Astyanaks (Sztuka w jednym akcie) / Jakub Krok

0
147
Astyanaks (Sztuka w jednym akcie)

Osoby:
Astyanaks
Andromacha
Mężczyzna 1
Mężczyzna 2

Kremowe, niewyraźne pomieszczenie. Mdławe, żółtawe światło padające ze starej, nijakiej lampy stojącej w rogu pomieszczenia. Na obu ścianach bocznych jedne drzwi. Na centralnej ścianie repliki „Śmierci Priama” Tadeusza Kuntzego oraz „Andromachy opłakującej Hektora” Jacquesa-Louisa Davida. W rogu pomieszczenia stojak na ubrania. Na środku stół nakryty brudnym obrusem. Przy stole siedzi Astyanaks, około trzydziestu lat, w klapkach, roboczych spodniach oraz koszulce. Ma przetłuszczone włosy. Jest ustawiony plecami do lewej ściany sceny. Rzeźbi dłutem w kawałku drewna nad rozłożoną gazetą. W tle „Trojanie” Hectora Berlioza lecący z magnetofonu ustawionego na taborecie gdzieś na uboczu. Słaba jakość dźwięku. Dłuższa scena statyczna, Astyanaks zaprzątnięty swoją pracą. Drzwiami znajdującymi się za plecami Astyanaksa wchodzi Andromacha. Kobieta koło sześćdziesiątki w kuchennym fartuchu, klapkach i włosach upiętych w koka.
ANDROMACHA: Zjesz coś?
ASTYANAKS: A co jest?
ANDROMACHA: A co byś chciał?
ASTYANAKS: Nie wiem.
Chwila ciszy. Astyanaks rzeźbi nie obróciwszy się do Andromachy.
ASTYANAKS: Nie wiem.
ANDROMACHA (zabierając się do zamknięcia drzwi): Dobrze, zrobię ci.
ASTYANAKS: Nie, nie rób. (Andromacha zatrzymuje się) Zjem później.
Andromacha zamyka drzwi. Po dłuższej chwili słychać pukanie do drzwi
umiejscowionych w prawej ścianie sceny. Astyanaks podnosi wzrok z niepokojem i spogląda na drzwi. Odczekuje parę sekund i wraca do pracy. Po parunastu sekundach pukanie  powtarza się, dużo bardziej natarczywe. Astyanaks podnosi się i idzie w kierunku drzwi. Przystaje przed nimi i wygląda przez wizjer, po czym przekręca zamek i otwiera.
ASTYANAKS: Dzień dobry.
MĘŻCZYZNA 1 (zza drzwi): Dzień dobry, my z urzędu.
ASTYANAKS: Z urzędu?
MĘŻCZYZNA 2: Skarbowego.
ASTYANAKS: Co panów sprowadza?
MĘŻCZYZNA 1 (śmiejąc się chrapliwie): Chyba nie będzie nas pan trzymał w drzwiach.
ASTYANKAS: Nie wiem, kim panowie jesteście.
MĘŻCZYZNA 2: Jesteśmy z urzędu.
ASTYANAKS (po pauzie, skonsternowany): Dobrze. Niech panowie wejdą.
Astyanaks ustępuje miejsca, na scenę wchodzą Mężczyzna 1 i Mężczyzna 2. Obaj ubrani w czarne, eleganckie buty, czarne płaszcze, czarne skórzane rękawice oraz czarne kapelusze. Obaj wysokiego wzrostu.
ASTYANAKS: Niech się panowie rozgoszczą.
Astyanaks wraca na swoje miejsce przy stole i znów zaczyna pracować. Obaj mężczyźni ściągają płaszcze ukazując ukryte pod nimi czarne garnitury oraz czarne muchy. Ściągają rękawice i wkładają je do rękawów. Następnie wieszają kapelusze na górze wieszaka. Mężczyzna 1 idzie do stołu i siada naprzeciwko Astyanaksa. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciąga paczkę papierosów i zapala jednego. W tym czasie Mężczyzna 2 podchodzi do stołu i opierając się o niego podziwia obrazy na ścianie.
ASTYANAKS (wyczuwszy papierosowy dym, nie podnosząc wzroku): Tu się nie pali.
MĘŻCZYZNA 1 (przesadnie elegancko): Ach, rozumiem, proszę mi wybaczyć.
