Nie umarłaś / Justyna Luszyńska

0
231
Miałaś umrzeć. Nie dotrwać do wiosny. Pogubić liście na jesieni, złamać łodygę podczas którejś z wichur i pozwolić płatkom śniegu zakopać się pod ciężką pierzyną zimna. Miałaś… odejść. Tak jak odchodzi słońce wieczorem. Bez żalu, złości i rozczarowań. Spokojne, skoro wie, że gdy przyjdzie czas, wstanie ponownie. Ty nie mogłaś wiedzieć, że znów wstaniesz, ale to nic, prawda? Nic, skoro i tak obydwoje wiedzieliśmy, że powinnaś umrzeć.
Czekałem na twoją śmierć, mimo że mnie przerażała. Czekałem. Dzień po dniu, wieczór po wieczorze i porę obiadową po śniadaniowej. Twój zgon miał mnie nie zaskoczyć, lecz załamać. Powiedziałbym sobie wtedy, że taki los nam pisany. Że to, co przyszło, musi minąć. A potem zapłakałbym nad twoim sztywnym ciałem. Kilka dni nosiłbym również czarny sweter na znak żałoby. Dopóki nie pobrudziłbym go podczas kolacji.
Ty byłaś… Już nie pamiętam. Minęły lata od chwili, w której ostatni raz trzymałem cię w ramionach. Dużo się śmiałaś i często płakałaś. Lubiłaś kiczowate prezenty. Grałaś dziecko, choć dawno nim nie byłaś. I tak jakoś to wszystko… Moja miłość, twoja infantylność, słowa i ich brak, złożyły się na ten jeden wyrok. Jeśli nie moje ramiona zostały przeznaczone do trzymania cię, jak mógłbym innym pozwolić, by to robiły?
Musiałaś umrzeć.
Nie mnie za to winić. Sama do mnie przyszłaś, omotałaś. Twoje macki znalazły moje uszy. Wślizgnęły się w nie, zostawiły ślad po twoim śpiewie. Weszły do ust, porzucając w ich twój smak. Nikt nie kazał ci tego robić, a potem odchodzić. Jak po tym wszystkim mogłem bez ciebie żyć?
I jak mógłbym cię zabić?
Ty też musiałaś pragnąć wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Nie jestem przecież potworem. Nie mnie przypadła rola Makbeta w tej historii. Nie moje ręce miały zostać zdarte do krwi przez ciągłe zmywanie dokonanych zbrodni. Nie ja miałem dopuścić się tego bestialstwa, lecz ty. Ja tylko szeptałem ci do ucha. Tylko podpowiadałem. Tylko sugerowałem. I czekałem na to, co zrobisz.
Moje ręce nie wymagały obmywania, pozostawały niezabrudzone.
Przytakiwałaś. Twoje sarnie oczy, których kolor wielbiłem, zachodziły łzami. Dolna warga kształtnych ust drżała. Jeśli nie ja, to nikt, mówiłem.
Jeśli nie ty, to nikt, powtarzałaś.
Sięgnąłem po nóż i włożyłem w twoją dłoń. Delikatnym ruchem zacisnąłem na nim twoje palce. Nigdy nie kazałem ci z niego korzystać. Po prostu nie wspomniałem, że nie musisz tego robić.
A ty wypuściłaś go z dłoni.
Po raz kolejny bezpardonowo złamałaś mi serce. Odebrałaś jedyne, co mi zostało po twoim zniknięciu. Zabrałaś wszystko. Najpierw swój śpiew, potem smak, słodki zapach, zimne dłonie. Pocałunki i uściski. Jęki i westchnienia. Na koniec odebrałaś mi nawet swoją śmierć.
Chciałaś żyć.
Żyć? Beze mnie?
Zawiesiłem przy twoim oknie sznur. Zamocowałem go tak, żeby tylko się nie zerwał, gdy na nim zawiśniesz. Już nic nie mówiłem. Pozwoliłem, żeby wiatr poruszał nim codziennie, przypominając o jego obecności. Kiedy kładłaś się spać i gasiłaś światło, sznur uderzał o parapet, szepcząc ci o mnie.
Nie mogłaś tego znieść.
Twoje okrucieństwo przegrywało w starciu ze szlachetnością. Empatia wygrywała ze zdrowym rozsądkiem. Ty nie potrafiłaś ranić. Nie potrafiłaś zabijać innych. Wolałaś płonąć.
Byleby tylko ogrzać wszystkich wokół.
Gdy weszłaś na parapet, słowa zamrowiły na koniuszku mojego języka. Ręka uniosła się nieznacznie, jakby pragnąc cię powstrzymać. Zrobiłem krok w twoją stronę, lecz zaraz się cofnąłem.
Jeśli nie moje ramiona, to niczyje. Jeśli nie moja miłość, to żadna. Jeśli nie życie ze mną, to wcale.
Skoczyłaś. Zawisnęłaś.
Spadłaś.
Przeżyłaś.
Nie umarłaś.
Dziwne, mógłbym przysiąc, że zamocowałem linę odpowiednio. Urwała się jednak.
Podniosłaś się z ziemi i otrzepałaś kolana z porannej rosy. Rąbek halki nocnej zginął w wysokiej trawie. Sięgnęłaś sznur i spojrzałaś prosto na mnie.
– Ty go zawiesiłeś? – spytałaś.
Kiwnąłem głową.
Zbliżyłaś się i poprosiłaś, żebym wyciągnął rękę. Na rozpostartej dłoni położyłaś urwany sznur.
– Moje dobro nigdy nie miało przynieść ci nieszczęścia – powiedziałaś. – Więc idź i żyj swoim życiem, a mnie daj żyć moim.
Odeszłaś. Ponownie mnie zostawiłaś.
Nie umarłaś.

 

Justyna Luszyńska

 

Obraz wyróżniający: pexels-jonathan-borba-3255244.jpg 3.0 MB