Wszyscy mamy prawo (nie)czuć / Justyna Luszyńska

0
464

Oto ja.

Stojąca bezradnie pośrodku krzywych chodnikowych płyt, bo to, czego pragnęłam ponad wszystko, jest mi zabronione.

Istna złośliwość losu, pomyślałam i podjęłam marsz w stronę przystanku autobusowego z wysoko uniesionym podbródkiem, ażeby pokazać siłom wyższym, gdzie mam ich decyzje, jak bardzo mnie nie obchodzą i że oczywiście poradzę sobie, przeskoczę każdą kłodę, którą rzucą mi pod nogi z gracją, finezją i…

Siły wyższe lubią mieć jednak ostatnie słowo.

To prawdopodobnie powód, dlaczego potknęłam się o wystający kafel i wyrżnęłam jak długa tuż przed przystankiem, na którym z dwadzieścia osób czekało spokojnie na autobus, a teraz gapiło się prosto na mnie, postękującą, klnącą i starającą się zebrać z chodnika resztki swojej godności. Łzy rozepchały się w moich oczach łokciami, pragnęły wyjść, ja zaś ciągnęłam je za nogi, by nikt nie zauważył, że nie dość, że się wywaliłam, to jeszcze wyję jak głupia.

Z miną pokerzysty zabrałam się do sprzątania rzeczy, które wypadły mi z torebki: jeden tampon, okulary przeciwsłoneczne, wraz z wypadniętym szkiełkiem, leżącym obok, portmonetkę, która się otworzyła i wyleciały z niej drobne na bilet…

Siadłam na kolanach i objęłam ten obrazek wzrokiem. Moja dolna warga zaczęła drżeć, więc ją zagryzłam. Nie, to nie był jeden z moich najlepszych dni w życiu. Mogłam się tego domyśleć już w chwili, w której zobaczyłam swojego ukochanego idącego za rękę z kobietą w ciąży oraz drugim dzieckiem w wózku. Idealny mężczyzna. Wrażliwy, opiekuńczy, inteligentny… żonaty.

Naprawdę chciałabym się złościć. Chciałabym wskoczyć przed niego znienacka, uderzyć go w twarz, usłyszeć żonę wciągającą szybko powietrze do płuc, krzyknąć coś w stylu:

– Ty łajdaku! A ja ci zaufałam!

Potem rozpoczęłabym dziką ucieczkę, wbiegłabym pod samochód, wpadła w śpiączkę, straciła pamięć. Olśniewająco przystojny lekarz, opiekujący się mną, zakochałby się we mnie i udawał mojego męża… Potrząsnęłam głową. Za dużo brazylijskich telenoweli. Może właśnie przez nie miałam zakrzywiony obraz świata i miłości. Tak mogło być. Tak musiało być.

Ze znużeniem spojrzałam na nadjeżdżający żółty autobus i podniosłam się, kierując do niego, ale zatrzymałam wpół kroku. Bardzo powoli zmierzyłam wzrokiem nowe dżinsy i odnalazłam w nich wielką krwawiącą dziurę. Przemieliłam język, starając się nie wrzasnąć.

Co ja właściwie robiłam ze swoim życiem? Codziennie jechałam do tej samej znienawidzonej pracy. Od trzech lat tkwiłam tam, marząc o wyrwaniu się, ale nic się nie zmieniało. Gdy zaczynałam, byłam wniebowzięta. Miałam przecież recenzować książki. Czy znalazłoby się na świecie coś lepszego? A potem najpiękniejszy sen zmienił się w koszmar. Do tego wszystkiego byłam samotna, podczas gdy wcale nie chciałam być samotna, a każdy królewicz, na którego widok z miejsca się śliniłam do pasa, okazywał się trollem. A gotowa byłam nosić za niego zbroję. Konia dosiadać. Własnymi rękoma zamek nam budować! Czy pragnęłam od świata tak wiele?

Autobus stwierdził, że nie będzie czekał, aż zakończę swoje dywagacje i odjechał. A gdy tylko zniknął, czarna taksówka podjechała i zatrzymała się z piskiem opon tuż przy mnie. Udawałam, że jej nie widzę. Zawsze robiłam tak z podejrzanymi samochodami i ludźmi. Ignorowałam ich.

– Może podwózkę?

Łypnęłam kątem oka na kierowcę. Ze zdziwieniem odkryłam, że za kółkiem nie siedział rodzaj męski, lecz żeński. Starsza kobieta przyglądała mi się znad okrągłych okularów o maleńkich szkiełkach.

Pokręciłam głową.

– Nie, dziękuję bardzo. Czekam na autobus.