Mężczyzna 1 gasi papierosa na stole.
ASTYANAKS: Dlaczego…
MĘŻCZYZNA 1 (brutalnie przerywa): Domyśliłem się, że nie ma pan popielniczki.
Astyanaks spogląda ze złością. Po chwili uspokaja się.
ASTYANAKS: Co panów sprowadza?
MĘŻCZYZNA 2: Skąd te obrazy?
ASTYANAKS (przestaje rzeźbić): Czy to istotne?
MĘŻCZYZNA 2: Oczywiście.
ASTYANAKS: Będziecie je konfiskować?
MĘŻCZYZNA 2: Dlaczego?
ASTYANAKS: Jesteście z urzędu, czy nie?
MĘŻCZYZNA 1: Ach, proszę nam wybaczyć, byłby to z naszej strony skrajny nietakt,
gdybyśmy przyszli jedynie, żeby konfiskować dzieła sztuki.
ASTYANAKS: Wobec tego, co?
MĘŻCZYZNA 1: Jak to, co?
ASTYANAKS: Co będziecie konfiskować?
MĘŻCZYZNA 1: Proszę nie być do nas uprzedzonym, nie musimy wcale przychodzić z tak
niecnymi zamiarami.
MĘŻCZYZNA 2: Proszę również nie zapominać, że jedynym celem wszelkich służb i
urzędów jest służba obywatelom.
MĘŻCZYZNA 1: Jak wskazuje sama nazwa.
MĘŻCZYZNA 2 (wyciągnąwszy papierosa, zapala go): Istotnie. Nawet jeśli ktoś z nas czyni
zło, czyni je w dobrym celu.
ASTYANAKS (z lekkim, hamowanym zdenerwowaniem): Tu się nie pali.
MĘŻCZYZNA 2: Ach, naturalnie.
(Mężczyzna 2 gasi papierosa na blacie stołu.)
ASTYANAKS (wściekły): Czy pan…
MĘŻCZYZNA 2 (wskazując na obrazy, wchodzi w słowo): Nabył je pan?
ASTYANAKS (po przerwie, bierze głęboki wdech): Czego ode mnie chcecie?
(Statyczna chwila ciszy.)
MĘŻCZYZNA 2: Pytam, czy je pan nabył?
ASTYANAKS: Nie.
MĘŻCZYZNA 2: To ciekawe… Skąd je pan ma?
ASTYANAKS: Trzymam je jako rodzinną pamiątkę.
MĘŻCZYZNA 2: Czyli je pan odziedziczył?
ASTYANAKS (wzdychając): Jakie to ma znaczenie…
MĘŻCZYZNA 1 (stanowczo): Skoro ten temat zostaje przez nas poruszony, ma to duże
znaczenie.
ASTYANAKS (wzburzony): Są panowie w moim domu!
MĘŻCZYZNA 1: Nie przeczę. Jeśli nie będzie pan z nami współpracował, nie ręczę za
wyższe instancje.
ASTYANAKS: Po co wyższym instancjom moje obrazy?!
MĘŻCZYZNA 1: To nie pański interes.
MĘŻCZYZNA 2: Więc?
Astyanaks nie udziela odpowiedzi. Mężczyzna 2 obraca głowę w jego kierunku i świdruje go wzrokiem.
MĘŻCZYZNA 2 (natarczywie): Więc?
ASTYANAKS: Nie odziedziczyłem ich.
MĘŻCZYZNA 1: To ciekawe…
MĘŻCZYZNA 2: Fascynujące…
MĘŻCZYZNA 1: Chyba nie chce nam pan powiedzieć, że pana na nie stać!
Obaj mężczyźni śmieją się gardłowo i sarkastycznie. Po chwili znów poważnieją.
MĘŻCZYZNA 2: Nie kłamie pan?
ASTYANAKS: Zostałem nimi obdarowany.
MĘŻCZYZNA 2: Przez kogo?
ASTYANAKS: Przez babkę.
MĘŻCZYZNA 2: Więc to ona je nabyła?
ASTYANAKS: Niewykluczone. Byłem dzieckiem, nie pamiętam.
MĘŻCZYZNA 1 (wyszczególniając słowa „jak wasza”): Do czego takiej rodzinie jak wasza
takie obrazy? Nie lepiej byłoby panu je sprzedać?
