Pralnia / Aleksandra Białczak

0
512

[Opowiadanie „Pralnia”  Aleksandry Białczak zostało wybrane przez jednego z jurorów, który zaproponował je do nagrody w Konkursie na opowiadanie im. Bolesława Prusa, dla młodzieży od 13 do 26 lat.

W uzasadnieniu napisał: Opowiadanie „Pralnia”, za niebanalne spojrzenie na rzeczywistość i zgodność narracji z osobistymi (jak sądzę) doświadczeniami Autora. Tym razem, biorąc pod uwagę fakt, że każdy z jurorów dokonał odmiennego wyboru spośród nadesłanych opowiadań podjąłem decyzję, że przyznamy trzy równorzędne nagrody.

Niestety, błąd autorki, a także nasze niedopatrzenie sprawiło, że nie dostrzegliśmy faktu, iż opowiadanie to jest nieregulaminowe. Autorka pomyliła się wybierając plik do wysłania, ja w nawale pracy (właśnie w tym wypadku) nie sprawdziłem ilości znaków.

Nagroda nie może zostać przyznana, a szkoda, bo opowiadanie, a właściwie ich cykl, czyli opowiadania, są godne uwagi.

Z drugiej strony, może i dobrze się stało, że wokół tego opowiadania doszło do aż takiego zamieszania. Dzięki temu zyskałem możność przeczytania go ponownie. Tym razem mniej pobieżnie. Na konkurs wpłynęło ponad pięćset opowiadań, proszę więc nie dziwić się temu, że wiele z nich nie tyle nie przeczytałem, co przeczytałem niezbyt uważnie. Osobiście cenię w opowiadaniach umiejętność budowania fabuły, oceniam głównie ich konstrukcję, dla mnie dobre opowiadanie powinno być swego rodzaju dramatem (w sensie gatunku literackiego). Dziś jednak opowiadanie – jako gatunek literacki – (jak i wiersze) przekroczyło sztywne gatunkowe granice. Nie tylko zresztą gatunkowe… również obyczajowe, estetyczne, moralne…

Od bardzo dawna znam jurora, który zaproponował to opowiadanie do nagrody, zaufałem mu, jego lakonicznej recenzji… Spojrzenie na rzeczywistość. „Niczego w umyśle, czego by nie było wcześniej w zmysłach”. W tym znaczeniu mogę się z mym kolegą zgodzić. Nasze umysły potrafią jednak postrzegane obrazy przekształcać, nadawać im różne sensy. Pralnia jest metaforą, a opowiadania rozważaniami o charakterze filozoficznym, społecznym… można też dostrzec i inne aspekty. Autorka prezentuje to, co w twórczości cenię bardzo wysoko: świadomość. Świadomość świata, ale i siebie. Czasem pozwala sobie na autoironię, dystans. Bywa, że jej odniesienia są bardzo drastyczne, z tego powodu postanowiłem nawet, że jednej z „Pralek” nie zamieszczę. Wprawdzie obrazy takie wielu dziś już nie szokują (np. atakowani jesteśmy takimi na ulicach przez tzw. przeciwników aborcji) nie wiem jednak, czy rzeczywiście koniecznym jest wprowadzanie ich do sztuki. Choć zauważam, że dziś (atakowani tysiącami drastycznych obrazów z wydarzeń rzeczywistych, a także pojawiających się w często chorej wyobraźni autorów tysięcy filmów fabularnych) coraz bardziej się z takimi scenami oswajamy. Widziałem kiedyś jak bez sprzeciwu rodziców takie filmy oglądały nawet bardzo małe dzieci. Moim zdaniem, nie reagując na to, rodzice ci wyrządzali swym dzieciom wielką krzywdę.

Autorka stawia w swych opowiadaniach wiele pytań zasadniczych… dostrzega, że nie można na nie znaleźć odpowiedzi. Śmierć, wolność, sens naszego życia, odpowiedzialność, złożoność zagadnienia tzw. ochrony środowiska, naszego stosunku do zwierząt. A wszystko to w jakby surrealistycznych obrazach. To trudna proza… takim jest też nasze życie. Umysły nasze mają jednak zdolność wyparcia… wiele pytań odrzucamy. Bohaterowie „Pralni” tej zdolności nie mają.

Szkoda, że nie mogliśmy przyznać tej nagrody.

                                                                             Piotr Kotlarz]

Pralnia

Pralka nr 5

Obserwuję starszą kobietę, która od dłuższego czasu guzdra się przy pralce w zachodnim rogu. Z okularami w poznaczonej plamami wątrobowymi dłoni studiuje zaciekle kolejne linijki instrukcji, ale trochę tak, jakby było to egipskie pismo obrazkowe. Co jakiś czas mocniej mruży oczy, mlaszcze w ten irytujący, starczy sposób i podrywa głowę. Mruczy coś do siebie, odsuwa się od urządzenia, przygląda mu się z prawa i lewa, po czym parska, a rytuał rozpoczyna się na nowo.

Na zegarze wybija dwudziesta druga. Obiecana pora odpoczynku, przynajmniej dla tych, którzy nie muszą dopilnować arkusza z ilością klientów i użytych pralek. Pralek otwartych i zamkniętych, tych wciąż włączonych i tych, które zakończyły wirowanie. Są też takie, które nie zostały użyte, oraz takie, na których stoją pełne kosze, bo były zajęte, a ja dobrodusznie przyjęłam podwójną zapłatę, zobowiązującą mnie do nastawienia prania, gdy skończy się poprzednie. Mam w kieszeni pięć bilecików. Na każdym numer pralki, cechy charakterystyczne klienta i wskazówki, które mają mi pomóc w wyborze środków. Jedni chcą płyny, inni tabletki, a jeszcze inni proszek i zmiękczacze do tkanin.

— Poddaję się.

Zerkam na staruszkę. Tkwi z głową na pralce i torbą pełną ubrań przewieszoną przez wiotkie piersi.

Przerzucam stronę książki i wracam do dłubania w zębach wykałaczką.

— Chyba już zamykacie?

— Mhm… — mruczę. — Ma pani pięć minut gratis.

— Pięć minut… Co ja zrobię z tym czasem… Tak niewiele go zostało, tak szybko się… ulatnia…

— Czy szybko…? — Odkładam tomiszcze. Pralka pode mną dziwnie brzęczy, jakby pasek obijał się o ściany bębna. — Nie chcę pani zanudzać, oczywiście, w końcu z szerszej perspektywy rzeczywiście zdaje się ulatniać szybciej niż gaz, ale z mojej perspektywy bliżej mu do tempa pełzającej larwy.

— Lubi pani larwy?

— Nie znoszę ich.

Posyła mi zmęczony uśmiech.

— Może właśnie dlatego to one zjadają nas po śmierci. Myśli pani, że właśnie dlatego one? Dlatego, że to larwy? Że są tłuściutkie, jak my za życia, powolne, jak my, gdy życie przecieka nam przez palce, ale i łapczywe, karcące naszą ludzką chciwość?

— Prawdę mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Może zjadają nas, tak jak my innych. A może kryje się za tym wielka piramida pasożytnictwa, na której czele stoimy.

— Na czele… Nie, nie wydaje mi się, żebyśmy byli na czele. W końcu finalnie to larwy nas zjadają. Możemy kierować się interpretacją pasożytnictwa jako “kto komu jak zaszkodził”, ale nie możemy zupełnie oderwać się od łańcucha pokarmowego, prawda? To trochę tak, jakby larwy były tym łańcuchem. A raczej jego głównym ogniwem. Początkiem i końcem.

Zerkam na zegar. Minęło kilka minut, powinnam zamykać.

— Tak czy inaczej… — Sięgam po papierosa, już chcąc zeskoczyć i wygonić klientę, ale ta zdejmuje worek z praniem i przysiada na nim jak na pufie. — Tak czy inaczej coś, co jest początkiem i końcem, nie jest chyba żadnym z nich. Raczej jednym z etapów niekończącego się koła.

— Niekończące się koło pasożytnictwa.

— Biolodzy i licealiści mogliby nas teraz wyśmiać. Pominęłyśmy kilka królestw, które również pasożytują.

— Czasem mam wrażenie, że cały ten świat to pasożyt.

— Larwa?

— Larwa Uroboros. Wiecznie głodna i wiecznie obrzydliwa.

— Myśli pani, że grzesznicy dostają inne larwy? Jeszcze gorsze? A drudzy dostają…

— Motyle.

Patrzymy po sobie.

— To głupie — stwierdzam.  — Co za różnica? I tak jest się martwym. Wtedy nie ma znaczenia, czy pożera cię motyl, czy mucha. Ostatecznie motyl i mucha to to samo.

— Początek i koniec?

— Jeśli mucha będzie w postaci larwalnej…

— Nie chcę być jedzona przez larwy. Jeśli po wyjściu stąd dostanę zawału, nie chcę być jedzona przez larwy…! To by oznaczało, że zostałam wciągnięta do początku i końca, stałam się segmentem.

— Staram się nie myśleć o tasiemcach.

— Tak… Tasiemce to nie temat na rozmowę o czasie.

— A co nim jest? — dopytuję.

— Umieranie.

Przekrzywiam głowę.

— Chce się pani napić?

Nie odpowiada.

— Nie umiem rozmawiać o umieraniu na trzeźwo.

— Dlaczego?

— To trochę przerażające. Masochistyczne. To znęcanie się nad samym sobą. Myślenie i rozmawianie o śmierci, będąc świadomym jej nadejścia, to biczowanie się. To gorsze niż alkohol, a alkohol przynajmniej potrafi nam powiedzieć: jeszcze nie dziś, więc włącz najgorszą komedię i udawaj, że nic się nie dzieje. Że śmierć jeszcze uda się odegnać. Że z tobą będzie inaczej. Że czekają cię motyle, nie larwy.

— A jednak to ma znaczenie.

— Może. Może nie chcę tego przyznać. Może gdy będę w pani wieku, łatwiej mi będzie o tym mówić.

— Dlaczego tak sądzisz?

— Chyba nie da się okłamywać własnego odbicia przez tyle lat.

— Wręcz przeciwnie. Im dłużej się kłamie, tym łatwiej to przychodzi.

— To generalizacja.

— Generalizacja czasem jest potrzebna. Tak jak czasem potrzebny jest duży placek dyniowy i gorąca czekolada.

— Ale nie mówimy o czekoladzie, mówimy o śmierci.

— Co za różnica?

— Czy starsi ludzie zawsze muszą generalizować?

— Czy młodzi nigdy nie dostrzegają, że wciąż generalizują?

Zakładam nogę na nogę.

— Celna uwaga.

— Dziękuję. Śmierć nie staje się z każdym dniem łatwiejsza do przyjęcia. Ona rośnie. Jak guz pod skórą. Nowotwór. Na początku wygląda jak cała reszta świata, po prostu element. Istnieje. A kiedy dostrzegamy tę grudkę na piersi, myślimy, że to grudka jak inne. Możemy zrobić badania, możemy żyć marzeniami.

— Obojętnością.

— Kłamstwem. A grudka rośnie. Im dłużej karmimy ją naszym sztucznym spokojem, tym większa się staje. Niektórzy w porę się orientują. Wybudzają się z tego szalonego snu, wypadają pokryci kałem i krwią, i wrzeszczą, bo już nic nigdy nie będzie takie samo. Gdy już raz się wybudzisz, nie możesz powrócić. Nie możesz dalej myśleć, że śmierć to złudzenie, że ciebie nie dotyczy, właśnie ciebie, właśnie ciebie ma nie dotknąć, tak się po prostu nie da. Możesz to zaakceptować, możesz stracić zmysły, możesz stracić radość.

— Możesz ćpać religię.

— Uzależnienie od życia. Od istnienia. Czy potrafi sobie pani wyobrazić, że pani nie istnieje?

— Potrafię zobaczyć puste łóżko, w którym zazwyczaj śpię.

— Ale wciąż używa do tego pani swoich myśli.

— Jak inaczej miałabym coś sobie wyobrazić?

— Więc jak wyobrazi sobie pani śmierć? Skoro martwy nie myśli wcale?

— Nie wiem. Ciężko jest wyobrazić sobie brak. Pani to umie?

— Podobnie jak pani. W określonym kontekście. Może dlatego ciężko jest wyobrazić sobie śmierć. A może to tylko starcza paplanina.