Machnęłam ręką w stronę przystanku i nawet zrobiłam w jego stronę dwa pospieszne kroki, żeby wiedziała, że nie żartuję.

– Liz, twój autobus odjechał pół minuty temu. Spóźnisz się do pracy.

Moje oczy nabrały rozmiaru piłek do tenisa. Okropna praca, trolle zamiast książąt, prześladowczyni w wieku lat siedemdziesięciu… Czemu nie mogłam mieć przynajmniej przystojnego prześladowcy? Och, głupia! Prześladowcy są źli! Włącznie z tymi przystojnymi.

Uśmiechnęłam się niezręcznie do barczystego mężczyzny, stojącego nieopodal i stanęłam blisko, niemal stykając się z nim ramionami. Spojrzał na mnie niepewnie i zrobił krok w bok, więc ja, konsekwentnie, przesunęłam się za nim. Niech prześladowczyni wie, że nie jestem sama. W razie czego mój ogromny przyjaciel mnie obroni.

– Dzień dobry, Wiktorze! – Kobieta pomachała do mojego obrońcy, a on jej odmachał i na domiar złego się zarumienił.

– Dzień dobry, Cat! Jak mają się kocięta?

Cat odwróciła się na tył i ku mojej trwodze wyciągnęła stamtąd dwa rude kotki z żółtymi kokardami na szyi. Wiktor zachichotał.

– Nic się nie zmieniły!

Kocięta wylądowały z powrotem na tylnym siedzeniu, a Cat wzruszyła niewinnie ramionami.

– W moim świecie szczeniaki zawsze są szczeniakami, a kocięta kociętami, nie wiesz?

Wiktor gorliwie przytaknął, a ja wydęłam nozdrza. Co za bzdury? Kim oni byli? Zorganizowaną szajką przestępczą, która… Która co?

– Liz! – Głos Cat naznaczony był zniecierpliwieniem. – Tik tak, tik tak! Życie ci ucieka.

Wiktor wreszcie przestał udawać, że już mnie przy nim nie ma. Spojrzał na mnie przyjaźnie, jakbym wcale od kilku ostatnich minut nie starała się przykleić do jego ramienia i uśmiechnął szeroko. Z jego małych jasnych oczu pozostały tylko szparki.

– Gratuluję – powiedział. – To nie byle wyróżnienie. Cat dowozi zawsze w odpowiednie miejsce.

Zamrugałam. Czy to nie jest coś, co każdy taksówkarz powinien zrobić?

A potem gdzieś nad karkiem, z tyłu głowy wypłynęła zupełnie inna myśl. Zapuściła korzenie i zajęła cały mój mózg. Jej absurdalność była oczywista, ale komu nigdy nie zdarzył się wyjątkowo kiepski pomysł, który wbrew wszystkim znakom na ziemi i niebie postanowił uznać za genialny?

W mojej czaszce odbijało się echem: A gdyby tak do niej wsiąść?

Szybko, bylebym nie zdążyła się rozmyśleć, zerwałam się, wsiadłam do samochodu i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Cat nie czekała. Wcisnęła gaz do dechy i wystartowała jak z rakiety. Jechała tak szybko, że krew w ciągu sekundy odpłynęła z mojej twarzy i nie wiem, gdzie się podziała. Sięgnęłam do klamki i zaczęłam za nią szarpać w panice.

– Nie, nie, nie – powtarzałam niczym mantrę. – Co ja najlepszego zrobiłam…

– Wykonałaś pierwszy krok – zaśpiewała Cat pod nosem. – Przerwałaś rutynę.

Oparłam się o siedzenie. Każdy mięsień mojego ciała był boleśnie napięty.

– I teraz zginę – szepnęłam.

Cat spojrzała na mnie z odrazą i wcisnęła klakson, po czym odsłoniła szybę i sklęła samochód, który jej wyjechał i zmusił do zhamowania.

– Dlaczego miałabyś zginąć? Jestem świetnym kierowcą.

Wciągnęłam do płuc zapach, dopiero orientując się, że w ogóle jakiś unosił się w powietrzu. Połaskotał mnie w nos i poruszył żołądek, który postanowił wydrzeć się donośnie.

– Znów nie zjadłaś śniadania. – Cat zacmokała z niezadowoleniem. – Żyjesz w ciągłym biegu, Liz. Tak się nie godzi. Nie jesz śniadań, kolacje tylko odgrzewane… Na tylnym siedzeniu leży blacha z ciastem brzoskwiniowym. Poczęstuj się.

A więc ciasto! Ciasto jest zatrute.