ASTYANAKS (cynicznie): Widzę, że doskonale rozumie pan naszą sytuację. Matka
pragnęłaby ich sprzedaży. Ale to ostatnie na co pozwolę.
MĘŻCZYZNA 1: Dlaczego?
ASTYANAKS: Przypominają mi o ojcu i dziadku.
MĘŻCZYZNA 2: Jak widzę, lubuje się pan we wspomnieniach dość drastycznych.
ASTYANAKS: To nie moje wspomnienia.
MĘŻCZYZNA 1 (wcinając się): Najmocniej przepraszam, czy zyskam pańskie pozwolenie
na wyłączenie muzyki?
ASTYANAKS: Proszę.
MĘŻCZYZNA 2: Nie pana wspomnienia? Czyje?
ASTYANAKS: Ogółu. Nie poznałem ojca ani dziadka.
MĘŻCZYZNA 1 (nachylając się nad magnetofonem): Moje kondolencje.
Wyłącza muzykę. Cisza. Mężczyzna 1 i Mężczyzna 2 podchodzą razem do obrazów.
MĘŻCZYZNA 2: Znakomity warsztat.
ASTYANAKS: Cieszę się pańskim szczęściem.
MĘŻCZYZNA 1: Jak zginął pański ojciec?
ASTYANAKS: Przebito go grotem.
(Cisza.)
ASTYANAKS: Zamordowany w nierównej walce o honor.
MĘŻCZYZNA 2 (sarkastycznie): Wierzy pan w takie rzeczy?
ASTYANAKS: On wierzył. (pauza) Zmierzył się z przeciwnikiem, nad którym zwycięstwo z gruntu nie było możliwe. Ale on wierzył. (pauza) Ponoć był wtedy upał. Wyobraźcie sobie panowie tę scenę. Parność, duchota, prażące słońce. Na środku równiny stoi dwóch mężczyzn. Obaj trzymają broń. Padają wyzwiska. Tłum ludzi obserwuje to z oddali z wyczekiwaniem. Niecierpliwi. Spodziewają się najgorszego. Ojciec wierzy, ale upada na suchą ziemię po niedługim czasie. Walczy za brata. Walczy za miasto. Walczy w sytuacji, w którą został wepchnięty wbrew własnej woli. Wierzy. (podnosi wzrok na mężczyzn) Wepchnięty przez wyższą instancję. Przez siłę przeciwko, której nie wolno mu było stanąć. Całe życie bijący się za niezależność, w jednej chwili uświadamia sobie, że autonomia jest niemożliwa. Dociera do niego głębia jej nieosiągalności. I teraz po raz ostatni łapiąc wdech wie już wszystko. Przed oczami dynamicznie przebiega mu całe życie. Do niedawna wielobarwne, teraz szare – zdefiniowane zniewoleniem. (pauza) I gdy walczy, w ostatnich sekundach traci wiarę.
Dłuższa chwila ciszy.
MĘŻCZYZNA 1: Chciałby go pan poznać, dowiedzieć się, jakim był człowiekiem?
MĘŻCZYZNA 2: Niewątpliwie chciałby pan tego, w końcu trzyma pan na ścianie te obrazy.
ASTYANAKS: Nie wiem czy bym tego chciał.
MĘŻCZYZNA 1: Proszę rozwinąć.
ASTYANAKS: Nie wiem czy ostatecznie nie zawiodłoby mnie spotkanie z nim.
MĘŻCZYZNA 2: Zawiodłoby… Z takim człowiekiem?
ASTYANAKS: Co panowie możecie o tym wiedzieć…
Zapada cisza. Mężczyzna 1 i Mężczyzna 2 spoglądają na siebie. Uśmiechają się. Mężczyzna 1 siada i zawiesza wzrok na Astyanaksie. Mężczyzna 2 przystaje za Astyanaksem.
ANDROMACHA (zza drzwi, nieoczekiwanie) Synku, ktoś przyszedł?
Astyanaks spogląda z niepokojem na Mężczyznę 1, obraca się i spogląda na szeroko
uśmiechniętego Mężczyznę 2.
ASTYANAKS: Nie mamo, wydawało ci się!
Andromacha otwiera drzwi nieśmiało i wychyla głowę.
ANDROMACHA (ze strachem): Kim panowie są?
