Średni spektakl o słabym tytule /   Marian Walczak

0
50
Wejście do teatru. Fot. Marian Walczak. jpg
Recenzja spektaklu
Maciej Bogdański, Piotr Pacześniak, Marcin Wierzchowski
Sprawa Davida Frankfurtera”
Teatr Wybrzeże, Scena Malarnia
Reżyseria: Marcin Wierzchowski

Plakat przedstawienia. Fot. Marian Walczak. jpg

Zamiast gwiazdek –  rekomendacja

Klaskałem, nie wstałem (jako jeden z nielicznych). Obecnie nie żałuje swojej oceny. Chociaż moje brawa chciałbym skierować głównie w stronę jednego aktora.

Fabuła jednym zdaniem

Konieczne dwa zdania. Akt pierwszy – historia zabójstwa Wilhelma Gustloffa przez Davida Frankfurtera w 1936 roku i inspirowana powieścią niemieckiego noblisty pt. „Idąc rakiem” tragiczna rekonstrukcja tego wydarzenia. Akt drugi – epizod z dziejów gdańskiej rodziny z marca 1945 roku, próbujących opuścić miasto na statku Wilhelm Gustloff.

Zacznijmy od tytułu

Według mnie tytuł ma znaczenie. W przypadku „Sprawy Davida Frankfurtera” tytuł nie zachęca do obejrzenia spektaklu, bowiem przeciętnemu człowiekowi nazwisko to niewiele mówi. 

Spektakl anty-traumatyczny 

W zamyśle twórców przedstawienie ma zachęcać do kontestacji uczucia traumy. Ja nie poczułem traumy w tym przedstawieniu, choć temat, wydarzenia i miejsce są mi w jakimś stopniu bliskie. Nie udało się wzbudzić we mnie refleksji na temat zabójstwa nazistowskiego działacza w luksusowym uzdrowisku. Nie udało mi się poczuć grozy oblężonego miasta Danzig. Nie udało mi się również odczuć zagrożenia współczesnymi formami nazizmu, czy zacietrzewienia politycznego.
Na szczęście sam spektakl nie spowodował we mnie (jak na razie) traumy po jego obejrzeniu. Jeśli zatem przyjąć, że w zamyśle twórców miałem poczuć, doświadczyć, zobaczyć traumę – cel ten w moim przypadku nie został osiągnięty. Co nie oznacza, że to zły spektakl – na pewno warto dyskutować o podjętej problematyce i sposobach jej teatralnej reprezentacji. 

Dwie jednoaktówki

Jeśli porównam konstrukcję tego przedstawienia do „Dwóch teatrów” Szaniawskiego to ustawię scenopisarzy w lidze, w której nie grają. Niemniej można śmiało powiedzieć, że inscenizacja rozpada się na co najmniej dwie części. Bardziej dociekliwym widzom zasugeruję dostrzeżenie trzeciej „linii szycia”, a jeszcze bardziej dociekliwym odgadnięcie – kto pisał poszczególne częsci. A właśnie tak wygląda ten spektakl – trzech autorów dostało koncepcję napisania scenariusza, przypisano im zakres prac i zabroniono kontaktowania się do czasu ukończenia dzieła. Dlatego też mamy pozszywany efekt z paradoksalną koncepcją, żeby rolę trzylatka i nastolatka zagrał ten sam aktor. W kreacji dziecięcej dokładnie widać, że twórcy nie wiedzą jak wygląda dziecko i wychodzi to nie najlepiej.