— Wróćmy do larwy.

— Do początku czy końca?

— Do etapu. Nie zastanawia pani, dlaczego motyl nie zamienia się w larwę? Dlaczego dla pojawienia się larwy jest potrzebne jego truchło, ale wcale nie oznacza tej samej larwy, to nie są ponowne narodziny motyla, to inna larwa, inny motyl, inny eksponat i litera “b” w laboratorium. Czy koło istnienia nie byłoby doskonałe, gdyby wszystko wstępowało w miejsce własnej śmierci? Gdybym po śmierci skurczyła się jak skarpetka w praniu, gdybym wciągnęła sama siebie, jak usta, tak jak robi pani rybkę, albo jak pępek, po prostu wpadłabym sama w siebie, w mój pępek, zwinęła w mały kłębuszek, a potem rozwinęła ponownie? Czy to nie byłoby prostsze niż napędzanie tej wiecznej lokomotywy, do której przyłączane są dwa wagony w miejsce jednego?

— Prostota zaprzeczałaby wszystkiemu, co znamy. Bo czy cokolwiek jest proste?

— Śmierć jest prosta.

— Jest prosta, tak. To my ją utrudniamy.

— My czy nasza świadomość? My czy mechanizmy obronne?

— My i czas.

— Czas… — Spoglądam na zegar. — Jest niesamowity. I prosty. I nie ma początku. Końca. Czy czas jest w naszym rozumieniu larwą? Wieczną larwą, która nigdy się nie przepoczwarza?

— I gdy nie patrzymy zjada całe wczorajsze skrzydełko, ale kiedy mamy ją pod nosem, prawie się nie rusza.

— Skoro się nie przepoczwarza, czym będzie motyl, a czym mucha?

Wzrusza ramionami.

— Może śmiercią? Jestem zmęczona, a pranie czeka.

Gaszę trzeciego papierosa. Wyciągam z kieszeni bloczek, zapisuję na nim “larwa” i numer pralki. To samo robię na drugim. Podaję go kobiecie.

— Jutro od siódmej.

— A więc stałam się larwą.

— Zatem ja muszę być muchą.

Pralka nr 4

— Dzień dobry.

— Dzień dobry.

— Pomoże mi pani?

Zakładka ląduje między trzysta czterdziestą ósmą a trzysta czterdziestą dziewiątą stroną.

— Dlaczego przychodzisz sama?

Usta dziewczynki układają się w okrągłe “o”.

— A z kim miałabym przyjść?

— Z mamą, tatą, babcią… Nie wiem. A z kim byś chciała?

— Nie sama.

— To wiele wyjaśnia.

Prowadzę ją do wolnej pralki. Pokrótce tłumaczę zasady działania, przyjmuję kilka zaśniedziałych monet i wracam na swoje stanowisko. Próbuję czytać dalej, ale żołądek nie daje mi się skupić. Zgarniam książkę, papierosy i plik bilecików, i wędruję z nimi na zaplecze. Nie posłałam dziś pryczy. Zrobię to teraz. Pod poduszką mam paczkę pierników. Mają truskawkowe nadzienie, ale takie porządne, gęste jak na opakowaniu.

Przysiadam. Na drzwiach wisi kalendarz. Każdy miesiąc ma inne zwierzątko. Tym razem jest lis. Na nosie przysiadł mu motyl.

— Zabawne.

Sięgam po pierniczka. Trochę twardawy, ale da się zjeść. Polewa jest z klasycznej czekolady, nie za gorzkiej, nie za słodkiej. Potem piernikowe wnętrze. Kiedy trzymam je dłużej na języku, rozwarstwia się jak korzenne bąble. I truskawki. Maziowaty dżem.

Rozlega się pukanie.

— Przepraszam… — W przerwie między framugą a drzwiami pojawia się okrągła twarz. — Chyba zrobiłam coś nie tak.

Maszeruję za dziewczynką, podjadając pierniczki. W istocie, pralka rozpoczęła pobieranie wody mimo otwartych drzwiczek. Jak to możliwe?

— Próbowałam…

Wciskam przycisk “stop”. Urządzenie nie reaguje.

— …właśnie tego.

Ciągnę pralkę do siebie i zaglądam we wnękę. Wyciągam wtyczkę z gniazdka.

— Działa!

— Zdziwiłabym się, gdyby nie zadziałało. Będziesz musiała to posprzątać.

— Ja?

— Tak, ty. A kto inny?

— Ale ja tu nie pracuję.

— Ale ty nie zamknęłaś drzwiczek.

— Nie mówiła pani, że mam zamknąć.

— Wydało mi się to oczywiste.

— Czyli to pani popełniła błąd.

— Wierząc, że na oko ośmioletnia dziewczynka będzie wiedziała, żeby zamknąć drzwiczki na czas prania? Tak. Człowiek uczy się całe życie. Podobno.

— Moja mama mówi, że jeśli nie będę się uczyć, skończę jak pani.

— Czyli jak?

— Czyli pracując w pralni.

— Co jest złego w tej pracy?

— Dużo pani zarabia?

— A ile to jest dużo?

— Tyle, żeby iść do sklepu i kupić dużo słodyczy.

— Tyle mam.

— Ale codziennie.

— Od słodyczy wypadają zęby. I ma się cukrzycę.

— Cukrzycę?

— Od cukrzycy się umiera.

Mała marszczy brwi.

— Od palenia papierosów również.

— I na tym polega dorosłość, moja droga.

— Na paleniu papierosów?

— Na wyborze. Możesz wybrać, czy chcesz umrzeć od papierosów, czy od słodyczy.

— Wolałabym od słodyczy.

— W takim razie będziesz musiała pracować.

— Byle nie w pralni. Mama mówi, że w takich miejscach pracują nieudacznicy i humaniści.

— Kim są humaniści?

— Nie wiem. — Wzrusza ramionami. — Ale nie stać ich na słodycze.

— Nie wolałabyś być humanistą i żyć dłużej niż ci, którzy jedzą słodycze?

— Po co pracować, jeśli się nie ma na słodycze?

— Żeby mieć na inne rzeczy. Jak antykoncepcja.

— Anty-co?

Wypuszczam ze świstem powietrze.

— Zaczekaj tutaj.

Wcale mnie nie słucha. Drepcze za mną na zaplecze, wciska łeb do łazienki, z której biorę mopa i wiadro, i wraca za mną do pralki.

— Masz. — Wciskam jej w ręce mop. — A teraz sprzątaj.

— Dlaczego mam pracować za panią?

— Bo narobiłaś szkód. Niech to będzie w ramach odszkodowania.

— Moja mama dostała odszkodowanie. Jakiś zjeb wjechał w nas na pasach.

— Zjeb? Twoja mama wie, jakich używasz słów?

— Moja mama powiedziała, że to zjeb. Więc to zjeb. A potem pisała coś do kogoś i po świętach dostała odszkodowanie. Kupiła sobie nowe buty.

— Mam nadzieję, że nie były z lisa.

— Z owcy.

— Nie szkoda ci jej?

— Owcy?

— Owcy.

— Nic nie czuła. — Znowu wzrusza ramionami.

— Sprzątasz czy nie?

— Nie. Mogę pani dać odszkodowanie. — Opiera rączkę mopa o pralkę i sięga do zawieszonej na sznurku portmonetki. — Tyle wystarczy? — Pokazuje mi wnętrze.

— Nie chcę odszkodowania. Chcę, żebyś wytarła podłogę.

— Ale ja nie wycieram podłogi.

— Widzę.

— Pani Ciocia wyciera u nas podłogę.

— A gdzie jest teraz Pani Ciocia?

— Pani Ciocia jest teraz w domu, piecze indyka.

— Czy do obowiązków Pani Cioci nie należy robienie prania?

— Moja mama mówi, że muszę się nauczyć odpowiedzialności.

— Więc wysłała cię z praniem?

— Nie. Powiedziała, że nie ma dziś czasu kupić mi nowej. — Wydłubuje z bębna rozłożystą sukienkę w białe groszki. — A ja muszę ładnie wyglądać na przyjęciu.

— Pani Ciocia nie mogła ci jej wyprać?

— Pani Ciocia piecze indyka na przyjęcie. — Obrusza się. — Ty mnie w ogóle słuchasz?

— Od kiedy jesteśmy na “ty”?

— Moja mama ze wszystkimi jest na “ty”. Tylko z Panią Ciocią jest na “Pani”.

— Skoro twoja mama jest taka mądra, dlaczego sama nie uprała ci sukienki?

Dziewczynka patrzy na mnie jak na idiotkę.

— Przecież mówiłam. Mama chce, bym nauczyła się odpowiedzialności.

— I tu cię mam. Musisz się nauczyć odpowiedzialności. Nie zamknęłaś pralki, więc teraz musisz posprzątać.

— Przecież ty jesteś od sprzątania.

— Ja jestem od brania pieniędzy za pranie.

Markotnieje.

— Nie mogę tego posprzątać.

— Bo?

— Bo wtedy inni pomyślą, że tu pracuję.

— Inni mają naprawdę gdzieś twoje istnienie. Nikt nie zwróci uwagi na dziewczynkę z mopem.

— Ja bym zwróciła.

— Ty tak, oni nie.

— Moja mama…

— Twojej mamy tu nie ma. Jestem ja, jesteś ty i jest woda na kafelkach. Albo to posprzątasz, albo wezwę policję.

— Nie może pani!

— Mogę, bo to moja pralnia, a ty ją zniszczyłaś. Twoja mama nie wezwała policji, kiedy miałyście stłuczkę?

— Wezwała, ale nikt nie kazał tamtemu zjebowi malować jej auta.

— Nienawidzę dzieci.

— Bo nie chcą za panią sprzątać?

— Bo ich małe rozumki pracują na najniższych obrotach. Nie potrafią wyjść poza fundament sprawy, nie potrafią spojrzeć szerzej. Wszystko dla nich jest oczywiste. Do tego małpują rodziców.

— Nie jestem małpą.

— Jesteś. Wszyscy jesteśmy.

— Jestem człowiekiem.

— Człowiek to tylko kolejna wersja małpy.

— Człowiek to człowiek.

— Człowiek jest małpą.

— Widziałam małpy w zoo. I w internecie. Nie wyglądam jak one.

— A widziałaś wilki?

— Widziałam.

— A psy?

— Kto nie widział psów?

— Więc pomyśl, że psy to są takie wilki. Wilki z biegiem lat zmieniły się w psy. Małpa zmieniła się w człowieka.

— To dlaczego małpy w zoo się nie zmieniają?

— Bo tylko niektóre małpy się zmieniły.

— Czyli ja byłam małpą?

— Twoi przodkowie tak. Wywodzisz się od małpy.

— Moi przodkowie byli ludźmi. Pan Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo. Mieliśmy o tym w szkółce niedzielnej.

— To bzdury. Nie ma żadnego boga. Jedynym bogiem na tym świecie są pieniądze.

— Nieprawda.

— Prawda. Nie ma Boga, tak samo jak nie ma wróżki zębuszki i świętego mikołaja.

— To w takim razie kto stworzył Ziemię?

— Seria skomplikowanych procesów, których nie rozumie żadna z nas.

— Kłamiesz. Ziemię stworzył Bóg. Stworzył też zwierzęta i ludzi.

— Pierdolenie.

— Dlaczego kłamiesz?

— A dlaczego ty nie umyjesz tej cholernej podłogi?

— Mama miała rację, mówiąc, że pracują tu humaniści.

— Twoja mama powinna była uwierzyć w naukę, a nie w boskie zapłodnienie. Bóg nie istnieje, i choć zazdroszczę tobie i twojej mamie, że wierzycie w te brednie, nie zmienia to, że wszystko to jest bez sensu. Pralnia, ja i ty, i ta kałuża pod nami. A teraz zjeżdżaj stąd.

— Zazdrościsz?