ASTYANAKS: Panowie z urzędu.
ANDROMACHA: Z urzędu?
ASTYANAKS: Skarbowego.
ANDROMACHA (strapiona): Z urzędu skarbowego… W jakiej sprawie?
ASTYANAKS: Mamo, możesz nas zostawić, później ci opowiem.
ANDROMACHA: Dobrze, dobrze… A panowie się czegoś napiją?
MĘŻCZYZNA 1 (kurtuazyjnie): Bardzo mi miło, lecz podziękuję.
MĘŻCZYZNA 2: Ja również.
Andromacha zamyka drzwi.
MĘŻCZYZNA 2: Cóż, widzi pan…
MĘŻCZYZNA 1: Znaliśmy pańskiego ojca.
ASTYANAKS: Znali go panowie?
MĘŻCZYZNA 1: Znaliśmy… Dobrze.
ASTYANAKS: Dobrze?
MĘŻCZYZNA 2: Za dobrze.
ASTYANAKS: Jakim był człowiekiem?
Mężczyźni milczą.
MĘŻCZYZNA 1: Czy wie pan, co nam zrobił pański ojciec?
Astyanaks milczy, marszczy brwi.
MĘŻCZYZNA 2 (kładąc Astyanaksowi, który się wzdraga, ręce na ramionach): Co oznacza
dla nas spotkanie z nim?
Mężczyzna 1 wyciąga papierosa i zapala go.
ASTYANAKS (wściekły): Tu się nie…
MĘŻCZYZNA 2 (stanowczo wchodząc w słowo): To my zdecydujemy, co się tutaj robi, a
czego się tutaj nie robi.
ASTYANAKS: Są panowie w moim domu!
MĘŻCZYZNA 1: Niech się pan uspokoi, nie urządzajmy scen. Nie ma powodów do złości.
ASTYANAKS: Nie pozwoliłem panu palić w moim salonie.
MĘŻCZYZNA 1: Na szczęście to nie pan wydaje pozwolenia. Świat byłby sakramencko
nudny.
Mężczyzna 1 śmieje się.
MĘŻCZYZNA 2: Pański ojciec…
MĘŻCZYZNA 1: Był oczywiście wielkim człowiekiem…
MĘŻCZYZNA 2: Wielką postacią…
MĘŻCZYZNA 1: Czasem dziwi mnie, że jego sylwetka mieści się na obrazach.
MĘŻCZYZNA 2: Taki jest na nich dostojny…
MĘŻCZYZNA 1: Taki honorowy…
MĘŻCZYZNA 2: Sprawiedliwy…
ASTYANAKS: Gdzie go panowie poznali?
MĘŻCZYZNA 1: Pozwoli pan, że to my będziemy zadawać pytania.
ASTYANAKS: Nie ma wokół mnie wielu, którzy znali mojego ojca.
MĘŻCZYZNA 2: Widzi pan, a ja wszędzie widzę takich. Widzę takich, jak stoją, jak patrzą,
jak płaczą. Jak budzą się i czują, że nie mogą już więcej. Nic więcej.
MĘŻCZYZNA 1: Ale oczywiście był pański ojciec człowiekiem ponad miarę swoich czasów.
MĘŻCZYZNA 2: Ponad miarę naszych czasów!
ASTYANAKS: Bardzo mi miło, że panowie…
MĘŻCZYZNA 1 (wchodząc w słowo): Czy wie pan, co nam zrobił pański ojciec?
ASTYANAKS: Nie wiem, nic nie wiem. Czy panowie mnie słuchacie?
MĘŻCZYZNA 1: Robię co w mojej mocy.
MĘŻCZYZNA 2: Widzi pan, wielu mężów stanu posiada bardzo bogate doświadczenia.
MĘŻCZYZNA 1: Rozmaite doświadczenia oczywiście.
MĘŻCZYZNA 2: Taki mąż stanu, jak pański ojciec… (Mężczyzna 2 kręci głową z uznaniem, wspominając.)
MĘŻCZYZNA 1: To dopiero doświadczony człowiek!
ASTYANAKS: Co zrobił mój ojciec? Co panom zrobił?
MĘŻCZYZNA 1: Przecież my dwaj jesteśmy wyłącznie małymi pędrakami w wielkiej
machinie państwa. Niech pan się zastanawia, co zrobił dla państwa. My to jedynie błahe,
interesowne przymioty.
