„Beton” Miejski teatr MINIATURA (recenzja) / Piotr Kotlarz

0
500

Wprawdzie do premiery tego spektaklu doszło już dość dawno, film na YouTube zamieszczono już 25 listopada zeszłego roku, ale zbyt zajęty innymi sprawami jakoś przeoczyłem to wydarzenie. Dopiero dziś przeczytawszy zdawkową opinię jednego z moich znajomych z facebooka postanowiłem przyjrzeć się temu przedstawieniu. Autor wpisu ocenił je jako „nudne”.

Obejrzałem. Zarzut mojego znajomego wydaje mi się bezpodstawny. Być może pojawia się w „Betonie” nieco zbyt wiele stereotypów, ale nuda… nie, absolutnie nie.

Monodram „Beton” jest swego rodzaju wędrówką w czasie. Zakrzywia się tu on, tak jak segmenty falowca. Poruszamy się w nim od chwili wybudowania tego najdłuższego budynku w Polsce aż do czasów nam współczesnych. Od czasów tzw. realnego socjalizmu aż do dnia dzisiejszego. Ten banalny, choć duży budynek, dla wielu trudny do życia, staje się w spektaklu miejscem, w którym zakrzywia się czas i dzięki temu postrzegamy wydarzenia z różnych okresów ich życia. Bohaterem jest „twórca” tego budynku, Inżynier, jego architekt. Grający tę rolę aktor wciela się również w inne postaci, mieszkańców falowca. To swego rodzaju przekrój polskiego społeczeństwa.

Wędrówka przez kilkadziesiąt lat w czasie prawie godzinnego spektaklu niestety zmusza do skrótów. Twórcom udaje się jednak znaleźć takie obrazy, które oddają nie tylko fakty, ale również nastrój ważnych dla tego okresu wydarzeń. Przyjęta konwencja nieco surrealistycznego snu okazuje się świetnie dobranym środkiem przekazu.

Losy inżyniera okazują się tragicznymi. Sukces, jakim wydawała mu się jego architektoniczna idea, okazał się porażką. Tę pogłębił jego koniunkturalizm, mało tego jego współpraca z aparatem bezpieczeństwa PRL. Od wielu lat interesuje mnie to zagadnienie. Ukazane w monodramie lata pokrywają się z czasem mego dojrzałego życia. Jakie motywy kierowały donosicielami, ich mocodawcami? Ekonomiczne? Talon na samochód, dobra whisky z PEWEX-u? A cóż mogli dowiedzieć się o tych, na których donosili? Że popili, że nosili kolorowe skarpetki? Przecież nawet to, że mówili prawdę o Katyniu nie było przecież karalne. Wiedza ta była już wówczas powszechnie znana, choćby dzięki Radio Wolna Europa. W latach siedemdziesiątych kwestia Katynia nie była już tajemnicą. Myślę, że chodziło raczej o zniewolenie społeczeństwa, o wyrobienie w niektórych (śledzonych)  poczucia strachu, w innych (donoszących) upodlenia.

Nie mogę zgodzić się jednak z prezentowaną na stronie internetowej Teatru Miniatura oceną, jakoby tragizm losu inżyniera polegał na tym, że niezależnie od wysiłków, które podejmuje, by wpłynąć na kształt przyszłości swojej i świata – nie jest on nigdy w stanie przewidzieć konsekwencji swoich działań, które często, mimo jego dobrych intencji, odnoszą skutek przeciwny do zamierzonego. Czy wobec tego warto w ogóle działać i podejmować wysiłek kształtowania rzeczywistości? Czy lepiej poddać się i biernie dryfować z prądem życia? W mojej ocenie, jego tragizm był wynikiem jego koniunkturalizmu. Nie podjął on żadnych wysiłków, by wpływać na przyszłość świata (brzmi to zresztą górnolotnie). Po prostu próbował jakoś sobie radzić, jakoś się ustawić. Ot przeciętnie utalentowany inżynier. Betonowe bloki z wielkiej płyty na pewno nie zasługują na ważne miejsce w historii architektury, jeśli już to chyba tylko jako świadectwo jej błędów. Inżynier swe córki ulokował w Niemczech…. Po drodze swymi donosami zniszczył też innych. Choć i tu nie przesadzajmy, jego podłość nie miała wielkiego wpływu na losy innych, tak jak podłość różnych „Bolków”, „Delegatów” itd. Pisali swe donosy, umożliwiali kariery awanse, premie swym prowadzącym. Bawili się za nasze podatki, ale czy rzeczywiście szkodzili? Szkodliwym był system, którego symbolem był właśnie falowiec. Budynek, w którym każdy miał mieć takie samo mieszkanko, każdy miał myśleć tak samo i żyć tak samo… goniąc za materialnymi potrzebami, które również określać mieli inni. Moim zdaniem, niewiarygodna jest scena, z której dowiadujemy się, że żona i córka Inżyniera zginęła w wyniku tego, jakoby chciał on zerwać współpracę. Choć, po głębszym namyśle, sądzę, że macki służb mogą być aż takie… Nie wiem. Może macki ówczesnego systemu sięgały i sięgają aż tak głęboko, a może dalej posługują się oni swym głównym narzędziem – strachem.. Jeśli tak, to chory świat, chorych ludzi.

Zachwyca gra aktorska Wojciecha Stachury, który był inicjatorem tego projektu. Poza rolą Inżyniera wciela się również w postaci innych „mieszkańców” falowca: wiejskiej kobiety (baby), robotnika, milicjanta, intelektualisty. Budowanie tych postaci ułatwiają bogate animacje i projekcje Sebastiana Łukaszuka. Akcja toczy się w mieszkaniu Inżyniera, w którym ważnym elementem jest makieta falowca, w którym się ono znajduje, a także szuflady w wielu momentach symbolizujące różne mieszkania tego budynku. Scenografię przygotował Wojciech Stachura (autor wszystkich lalek i laleczek w spektaklu). Docenić należy również pracę reżysera, któremu udaje się utrzymać napięcie dokonując szybkich cięć i umiejętnie korzystając z rekwizytów i pomocy specjalistów od współczesnych technik animacji i nowych technologii wizualnych: Sebastiana Łukaszuka oraz Michała i Mateusza Sarapatów.

Zachęcam do obejrzenia tego spektaklu na YouTube.

Przedstawienie powstało w ramach projektu „Falowiec, czyli podróż w historię” dofinansowanego ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu Patriotyzm Jutra. 

Piotr Kotlarz

Obraz wyróżniający: Falowiec przy ulicy Obrońców Wybrzeża na Przymorzu. CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=523375