— Tak, zazdroszczę. Możecie sobie żyć jak chcecie i być bezwarunkowo pewni, że jesteście wyjątkowi, że wasze istnienie czemuś służy, że śmierć jest tylko początkiem, bo czeka was wieczne ucztowanie z aniołkami i papciem stwórcą. Wystarczy, że dacie piątaka bezdomnemu i co niedzielę pojawicie się w kościele, że wyłożycie na tacę i będziecie wspierać kościelne zbiórki. Nie, nawet mniej. Przecież zawsze na końcu możecie przeprosić, więc co wam szkodzi być pieprzonymi pasożytami za życia? Możecie nazywać ludzi zjebami i nosić buty z owcy. Nawet najgorsza gnida trafi do tak upragnionego przez was raju, jeśli tylko okaże skruchę. Każde życiowe nieszczęście lub powodzenie odbywa się bez was, jesteście całkowicie niewinni i zaopiekowani, bo wszystko można wytłumaczyć boskim planem. Choroba czy trudność jest próbą, uzyskana premia nagrodą, wszystko jest proste, by nawet najgłupszy z was mógł to zrozumieć i wyznawać. Każda religia mogłaby być zaszczepiona nawet temu psu czy małpie, bo opiera się na najprostszej zasadzie gratyfikacji, na obietnicy, nagrodzie i karze, do której możecie się zbliżać, od której oddalać, jak w grze, gdzie za wygraną dostajesz punkty, za przegraną je tracisz, a na końcu czeka na ciebie inny kolor broni, którym tak się jarasz, kiedy zaczynasz stanowić ze śmierdzącym od potu fotelem fizyczną całość. Nie jesteście wiecznie pogubieni i nie zadajecie pytań, bo po co pytania, gdy na wszystkie istnieje jedna odpowiedź. Zasypiacie w spokoju, z uśmiechem na twarzy, bo przecież zaraz nadejdzie kolejny dzień, który zbliża was tylko do upragnionej wolności, do opijania się nektarem i napychania jelit ambrozją. Nie drżycie, nie łkacie, nie boicie się śmierci, bo jest tylko etapem. Nie boicie się larw, które zjedzą wasze ciało, bo ciało to tylko powłoka, liczy się dusza. Kiedy wy pieczecie indyka na przyjęcie, zastanawiając się, co takiego przewidział wasz bóg, kiedy siedzicie ze swoimi rodzinami, zaopiekowani, zalani miłością, ja truję się kolejnymi używkami zmieszanymi z lekami, żeby choć na jedną, jebaną noc zapomnieć, że jestem tylko pierdolonym pyłkiem bez znaczenia, który w każdej chwili może zostać bezpowrotnie zdmuchnięty, z większym czy mniejszym okrucieństwem. Ale do mnie wasz Bóg nie przemówi. Żaden z bogów. Mogę klęczeć, mogę bić się w piersi, mogę krzyczeć mazel tov, kiedy obudzę się po raz tysięczny bez muchy w uchu i mogę medytować od rana do nocy, ale na mnie, właśnie na mnie i moje błagania bogowie są głusi. Ale dla was to nie jest problem. Dla was to próba. Wystarczy uwierzyć, prawda? Wystarczy uwierzyć i wszystko będzie proste. Będę taka jak wy. Poszukująca w ludziach dobra i opatulona największym komfortem, jaki może dać religia. Ale nie. Ja jestem tym pyłkiem, którego jedyną użyteczność stanowi prowadzenie pralni, żeby prać wasze uwalane błotem niedzielne sukienki za marne grosze, by w ogóle móc przeżyć. By opłacić rachunki, zjeść i kupić czeskie papierosy od imigranta ze sklepu naprzeciwko. I to jest cała moja egzystencja. Dlatego wam zazdroszczę. Bo możecie żyć w przekonaniu, że wasze istnienie cokolwiek znaczy. I wciąż wierzycie w waszą wolność i waszego boga, który tylko daje wam drogowskazy, wcale nie jest bezdusznym skurwielem, przez który ten świat to jeden wielki teatr bezsensownego cierpienia. Ześwirowanym hodowcą lisów.

— Ale każde istnienie coś znaczy.

— A jednak twoja mama nie chce, by twoje istnienie przypominało moje.

— Bo mnie kocha.

— Kocha. Oczywiście. To jest takie proste. Życie jest tak proste, kiedy ktoś cię kocha, prawda? Dlatego ty na pewno kochasz swoją mamę.

— Bardzo. — Uśmiecha się. — W końcu Bóg każe nam kochać.

Pralka nr 7

Śni mi się, że jestem myszą. Biegam w kółko i w kółko, i w kółko, próbując uciec przed palcami w pudrowej rękawiczce, które usiłują pochwycić mój ogon. W tle słychać tykanie zegara. Z niewiadomych przyczyn mam silne przekonanie, że kiedy tylko wybije dwudziestą drugą, stanie się coś złego.

Budzę się zlana potem. Odrzucam kołdrę na bok i zdejmuję koszulkę. Siedzę tak kilkanaście sekund, oddychając ciężko. Zapalam papierosa.

Idę po ciemku do pralni. Mechanicznie wybieram program do prania butów i siadam po turecku na klapie.

— Halo…?

Jakiś kształt lawiruje pasami mroku przy pralce numer siedem.

— Przepraszam… Chyba przysnęłam…

Sięgam za siebie. Pomieszczenie wypełnia się zimnym światłem.

— Jak można zasnąć w pralni?

Kobieta dotyka czoła dłonią.

— Chyba mam cukrzycę — tłumaczy. — Zdarza mi się zasypiać w różnych dziwnych miejscach.

— To nie pralnia jest dziwna. Dziwne jest to, że nie widziałam pani, gdy zamykałam drzwi i gasiłam światło.

— Ludzie z reguły mnie nie zauważają. A jeśli już, obrzucają mnie wyzwiskami. Lub gorzej.

— Gorzej?

— Gorzej. Chce pani coś zobaczyć?

— Czy to będzie magiczna sztuczka?

— Niezupełnie. Proszę za mną.

Wstaje. Idę za nią na zaplecze.

— Proszę mi pomóc, musimy odsunąć łóżko.

— Nie jest ciężkie.

Odsuwamy. Całkiem szybko.

— Proszę za mną — mówi i unosi klapę w podłodze. — Proszę uważać na głowę, sufit jest dość nisko.

— Oczywiście.

Schodzimy do podziemi. Świecę telefonem, a ona wskazuje kolejno korytarze, licząc.

— Siedemnaście. To tutaj.

— Lubię tę liczbę.

— Pani również?

— Moja ulubiona pralka ma numer siedemnasty. Pilnuję na niej klientów.

— Po co ich pilnować?

— Ktoś mógłby zapomnieć o zamknięciu drzwiczek. Albo nie doczytać instrukcji. Lub mieć dziecko.

— Mieć dziecko. Wspaniale.

Drzwi.

— Właśnie o to chodzi — kontynuuje. — Mieć dziecko. Posiadać. Tworzyć. Wspaniale.

Wchodzimy do środka. Pełno tu półek ze słoikami.

— Jest pani głodna? — Pokazuje palcem mikrofalówkę. — Mam parówki i trochę wina.

— Chętnie. Ostatnio często zapominam o jedzeniu.

— Proszę sobie usiąść, ja przygotuję posiłek.

Siadam. Po stoliku przykrytym ceratą spaceruje mucha. Chyba jest lekko otumaniona, bo nie reaguje na moje agresywne wachlowanie.

— Proszę. Parówki z keczupem. I wino. Je też podgrzałam, zimno dzisiaj.

— Prawda, dziękuję.

— Czy wie pani, co to jest?

— Mówi pani o słoikach?

— Pani wie, że to słoiki, i ja wiem, że pani o tym wie. Pytam o ich zawartość.

— To wygląda jak małpa. Nie, to wszystko są małpy, prawda? W różnych stadiach rozwoju?

— Dokładnie. Ale to wyjątkowe małpy.

— Nigdy nie widziałam wyjątkowych małp. Zwykle były to najzupełniej zwyczajne małpy. Drapały się po głowie i rzucały w siebie obierkami. Te raczej tego nie zrobią, na pewno nie w stadium zarodka. Czy powinnam widzieć coś tak małego?

— To nieistotne. Jeśli chodzi o drapanie i rzucanie obierkami, ciężko jest ruszać rękoma, gdy się ich nie ma. Ale nie trzeba mieć rąk, by mieć wpływ na świat.

— Idealnie wpasowuje się pani w mój nieco nieprzytomny umysł. Jest późno, a ja miałam koszmar. Byłam w nim myszą.

— Co to może oznaczać?

— Prawdopodobnie za często myślę o ucieczce.

— Znalazła pani swojego kota?

— Raczej on znalazł mnie. Ale zgaduję, że ciekawsze jest, jakiego kota mają te wyjątkowe małpy, prawda? Czy ich kot czyni je wyjątkowymi?

— Poniekąd. A może na pewno. Tak, to na pewno zasługa ich kota. Gdyby nie on i jego pazury, to byłyby zupełnie zwyczajnie małpy.

— Pytanie brzmi: kto jest kotem?

— Pytanie brzmi: czy mogą być wyjątkowe bez kota.

— Przecież sama pani powiedziała. Powiedziała pani, że ich wyjątkowość jest zasługą ich kota. Czy to samo przez się nie znaczy, że bez kota będą zwyczajne?

— To zależy.

— Od czego?

— Od kontekstu. I interpretacji.

— Hermeneutyka nie jest moją mocną stroną. Zwykle nie potrafię jej uciec.

— Czyli jest kołowrotkiem?

— Na to wygląda. Czy to czyni mnie wyjątkową?

— To zależy od kontekstu.

— Kontekst jest określony.

— Nie jest, dopóki nie ma w nim kota.

— Pogubiłam się. Przepraszam. Źle spałam. Zbyt wiele kotów przychodzi do mojej pralni. Najgorsze są te, które jeszcze nie wiedzą, że są myszą.

— Jeszcze?

— Wierzę, że w pewnym momencie do każdego z nas dociera, że więcej w nas myszy niż kota. To, co z tą wiedzą zrobimy, to już zupełnie odmienne zagadnienie.

— W takim razie wróćmy do tych małp. Widzi pani, gdyby nie koty, jak już powiedziałam, byłyby zupełnie niewyjątkowe. Byłyby tylko małpami w różnym stadium rozwoju. Zgodzi się pani ze mną?

— Jeżeli ograniczymy sprawę jedynie do nazewnictwa i zostawimy kota w spokoju… Tak, myślę, że byłyby niewyjątkowe.

— Czy potrafiłaby pani na nie spojrzeć bez kociej perspektywy?

— To znaczy?

— Czy potrafiłaby spojrzeć pani na nie czysto naukowo. Abstrahując od wszelkich kocich naleciałości, które pojawiły się z czasem.

Patrzę. Małpy w słoikach. Małe małpy, duże małpy, małpy miniaturowe. Zlepki komórek i w pełni wykształcone osobniki z czterema kończynami i narządami rozrodczymi.

— Małpy. To są małpy.

— A dokładniej?

— Homo sapiens, jak mniemam?

— Dokładnie. Ani do mnie, ani do pani nie należy ocena, czy powinniśmy je nazywać małpami, skoro dostały własną nazwę. Gdyby jednak była pani, załóżmy, tą muchą, co tutaj chodzi, prawdopodobnie nie pomyślałaby pani, że to ludzie. Dla pani byłyby to kolejne małpy, prawda? Tylko trochę inne.

— Myślę, że muchy nie mają świadomości, że to małpy. To po prostu duże coś, co często próbuje je zabić, ale całkiem zachęcająco pachnie. Mylę się?

— Przepraszam. Widzi pani, nawet próbując uniknąć włączenia w to kota, on sam wyłazi z ukrycia. Zawsze jest przyczajony. Tylko czeka. Tacy już jesteśmy.

— My?

— To my tworzymy koty, proszę o tym nie zapominać. Ale przejdźmy dalej. Czy to ostatnie jest małpą?

— Oczywiście.

— A to pierwsze?

— Jest zarodkiem.

— A dokładniej?

— Jest małpą w bardzo wczesnym stadium. Bardzo, bardzo wczesnym.

— Doskonale. Czy byłaby pani skłonna zabić małpę?

— Nie sądzę.

— Dlaczego?

— Nie widzę powodu, dla którego miałabym to zrobić.

— Proszę stłumić w sobie kota i odpowiedzieć raz jeszcze. Czy byłaby pani skłonna zabić małpę?

— Tak.

— W każdym jej stadium?

— Bez wątpienia.

— Dobrze. W takim razie zróbmy krok naprzód.

— To znaczy?

— To nie jest małpa. To jest człowiek.

— W różnym stadium rozwoju. Mniemam, że pytanie pozostaje takie samo.

