest wokół, tuż pod pani nosem. O! – Podniósł kubek, a potem odłożył go na blat. – Oczywiście, o ile nie chce być pani literaturoznawczynią, lecz humanistką. Humanistka powinna znać się po trochu na wszystkim. Zwłaszcza na przebrzydłej, nudnej codzienności.

Studenci milczeli, ja również. Koleżanka siedząca obok przejechała nadgarstkiem
z bransoletą po stoliku. W ciszy, która zapadła, rozległ się odgłos toczących się koralików.

Doktor poprosił kolejną osobę o odczytanie odpowiedzi. Patrzyłam na jego senny, wręcz lunatyczny chód, na jego dżinsy i dobrej jakości buty. Wyobrażałam sobie, że mówię:

„Panie doktorze, nie zna się pan na Nabokovie. Ma pan ogromną wiedzę
o rzeczywistości, ale ja mam wiedzę pogłębioną o wybranych jej aspektach, chociaż powiedziałabym: aspekcikach. Pan jest osobą chłonącą świat, a ja jestem osobą obsesyjną. Kiedy pan zatrzymuje się na informacji, że Nabokov pisał o pedofilii, ja docieram do faktów, które świadczą, że mógł być molestowany jako dziecko. Zbieram okruchy danych, wydłubuję je. Szukam ich w sposób kompulsywny. Wiem na przykład o tym, że Nabokov miał jedną żonę przez całe życie, że podchodził śmiertelnie poważnie do literatury i pilnował, by tłumaczenia jego książek były dokładne; sprawdzał słowo po słowie, zdanie po zdaniu, czy wszystko się zgadza, czy tłumacz nie popuścił wodzy fantazji. Dużo danych wirujących po głowie jak płatki śniegu podczas zamieci, dużo strzępków materiału, z których można coś utkać. Nie mam wiedzy ogólnej, to fakt. Mam jednak w sobie chęć zgłębienia danego zjawiska… konkretnego zjawiska. Chcę poznać je do cna… do samego końca”.

Takim zjawiskiem był on. Słuchałam wypowiedzi koleżanek i uświadomiłam sobie, że się przed nim popisują. Kiedy mówiły, przesadnie intonowały głos i podkreślały, że mają skomplikowaną osobowość i dlatego trudno im znaleźć markę, która mogłaby to oddać. Pomyślałam, że gdyby doktor był zwykłym mężczyzną spotykanym na ulicy albo w sklepie spożywczym, żadna z nich nie zwróciłaby na niego uwagi. A ja i tak uważałabym, że jest kimś intrygującym. Czułam, że jako jedyna widziałam go prawdziwego.

Zyskałam powód, by pojawiać się na uczelni. Wypatrywałam na korytarzu zgarbionej sylwetki doktora, powolnego chodu i tanich koszul. Gdy minęliśmy się na korytarzu wydziału, mogłam powiedzieć: „Dzień dobry” i usłyszeć przyjemne brzmienie słów: „Dzień dobry, ach, dzień dobry”. Lubiłam jego zaskoczone „ach” i lekkie drgnięcie ust, gdy mnie zauważał.

Próbowałam wycisnąć z przypadkowych postów na Facebooku, informacji w sieci
i zdjęć jakąkolwiek informację na temat jego rodziny. Żona i dzieci byli częścią jego życia,
a ja chciałam dokładnie poznać jego życie. Chciałabym być jak zapach perfum przenikający ubrania, jak coś niewidzialnego, co zabrałby ze sobą do domu. Wtedy mogłabym mu towarzyszyć. Obserwowałabym jak się budzi, czułabym zapach palonej kawy z ekspresu, grzanek w tosterze, gotowanego w garnku rosołu. Chciałam go poznać tak jak Nabokova, chciałam wiedzieć o nim wszystko – albo chociaż tyle, by zasklepić dziury w niepełnym obrazie jego codzienności.

Oczywiście, moja fascynacja nie miała jedynie wymiaru intelektualnego. Pragnęłam go również dotknąć, poczuć jego duże dłonie na policzkach i niżej, na piersiach; te same dłonie, które trzymały marker w sali ćwiczeniowej i kreśliły słowa na tablicy. Myślałam jednak, że nie chcę wchodzić pośród jego bliskich. Moja obecność zniszczyłaby jego świat, a ja uwielbiałam ten świat właśnie taki, jaki był. Jakikolwiek był.

Raz doktor odebrał telefon w trakcie zajęć. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi, ale i tak słyszeliśmy jego rozmowę z żoną. Studenci wyszczerzyli zęby w uśmiechu, zaczęli między sobą szeptać i chichotać. Lubili żartować niewybrednie z prywatnego życia prowadzących; to jeden z niewielu tematów, który spaja grupę różnych ludzi z całej Polski. Egzaminy, zaliczenia i wykładowcy – Święta Trójca akademickich plotek.