ASTYANAKS (z silnie skupionym niepokojem): Dlaczego panowie do mnie przyszli?
MĘŻCZYZNA 1: W odwiedziny.
MĘŻCZYZNA 2: Na papierosa.
To powiedziawszy, Mężczyzna 2 wyciąga papierosa i zapala go. Astyanaks reaguje
grymasem.
MĘŻCZYZNA 1: Po prostu dawno pana nie widzieliśmy.
MĘŻCZYZNA 2: Ja się stęskniłem.
ASTYANAKS: Nie wiem, kim panowie jesteście, ale uprzejmie proszę o opuszczenie mojego
domu.
MĘŻCZYZNA 1: A więc już nas pan wygania? Jakież to przykre…
MĘŻCZYZNA 2: Niezmiernie przykre…
MĘŻCZYZNA 1: A może chciałby pan pójść na spacer?
ASTYANAKS: Pójść na spacer?
MĘŻCZYZNA 1: Pokazałbym panu coś. Piękną dolinę, w której płynie rzeka tak czysta, że
łowi się w niej raki. Bujne korony drzew, które urokliwie przysłaniają słońce w najbardziej
upalnych momentach dnia. I byłyby tam również zwierzęta. Dorodne, pokaźne. Pokazałbym
panu wszystkie warte zapamiętania gatunki. Pokazałbym panu ścieżki, którymi może pan
chodzić, żeby zrywać jagody. Nie tylko jagody. Owoce tak soczyste, że sprawiają wrażenie
zrodzonych w innym świecie. I w tej rzece na kamieniach siedziałyby żaby. Cykady
układałyby w gąszczu swą dziką symfonię.
MĘŻCZYZNA 2: I na tej pięknej rzece pokazalibyśmy panu zaporę. Budowlę wykutą z
ludzkiego cierpienia. Stawianą długimi latami. Wysoką, nieprzenikalną. Z której widok
ciągnie się na całą dolinę. I wyszlibyśmy z panem na zaporę, żeby mógł pan zobaczyć ten
piękny widok. Żeby mógł pan zrozumieć. Zobaczyłby pan ziemię daleko, daleko w dole. Jak
na wysokich murach miasta. Żywię nadzieję, że nie ma pan lęku wysokości.
MĘŻCZYZNA 1: I na tej zaporze oglądalibyśmy zachód słońca. Chwytalibyśmy haustami
ostatnie promienie. A później nadeszłaby noc. Ciemna, głucha noc.
Mężczyzna 2 zbliża się znów do Astyanaksa i podaje mu rękę, żeby wstał. Astyanaks
patrzy na niego z przerażeniem. Dłuższa scena statyczna. Mężczyzna 1 gasi papierosa na
stole. Rozlega się pukanie do drzwi. Znów wchodzi Andromacha.
ANDROMACHA: Przepraszam, ale czy panowie jeszcze długo? Chciałam, żeby syn zjadł
obiad
MĘŻCZYZNA 1 (podnosząc się dynamicznie): Ależ nie, nie, skądże, zmierzamy już do
wyjścia.
ASTYANAKS: Mamo, udam się z panami na spacer. Nie zjem dzisiaj obiadu.
ANDROMACHA: Na spacer?
ASTYANAKS: Tak, na spacer.
MĘŻCZYZNA 2: Dżentelmeńska przechadzka, rozumie pani…
ANDROMACHA (do Astyanaksa): Kiedy wrócisz?
ASTYANAKS: Nie czekaj na mnie.
Andromacha wycofuje się i zamyka za sobą drzwi. Rozlegają się „Trojanie” Berlioza, lecz teraz nie są puszczeni z magnetofonu. Mężczyzna 1 i 2 podchodzą do wieszaka i ubierają swe odzienie wierzchnie. Uśmiechają się raz jeszcze do Astyanaksa, po czym otwierają drzwi, przez które sami weszli do pomieszczenia i przepuszczają go przez nie. Wychodzą za nim z pomieszczenia i zamykają za sobą drzwi. „Trojanie” urywają się gwałtownie.

                                                       Jakub Krok
03.09.2021

 

Obraz wyróżniający: Zapora Hoovera na rzece Kolorado Autorstwa LICKO – en.wikipedia, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1427004