— Dokładnie. Tylko proszę pozbyć się kota.

— W takim razie odpowiedź się nie zmienia. Bez kota to tylko jeden z wielu organizmów. Bardziej lub mniej rozwinięty.

— A więc zrozumiała pani już, co nazywam kotem?

— Tak mi się wydaje.

— Ludzkość wymyśliła dużo takich kotów. Gdyby była pani młodsza, opowiedziałabym pani o nich. Snułabym długą opowieść, jak to ludzie od zarania dziejów hodowali koty. Robiło się ich coraz więcej i więcej, co człowiek, to kolejny kot, aż w końcu staliśmy się myszami pod władzą kotów. Przepraszam, miałam nie opowiadać.

— Spokojnie. Mamy wino. Z winem wszystko staje się interesujące.

— Widzi pani, ja jestem przeciwko kotom. Nie uznaję ich. Dlatego ludzie mnie nienawidzą. Zwykle nie zauważają, a jeśli już, obrzucają mnie wyzwiskami. Lub gorzej.

— Jak małpy.

— Sądzę, że to, co jest w tym słoiku wielkości naparstka, i to, co jest w tym wielkim słoju jak wanna, jest człowiekiem. Wydaje mi się, że mam w tym trochę racji. Dużo osób myśli podobnie. Są jednak ludzie, którzy uważają, że człowiek jest tylko w części słoików.

— W takim razie co jest w innych?

— To zależy.

— Od kota?

— Dokładnie. Kiedy ja patrzę na te słoiki, widzę w nich człowieka. Kiedy inni patrzą, po lewej widzą to, co widzą ich koty, a po prawej dopiero człowieka. Choć są i tacy, którzy człowieka nie widzą wcale. I tu przechodzimy do chyba najważniejszego pytania: co decyduje o tym, gdzie kończy się znak zapytania, a gdzie zaczyna człowiek?

— Wydaje mi się, że pytanie powinno brzmieć: kto?

— Może. Nie do nas należy decyzja.

— Próbuje pani oderwać myślenie o słoikach od czyhających na nie kotów. Znaleźć uniwersalną odpowiedź, która zadowoli wszystkich. Ale to nie jest możliwe. Bez kotów stajemy się małpami. Nikt nie chce być małpą. Chcemy być ludźmi.

— Czy widzi tu pani paradoks?

— Nie jestem pewna.

— Chcąc być ludźmi, odbieramy ten przywilej innym. Sprowadzamy ich do pozycji małp.

— Ale to przecież nie jest takie proste. Cały czas mówimy o samych małpach, ale pomijamy słoiki. Słoiki są ważne. Może jest pani ignorowana, ponieważ sama ignoruje pani słoiki?

— Niewykluczone.

— Wiem, do czego pani zmierza. Właściwie, do czego pani dotarła. Dotarłyśmy. Ale nie sposób pominąć faktu, że małpy nie będzie bez słoika. A niekoniecznie każdy słoik chce być przeznaczony na małpę w formalinie. Może ten słoik chciał przechowywać w swym wnętrzu truskawkowe nadzienie?

— I znów wracamy do kota. Gdy wyzbędziemy się kotów, dotrzemy do jedynego sensu słoika, którym jest przechowanie małpy.

— Niełatwo temu zaprzeczyć. Ale czy to nie jest smutne?

— Natura nie zna smutku. Natura zna jedynie rozwój. A my wyrwaliśmy się z jej kołowrotka. Zamiast pompować energię, zajęliśmy się uciekaniem przed ręką.

— Nie mówiłam pani o ręce.

— Proszę pozbyć się kota. Doskonale pani wie, że wiem o ręce. Jak mogłabym nie wiedzieć?

— Wróćmy do tematu. Ręka wzbudza we mnie niepokój.

— Zgadzam się. Zróbmy tak. Skończyłyśmy na tym, że rolą słoika jest powołać kolejną małpę, która albo przekształci się w słoik, albo w rękę, która go wypełni. Dobrze mówię?

Potakuję. Zapomniałam o parówkach. Teraz są zimne i łazi po nich mucha.

— Mając na uwadze tę rolę, czy nie dopuszczamy się zbrodni przeciwko naturze, pozwalając słoikowi na wypełnienie się truskawkowym nadzieniem?

— Pomija pani zasadniczy problem. Małpa nie jest tylko małpą. Małpa nie służy Naturze. Nie spełnia funkcji, którą zapewne spełniać miała. Małpa stała się kotem Natury. A raczej larwą. Pasożytem.

— Natura potrafi kontrolować swój małpi cyrk.

— Zabawne. W pewnym stopniu. Ale jakim kosztem? Im dłużej trwa ta rozmowa, tym bardziej nabieram przekonania, że ma pani córkę.

— Nic mi o tym nie wiadomo.

— Przykro mi, nie chciałam pani urazić.

— Nie uraziła mnie pani. Zdaję sobie sprawę, że moją rolą jest zapełnić się małpą.

— Nie sądzę, by tak było.

— Obie myślimy wąskotorowo.

— Nie mogę się z tym zgodzić.

— Ja również. Ale czy moje istnienie jest cokolwiek warte bez małpy? Czy mój byt nie został stworzony do tego, by wydalić formalinę?

— Nie do końca. Wydala też inne substancje.

— To tylko środki potrzebne do osiągnięcia celu. A cel jest prosty. Celem jest małpa.

— Proszę mnie źle nie zrozumieć. Coraz mocniej upewniam się w przekonaniu, że w ucieczce przed jednym kotem wpadła pani w sidła drugiego. Może nie wydawać się pani taki niebezpieczny, może według pani być częścią myszy czy małpy, ale to wciąż kot, jeden z wielu. I to pani świadomie go wybrała, zaprzeczając samej sobie.

— Ależ to nieprawda. To nie jest kot. To ręka Natury.

— Nie. To pani nazwa dla tego kota. W końcu czy nie tym miał być kot? Bez kota małpa miała być małpą. Organizmem pozbawionym jakiegokolwiek drugorzędnego znaczenia. Po prostu małpą. Mał-pa. Małpa. Dopuściła pani do siebie kota, który nadał małpie celowość, tym samym nadając celowość słoikowi i formalinie. I to jedyną słuszną celowość. Nie jest moją rolą osądzać, czy ten kot jest dobry, czy zły. Nie możemy wartościować kota, w końcu kim jesteśmy, by to robić. Jestem jednak pewna, że pani kot ma wielkie brzuszysko i długi ogon, którym zasłonił pani oczy. Jest duży i silny, więc żaden inny kot nie może się zbliżyć, ale to wciąż ułuda. Kot jest kotem. Powiem więcej. Czy to nie kot sprawia, że małpa nie jest małpą, lecz człowiekiem? Czy potrafimy żyć bez kota? Nie, to nawet nie chodzi o życie. Dlaczego w ogóle rozdzielamy kota od małpy? Człowiek jest sumą kota i małpy. Jeśli pozbawimy człowieka kota, stanie się małpą, ale odwrotne równanie nie zda egzaminu. Przecież nie wyobraża sobie pani chyba człowieka pozbawionego małpy?

— A postęp technologiczny?

— To tylko zrodzi kolejne pytania o definicję. Już teraz jest ciężko, a co dopiero, gdy człowiek stanie się samym czło. Lub wiekiem. Wiekiem. Zna pani etymologię słowa człowiek?

— Niezupełnie.

— Ja też nie. Proszę sobie poczytać. Jest tyle języków i tyle nitek. Interesujące. Wracając. Nic nie poradzimy na istnienie kotów. Są z nami od zawsze. Są nami od zawsze. To one sprawiają, że jesteśmy ludźmi. Ale potrafią też odbierać nam to, co nazywamy powszechnie człowieczeństwem. Myślę jednak, że my, żyjący w pękatej bańce iluzji wolności, powinniśmy kierować się tym, co tę iluzję potęguje. Może to nie zawsze nas uszlachetnia, może czasami zbliża nas do małpy czy tej muchy, ale żyjemy krócej niż żółwie z Galapagos. I w przeciwieństwie do nich mamy swoje koty. Powinniśmy obcować z nimi w taki sposób, by znaleźć choć cząstkę wolności w tym skutym czasem więzieniu.

— Nawet jeśli będzie to oznaczać dehumanizację?

— Pani kot wciąż zagania panią w jedną pułapkę. Tym razem to ja proszę o pozbycie się kota. Proszę spojrzeć na słoik bez zasłaniających wszystko kłaczków. Człowiek nie jest słoikiem. Jest pasożytem. I myślę, że Natura wbrew pozorom wie, co robi. Po to dała nam koty, byśmy mogli sterować tym, kto staje się słoikiem, a kto nie. Ma również w rękawie kilka asów, które w każdej chwili może wyłożyć na stół. Żyjemy zbyt krótko, by zarzucać jej błąd. Ma swoje sposoby, by nad nami zapanować. W tej rozgrywce to ona może złapać nasze ogony i urządzić trepanację czaszek. Może Natura jest jedynym prawdziwym bogiem? A może jednym z wielu? Obok czasu i fizyki kwantowej? Nie wiem, jestem tylko humanistą, prowadzę pralnię na zadupiu, oszczędności wydaję na serwisy streamingowe, używki, leki na astmę, leki na serce i na głowę. Czasem kupię słodycze. Może nawet nie czasem. Ale nigdy tyle, ile bym chciała. W każdym razie wierzę, że słoik nie musi być zmuszony do przechowywania małpy. Opijamy się mlekiem gwałconych krów, zamieniamy w słoiki zgwałcone myszy. W tym dziwnym świecie musimy mieć chociaż tę pozorną wolność. Wolność decydowania o formalinie i tym co w niej pływa. O tym, czy wypłuczemy ją z siebie, czy wyciągniemy zawartość szczypcami, czy zablokujemy jej produkcję. Okrucieństwo jest wpisane w nasz los. Nie ulega wątpliwości, że patrzymy na słoje pełne ludzi. Nie ulega wątpliwości, że wraz z przekroczeniem danej długości półki staje się on równie koci co my, równie człowieczy. Ale czy walka o lisią wolność nie jest częścią większej walki? Wszyscy mamy świadomość, że zmuszanie lisa do wyciśnięcia kolejnych lisów ma na celu nakarmienie naszych kotów. Dlaczego więc nie widzimy, że zmuszanie człowieka do tego samego, jest równie okrutne? Dlaczego nikt nie widzi, że wszyscy jesteśmy lisami? Wszyscy jesteśmy tą krową, do której prawa uzurpuje sobie hodowca, mleczarz, właściciel firmy transportowej, właściciel sklepu i kupujący. Czy potrafimy sobie wyobrazić odwrotną sytuację? Czy potrafilibyśmy połamać i oskalpować dziecko, a z resztek zrobić parówki? Czym jedno różni się od drugiego? Skąd przekonanie, że tylko my mamy koty? Proszę o wybaczenie. Czy ta parówka, która właśnie wędruje przez pani układ pokarmowy, nagle wydała się pani mniej smaczna?

— Parówki z reguły są mało smaczne. Dlatego podaję je z keczupem.

— Nie, proszę pani. Podaje je pani z kotem.

— Odważna teza.

— Obawiam się, że na więcej mnie nie stać. O siódmej otwieram pralnię. Pozwoli pani, że zamuruję klapę pod łóżkiem.

— Jeśli dzięki temu ma pani lepiej spać, proszę tak zrobić. Często ucieka pani w kierunku wolności.

— Jak każdy lis, proszę pani. Dobranoc.

— Dobranoc. Proszę nie dać się złapać.

— Nie da się uciec przed ręką, dlatego pozwolę sobie wziąć wino. Dobranoc.

Pralka nr 2

— Dwie paczki?

— Na więcej mnie nie stać. Klientka podlała mi pralkę, musiałam ją wymienić.

— Życie.

— Życie.

Kręcę kluczem. Dwa obroty w lewo, wejście, dwa obroty w prawo. Dwudziesta druga pięć.

Obchodzę kilkukrotnie pralki. Nikt się nie schował. Jestem sama. Co teraz?

Nic, nic, cisza, ciiiiiiiszaaaaa. Boże jak tu cicho.

— Ekhem.

Nikt nie odpowiada. Bycie samemu jest przerażające.

— Bzzt, bzzt.

— Mucha!

— Bzzt, bzzt.

