Dlaczego przemiana głównych postaci ma znaczenie? [Warsztaty literackie] / Justyna Luszyńska

0
512

Niemal każda wciągająca i satysfakcjonująca historia opowiada o przemianach. Czasem na złe, jednak z reguły o tych pozytywnych. Widzowie lub czytelnicy śledzą losy bohaterów, którzy muszą swoje wypracować. A na samym końcu, gdy protagonistka odkryje, że kłamstwo nie popłaca i przyzna się do błędów, protagonista zrozumie, że liczy się nie tylko popularność, ale przede wszystkim bycie sobą – wszyscy odetchną z ulgą. Bo oto zaszła przemiana. Siedzieliśmy dwie godziny i oglądaliśmy film lub poświęciliśmy kilka godzin książce właśnie dla tego momentu – momentu przemiany. 

Dlaczego? 

Po co nam to? Po co w ogóle dawać bohaterom wady? Czy nie fajniej by było, gdyby po prostu już na pierwszych stronach pojawili się idealni? Idealnych chyba łatwiej polubić, no nie?

Nie. 

Aby wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie, musimy wrócić do korzeni. Historie towarzyszą człowiekowi od zawsze. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czym jest koło i Wi-Fi, a już snuliśmy opowieści. Trochę to pozbawione sensu, nie sądzisz? Koło i Wi-Fi wydają się dużo ważniejsze od jakichś tam historyjek o smokach, rycerzach, Supermanie. No właśnie – wydają się. Bo od zawsze naszym priorytetem było przetrwanie. I kiedyś, i dzisiaj. A co opowieści mają wspólnego z przetrwaniem, skoro opowiada się je dla rozrywki? No już, już tłumaczę.

Instynkt przerwania jest silny, temu nikt nie zaprzeczy. Jak się jednak łączy z historiami? W bardzo prosty sposób – ludzie opowiadali historie nie dla zabawy, ale dlatego, że te miały między innymi przestrzec ich przed niebezpieczeństwem lub czegoś nauczyć. 

Nasz mózg działa na najwyższych obrotach, nawet gdy wydaje nam się, że jest akurat wyłączony, bo oglądamy „Trudne sprawy”. Wtedy też działa! Nieustannie się uczy, i to bynajmniej nie tylko z podręczników. Cały czas zbiera informacje, aby pomóc nam unikać bólu. To jego priorytet.

Jaki to ma związek z przemianą bohatera?

Podczas lektury czy seansu nasz mózg robi dokładnie to samo, co przez większość czasu – uczy się, abyśmy my mogli przetrwać. Brzmi surrealistycznie, no nie? W końcu mamy XXI wiek. Nie polujemy na mamuty i nie martwimy się o to, czy uda nam się rozpalić ogień. Mamy paczkowane mięso, tofu, do wyboru do koloru, a ogień jest w zapalniczkach. Skąd się tam wziął? A jakie to ma znaczenie? Ważne, że jest. 

Jednakże nie bez powodu płaczemy nad losem bohaterów, denerwujemy się i wzruszamy – utożsamiamy się z postaciami i przeżywamy ich przygody, jakbyśmy byli tak razem z nimi. 

Uczymy się. 

Robimy dokładnie to samo, co robili Neandertalczycy w swoich jaskiniach. Opowiadamy historie, aby coś przekazać. Czytamy je, aby się czegoś nauczyć, chociaż często nie jesteśmy tego świadomi. A kiedy protagonista, którego życiem żyliśmy przez ostatnich czterysta stron, wyciąga lekcję i przechodzi przemianę – my zmieniamy się wraz z nim.

Nasz mózg jest ukontentowany. Ponieważ oto właśnie nauczył się, jak może uniknąć niektórych potencjalnie trudnych sytuacji. Oto zdobył informacje o tym, jak czuć się nie chcemy, co jest „be”, a co jest „całkiem, całkiem”. Przemiana jest sercem opowiadania historii, ponieważ jest dla nas nauką, której potrzebujemy.

Nawet jeśli wydaje nam się, że jest inaczej.

                                               Justyna Luszyńska

 

  1. Luszyńska jest pisarką, anglistką i miłośniczką herbaty. Pisze powieści (najnowsza to komedia pt. „Łączy nas nienawiść”), prowadzi swoją stronę (www.pisadlo.pl) oraz działa na Instagramie, na którym albo nakleja plasterki na dusze (@pisadlo_luszynska), albo uczy siebie i innych o tym, jak pisać dobre książki (@j.luszynska). 

Poza tym buduje kampera, którym chce jeździć po świecie, je naleśniki z masłem orzechowym i kocha wiosnę, między innymi dlatego, że wtedy kwitną bzy. A kiedyś zamieszka blisko gór, bo ciągnie ją do nich jak cholera. Wiadomo? Może w poprzednim wcieleniu była jedną?

Obraz wyróżniający: pexels-tima miroshnichenko-5407203. Autor zdjęcia – Tima Miroshnichenko