Zasada drugiego aktu

W koncepcji klasycznej opery drugi akt był najważniejszy. To na jego początku działy się najbardziej widowiskowe sceny. Wiązało się to ze zwyczajem oglądania spektakli operowych. Polegał on na tym, że mężczyźni umawiali się na dobry obiad, który przeciągał się na czas trwania pierwszego aktu i przychodząc na początek drugiego mieli wrażenie, że nic nie stracili z widowiska. 
W Teatrze Orzechowskiego też jest w ostatnich latach podobnie. Na przykład w „Czego nie widać” i „Z miłości” warto wrócić po antrakcie, mimo, że pierwszy akt do tego nie zachęca. W przypadku „Sprawa Davida Frankfurtera” jest podobnie. Po średnim pierwszym akcie następuje niestety równie średni akt drugi, ale warto go obejrzeć dla gry Marka Tyndy.
W drugim akcie mamy popis aktorski Marka Tyndy, który gra tu swoją życiową rolę. Od lat obserwuję jego potencjał aktorski, „Sprawa Davida Frankfurtera” ukazuje wyjątkowość tego aktora. W końcu został dostrzeżony i dobrze obsadzony oraz doskonale wykorzystał swoją szansę.
Tynda gra Augusta Pokriefke- Kaszubę, który w dramatycznych czasach końca II Wojny Światowej stara się z rodziną uciec z oblężonego miasta. Opowieść ta podobna jest w swoim klimacie do książki „Psalm u kresu podróży” norweskiego pisarza Erika Fosnesa. Tam śledzimy losy ambitnych muzyków wyruszających w rejs Titanikiem, tutaj ludzi usiłujących wydostać się z niebezpiecznego miasta.
Niestety ani dramatyzm twierdzy Danzig ani dramat rozegrany na statku nie zostały dobrze rozegrane w spektaklu. Wydarzenia wyglądają jak wypracowanie na zadany temat. Za to Tynda gra Kaszubę lepiej niż Gajos w „Kamerdynerze”. Tyndzie udało się pokazać swoją kreacją (modulacja głosu i psychologiczne prawdopodobieństwo indywidualnego charakteru) ukrywane zwykle pewne prymitywne cechy Gdańszczanina czasów Wolnego Miasta. Niestety tylko jego postać pokazuje atmosferę zacofanego miasteczka na obrzeżach Rzeszy Niemieckiej.
W jednej ze scen jednak aktor jakby zapomina o przemyślanej kreacji – jest to scena z pistoletem, której symbolika nadal mnie zastanawia. Czyżby chodziło o to, że najpoważniejsze rzeczy trzeba precyzyjnie wyrażać, bez manier i zniekształcających akcentów? Mam nadzieję, że nie było to efektem przypadkowego zapomnienia się aktora. 

Bohaterowie zapomnianego pisarza

Prawie połowa bohaterów spektaklu (pięciu z trzynastu) nosi nazwisko Pokriefke. Jest to nazwisko bohaterów książek „Psie lata”, „Kot i mysz” oraz „Idąc rakiem” autora dzisiaj zapomnianego, któremu próbowano odebrać Nagrodę Nobla po tym jak przyznał, że był żołnierzem Waffen SS. Tula Pokriefke jest wręcz bohaterką pierwszoplanową i ma nawet fontannę swojego imienia w Gdańsku. Nie wiem co przyświecało autorom, żeby przywracać pamięć bohaterów tego pisarza (którego nazwisko pozwolę sobie pominąć, bo na to zasługuje). 

Brawa dla pana inspektora za odwagę (brawurę)

Jest to prawdopodobnie światowa prapremiera recenzji, w której wśród twórców doceniony zostanie inspektor BHP. Tego zaszczytu dostępuje pan Wiesław Bystron, który pozwolił na rzecz bardzo ryzykowną. Co prawda powinien zadbać o dodatkowe ostrzeżenie dla przyszłych widzów, ale po kolei. Przy spektaklach, w których wykorzystywane są efekty stroboskopowe zwykle teatr przestrzega przed groźnymi w skutkach konsekwencjami dla epileptyków. W przypadku „Sprawy Davida Frankfurtera” niebezpieczeństwo takie grozi astmatykom, którzy powinni być uprzedzeni, by zabrać butle tlenowe na spektakl. Przedstawienie jest prezentowane w małej sali Malarnia, której przestrzeń niemal cały czas wypełniona jest dymem. Pan inspektor pozwalając, żeby widzowie przez prawie cztery godziny byli narażeni na przebywanie w atmosferze odbiegającej od komfortowej dla ich systemu oddechowego, jest zapewne niezwykle odważny. 

Odbiór w malignie

Wykorzystanie dymu przez cały spektakl powoduje efekt usypiający. Przynajmniej na mnie tak działa zmniejszenie zawartości tlenu w powietrzu. Oniryczność, którą zapewne chcieli osiągnąć twórcy, łączyła się w przypadku mojego odbioru niemalże z efektem maligny i ciągłą walką z sennością. Wiedząc o swoich reakcjach od dekad unikam źle wentylowanych pomieszczeń. Z tego powodu nie chodzę do Opery Bałtyckiej, w której system wentylacyjny działa w podobny sposób. Stara końska zajezdnia nie wytrzymuje kilkunastominutowego oddychania publiczności, aktorów i orkiestry, a stężenie dwutlenku węgla działa na mnie jak w przypadku dymu na omawianym spektaklu.
Czy to może jest tylko moja jednostkowa przypadłość? Po ciężkich oddechach widzów za moimi plecami sądzę, że nie. Zwłaszcza, że widzowie ci opuścili widownię po pierwszym akcie. Ja odetchnąłem (marznąc) na tarasie i jakoś dałem radę dotrwać do końca. Może w związku z koniecznością wychodzenia na taras, warto pomyśleć o odwołaniu spektakli w czasie opadów deszczu, zimą i w przypadku wichur uniemożliwiających publiczności zdrowy oddech.
Fake’owe przedstawienie

W spektaklu przeplatają się historie prawdziwe i zmyślone, dlatego warto powiedzieć co jest prawdą historyczną a co kreacją nie mającą pokrycia w faktach. Zwłaszcza, że na stronie spektaklu fakty też przeplatają się kłamstwem historycznym.