— Myślałam, że zostałaś na dole.

— Bzzt, bzzt.

— Jesteś niezniszczalna, co? Co cię tu przywiodło? Chcesz zjeść? Napić się? Mam krakersy. Nie są najlepsze, ale zawsze coś. Daj mi chwilkę.

Mija chwilka. Mam krakersy.

— Częstuj się. — Kładę krakersa na pralce numer czternaście. — Nie mam talerza, wybacz.

— Bzzt, bzzt.

— Jak tyś się wydostała, doprawdy… Może wyleciałaś, gdy otwierałam klapę? Tak, na pewno tak było. Tylko dlaczego? Myślałam, że odpowiadają ci parówki. Tymczasem ty poleciałaś za mną. A przecież nie jestem interesującą osobą. W żadnym stopniu. Jestem zwyczajną hipokrytką z dużą ilością czasu na przemyślenia. Ilość czasu. To jest masło maślane? Czy nie? Krakers nie jest. Nie jest maślany. Chyba są maślane krakersy, prawda?

— Bzzt.

Siadam naprzeciw.

— Wypożyczyłam sennik. Podobno zrozumienie głębszego sensu snów jest pomocne w terapii. Ja w żadnej nie jestem. Nie lubię terapeutów. Zobaczmy.

— Bzzt?

— Mucha… Jest. Wewnętrzny konflikt lub problemy zdrowotne. Niesamowite. To może mysz… Konflikty i zmartwienia! Rękawiczki. Silne zmartwienia, samotność, ubóstwo. Niesamowite. Jak oni to robią?

— Bzzt, bzzt.

— Problemy zdrowotne, zmartwienia. Za tym zawsze kryje się śmierć. A mucha powstaje z larwy. Niesamowite.

— Bzzt, bzzt.

— Jesteś taka mała, a napędzasz cały znany nam świat. Gdyby nie psychotropy, pewnie bym o tym nie myślała. Byłabym jak inni, dla których jesteś tylko irytującym paskudztwem. Ale jesteś tutaj, ze mną. Pewnie przywiódł cię zapach truchła. Pozostaje mi mieć nadzieję, że lubisz krakersy. Ja za nimi nie przepadam, ale czasem się przydają. Wiesz, szybki głód, trzeba coś zarzucić. Od jakiegoś czasu mam problem z głodem. Dla ciebie to pewnie niezrozumiałe, ale umysł człowieka potrafi być prawdziwie popieprzony. Czytasz o tych, którzy głodzą się na śmierć, bo chcą mieć jakąkolwiek namiastkę panowania nad swoim losem, a potem sama odmawiasz sobie jedzenia, bo to panowanie straciłaś. Panujesz i nie panujesz. Panowanie to ciekawy temat. Wiesz, czyścicielko, że gdybyś zebrała się razem z innymi muchami, mogłabyś nas wytępić w ciągu doby? Oczywiście to tylko moje przypuszczenie. Człowiekowi wydaje się, że panuje nad Naturą, a byle bunt much jest groźniejszy niż robochłop z mechanicznym okiem.

— Bzzzzt.

— Chciałabym zobaczyć świat z twojej perspektywy. Odciąć się od wszystkich problemów, rozterek i kotów. Być sobie larwą, która zjada trupa, by stać się tłustą, dorodną muchą. Nie sądzisz, że każdy z nas jest trochę muchą? Ostatecznie całe nasze człowieczeństwo wisi na włosku, gdy nie współpracujemy z piramidą Maslowa. Czytałaś Goldinga? Czyż to nie obrazuje pięknie, jak bardzo człowiek jest muchą? Pokusiłabym się o więcej porównań, ale to zbyt oczywiste. Lubię myśleć, że mam szerszy światopogląd niż drugoklasistka. A jednak rozmowa z kimś, kto nie może mi odpowiedzieć, automatycznie zmusza mnie do drążenia tematu w prawdziwie naiwny sposób. Tak jakbym musiała wypełnić ciszę. Cisza jest przerażająca, wiesz? I bardzo głośna. Nie jestem w tym odkrywcza. Ba, wcale nie powiedziałam tego po raz pierwszy. A może to nie byłam ja?

— Bzzt, bzzt.

— Czuję się jak nastolatka, gdy tak myślę o sobie i tym, kim jestem, czy jestem i którą mną jestem. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu to był jeden z moich głównych problemów. Minęło tyle żyć much, zanim zrozumiałam, że jestem jedną z nich. Wszyscy jesteśmy padlinożercami. I jeszcze zjadamy swoich. Okropne. Myślisz, że jestem martwa?

— Bzzt, bzzt.

— Też tak sądzę. W tym tkwi cały sens, którego nie powiemy głośno.

— Bzzt.

— Niech to będzie nasza przysięga. Jesteśmy w zmowie. Nie wolno nam o tym mówić, zrozumiałaś?

— Bzzt, bzzt.

— Pamiętasz piątą pralkę? Staruszkę? Myślisz, że jeszcze żyje? Żałuję, że nie porozmawiałyśmy dłużej. Czuję niedosyt. Jest wiele rzeczy, o których chciałabym jej powiedzieć. I o które chciałabym ją zapytać. Ale…

— Bzzzzzzzzzzt…!

Próbuję zasłonić usta, ale jest za późno. Przełykam ślinę.

— Bzzt.

Pęka skóra na moich plecach. Wystrzeliwują z dziur skrzydła. Jak treść nadepniętego robaka. Dorodny pryszcz.

— Bzzt…

Góra, dół, wpadam w sufit. Muszę uważać, w centrum jest wiatrak.

Co to za zapach?

— Bzzzzzzt, bzzzzzzt.

Kosz. Jaki to wspaniały kosz. Czego to ludzie nie wyrzucają w pralni. Torebka po śniadaniu, mniam, okruszki tłuściutkie od masła, bzzt, bzzt. Tampony, kondomy i kubeczek ze Starbucksa. Caramel Macchiato, moje ulubione. Mniam. Mniam. Ten kosz jest taki smaczny, mam ochotę zjeść cały. Tak, muszę zjeść cały, jest taki pyszny, tyle smaku, smaku, tyle smaku jest w tych plastikowych ściankach. Mniam.

Jestem cięższa niż wcześniej. Najedzona. Co teraz?

— Bzzt.

Podlatuję do sennika. Próbuję go czytać ale literki to rosną, to maleją. Wzrok mi się rozjeżdża.

Zjadam go.

Pac!

Leżę na pralce. Patrzę.

Nuda.

Cisza.

Wszystkie pralki wyłączone. Dzisiaj ruch nie był szczególnie zadowalający. Jestem na skraju. Między paczką papierosów a ubóstwem jest cienka linia, wokół której bujam się jak na amplitudzie. Góra, dół. Wciąż to samo. Całe życie. Aż do śmierci.

— Bzt…

Ile mam lat? Staruszka miała rację. Czas się ulatnia. W każdej chwili mogę być zjedzona przez muchę.

Nie chcę o tym myśleć. Muszę się czymś zająć.

Fruwam po pralni. Trochę niżej niż poprzednio, kosz wzdął mi odwłok.

Krakersy!

I pierniczki.

Jakie to wszystko pyszne, mniam.

Kosz na zapleczu, kosz w łazience. Mniam, mniam. Wzbiera mi się, ojej, jak ciężko, jak ciężko…

Słoiki!

Nie mogę odsunąć łóżka, za ciężkie.

— Bzzzzzt.

Zjedzone. Niedobre, ble. Muszę czymś przykryć jego smak. Paskudny. Suchy. A cegły jeszcze gorsze. Rozkruszam je łebkiem.

Siedemnaście.

Słoiki.

Małpy.

Mniam, mniam.

Nie mogę już, nie mogę. Ale słoiki już otwarte. Nie stać mnie na marnowanie, nie może się…

Wymiociny w formalinie. Jeszcze, jeszcze. Włosy w zębach. Ble.

Nie mogę się unieść. Leżę w formalinie i szkle. Muszę upuścić sobie krwi, bo nie wstanę.

Pac! Przewalam się na szkło. Mam skrzydła, będzie krwisty aniołek w formalinie.

Brzuch rośnie mi aż po sufit. Przesłania widok. Jestem ja i brzuch.

Wciskam palec w pępek, mocno, dziurawię. Fontanna kału i resztek. Nic nie może się zmarnować. Muszę jeść.

— Jesteś taka wielka! Królowo!

Patrzę. Na czubku brzucha siedzi mucha. Gdzieś zniknęły mi skrzydła.

— Przecież cię połknęłam.

— Wytrysnęłam razem z żołądkiem.

— Nie strawiłaś się?

— Uderzyłam w czułek i stałam się larwą. Zresetowałam się.

— Przecież nie jesteś larwą.

— Zjadłam kawałek tego czerwonego pod mostkiem. Wyrósł ze mnie piękny motyl.

— Jesteś muchą, nie motylem.

— Motyl to motyl, ćma to motyl nocny, mucha motyl trzewny. Czy to nie jest oczywiste?

— Kto nauczył cię mówić?

— Broki.

— Afazja już nie jest ci straszna, co?

— Nie. Ale tobie jest trochę straszno.

— Dlaczego?

— Zęby ci wypadły. I włosy. O, patrz, tutaj. Żołądek zwisa z oparcia.

— Zjadłabym coś.

— Proszę, nie jedz mnie. To zaburzy porządek świata.

— Może światu potrzebny jest chaos.

— Nie wiem. Jestem tylko muchą, pamiętaj.

— Muchą czyścicielką. Muchą trzewną. Może do ciebie powinnam się modlić?

— To bardzo miłe. Sądzę jednak, że ważniejsza od modlitw jest dieta. Spójrz na siebie. Jesteś wielka i tłusta. Ja jestem malutka i bardzo silna. Mogę latać tak szybko, że nawet mnie nie złapiesz. Ale nie muszę. Jesteś za ciężka, żeby mnie złapać.

— Masz rację. Jestem obrzydliwa, prawda?

— Tak. Jesteś teraz całkiem obrzydliwa.

— W takim razie co mam zrobić?

— Musisz schudnąć.

— To nie jest takie hop. Schudnięcie wymaga czasu.

Mucha strzela mnie łapką.

— Co za brednie, nie mów tak! Musisz schudnąć, teraz. Inaczej umrzesz. Grubi ludzie umierają.

— Wszyscy umierają.

— Ale grubi ludzie szybciej. Nie szkoda ci tak umrzeć? Tak szybko? To wstyd.

— A jeśli ja chcę tak umrzeć? Może ja chcę być tłusta i obrzydliwa. Może lubię leżeć w formalinie i krwi, zajadać się to porzygu.

— To jest nie do zaakceptowania. Powinnaś schudnąć.

— Dlaczego? Zależy ci na moim życiu?

— Tobie powinno zależeć.

— Ale mi nie zależy.

— Jesteś bardzo słaba. I żałosna. I brzydka. Fe. Nie mieścisz się w spodnie. Tłuszcz wylewa się z ciebie fałdami. Kto będzie chciał na ciebie spojrzeć?

— Ważne, żebym sama mogła to zrobić.

— A nie możesz?

— Nie mogę. Mogłam, zanim powiedziałaś, że cię obrzydzam.

— Ja tylko powiedziałam, że jesteś fe.

— Czuję się przez to gorsza.

— Ale przecież widzisz swój brzuch, prawda? Przesłania ci cały świat. To nie jest ani zdrowe, ani ładne.

— A jednak muszę to zaakceptować. Zaakceptować fakt, że nie stanę się motylkiem w ciągu jednej nocy. Twoje obrzydzenie mi nie pomaga.

— Nie możesz, nie wolno ci tego akceptować. Pomyśl o klientach, którzy zostaną z brudnymi ubraniami, jeśli zawał zabierze cię przed czterdziestką.

— Przecież widzę mój brzuch. Wiem, że nie jest zdrowy. Ale potrzebuję czasu. Nie pozbędę się brzucha ot tak. Jeśli nie zaakceptuję jego rozmiarów, będę nieszczęśliwa. Jeśli nie zaakceptuję siebie, będę ciągle jeść.

— Brzmisz jak każda grubaska.

— Wciąż mnie obrażasz. Co podziało się z królową?

— Jesteś królową. Królową zaparć i refluksu.

— Ta królowa pragnie tylko trochę szacunku. I zrozumienia.