Odwróciłam się i spojrzałam rudym kocurom w ich brązowe oczy. Pomiędzy nimi rzeczywiście leżała niewielka okrągła blaszka przykryta ścierką. Odrzuciłam szmatkę, a odgłos warczącego żołądka znów wystraszył wszystkich, łącznie z kotami, które w odpowiedzi zamiauczały z trwogą.

I tak byłam już w taksówce z prześladowczynią… Szanse na przeżycie z każdą chwilą malały. Czy nie mogłam przynajmniej najeść się ciasta przed nieuniknionym?

Sięgnęłam po kawałek i, nie bez trudu, wyciągnęłam go, ale gdy się odwracałam, coś mi mignęło. Zamrugałam i odwróciłam się raz jeszcze. W zagłębieniu jednego z fotelów leżała bransoletka. Mogła być to jakaś tania imitacja diamentów… Na pewno była to tania imitacja diamentów.

A jeśli nie?

– O jaki śliczny kotek! – zaświergotałam i udałam, że chcę go pogłaskać, a tak naprawdę chwyciłam bransoletkę i zamknęłam w zaciśniętej pięści. Kot zasyczał.

Co ja najlepszego wyrabiałam?

Wcisnęłam ciasto na raz do ust i wyszczerzyłam się do Cat. Bardzo starała się nie skwasić na mój widok, ja zaś zdobyłam znakomity argument, by sięgnąć po chusteczkę do torebki i wrzucić tam bransoletkę.

– Powiedz mi… – Cat wreszcie zwolniła. Zauważyłam, że rzeczywiście zmierzałyśmy do mojej pracy. Do samego końca chciała zachować pozory. – Jak się czujesz z tym, że musisz dzisiaj iść do pracy? Bo chcę zaznaczyć, że oczywiście mogę cię tam zaraz zawieść.

Uniosłam brwi. Ton jej głosu brzmiał, jak gdyby to miała być ta gorsza możliwość wyboru, a ja musiałam przyznać, że mnie wydawała się całkiem rozsądna.

– Albo… – przeciągała sylaby. – Nigdy już tam nie pójdziesz.

Przełknęłam resztki ciasta i przejechałam językiem po zębach, usuwając resztki brzoskwini. Mogłam zatem wybrać: praca albo morderstwo.

– Myślę, że najbardziej racjonalnym wyborem jest pójście do pracy, zarabianie pieniędzy, bycie odpowiedzialnym dorosłym. Rachunki, kredyt…

Przerwało mi parsknięcie.

– Liz, przecież ja wiem.

Pokiwałam głową. Oczywiście, że wiedziała.

– Co takiego pani wie?

Zatrzymała się niespodziewanie i całe szczęście, że zapięłam pasy, bo w przeciwnym razie moje czoło doznałoby bliskiego spotkania z przednią szybą.

– Wiem, że masz kredyty. Jeden na mieszkanie. Ostatnio kupiłaś lodówkę na raty. Bardzo ładną, seledynową. – Westchnęłam wbrew sobie. Nie jakby zupełnie obca osoba znała sekrety mojego prywatnego życia, ale jak nastolatek, któremu rodzic uświadamia, że nie pójdzie wieczorem na imprezę, gdyż na imprezach jest alkohol, a alkohol to zło i prowadzi do śmierci. – A wczoraj otwarłaś ją, spojrzałaś na to, co się w niej znajdowało i…

Czekałam w napięciu na to, co powie, ale potem stwierdziłam, że to czas na mnie:

– Ma pani kamery w moim domu?

Pokręciła głową. Ja zaś swoją pokiwałam.

– Nie ma pani kamer. Może lornetka?

Znów zaprzeczenie.

– Dziurka w ścianie?

– Targnął tobą płacz – zignorowała moje próby odkrycia prawdy. – Ale stłumiłaś go. Przełknęłaś. A potem przez resztę dnia miałaś zgagę.

Uniosłam jedną brew. Co to były za kamery, skoro ukazały zgagę trawiącą mój przełyk?

– Pomyślałam: dobrze. – Uniosła ręce wierzchem do mnie. – Nie tak, to inaczej. Zadbałam więc, byś musiała wrócić do domu po portfel, którego zapomniałaś. – Otworzyłam usta, ale machnęła, bym milczała. – Doprowadziłam ci Roberta pod sam nos. Pod nos! Czekałam na złość, ale co zrobiłaś?

Pewna, że to pytanie retoryczne, postanowiłam wytrwale trwać w osłupieniu.

– Nic – westchnęła. – Nic nie zrobiłaś. Zero złości. Zero rozpaczy. Sięgnęłam więc po numer z chodnikiem.

– Z chodnikiem.

– Tak – potwierdziła, jak gdyby nigdy nic. – I już… już byłyśmy tak blisko celu…

Podstawiła mi swoje palce przed nos, bym mogła zobaczyć, jak blisko celu byłyśmy.

– I nic! – wrzasnęła tak głośno, że aż podskoczyłam.

Mijały sekundy, a my tylko na siebie patrzyłyśmy. Ta kobieta powiedziała mi właśnie, że przyczyniła się do wszystkich strasznych rzeczy, które przytrafiły mi się tego poranka. Stworzyłam w głowie tabelkę rodem z Exela i zaczęłam obliczać, czy powinnam bardziej się przejąć tym, że była szalona, tym, że wiedziała o sprawach, o których nikt nie powinien wiedzieć, czy też naburmuszyć się za to, że robiła mi te wszystkie okropieństwa.

– Spójrz – powiedziała i wysunęła lusterko, pokazując mi moją twarz. – Co widzisz?

Przewróciłam oczyma.

– Brązowe oczy… Och, ale namalowałam krzywą kreskę…

– Liz! – Zamknęła lusterko. – Skup się. Spójrz nie na swoje oczy, lecz w oczy.

Jakaś cząstka mnie wiedziała, że powinnam zaprotestować i kulturalnie wytłumaczyć, że w realnym świecie ludzie nie robią takich szaleństw. Po prostu wstają rano z łóżka, idą do pracy, w drodze narzekają na pracę, w pracy narzekają na pracę, wracają, narzekają na pracę, jedzą obiad…

Cat odsłoniła lusterko. Patrzyłam w swoje oczy. Znałam je całkiem dobrze. Towarzyszyły mi całe moje życie.

– Powiesz mi o tym, co zrobił ci Robert?

Prychnęłam i szybko zamknęłam lusterko.

– Jest pani kryptoterapeutką? Na koniec wystawi mi pani rachunek?

Staruszka powąchała powietrze wokół mnie.

– Śmierdzi bólem.

Niepewnie sięgnęłam po bluzkę i przyciągnęłam materiał do nosa.

– Co pani, perfumy samej Beyonce…

Przez moment wyglądało to tak, jakby Cat się poddała. Złożyła broń, zasalutowała i miała ochotę spieprzyć w cholerę, ale byłam niemal pewna, że liczyła w myślach do dziesięciu, żeby nie spróbować zamordować mnie tu i teraz.

– Jesteś wyjątkowo wkurzająca – powiedziała.

Zaśmiałam się, chociaż bynajmniej nie było mi do śmiechu.

– Słucham?

Wzruszyła ramionami.

– Irytujesz mnie. Drażnisz – wyliczała. – Ale nie to jest najgorsze. Bo co cię obchodzi jakaś tam starucha, której już nigdy więcej nie zobaczysz? Nie o siebie się martwię i nie o to, co sobie o mnie myślisz. Ale ty…

Nagle jej oczy posmutniały. Błysk irytacji został zastąpiony łagodnością.

– Jak byłaś mała, każda twoja emocja była tępiona. – Zdjęła okulary i przetarła je chustką. – Jak się złościłaś, dostawałaś lanie. Jak się smuciłaś, zabraniano ci płakać. Jak się cieszyłaś, kazano być cicho.

Ucieczka. Tak, ucieczka była dobrym planem. Sięgnęłam do klamki, ale była zablokowana. Szarpałam za nią z uporem maniaka.

– A dzisiaj nie potrafisz się złościć… – Cat nie wyglądała na przejętą moją próbą dezercji. – Sądzisz, że płacz jest słabością. Radość zaś czymś, co trzeba okazywać zdawkowo.

Warknęłam z rozdrażnieniem i odwróciłam się do niej. Serce łomotało mi w piersi, a oddech stał się ciężki, ołowiany.

– Jakim prawem sądzi pani, że może tak po prostu…

Zagryzłam wargę. Nie dokończyłam. Dlaczego? Na sam koniec, przy literce „u” mój głos się załamał. Znienawidziłam go z marszu.

– Jak się poczułaś, gdy zobaczyłaś Roberta? Z inną kobietą, z dziećmi, które ci obiecywał? Zwodził cię przez miesiące. Pojawił po latach samotności. Myślałaś, że to w końcu to.

Pytanie wybrzmiało i miałam wrażenie, że wypełniło całą przestrzeń. Rozpychało się w niej i bałam się, że za moment odbierze mi powietrze.

– Wściekła – szepnęłam. – Byłam wściekła.

Wściekłość znów wylazła na wierzch. Była brzydka, uśmiechała się złośliwie, w jej szerokiej paszczy mieściły się ostre zęby.

– Miałam ochotę… – Zaśmiałam się śmiechem wyzbytym rozbawienia. – Miałam ochotę go skrzywdzić. Odebrać wszystko to, co on odebrał mnie. Chciałam… Chciałam, by spojrzał mi w twarz i musiał się zmierzyć z tym, jakim jest potworem. Chciałam…

Chciałam wielu rzeczy. Uderzyć go w twarz. Powiedzieć o wszystkim jego żonie. Zniszczyć mu życie, rodzinę… jego.

– Nie zalecałabym niszczenia świata ani skomplikowanych planów zemsty. – Głos Cat docierał do mnie, jakby z daleka. – Ale nie uważasz, że miałaś prawo być na niego wściekła? Tak po prostu, po ludzku zła? Za to, że cię oszukał? Za to, że skrzywdził? Za to, że krzywdząc ciebie, krzywdził również swoją rodzinę?

Patrzyłam tępo przed siebie. Świat nie zastopował. Samochody zatrzymywały się na czerwonym świetle. Ludzie dobiegali do autobusów. Słońce chowało się za chmurami i zaraz zza nich wyglądało. Wszystko wyglądało normalnie.

Jak wszystko mogło wyglądać tak normalnie, skoro dzisiejszego ranka roztrzaskano mi serce na kawałki?

Wściekłość schowała zęby. Otworzyła szerzej oczy. Wyglądała jak dziecko zagubione w sklepie, rozglądające się za opiekunem.

Czerwień zmieniła się w błękit. Ciśnienie opadło. Oddech stał się lżejszy.

– Tak… – wyszeptałam. – Skrzywdził…

Mrugałam, starając się odgonić nadchodzące łzy, gdy poczułam ciepły uścisk na ręku. Cat patrzyła na mnie z żalem. Nie potrzebowałam litości. Nie chciałam…

– W porządku – powiedziała miękko. – Kiedy ktoś nas krzywdzi, mamy prawo cierpieć. To nie znaczy, że jesteś słaba. To znaczy, że boli. Ból jest ludzki i czujemy go wszyscy.

Pierwsza łza była zwiastunem burzy. Zasłoniłam usta dłonią i od razu zaniosłam się płaczem, zupełnie jakby ktoś wcisnął jakiś przeklęty przycisk, rozbił tamę. Cat przygarnęła mnie do siebie, a ja rozpaczałam nad złamanym sercem, wredną płytą chodnikową, matką, która nigdy nie patrzy na mnie, tylko przeze mnie, pustymi wieczorami, gdy gapię się w ściany i nie jestem w stanie nic czuć. Jak puste naczynie, które tylko czeka, aż ktoś je wypełni. Nie chciałam nim być. Nie chciałam.

Oto ja.

Siedząca w fotelu pasażera i łkająca w głos, bo to, czego pragnęłam ponad wszystko, było mi zabronione. A tak przynajmniej myślałam.

Złość, smutek, rozczarowanie. Radość, niecierpliwość, ciekawość. Wszystkie emocje chowałam po kieszeniach. Zamykałam w fałdach skóry. Skrywałam na dnie pamięci. Czuć – kto to widział? Na co to? Jaki z tego pożytek?

 Cat gładziła uspokajająco moje plecy i kołysała mnie. Nie kazała się uspokoić. Nie nazwała histeryczką. Nie mówiła, że przesadzam.

 – To, co czujesz, jest tym, co czujesz. Nie przepraszaj za swoje uczucia, Liz. Możesz płakać, gdy jesteś smutna. Możesz się wściekać, kiedy zostajesz niesprawiedliwie potraktowana – szeptała nad moim uchem. – Nie mścić się, nie krzywdzić, bo to nigdy do niczego dobrego nie prowadzi i nie czyni cię lepszą od tego, który wyrządził krzywdę tobie. Masz jednak prawo czuć. Masz prawo cieszyć się, gdy coś cię raduje. Czy nie jest ci tak lżej? Czy nie jest łatwiej?

Oderwałam się od niej i wciąż pochlipując, sięgnęłam do torebki. Wyciągnęłam z niej bransoletkę.

 – Leżała na tylnym siedzeniu – wydukałam pomiędzy nierównymi oddechami.

 Cat sięgnęła po świecidełko i zważyła je w dłoni, po czym schowała do kieszeni.

– Zawsze, gdy oddajecie, znaczy, że dobrze się spisałam. – Uśmiechnęła się szeroko. – Płacz sobie dalej, dziecko, pozwól tylko, że powtórzę pytanie: jedziemy do twojej pracy?

  Spojrzałam na nią i powoli pokręciłam głową.

                                                      Justyna Luszyńska