Prawdą jest historia zabójstwa dokonanego przez chorwackiego Żyda Dawida Frankfurtera na nazistowskim działaczy politycznym Wilhelmie Gustloffie w szwajcarskim Davos. Prawdą jest też, że imieniem zamordowanego nazwano niemiecki statek, który został zatopiony na wysokości Łeby przez rosyjski okręt podwodny. Prawdą jest też, że na pokładzie znajdowali się uciekający z miasta Danzig Niemcy. Co do tego kim naprawdę byli zamustrowani pasażerowie historycy spierają się do dzisiaj (zwykli mieszkańcy czy zasłużeni członkowie partii nazistowskiej). 

Nieprawdą jest fakt zabójstwa młodego Żyda przez neonazistę podczas rekonstrukcji historii z 1936 roku w miejscowości Schwerin w roku 1997 – jest to kreacja autorska niemieckiego noblisty. 

Scenografia

O scenografii warto wspomnieć w sposób szczególny. Zwłaszcza, że za sprawą kilku drobnych elementów Joannie Załęskiej udało się stworzyć klimat obrazowanej przestrzeni. Na przykład „zepsuta świetlówka” oddaje atmosferę lat dziewięćdziesiątych – permanentnie popsute drobiazgi po upadku komunizmu. Można odnieść to zapewne też do byłego NRD.
Na szczególne podkreślenie zasługuje przebudowa scenografii w czasie półgodzinnej przerwy. Po antrakcie znajdujemy się w całkiem innym świecie i przestrzeni. Takie transformacje nie są obecnie ani częste, ani modne. Modne nie są też realistyczne, dosłowne dekoracje a to one nadają spektaklowi jego klimat.

 „Nic się nie może z tobą równać”

W spektaklu wykorzystano piosenkę Sinead O’Connor. Kompozycja pojawia się w scenie miłosnej i jest adekwatna do czasu wydarzenia – lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Czy było to koniecznie i miało sens – ja go nie odnalazłem.

Afisz

Plakat (i okładka programu) stanowi obraz namalowanej skrzyni, na której widnieje tytuł spektaklu, nazwisko reżysera i logo Teatru Wybrzeża. Litery są mało widoczne – ciemno brązowe na trochę jaśniejszym brązowym. Mam nadzieję, że brak czytelności to wynik jakiegoś symbolicznego przesłania o niewidoczności, zacieraniu się historii a nie efekt braku doświadczenia grafika, który nie wiedział, że na wydruku napis będzie mniej widoczny niż w komputerze.
Nazwisko Davida Frankfurtera jest napisane małymi literami, co formalnie jest błędem ortograficznym i nie powinno mieć miejsca w instytucji kultury wysokiej. W końcu mogą zobaczyć to młodzi ludzie, którzy dojdą do wniosku, że taka konwencja jest dostępna w przestrzeni kulturowej. Również początek tytułu jest napisany małą literą i to już jest dla mnie w pełni niezrozumiałe z punktu widzenia twardej ortografii. Napisanie nazwiska małą literą może mieć uzasadnienia – pozwala to interpretować znaczenie bohatera, zwłaszcza, że będąc zabójcą nie wiedział do jakich okropieństw dojdzie w przyszłości i jakich zbrodni dopuszczą się naziści. W tym kontekście akt morderstwa można zrozumieć jako zbrodnię, która nie powinna być usprawiedliwiona. 
Autorem plakatu (i programu do spektaklu) jest Tomasz Madej. W swojej twórczości plakacisty zakłada nietypowe podejście do tematu, kontrast (w tym przypadku brak kontrastu liter na plakacie) i wyrazistość. Jego mottem są słowa Lecha Majewskiego „Plakat musi śpiewać”. W swoich plakatach Madej stosuje bardzo różne techniki. Od bardzo oszczędnych po mocno nasycone emocjami lub (i) kolorem. Nie przypominam sobie, żebyśmy w Teatrze Wybrzeże widzieli wcześniej jego plakaty.

Spektakl 68 przekleństw

W spektaklu doliczyłem się 68 przekleństw, co jak na trzy godziny pięćdziesiąt minut nie jest zbyt intensywnym nasyceniem. Ich rozłożenie jest nierównomierne (49 w pierwszym akcie i 19 w drugim akcie). 

W związku z zakazem fotografowania scenografii zamieszczone zdjęcia przedstawiają reprodukcje plakatu i wejście do teatru. 

                                            Marian Walczak