— Phi! Na twoim bębnie można zbudować cywilizację!

— Tonę.

— W formalinie?

— W kotach. I nienawiści. Ale masz rację. Widzisz ten rozporek? O tu, na głowie. Ciemiączko z suwakiem.

— Widzę.

— Mogłabyś je pociągnąć?

Mucha zrywa się do lotu. Ląduje na suwaku. Ciągnie go aż do stóp.

Wychodzę.

— Patrz. Jestem. Brzuch został na ziemi.

— Nie jestem przekonana.

— Co do czego?

— Teraz w ogóle nie jesteś tłusta. Ale teraz jesteś jak przecinek. Same kości. Wszyscy ludzie są tacy szerocy w żebrach?

— Przecież nie jestem szeroka. Spójrz, nic nie ma. Wszystkie organy leżą na ziemi.

— Obrzydlistwo!

— Odnoszę wrażenie, że nie sposób cię zadowolić.

Łapię skórę, łopoczę nią. Tłuszcz lata naokoło.

Wkładam jedną nogę, drugą, ręce, zasuwam kombinezon.

— A teraz?

— Nie podoba mi się ta łysina.

— Nasza rozmowa zaczyna przypominać kiepski skecz, mucho.

— Takie jest życie.

— Racja. Czy mogę mieć jeszcze jedną prośbę?

— Jeśli to konieczne, królowo.

— Zbliż się trochę.

— Bzzt!

Pac!

Spoglądam na dłoń. Mucha rozmazała się aż po kciuk. A wokół pełno od tkanek.

Nic nie może się zmarnować.

Mniam.

Pralka nr 19

— A więc to pani.

— To ja? — pytam. Muszę wymienić wykałaczkę. Ta jest już całkiem miękka. — To ja, tak. Ja. A być może ktoś inny. Nie wiem.

— To pani jest właścicielką pralni.

— Nie ulega to wątpliwości.

— Moja mama była u pani.

— Pani mama?

— I moja córka.

— Świat nie przestaje mnie zadziwiać.

— Moja mama dostała zawału, o tutaj. Widzi pani?

Patrzę gdzie wskazuje. Chodnik za oknem wygląda całkiem jak zwykły chodnik.

— Tutaj umarła. Kilka dni temu, gdy wychodziła z pralni.

— To całkiem możliwe.

— Nic pani nie zauważyła?

— Ludzie rodzą się, umierają. Kto by się w tym wszystkim połapał.

— Moja mama była nawet zdrowa. Podejrzewam, że zaszło między tobą a moją mamą coś, co wywołało zawał.

— Przeszłyśmy na “ty”?

— Ja tak. Mi wolno. Jestem od pani starsza.

— Rozumiem.

— Proszę odpowiedzieć na pytanie.

— Niewiele między nami zaszło. A może więcej niż podejrzewam. Ciężko to określić. Nie jestem pani mamą, nie wiem, czy w jej interpretacji coś zaszło, czy nie.

— Moja mama ma dziś pogrzeb.

— Naturalna kolej rzeczy.

— O czym panie rozmawiały?

— Doceniam taktyczny zwrot w stronę większej formalności. Niech się zastanowię… O larwach? Tak, chyba o larwach.

— Moja mama boi się larw.

— Myślę, że pani mama obecnie niczego się nie boi. Jest w błogim stanie nieistnienia, a jednak jej niebycie silnie oddziaływuje na pani bycie. Brzmi to bardzo głupio, przepraszam. Ale taka jest prawda.

— Była wspaniałą kobietą.

— Cmentarze pełne są wspaniałych ludzi. Ale to nie są moje słowa. Nawet nie przytaczam ich dosłownie. Zna pani ich autora?

— Nie.

— Może i lepiej. W pani obecnym położeniu lepiej go nie znać. Zasadniczo lepiej układa się w życiu, gdy wie się niewiele.

— Czy na pewno?

— Och, tak. Jestem tego pewna.

— Jeśli nie wiedziałabym wiele, dajmy na to, nie wiedziałabym, że należy płacić podatki, czekałby mnie proces.

— Przepraszam. Nie sądziłam, że mówimy o tak dosłownej niewiedzy.

— A o jakiej niewiedzy pani mówi?

— O tej większej. Wszechogarniającej. Niewiedzy. Niewidzeniu. Proszę spojrzeć. Jedna litera, a już wdepnęłyśmy w kocie szczyny. Im więcej widzimy, tym więcej wiemy. A im więcej wiemy, tym bardziej nie chcemy wiedzieć. Więc staramy się nie widzieć. Niewiedza jest błogosławieństwem nadanym przez niewidzenie.

— Bóg mówi…

— Ach. Tak. Pasterz maluczkich. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Ostatni wieczór spędziłam tarzając się we wnętrznościach i było to bardzo przyjemne. Chciałabym pozostać w tym błogosławionym nastroju. Zanim jednak wywoła to u pani oburzenie, pragnę pochwalić buty. Naprawdę piękne.

— Dziękuję, wiem. Jest pani nader uprzejma.

— Uprzejma?

— Chwali pani moje buty.

— Więc jestem uprzejma wobec butów.

— Jak można być uprzejmym wobec butów?

— Można być uprzejmym wobec owcy. Czy to panią uraża, że jestem uprzejma wobec owcy, a nie wobec pani?

— Jak najbardziej.

— Dlaczego?

— Dlatego, że moje buty nie mają świadomości bycia pięknymi. Ja mam świadomość, że obdarzają tym pięknem mnie.

— Bez nich nie byłaby pani piękna? Nie, proszę nie odpowiadać. Zaczynam się czuć jak baobab. A to czyni z pani różę. Nie podoba mi się ta analogia, nie myślmy więcej o róży, o baobabach też nie. Proszę mi za to powiedzieć, co by się stało, gdyby pani buty nie były piękne. Gdyby były brzydkie. Paskudne. Okropne.

— Wtedy nie byłyby moje. Nie kupiłabym okropnych butów.

— Ale przecież byłyby wygodne.

— To nie ma znaczenia. Nie chciałabym patrzeć na coś, co nie jest piękne. Wolę otaczać się tym, co karmi moje oczy.

— Proszę je sobie wyjąć.

— Dobrze.

Wyjmuje oczy długimi paznokciami. Podaje mi je.

— Niech pani obieca, że mi je pani odda.

— Oczywiście, że je oddam. Proszę jeszcze pozbyć się butów.

— Tak zrobię.

Zdejmuje buty.

— Nie czuję się dobrze bez butów.

— Zimno pani w stopy?

— Nie. Mam grube skarpetki. Mimo to czuję dyskomfort. Muszę wyglądać dziwnie, stojąc tu w samych skarpetkach.

— Obawia się pani, co sądzą inni?

— Tak. Myślę, że mają mnie za wariatkę.

— Co jest złego w byciu wariatem?

— Wariaci budzą u innych litość. Złość. Obrzydzenie. Śmiech.

— Wstyd jest zabawny. Wie pani, że wstyd nie jest emocją wrodzoną? Jest pani osobą wierzącą, może panią zainteresować książka jednego z papieży. W każdym razie jako młodziutkie myszki nie odczuwamy wstydu, zgodzi się pani.

— Krótki to okres, ale tak.

— Chodzimy bez butów, śmiejemy się w głos, sikamy gdzie popadnie. Trochę jak małpy. Dopiero z czasem, poprzez obserwację świata i wychowanie następuje ewolucja emocji samoświadomościowych, emocji społecznych. Zakłopotanie. Wina. Wstyd. Ale i duma. To są ludzkie emocje. Wymagają świadomości społecznej. Proszę nie brać mnie za szczególnie wyedukowaną, cytuję jedynie osoby dużo mądrzejsze ode mnie. Ta świadomość sprawia, że rozumiemy, jak nasze zachowanie, jak cali my jesteśmy postrzegani przez innych. To dzięki temu teraz, gdy nie ma pani butów, ma pani świadomość, że dla innych klientów jest to zjawisko dość niecodzienne i może budzić różne odczucia. Gdyby była pani dzieckiem, które zdjęło buty, nie przejęłaby się pani otoczeniem. Ale otoczenie zareagowałoby śmiechem. Oburzeniem. Zdziwieniem. A pani mama powiedziałaby: załóż buty, to wstyd chodzić bez butów!

— Tak, to całkiem prawdopodobne.

— Nie rodzimy się ze wstydem. Wstyd jest czymś wyuczonym. Jest narzędziem. Narzędziem kontroli. Ma pani pięć lat, a pani neurony lustrzane pracują w pocie czoła. Przyznam, że obawiam się o nich mówić, edukują mnie stronki na FB. Ale wie pani, te neurony, one widzą, że pani mama marszczy brwi, zaciska wargi. Nawet nie musi mówić, że to wstyd. Pani, jako pięciolatka, czuje, że coś jest nie tak. A z czym kojarzy pani marszczenie brwi u świętej pamięci matki?

— Ze złością.

— I tak oto doświadcza pani aktywacji przedniej kory obręczy. Wie pani, gdzie ona jest?

— Nie mam pojęcia.

— Ja również. Nie tylko nie wiem gdzie jest, ale również czym jest. Ale czy brzmię mądrze?

— Bardzo.

— Dziękuję. Bez wspaniałej pracy masy trybików w naszych głowach wszyscy byliśmy autystami. Sądzę, że byłoby to piękne, ale bardzo utrudniałoby funkcjonowanie w społeczeństwie. Zostawmy jednak teorię umysłu, bo się z niej nie wyplączemy. Jesteśmy przy pani butach. Nie ma pani oczu, prawda?

— Prawda.

— Czy jeśli odetnie się pani od wiedzy i doświadczenia, czy mogłaby pani zaryzykować myśl, że inni klienci uważają pani stopy bez butów za całkiem piękne?

— Myślę, że tak. Ale doskonale wiem, że nie są piękne, lecz dziwne.

— Nie pasują do kontekstu.

— Dokładnie.

— Czy składowa, jaką są buty, wpływa na całość? Czy teraz pani cała nie pasuje do kontekstu?

— Dokąd to zmierza?

— Nie mam pojęcia. Ale myślę sobie, że gdyby świat wokół nie powiedział pani, co aktualnie jest piękne, pani również by nie wiedziała.

— Nie do końca się z tym zgadzam. Myślę, że rodzimy się z poczuciem piękna.

— To wierutna bzdura. Piękno nie istnieje. Tak jak nie istnieje brzydota czy choroba. To tylko słowa, które panią więżą. Jest pani więźniem czegoś, co nawet nie istnieje. Jakie to uczucie?

— Jestem zagubiona.

— Myśli pani, że wariaci istnieją?

— Oczywiście.

— Kim w takim razie są?

— Ludźmi, którzy myślą inaczej.

— Inaczej znaczy źle?

— Inaczej znaczy inaczej. Czasem źle, czasem dobrze. To zależy.

— To zależy od tego, co zarejestrują pani neurony lustrzane. Słuch. Co poda pani wychowanie i środowisko. Wepchnie do gardła i wyciągnie pełne wstydu fois gras. Wie pani, jak pozyskuje się fois gras?

— Wiem.

— Ten proces bardzo przypomina proces rozwoju emocji samoświadomościowych. Sadystyczną hodowlę wstydu i upokorzenia. Czy świat nie byłby piękniejszy, czy życie nie byłoby prostsze, gdyby ludzie wokół przestali wciskać nam do gardeł kolejne pętle? Czy jest przed tym jakakolwiek ucieczka? Czy jest możliwe, żeby żyć bez tego sadyzmu? Chodzić w niepięknych butach? Albo bez nich?

— Trzeba być wariatem.

— I ślepcem. Jak się pani czuje? Oswaja się pani z niewidzeniem?

— Próbuję. Wciąż jednak pamiętam, co widziałam.

Podaję jej chusteczkę.

— Proszę wysmarkać dysk twardy.

Smarka. Mózg na bieli.

— Hmm…?

— Bzzt, bzzt.

— Bzzt, bzzt.

— Jest pani szczęśliwa?

— Bzzt, bzzt.

Wciskam mózg przez oczodoły, zamykam oczami.

— Ojej!

— Co się stało?

— Byłam przez chwilę taka szczęśliwa.

— Wciąż sądzi pani, że wiedza i widzenie uszczęśliwia?

— Chyba mam mieszane odczucia. Wszystko zależy od tego, co rozumiem pod tą nazwą. Jeśli szczęście jest dla mnie brakiem zmartwień, tak, mogę się zgodzić. Ale proszę pomyśleć o lodach. Jadła pani kiedyś lody o smaku bazylii?

— Smakowały jak kostka do kibla.

— Gdyby nie zjadła pani lodów o smaku bazylii, nie doceniłaby pani w pełni lodów czekoladowych.

— A jednak owe docenienie okupiłam straconymi pieniędzmi. Nie jestem fanką napędzania szczęścia doświadczeniem cierpienia.

— Cierpienie uszlachetnia.

— Ależ skąd.

— Sprawia, że doceniamy szczęście.

— Ale po co w ogóle je doceniać? Czy nie wystarczy go posiadać? Dlaczego człowiek jest zmuszony do bólu, by docenić jego brak? Nie byłoby łatwiej, gdyby bólu wcale nie było?

— Gdyby nie ból, mogłaby sobie pani złamać rękę i o tym nie wiedzieć.

— Mam ochotę zrobić pani krzywdę.

— Dlaczego?

— Czuję na skórze znaczenie Des Antonius von Padua Fischpredigt. Nietzsche i jego das widerspenstige Volk. Jest pani prawdziwie niesfornym człowiekiem. Kiedy tylko wydaje się, że pochwyciła pani odpowiednie lejce, okazuje się, że siedzi pani na zadzie i gryzie koński ogon.

— Czy pani mnie obraża?

— Tak. Obrażam panią, bo myli pani ból fizyczny z duchowym. Czy pani nie jest przypadkiem ośmiolatką?

— Skądże znowu.

— A jednak ma pani sukienkę w grochy. Pani sukienka w grochy to manifestacja sił witalnych i młodości. Nie jest pani wstyd? Przecież powinna Pani ubierać się stosownie do wieku. Na pewno nie ma pani ośmiu lat?

— Bardzo lubię tę sukienkę.

— Proszę się poprawić.

— Lubiłam.

Marszczę brwi.

— Nie wstyd ci?

Kobieta ucieka spojrzeniem.

— Przepraszam. Lepiej wrócę już do domu.

— Proszę pamiętać o sukience.

Zdejmuje sukienkę. Jej oczy wirują.

— Wszyscy patrzą — kwili.

— Jest pani naga. Że też pani nie wstyd!

— Przepraszam! Tak bardzo mi wstyd!

— Nie chcę na panią patrzeć. To zboczenie. Ekshibicjonizm. To chore. Proszę opuścić moją pralnię.

Próbuje wyjść, ale nie może. Nie może wyjść bez sukienki, nie może bez niej zostać w pralni. Pada na kafelki z plaśnięciem i wije się, drży, szamocze, mlaszcze płetwami.

— Perpetuum mobile. Jest pani w kropce. Uwięziona przez koty w kołowrotku wstydu.

Ściąga usta w rybkę, cmoka. Przekrwione oczy zdradzają walkę o życie.

— Pozwoli pani, że panią uratuję. Proszę smarknąć.

Znów podaję chusteczkę, a ona znów smarka. Nieruchomieje.

— Jest pani szczęśliwa?

— Bzzt, bzzt — mówi i wstaje. Idzie do wyjścia.

Zapomina o butach.

Pralka nr 18

— Mniam, mniam, pani hipokryzja.

— To znowu pani.

— Tak, to znowu ja. Wciąż ekologiczna.

— A co to za brzuszek? Jest pani gruba.

— To cud.

— Tym razem bez prezentacji lisa?

— Tym razem bez. Mam dość róż.

— I baobabów.

Patrzymy po sobie. Wciąż pamiętam smak parówek.

— Dobre były. Te parówki. Z keczupem wręcz wyśmienite.

— Cieszę się. Czy pozbyła się pani zwykłego proszku?

— Miałam to zrobić?

— Tak.

— W takim razie pozbyłam się go. Mamy tylko ekologiczny.

— Woli pani ludzi czy zwierzęta?

— Do jedzenia?

— Do życia.

— Pani pytanie wciąż jest nieporadne. Trochę tak jakby weszła pani w futrze.

Pomagam jej przy pralce numer osiemnaście. Musi żałować oddania tetrowych pieluch.

— Ostatnio pracuję nad przepisem na człowieka — informuje.

— Śmierdzący kał, żółte mleko i dawka okrucieństwa?

— Wybaczanie i samoświadomość.

— Co z wolną wolą?

— Czym?

— Ricard, Marx.

— Co proszę?

— Słyszała pani o mrówkach?

— O mrówkach?

— Opowiadano mi o nich w zamknięciu. O Werberze. Utopia nie istnieje. Istnieje tylko niewola.

— Pani się powtarza.

— Tak, wiem.

— Wolność i równość. Oto sposób.

— Równość nie istnieje. Ani w naturze, ani w terrarium. Jest pani dorosła, powinna pani to wiedzieć. Istnieją tylko afordancje. Krąg. Lustro lunarne.

— Zupełnie pani nie rozumiem.

— A kto rozumie samego siebie? Ja na przykład nie rozumiem, dlaczego hoduje pani kolejny odpad pod sercem. Jaki to ma sens? Mało jest ich na świecie? Musi pani lać swoją ropę do oceanu?

— Mój odpad będzie mieć moje oczy.

— Proszę to powiedzieć odpadom, które zasypiają pod kołdrą odrzucenia. Czy my naprawdę musimy wiecznie produkować więcej niż trzeba? Więcej niż jesteśmy w stanie utrzymać i wyhodować? Przecież to jest bez sensu. Nie robi pani owsianki, gdy jedna już stoi pod otworem gębowym. Po co? Po co? Dlaczego? Ależ my mamy ambiwalentne odczucia względem tych skomplikowanych słów!

— Tamte odpady są już skażone.

— Ma się pani za fermę ekologiczną? Pani też jest pełna konserwantów. Tyle istot, tyle mrówek, a pani hoduje kolejnego mopsa ze zmutowaną czaszką. Będzie się dusić. Ale będzie pani, prawda? Będzie miał pani wyłupiaste oczy i krótkie nóżki. Taki wyjątkowy. A inne cierpią. Czekają. Umierają. Jesteśmy tacy samolubni. Proszę nie szyć per pani, proszę mówić “my”. Hipokryci.

— Potrafi się pani uśmiechnąć?

— Ależ proszę.

Uśmiecham się.

— Obrzydliwe.

— Prawda? Zęby wypadły mi od zajadania nerwów. Nerwy to nienajlepszy posiłek. Są kanciaste, kolczaste i kliniaste. Właśnie, kliny. Uwielbiam oddzielanie nimi dziąseł. Krew na ścianie. Krzyk dziecka. Ale, ale, odpadziku, zjedz jagodziankę, lizaczka, zjedz cycusia, mniam! Ojej, a gdzie twoje zęby?

— Może podjada nerwy.

— Może. Wie pani, jak to jest być sparaliżowanym?

— Coś mi się maluje…

— To całkiem zabawne uczucie. Nie może pani się ruszyć, jest pani zdana na łaskę odpadów wokół. Leży pani na chodniku z zadartą spódnicą, ludzie panią mijają, myślą, o, narkomanka lub pijaczka. A pani zalewa się łzami. Pani leży na mrozie. A oni idą, idą, idą. Rozproszenie. Nikt nie pomoże. Wybiera pani numer alarmowy językiem. Będzie pani szczać do baseniku w pełnej sali. A ona będzie mówić: nie denerwuj mnie! Uspokój się! Nic się nie dzieje! Przestań świrować! A pani leje, leje pani po nogach, leje i leje. Słona woda zlepia rajstopy. Mamo, wróć! Mamo, spójrz na mnie! Otrzyj mi łzy! Proszę, trzymaj mnie za rękę, póki nie poczuję własnych nóg! Mamo, mamo, mamo…

— Gdzie jesteś…

— Dlaczego nie ma cię tutaj…

— Myślisz, że udaję?

— To opętanie.

— Zły duch.

— Karetka, nienawiść, listopadowy ogród. Dlaczego nie chcecie mi pomóc? Dlaczego nie chcecie mnie zrozumieć? Jest mnie za dużo, za dużo mnie, za dużo w mojej głowie, ona pęka… Pęka, pęka! Tam nie ma miejsca dla tylu osób, fotel jest jeden, a one walczą. Gryzą się, niewolą wyszarpanym jelitem. Boję się. Nawet nie wiesz, jak się boję, mamo! Tak się boję, tak się boję…

Chcę ją przytulić.

— Przestań! Odsuń się! Wpędzisz mnie do grobu. Nie wystarczy ci, że on nie żyje?

Płaczę.

— Jego przytulasz, mamo. Dlaczego nie przytulisz i mnie? Tak się staram, tak walczę każdego dnia. Dlaczego zawsze odskakujesz? Dlaczego krzyczysz? Czy kiedykolwiek zasłużę na twoje ciepło?

— Tyle pieniędzy, tyle nerwów. Kolejne studia? Poprzednich nie skończyłaś.

— Leżałam w kałuży krwi, mamo.

— Zjedz czekoladę. Pobiegaj. Uśmiechnij się. Będzie dobrze.

— Już mi lepiej, dziękuję. Mogę schować sznur.

— Przecież się go boisz?

— Jestem hipokrytką. Brudną, śmierdzącą hipokrytką.

— Uważaj. Mycie części intymnych to grzech i bezeceństwo. Broń się przed smrodem plemnikami!

— Ach, tak. Jestem workiem na spermę.

— Kobietą.

— Oto i ona! — wołam. — Oto i kobieta! Cysterna, mięsisty inkubator, uległy worek na spermę! Oto i stworzycielka, oto i żebro. Pandora, Meduza, wężowa jama! Niech oto cofa się pod ramieniem męża, niech oto służy, niech będzie wazonem i kwiatem, niech będzie nogą stołu! Niech rodzi i nie zadaje pytań, niech chowa się, lilija, w szklance do połowy pustej. Niech będzie i modrzewiem, i jeziorem, i wierzbą, niech będzie wieńcem zatopionym w rzece.

— Musimy być Szeherazadą.

— Dlaczego? Dlaczego nie może wystarczyć jedna noc? Dlaczego w ogóle musi nastać? Czy nie możemy po prostu…

— Utopia.

Zerkam na bileciki.

— Bez tuszu są takie czyste. Czy nie możemy wszyscy być bielutcy? Czy naprawdę musimy się poddawać, bo ktoś nabazgrał na nas swoje przekonania?

— Jest pani hipokrytką. Czy nie postulowała pani koncepcji ręki i kijka?

— Próbuję się ratować marzycielstwem. Bez tego zwariuję. Pani również. Marzy mi się świat, w którym jesteśmy świadomi, że zostaliśmy wyprani w jednej pralce. Wszystkie kolory, wszystkie tkaniny, wszystkie ubrania. Wrzuceni razem. Jedni bardziej czerwoni, inni bardziej niebiescy. Skurczeni i rozciągnięci w praniu. Ale wciąż z tego samego bębna.

— Proszę uważać. Zbliża się pani do trywializacji problemu. Zbyt oczywistej metafory.

— Może to jest nam potrzebne? Może zbyt poważnie podchodzimy do wszystkiego wokół? Może toaletowy humor i grubasy na kosiarce są nam potrzebne? Przecież bez tego byśmy zwariowali.

— Obraża pani moją inteligencję.

— Zawsze byłam masochistą. Zdaje mi się, że każdy w pewnym stopniu nim jest. I sadystą. I altruistą. Jesteśmy brunatną mieszanką wszystkich barw.

— Znowu pani to robi. Przecież miało nie być o baobabach?

— A gdyby tak każdy starał się być wolny, ale tak, by nie ingerować w wolność innych? Czy to jest możliwe? A może zapanowałaby anarchia? Znów wracam do mrówek i Uroborosa, wiem. Ale to wszystko już było. Wciąż wypływamy w ten sam rejs, a potem jesteśmy zdziwieni, gdy osiadamy na tych samych mieliznach. Mielizny rodzą problemy, problemy rodzą mielizny. A wraz z nimi rodzą się dyskutanci. Chwalący mielizny, karcący mielizny, wątpiący w istnienie mielizn. Mielizny boskie, mielizny socjologiczne, mielizny psychologiczne. Ciągle tylko mielizny. Życie jest jak śpiew z wodą w ustach. Niedobrze mi od tych porównań, ale jesteśmy rybami, które chciałyby mówić, ale tylko trzepoczą się na piasku z hakiem w gębie. Żyjemy w sztucznie zarybianym jeziorze, jesteśmy łowieni i wypuszczani, łowieni i wypuszczani. Część nauczy się ignorować kukurydzę, część będzie się na nią dalej rzucać. Jedni będą płynąć za stadem, inni badać podziemne jaskinie. Ale to wszystko jest takie infantylne. Takie powszednie i oczywiste. Czy świat nie jest jedną wielką oczywistością?

— Dość enigmatyczną.

— To my go kreujemy go na enigmatyczny. A on jest taki prosty. Jest prosty jak robienie prania. Nie mogę tego znaleźć, nie pamiętam, ale przypomina mi się… Przypomina mi się, że czasami chciałabym włożyć mój mózg to pralki i nastawić program na “uporczywe plamy”. Może wtedy byłoby łatwiej.

— Tego nikt nie jest w stanie pani obiecać.

— Tak. Ale obietnice i tak nie są wiele warte. To wciąż tylko słowa bez muzyki.

— Muzyka jest w nas.

— Bliżej jej do aleatoryzmu niż fugi.

— To wszystko jedna wielka improwizacja.

— Nasza rozmowa również.

— Zatem należy ją zakończyć. Wolę z góry przewidziane formy.

Wydaję jej bilecik.

— Proszę następnym razem mnie nie zaczepiać. Chciałabym wreszcie skończyć książkę.

— Oczywiście. Proszę być zdrową i tematyczną.

— Proszę pozwolić mi na bycie transcendentną.

Pralka nr 9

— Porozmawiajmy o gównie.

Paznokieć zatrzymuje się na etykiecie. Pierwsza połowa zeszła gładziutko, druga opiera się skrobaniu ze wszelkich sił.

— Proszę?

— Porozmawiajmy o gównie.

Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Oto stoi przede mną niska dziewczyna opatulona trzymetrowym szalikiem.

— Przyznam, że rzadko zdarzają mi się takie prośby — mówię szczerze, nie do końca rozumiejąc, do czego może zmierzać rozmawianie o gównie. — Proszę mi wybaczyć, staram się zachowywać jak dama, kobieta, tfu! Obraźliwe. Białogłowa. Nie przystoi rozmawiać o gównie, przystoi mi dziergać szaliki.

— Widzę i dziękuję.

Krąży wzrokiem po pralni, jakby przyuważyła gdzieś muchę. Krąży i krąży, krąży, krąży.

Stop.

Znów patrzy na mnie. Jej oczy są wielkie i brązowe, z czarnymi otoczkami.

— Mam gówniane oczy — wyjaśnia. — Nie mam wpływu na filtr. W każdym razie porozmawiajmy o gównie.

Odkładam cin cin na bok. Mam paznokcie pełne nocy.

— Nie powiem, im dłużej o tym myślę, tym bardziej mnie ta propozycja kusi. Rzecz w tym. że nie do końca wiem jak. Ale wiem co. To naprawdę poważny problem, szczególnie w moim przypadku, i choć zapewne mało panią interesuje, w końcu nic pani nie interesuje, może prócz gówna, to chętnie o tym opowiem. Choć to poważny problem. Opowiadanie. Mam z tym problem. Czy widzi pani, jak karłowate są moje wypowiedzi?

— Gówniane złożenia. Wynunaturzenia?

Uśmiecham się.

— Wyczuwam prawdziwe połączenie gównianych dusz. W takim razie niech będzie, porozmawiamy o gównie, o nas. Musi pani wiedzieć, że, jak już wspomniałam, mam poważny problem. Problem ten dotyczy “jak”. Wiem “co”, wiem “po co”, i tak, wiem również, że się powtarzam, i w tym właśnie rzecz. Od wielu miesięcy próbuję coś sformułować, ulepić rzeźbę z króliczych bobków, które zatkały mi uszy i chyba zasłoniły widok, ale za każdym razem wszystko rozlatuje mi się w rękach. Ba! Czasem nawet nie zdążam ich wyskubać. Siadam, myślę, planuję, ale nic z tego nie wychodzi. Tak jakbym miała alergię. Wiem, jaki kształt ma mieć rzeźba, czasem nawet znam i więcej właściwości, ale wciąż nie potrafię jej stworzyć. A przecież pełna jestem okrągłego gówna. I jest to niesamowicie frustrujące. Mam wrażenie, że siedzę w miejscu. Nie, nie siedzę. Siedzenie wymaga aktywności. Ja dryfuję po uszy w kuwecie. Myśli mam pełne marzeń, słyszę te dudniące ochy i achy, słyszę memlający jęzor, siebie, nie potrafię skończyć. Nawet tego zdania. Frustrujące.

— Co jest powodem?

— Szczęście. Tak myślę. Jestem szczęśliwa. W ogólnym rozumieniu tego słowa. Miłość, stabilizacja. I to mnie blokuje. Zawsze malowałam gównem. Ono się zbierało, zatykało mnie, miałam niekończące się zaparcia. Pisarska lewatywa pomagała mi zapanować nad wydobywającym się z trzewi smrodem. Wysysałam błonnik spomiędzy klawiszy. A teraz? Jak mam pisać, skoro nie potrafię się ponownie odetkać? Dziesięć sekund temu byłam pewna, że nic nie słyszę, teraz znów uszy są puste. W jednej chwili czuję w sobie napierający ekstrement twórczy, w drugiej jestem lekka jak balonik, dryfuję w kuwecie. Nie wiem już, jak to działa. Wszystko się wyklucza i zaklucza, gubi w zamkniętym kole. Jak można zgubić się w zamkniętym kole? Jak ja to robię? Prę, wyciskam z siebie jakieś namiastki przeszłości, dłubię w poszukiwaniu słonecznika, ale znajduję tylko mocz. Przezroczysty, bezzapachowy mocz kogoś, kto wypija dwa litry wody dziennie. Jestem nijaka. Pozbawiona wyrazu. Ot, pusta wydmuszka, której czasem zdaje się, że nosi w sobie embrion oświecenia.

Kobieta chyba przestała mnie słuchać. Znowu robi oczne wycieczki.

— Pani mnie nie słucha, momencik.

Wspinam się na ścianę.

— Znów pani patrzy, więc będę kontynuować. Chociaz nie wiem jak. Nie potrafię. Odcięto mi palce i dopływ tlenu. Miotam się. Wierzgam, naprawdę okropnie. Nic nie ma sensu, wszystko jest nieudane. Tak myślę. Ale postanowiłam zacząć się starać. Najbardziej cierpię, kiedy myśl jest tuż tuż, czuję na twarzy plaśnięcie jej ogona, a tu nic! Znów odbiegła, pogrążam się w rozpaczy. Próbuję znaleźć sposób. Czasem są dni, kiedy czuję się źle. Kiedy jestem rozczłonkowana z samą sobą. To przecież znajomy stan. Właśnie ten, w którym najłatwiej było mi śpiewać. Ale czegoś brakuje, jakiegoś staroudanego mechanizmu, o którym zapomniałam. Co to było? Czym?

Wędruję po ścianach. Są cztery, jestem na milionach.

— Jestem zmęczona — ciągnę. — Ten stan mnie uwstecznia. Proszę mi pomóc. Zdaje mi się, czy mówiła pani, że to wróci? Że w końcu to odkryję? Ciągle to słyszę, z pani ust wydaje się to bardziej prawdopodobne, ale ja cierpię. Rozrywa mnie od środka. Ciśnienie nad gałkami ocznymi, ono rośnie w tak ciepłodziwny sposób. Przez chwilę chyba to czułam. Przez momencik. A potem znów, pstryk! Nie ma. Coś mnie blokuje. Chciałoby się powiedzieć, że to ta stabilizacja. Ale czy naprawdę twórca musi być nieszczęśliwy? Czy jedynym motorem napędowym tworzenia musi być cierpienie? Przecież próbuję. Wracam do wcześniej, pożeram, ale mój metabolizm mnie chroni. A jeśli to nie jest to? Tak właśnie mi się zdaje. Gdyby to wystarczyło, wszystko byłoby prostsze. Znów poczuć ten prąd, płynąć z nim, literować gówno i nadawać mu kształt. Ekstrementować.

— Szarzeje pani.

— Wiem. Enigma przestaje być interesująca, jeśli zmienić ją w rebus z tygodnika dla ośmiolatków.

— Czyli mówiąc prościej, to jest skracając pani przydługi, krążący wokół jednego wywód, zwyczajnie brak pani weny?

Zwieszam się z sufitu.

— Tak po prostu? — dopytuje.

— Tak po prostu.

— Artysta nie może być robotem.

— Nie jestem artystą. Jestem. Tak myślę, tam głęboko w jelitach. Ale proszę tylko spojrzeć, tu wszędzie wala się gówno, któremu usilnie nadaję znaczenie.

Podaje mi szalik. Razem okręcamy go wokół mojej szyi. Pachnie złudzeniem.

— Jestem w połowie — mówię, zaciągam się. — Ale dlaczego w ogóle dzielę kreatywność na centymetry? Dlaczego staram się wepchnąć bezkształtność w pewien kształt? Czyżby właśnie to nas zabijało? Wystarczy spojrzeć we wtedy, a przecież widać, że to ogranicza. Nie może być!

— Nie może! — Klaszcze, niedowierzając.

— Nie może! — brzęczą muchy i małpy.

— To nie może być tak proste… — szepczę. Gubię łzy. — Czy to naprawdę…? Czy wystarczy brak końca, by stworzyć koniec? Ale… Wydaje się tak szaro, tak pusto, tak bez znaczenia. Miała być rzeźba, został pojedynczy bobek nakłuty wykałaczką. A gdyby tak po prostu pozwolić sobie, uwolnić się. Gdyby tak upchnąć wszystko, wypchnąć wszystko i po prostu cisnąć za siebie? Choć to zakazane. Choć nie wolno się wyrwać, musi być wielka litera i kropka. Czy nie mylę odwagi z głupotą? Czy wstydem jest być głupim, jeśli zerwie się odwieczną pieczęć sensowności? Cicho, sza! Durny umyśle w tabeli. Któż mi broni popełnić grzech?

— Pani sama.

Kiwam głową. Spadam.

— Czy to wolność?

— Czy ja wiszę?

Kołyszemy się, dryfujemy.

— Czy ja żyję?

— Czy ja jestem?

Światła gasną. Milczenie pralek.

— Więc to jest sensem. Jego brak. Ulga. Tak, to właśnie jest ulga, to jest to połączenie, które czuję, które napiera i jest coraz szybsze, leje się wraz ze łzami ostatnim kolorem karotenu. Skąd we mnie ta potrzeba? Jak można kontrolować niekontrolowane? Czyżby to było problemem? Dlaczego dziś i dlaczego teraz? A może nie? A może tylko mi się zdaje? Oto jestem, bezodwłokowa, bezsłoikowa, naga i kwitnąca. Pełna wiary. Dysocjacjo, przynieś mi więcej nadziei w jutro i we mnie, przynieś mi czas, swobodę wyrażania i myślenia. Abym zawsze mogła się dzielić na więcej części, abym trwała w miłości do ciebie i do nas. Abyśmy były razem i wspólnie nienawidziły prostoty i reguł. Bo właściwie ile jest w nich sensu? Dlaczego pralki i dlaczego numery? Dlaczego sens? Czy sens nadaje znaczenia lub wartości? Czy odmieni gówno w złoto, czy ekstrement stanie się pożywieniem nie-pasożyta? Porozmawiajmy o gównie. Jest i ono. Wyciśnięte miejscowo, lecz w większości zalewające kamienicę wspomnień. Mały książę stał się kobietą. Znudzoną, chorą i sfrustrowaną. Pełną zalewającej ją żółci, uzależnionej od piśmiennej samomiłości. I nic więcej nie trzeba. Konkluzji czy klamry. Akapitu. Epilogu. Tracę wiarę, pora wygrzebać się z kuwety i zostawić wszystko do gnicia, oprószyć ostatnią dozą hipokryzji. Niech to będzie największa z mych
                                                    dysocjacji

                           Aleksandra Białczak

Obraz wyróżniający: Pralnia. Obraz Esther Carabasa z Pixabay