Wiersze / Maciej Bieszczad

0
143

Zew

Z włosów do pasa matki plotły warkocze.
Ciągnęli za nie chłopcy. W szkole wzbudzały zazdrość.
W dziurawych butach wspinaliśmy się na zbocze.

Z wysoka toczyliśmy koła. Szczęście kosztowało grosze,
Bez szprych, znalezione na polu, marki pierwsza radość.
Z włosów do pasa matki plotły warkocze.

Ich kiście dotykały ramion. Panny niosły kosze
Pełne jagód. Trzęsła ziemią zadrzewiona szarość.
W dziurawych butach wspinaliśmy się na zbocze.

Cóż to był widok! Kutry wypływały w morze,
Widniało. Słoneczny kreator podwajał widzialność.
Z włosów do pasa matki plotły warkocze.

Skończyły się dni. Gdzieniegdzie ustawiano nosze.
Co uchronisz, gdy pierwszeństwo zdobędzie starość?
Kto w dziurawych butach wspinał się na zbocze?

Potrzebny jest świadek, fachowa ręka w chaosie
Paralel. Wskazana byłaby delikatność.
Co zrobić, kiedy pustka plądruje i mamrocze?
Z włosów do pasa matki plotły warkocze.
W dziurawych butach wspinaliśmy się na zbocze.

 

Receptura

Do dwustu gramów wytrzymałości
Dodaj znacznie większą gramaturę dramatu.

Przyjmij i zatrzymaj wiadomość o klęsce
W temperaturze pokojowej, dopóki
Nie osiągnie stanu wrzenia.

Bezwiednie upuść łzę, najkorzystniej
Jedną, wtedy i tylko wtedy wpadnie w otchłań.

Nie reaguj konwulsyjnie,
Nie skarż się seriami –

To warunek konieczny
Przebudowy siły w moc.

Wskaż wcześniej
Odpowiedni miesiąc, najlepiej maj,

Jest najokrutniejszy,
Kwiecień nie ma w sobie
Tyle barbarzyństwa, jak sądził Eliot.

Wystaw to oczywiście na działanie czasu.
Na wszelki wypadek zanurz się z tym
W wannie. Jedz na zimno, w samotności.

 

Brudnopis                                                                    

Przypominasz dziecko, które popsuło urządzenie,
Rozłączyło dwa kabelki jednym ruchem ręki.
Spłoszyło się odbicie, wyczerpało się patrzenie.
Daty i doby to jawne złudzenie.
Na wodzie nie powstają kręgi.
Zapisywałem życie, inscenizując odrodzenie.
Przeciwko tobie były okrutne iluzje i potęgi.
Jesteś jak odtrącona, głupia myśl, jak oskarżenie.
Przypominasz dziecko.
Powinno się ciebie nosić, zastąpić chodzenie
Słowem wstań i idź, wywołać srogiego ducha mięśni.
I tak nie poszłabyś tam, gdzie nocują święci i piękni.
Przyjęłaś poniżenie,
Zawiłe zakończenie.
Przypominasz dziecko.

 

Arystoteles poprawia Poetykę

Akcja tragiczna nie kończy się
w ciągu jednej doby

Zaprojektowałem w tym celu
układ korytarzy przenoszący
zagubionych na karty Odysei

Za wzór posłużyła mi
różnokolorowa mozaika
ludowe połączenie ceramiki z gliną
wypadła z rąk kupcowi z Chilkos

Rozsypane odłamki chwytały
zanik promieni

Prędko naprawdę
prędko pobiegłem do domu
po kawałek kredy

 

Moria

Izaak opuścił
spiekłą Morię

Opowiedział
matce co się
wydarzyło

Nie oskarżał ojca

Zostawił
Abrahama
zupełnie
oszołomionego

Ten zaś szeroko
otworzył oczy
na głos
mówiący do niego

w czym raz za razem
znajdował
upodobanie

Zrzekam się
rozbłysków
świtu
na przęsłach
na autostradach

Poranki
popołudnia
późną porę

gubię
w dworcowych
poczekalniach

Składam co
brałem za własne
na ołtarzu
całopalnym

Wzniesie się?
Zada wprawny cios?

 

Fala przypływu

Nadciąga, słychać ją za horyzontem, w pomruku miasta.
Czujesz ją, pamiętasz, jak chłodziła ci stopy w dziecięcym wieku?
Dawniej uśmiech był bezmiarem. Niebo zwiastowała gwiazda.

Tulipany rozkwitały w wazonie. Pisklę wyskakiwało z gniazda.
Podwórko zdawało się trwać i trwać – w deszczu i w śniegu.
Nadciąga, słychać ją za horyzontem, w pomruku miasta.

Wedrze się, wsiąknie w przedmioty, ponura powiastka,
Udowadniając tezę o niedostatku i niemocy w człowieku.
Dawniej uśmiech był bezmiarem. Niebo zwiastowała gwiazda.

Ile razy ją przeoczyłeś, pełznącą po dywanie? Jakże powoli wrasta
W inspirację, w impuls. Odziana w ciało, w obejmie szkieletu,
Nadciąga, jest niedaleko, słychać ją w pomruku miasta.

Czy stoi za oknem, zrodzona na odludnych piaskach?
Wyziera z prognozy pogody, wiadomości, ze słów autorytetu?
Dawniej uśmiech był bezmiarem. Niebo zwiastowała gwiazda.

Dynastia blefu nie dowie się, czego doświadczasz.
Zburz kapliczkę osiągnięć. Wyjdź w trakcie bankietu.
Nadciąga, słychać ją za horyzontem, w pomruku miasta.
Dawniej uśmiech był bezmiarem. Niebo zwiastowała gwiazda.

Maciej Bieszczad

Maciej Bieszczad (ur. w 1978 r. w Wieluniu) – poeta i prozaik. Laureat VII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Złoty Środek Poezji na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2010 za tom Elipsa (2011) oraz XI Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego (2017); nominowany do Nagrody Poetyckiej KOS im. Kazimierza Hoffmana i wyróżniony Nagrodą Literacką im. ks. Jana Twardowskiego za tom Niteczka (2021) jak również Nagrodą Feniks za wybór wierszy Kroki. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury (2017, 2022). Wiersze publikował w czasopismach literackich: „Akcent”, „Almanach Prowincjonalny”, „Arterie”, „Czas Literatury”, „Fraza”, „Kresy”, „Migotania”, „Nowa Okolica Poetów”, „Nowy Napis”, „Okolica Poetów”, „Pogranicza”, „Śląsk”, „Topos”, „Twórczość”, „Tygiel Kultury”. Wydał zbiory wierszy: Elipsa (2010), Okolice Gerazy (2012), Arnion (2014), Pogrzeby wróbli (2017), Kołatanie (2019), Niteczka (2020), Kroki (2021; wybór), Miejsce spotkania (2022), Pasaże (2023), tom opowiadań Ulewa (2020), a nie tak dawno – zbiór miniatur i poematów prozą Ultradźwięki (2023). Mieszka w Łodzi.