Nie miałam wątpliwości, że doktor jest dobrym mężem i ojcem. Podczas kłótni może wybuchnąć, ale żałuje. Gdy przeprasza, pada żonie do stóp. Całuje ją delikatnie – muska wargami jej palce, wędruje przez łydkę do uda, a potem między nogi. Tak wyjątkowy mężczyzna musi wieść wyjątkowe życie, musi wyjątkowo kochać.

Okazja, żeby porozmawiać z nim sam na sam, pojawiła się przed Bożym Narodzeniem. Przyszłam na ćwiczenia jako jedna z nielicznych studentek. Znajomi spieszyli się do domów, na pociąg. Wykruszali się jedno za drugim, aż zostaliśmy z doktorem sami.

Zaczęłam pakować rzeczy do torby. Wtedy on powiedział, że i tak musi być na wydziale do końca zajęć. Oparł się plecami o krzesło.

– Poczytam sobie – oznajmił i spojrzał na mnie. – Może poleci mi pani lekturę?

Założyłam nogę na nogę. Na powierzchni stolika zostały ślady moich mokrych od potu palców. Byłam nieudolna w podrywaniu go tak jak te studentki, które porównywały własną osobowość do mercedesa, L’Oreal i Pytania na śniadanie.

– Nie znam się na telewizji, autach i kosmetykach – stwierdziłam. – Ale na literaturze też nie. Czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce, żadne ambitne dzieła. Jakieś romansidła, erotyki… Do tego chyba nie powinnam się przyznawać?

Uśmiechnął się szeroko, prawie się zaśmiał. Doktor nie uśmiechał się często na zajęciach. Ucieszyłam się jak dziecko. Zamknęłam jego uśmiech w pamięci, zapętliłam go
i odtwarzałam bez końca, kiedy wracałam tramwajem do akademika. Jego wargi, kąciki ust uniesione, oczy mądre, wesołe. Widać z nich intelekt ostry jak brzytwa i wrażliwość – wrażliwość destrukcyjną, która sprawia, że człowiek czuje bardziej i więcej, że świat przenika mu do krwi.

Kiedy mijałam kolejne przystanki, przeżywałam coś na kształt euforii wymieszanej
z rozpaczą. On ma żonę, dzieci, kredyt i dwadzieścia lat więcej niż ja. W żadnym z możliwych światów nie będziemy parą, w żadnym z możliwych światów nie zostanę jego koleżanką. Zakochałam się w powidoku kogoś, kogo raz w tygodniu widziałam w jego pracy. Gdyby był książką, to przeczytałabym go od pierwszej do ostatniej strony, dokładnie, aby niczego nie pominąć. Przeczytałabym i odłożyła na półkę. Wiedza uwolniłaby mnie od jego obecności w moich myślach.

Zdecydowałam, że zrobię coś gwałtownego, aby zakończyć tę relację. Albo zaakceptuje moje zainteresowanie, albo odrzuci.

Wysiadłam z tramwaju, żeby zawrócić w stronę Krzekowa. Miałam jeszcze pół godziny, aby dostać się na wydział, nim doktor spakuje do torby skoroszyt, sprawdzi telefon,
a potem zamknie salę na klucz.

Kampus znajdował się w zacisznej zielonej okolicy przy parku i osiedlu z rzędem jednorodzinnych domów. Chodnik, ścieżka rowerowa, kilka drzewek posadzonych wzdłuż trawnika. Budynek wydziału otaczały kamienne mury. Minęłam wychodzących studentów
i ruszyłam korytarzem spokojnym tempem, by pozbyć się zadyszki. O tej godzinie na wydziale byli jedynie doktoranci i uczestnicy kół studenckich. Przemykali między salami jak cienie.

Drzwi do sali ćwiczeniowej doktora były półprzymknięte.

– To zadzwonię do pani Tereski, niech odbiera dzieciaki. 

Usłyszałam jego głos, ale brzmiał inaczej niż godzinę temu, gdy rozmawialiśmy. Stanęłam tuż przed wejściem do sali i pod kątem zerknęłam do środka. Doktor przerzucał kartki w skoroszycie, trzymał telefon przy uchu.

– To gdzie mam pójść na obiad? Twoje ogarnianie trwa już dziesięć lat. Nie będę jadł tych pudełek z chińczyka. Mam dla ciebie radę, skarbie. Weź rozbieg i walnij głową w ścianę, to może zrozumiesz, co należy do twoich obowiązków.

Nie krzyczał, nie musiał krzyczeć. Cedził słowa, płynęły z jego ust przez salę ćwiczeniową, natrafiały na ściany, przeciskały się przez framugę drzwi. Zrobiłam krok w tył. Wycofałam się z jego świata powoli, bezszelestnie.

                                                          Anna Zborowska

Obraz wyróżniający: Pexels-photo 9572545 (Tima Miroshnichenko)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj