Na ratunek / Jakub Wiśniewski

0
297

Poruszał się bezszelestnie pomiędzy ciasnymi, portowymi uliczkami. Jego szybki oddech był tłumiony przez czarną chustę owiniętą wokół smagłej twarzy. Czarne włosy okrywał kaptur tego samego koloru. Skoczył i wspiął się na niski dach wykonany z czerwonej dachówki. Od teraz pokonywał drogę skulony, skacząc między domostwami. Była ciemna noc. Księżyc, schowany za chmurami, nie oświetlał miasteczka. Tajemniczy mężczyzna spojrzał na strażnika przechodzącego pomiędzy domami. Zbliżał się do celu. Była nim dwupiętrowa willa, a dokładnie coś, co się w niej znajdowało.

Zbudowana z kamienia i pokryta czerwoną dachówką nie wyróżniałaby się od innych budynków, gdyby nie jej rozmiar i osobistość, która w środku mieszkała. Właścicielem był bowiem wysoko postawiony urzędnik, który zarządzał strażą w mieście oraz handlem niewolnikami.

Tajemniczy intruz dostał się na dach budynku opartego o ścianę willi. Okno, przez które miał wejść, znajdowało się na drugim piętrze. Wspiął się po chropowatej i pełnej szczelin ścianie. Wślizgnął się przez okno cicho, niczym kot wpatrzony w swoją ofiarę.

Znalazł się w bogato ozdobionym gabinecie. Na ścianie wisiał piękny gobelin przedstawiający statek walczący z potężnymi falami. Na środku pokoju stał drewniany stół z wieloma zdobieniami i równie kunsztowne krzesło. Włamywacz nie miał jednak czasu na podziwianie arcydzieła. Szukał pęku kluczy. Podszedł ostrożnie do stołu. Większą jego część pokrywały dokumenty. Wreszcie znalazł klucze pod jedną z kartek.  Zabrał je i skierował się w stronę okna. Zaczął schodzić na niżej położony budynek, stawiając miękkie buty w szczeliny między kamieniami. Nikt go nie zauważył. Mężczyzna pobiegł po poziomych dachach tutejszych domów w stronę portu. Tam znajdowali się nowo sprowadzani niewolnicy. Gdy znalazł się w bezpiecznej odległości od willi urzędnika zeskoczył na drogę. Po kilkunastu minutach biegu przez wąskie uliczki dotarł do kolejnego celu. Był nim nieoświetlony zaułek otoczony beczkami i skrzyniami. Z ciemności wyłoniła się powoli kulejąca postać.

Ubrana w czarną szatę, trzymająca ciemną laskę sprawiała niepokojące wrażenie. Spod kaptura można było dostrzec krótką, siwą bródkę. Wreszcie postać odezwała się męskim, zachrypniętym głosem:

– Udało ci się zdobyć klucze? – zaniósł się kaszlem.

– Jak kazałeś mistrzu – odpowiedział włamywacz.

– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć Piotrze – pochwalił zadowolony. – Nie traćmy czasu. Musisz wykonać drugą część zadania. Pamiętaj, że od ciebie zależy życie mojej córki. Nie możesz tego zepsuć.

– Wiem – mruknął Piotr.

– I pamiętaj. Wchodzisz tam, uwalniasz Marię i wychodzicie tylko we dwoje. Wiesz, jak wygląda, więc się nie pomylisz. Będę na ciebie tutaj czekał, tak jak się umówiliśmy.

Mężczyzna kiwnął na te słowa głową i odwrócił się w stronę, z której przybył.

– Dam sobie radę – rzucił na odchodne.

Pobiegł na miejsce rozładunku statków. Tam też znajdowała się buda z nowo przywiezionymi niewolnikami. Byli oni trzymani w małych celach, dopóki nie zostali sprzedani nowym panom. Jednym z więźniów była córka nauczyciela Piotra. Kobieta mieszkała daleko stąd i została porwana. Ojciec spotkał ją w porcie i od tego momentu obmyślał plan jej uratowania. Chciał jednak zrobić to dyskretnie, a miał już swoje lata, więc potrzebował pomocy. Pomocy kogoś sprytnego i zwinnego. Taką osobą był Piotr – młody czarodziej uczący się pod pilnym okiem starca.

Wreszcie dotarł na miejsce. Stanął w odległości stu metrów od dużego, drewnianego budynku. Przed drzwiami stał jeden, wyraźnie znudzony strażnik. Trzymał pochodnię, która prędzej go oślepiała niż dawała lepszą widoczność. Nie ruszał się z miejsca.

Piotr wyszedł z ukrycia i zaczął iść w kierunku wartownika. Czarodziej wyszeptał zaklęcie, które pomknęło i uderzyło mężczyznę w pierś. Magiczna moc odepchnęła go lekko na ścianę, lecz ten nic nie zrobił, gdyż osuwał się już na ziemię nieprzytomny. Piotr wyjął pęk kluczy i zaczął szukać pasującego do drzwi. Urzędnik, któremu je ukradł, miał dostęp do wszystkich drzwi strzegących niewolników, ponieważ nadzorował handel ludźmi.

Po wielu nieudanych próbach wreszcie znalazł odpowiedni klucz. Rozejrzał się jeszcze po porcie, lecz nieliczne osoby, które się tam znajdowały nie zwróciły na niego uwagi. Otworzył drzwi i od razu uderzył go odór niemytych ciał. Usłyszał szepty ukrytych ludzi.

– Wypuśćcie nas! – ktoś krzyknął z tyłu pomieszczenia.

– Bądźcie cicho, albo nie zobaczycie już więcej jedzenia – syknął Piotr. Nie chciał, żeby więźniowie go wydali.

Wszyscy zamilkli. Mężczyzna wszedł w ciemność. Zaklęciem stworzył małą, białą kulkę światła. Oświetliła pomieszczenie. Po obu stronach znajdowały się ciasne cele, a w każdej było po kilka skulonych postaci. Niektórzy patrzyli na Piotra wystraszonymi oczami. Reszta obojętnie wodziła za nim wzrokiem lub wpatrywała się w ubitą ziemię. Większość stanowili mężczyźni, lecz było też trochę kobiet i dzieci. Piotr zaczął przechodzić pomiędzy celami, szukając Marii.

– Wszystkie kobiety mają się pokazać – warknął. Nie chciał wzbudzać w nich lęku, jednak niewolnicy musieli być mu posłuszni, jeśli chciał, żeby misja się powiodła.

Kobiety niechętnie zaczęły podchodzić do zimnych prętów celi. Włamywacz zaczął je oglądać, doszukując się opisanej wcześniej twarzy. Chciał znaleźć rudowłosą, młodą kobietę o dużych, zielonych oczach. Większość spotkanych kobiet to były brunetki o oliwkowej cerze, lecz zdarzały się też wyjątki. Żadna z uwięzionych nie miała jednak płomiennych włosów sięgających ramion. Piotr przeszedł przez korytarz trzy razy, lecz szukanej osoby nie było. Zaklął cicho i zawołał na całe więzienie:

– Czy była tu młoda, niska kobieta o rudych włosach?

Przez chwilę było cicho, lecz zaraz odezwał się mężczyzna siedzący w celi niedaleko Piotra.

– Została porwana razem ze mną. Gdy dopłynęliśmy do portu zainteresował się nią jakiś wysoki, gruby człowiek z paskudną blizną na lewym policzku. Widać było po jego ubraniach, że zamożny. Od razu oznajmił, że ją kupuje. Zabrał ją ze sobą. Nie wiem dokąd – rzekł więzień z tyłu sali.

– To Wiktor – mruknął do siebie Piotr.

Nic więcej nie powiedział i wyszedł. Pobiegł do mistrza i zdał relację z tego, co się dowiedział. Mistrz zamyślił się na chwilę, po czym powiedział:

– Muszę cię prosić, żebyś to dokończył.

– Ale twoja córka jest w chronionej rezydencji. Jak miałbym tego dokonać sam? – zmartwił się Piotr.

– Jeszcze nie wiem, ale musimy coś szybko wymyśleć. Gdy władze się zorientują, że doszło do włamania plan może się skomplikować. Rezydencja Wiktora mieści się na wzgórzu niecałe dwa kilometry stąd. Trzeba się tam włamać, najlepiej po cichu i tak samo wyjść. Wiktor co prawda ma trochę straży, ale raczej nie spodziewają się żadnego zagrożenia. Będziesz się skradał w nocy, więc powinieneś przejść. Kiedy już wejdziesz, twoim zadaniem będzie znalezienie pokoju, w którym przetrzymuje się niewolników. To tam powinna się znajdować Maria. Niestety nie mam pojęcia, gdzie to może być. Gdyby ktoś cię zauważył, będziesz musiał go zlikwidować, oczywiście dyskretnie, więc bez żadnych spektakularnych czarów, chyba że sytuacja będzie naprawdę opłakana. Niestety nie będę mógł ci pomóc. Ja jestem już stary, a ty młody, zwinny i cichy. Nie chcę zabijać wszystkich, których napotkam, więc ty się nadasz lepiej do tej misji.

– To, o co mnie prosisz, jest bardzo ryzykowne – stwierdził Piotr.

– Wiem. Nie musisz tego robić, jeśli uważasz, że cię to przerośnie. Chcę po prostu jak najlepiej dla mojej córki. Gdy ją tam widziałem wysiadającą ze statku, wyglądała na przerażoną. Wiktor nie słynie z litości dla swoich niewolników. Wybrała życie z dala ode mnie, ale nie chcę, żeby stała jej się krzywda – mężczyzna zaniósł się kaszlem. – Wiesz, że traktuję cię jak syna, ale z własnej rodziny nie mam nikogo poza nią.

– Zrobię co w mojej mocy – odpowiedział Piotr.

– Dziękuję – szepnął mentor. – A teraz już idź. Będę na ciebie czekał w naszym domu.

Starszy mężczyzna wycofał się w ciemność zaułku, a młody czarodziej pobiegł szybkim truchtem portowymi uliczkami. Wreszcie zostawił za sobą miejskie zabudowania i zaczął wbiegać po stromej, udeptanej ścieżce na wzgórze. Wiedział, który budynek to rezydencja bogacza. Mieściła się na samym szczycie i była dobrze widoczna z dołu. Mimo że został mu jeszcze kawałek drogi do pokonania, zboczył z niej, nie chcąc zostać zauważonym. Wysuszona trawa i chrust z pobliskich drzewek zachrzęściły mu pod stopami. Piotr zbliżał się teraz do budynku jak najciszej. Widział już pojedyncze sylwetki z pochodniami chodzące po ustalonej trasie.

Podszedł i skulił się w krzakach niedaleko głównej bramy. Rezydencja Wiktora była otoczona niewysokim, kamiennym murem. Piotr wyjrzał zza krzaków w stronę strażników pilnujących wejścia. Były to dwa wielkie, łyse osiłki. Mieli skórzane zbroje, a przy pasach zaczepione miecze. Od czasu do czasu robili obchód wzdłuż muru, aż spotykali się przy bramie i zaczynali krótką konwersację. Piotr skierował się w prawo. Chciał ominąć strażników od niechronionej strony. Gdy ich głosy stały się ledwo słyszalne, szybko dobiegł do murku i zwinnie go przeskoczył.

Zaczął się przekradać przez krzaki. Mijał też pojedyncze drzewa rozciągające swe gałęzie ku niebu, jakby chciały złapać gwiazdy. Kierował się na tyły rezydencji. Być może znajdowało się tam drugie, mniej rzucające się w oczy wejście. Czarodziej, przedzierając się przez rośliny, zobaczył nagle patrzącego prosto w jego pierś tygrysa. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zwierzę jest z drewna. Spotkał również drewnianego jelenia i dzika. Najwidoczniej Wiktor lubił takie ozdoby.

Wreszcie dotarł na tylną część posesji. Badał wzrokiem nowy obszar, cały czas będąc schowanym w krzakach.

Znajdowała się tutaj mała, drewniana altanka porośnięta gęsto winoroślą oraz staw otoczony kamieniami. Dalej można było ujrzeć niewielką, drewnianą stodołę. Pomyślał, że może tam byli przetrzymywani niewolnicy. Przy ścianie tego budynku stali dwaj strażnicy. Jeden niepokojąco chudy, a drugi wręcz przeciwnie. Mieli to samo wyposażenie co ci przy bramie. Spoglądali przed siebie wyraźnie senni. Znudzeni jednak mogliby się stamtąd ruszyć pod byle pretekstem. Czarodziej zamierzał to wykorzystać.

Wycofał się głębiej w krzaki i wyczarował kulę światła, taką samą jak w sali w porcie. Posłał ją o dwa metry w bok i czekał. Usłyszał głosy i chwilę później kroki zwabionego tajemniczym blaskiem mężczyzny. Gdy ciało żołnierza zasłoniły rośliny, a jego samego dzieliło parę kroków od światła, włamywacz rzucił drugie zaklęcie. Strażnik padł w jednej chwili na ziemię, robiąc przy tym trochę hałasu. Metalowe części ekwipunku zabrzęczały przeraźliwie. Czarodziej przeciągnął nieprzytomnego w swoją stronę. Znowu się przyczaił i czekał. Tym razem trwało to chwilę dłużej, jednak po dwóch minutach wyszedł z chaszczy, zostawiając tam dwa nieprzytomne ciała.

Podbiegł do stodoły, rozglądając się przy tym na boki. Podniósł belkę blokującą drzwi i otworzył jedno skrzydło. Rozległ się donośny zgrzyt, lecz ze strony domostwa nic nie było słychać. Najpierw poczuł smród niemytych ciał. Chwilę później usłyszał szmery. Nic jednak nie widział, więc wyczarował kolejną kulę. W środku ujrzał kilkunastu mężczyzn śpiących na sianie. Doliczył się czternastu, ale nie widział żadnej kobiety. Kilku z nich obudziło się. Teraz ziewali i przecierali oczy zdezorientowani tą nagłą pobudką.

– Czy są tu jakieś niewolnice? – zawołał bez ogródek włamywacz.

– Nie ma – wymamrotał młodzieniec o rudych włosach.

– A gdzie je mogę znaleźć? – dopytywał.

Rudzielec przyjrzał się spod zmrużonych powiek nieznajomemu. Przyglądał się jego czarnej szacie i zakrytej chustą twarzy.

– A kim ty jesteś? – chłopak zignorował pytanie.

– Odpowiedz mi – warknął Piotr.

– Jesteś tu obcy. Jesteś włamywaczem – powiedział młodzieniec, po czym zaczerpnął powietrza i wrzasnął na cały głos. – WŁAMY…

Nie zdążył dokończyć. Piotr trzasnął chłopaka pięścią w nos, aż rozległo się nieprzyjemne chrupnięcie. Ten poleciał na słomę bez przytomności. Z nosa poleciała krew, barwiąc na czerwono pojedyncze słomki siana. Zaległa cisza. Piotr nasłuchiwał, czy nie nadbiegają strażnicy.

– Ktoś jeszcze ma nadzieję na nagrodę za wydanie mnie? – odezwał się po chwili.
– Odpowiadać na moje pytania albo spalę tę budę – dodał groźnym głosem. Pstryknął, a nad jego palcem wskazującym pojawił się mały płomyczek. Płomyczek, który mógł się przerodzić w pożogę przy spotkaniu z sianem. Oczywiście nie zrobiłby tego, ale niewolnicy o tym nie wiedzieli, a on pilnie potrzebował informacji.

– Niewolnice są przetrzymywane w willi. Pokój jest położony na jej tyłach od tej strony. Możesz nawet zobaczyć ich pomieszczenie przez kraty w ścianie – wybełkotał pospiesznie inny niewolnik.

– Dziękuję za pomoc – Piotr uśmiechnął się groźnie, a płomyczek nad palcem zniknął jak za zdmuchnięciem.

Wyszedł pospiesznie i rozejrzał się po okolicy. Nadal panowała cisza przerywana jedynie szeptami mężczyzn i krzykiem nocnych ptaków. Zaryglował drzwi. Wpadł na pomysł, żeby zostawić stodołę otwartą. Niewolnicy mogliby spróbować uciec, robiąc przy tym sporo zamieszania, które można było wykorzystać. Zdał sobie jednak sprawę, że niektórzy mogliby pójść w ślady rudzielca i ostrzec straż przed intruzem.

Podkradł się do ściany willi. Faktycznie zobaczył nieduże, zakratowane okienko na wysokości jego oczu. Ujrzał kobiety śpiące w równych odstępach na małych łóżkach. Było jednak za ciemno, żeby wypatrzeć konkretną z nich. Nie zawołał ani nie wyczarował światła, ponieważ nie chciał ich budzić. Zamiast tego cofnął się od ściany i przyjrzał się budynkowi. Szukał miejsca, przez które mógłby wejść do środka. Wreszcie znalazł balkon z otwartymi drzwiami. Nie zastanawiając się długo skoczył i złapał się jego krawędzi. Podciągnął się sprytnie i już stał skulony, czekając na jakąś reakcję. Wszedł powoli, uważając na obluzowane deski.

W środku ujrzał śpiącą kobietę niemal zakopaną pod stosem pościeli. Pokój był zapełniony ubraniami. Wszędzie można było zobaczyć rzucone niedbale suknie, koszule, kapelusze i buty. Piotr się domyślał, że kosztowało to niemałą sumę. Wyszedł na korytarz, cały czas pamiętając, w którą stronę powinien się kierować. Sypialnia niewolnic znajdowała się piętro niżej po jego lewej stronie. Wyczarował malutkie światło. Wystarczające, żeby widział co ma pod nogami, ale jednocześnie za małe, żeby ktoś mógł je dostrzec zza rogu. Przeszedł korytarzem, mijając piękne obrazy. Gdyby teraz ktoś postanowił wyjść z pokoju, czarodziej miałby poważne problemy. Zszedł powoli po krętych schodach, aż znalazł się w identycznym korytarzu. Według niego najbliższe drzwi po lewej stronie otwierały sypialnie wykupionych kobiet. Jego podejrzenia okazały się słuszne, gdy zerknął przez zamontowany wizjer. Nacisnął klamkę, lecz drzwi stawiły opór. Piotr zaklął cicho. To przecież było oczywiste, że drzwi będą zamknięte. Szybko rozejrzał się wokół, szukając jakiegoś klucza, lecz nic nie znalazł. Przyszło mu do głowy, że może obezwładnieni strażnicy mają klucze. Mógłby to sprawdzić, jednak oznaczałoby to stratę kilku cennych minut. W końcu zdecydował się na to. Piotr przeszukał strażnika i znalazł to czego szukał. Pęk ciężkich kluczy. Wrócił się do domu i za trzecim podejściem klucz otworzył drzwi. Podchodził do każdej kobiety i przy nikłym świetle szukał płomienistych włosów. Serce zabiło mu mocniej, gdy je ujrzał. Przyjrzał się gładkiej, bladej twarzy i rozpoznał córkę swojego mistrza. Potrząsnął nią lekko. Ta wymamrotała coś niewyraźnie i otworzyła powoli oczy. Gdy zobaczyła przed sobą obcą, zakrytą chustą twarz chciała krzyknąć. Nieznajomy szybko zakrył jej usta swoją dłonią, więc wydobyła z siebie tylko stłumiony jęk. Przyłożył palec do ust i powiedział przyciszonym głosem:

– Jestem tutaj, żeby cię uwolnić. Twój ojciec mnie o to poprosił. Jeśli będziesz wykonywać moje polecenia, wyjdziemy stąd razem.

Maria patrzyła się na niego wielkimi oczami, ale już nie próbowała się odezwać.

– Teraz opuszczę dłoń, a ty nie będziesz krzyczeć, jasne?

Kobieta pokiwała głową, a dłoń mężczyzny powoli zsunęła się z jej ust. Patrzył na nią uważnie, aż odwrócił głowę ku przymkniętym drzwiom.

– Chodź za mną. Tylko ostrożnie – dodał.

Przeszli obok śpiących kobiet, trzymając się za rękę. Piotr zamknął drzwi, a Marii wydawało się, że chrobot przekręcanych kluczy mógłby obudzić zmarłego. Przeszli jedynie kilka kroków, kiedy z sąsiedniego pokoju wyszedł brodaty mężczyzna. Popatrzył się na nich osłupiały i zanim Piotr zdążył rzucić na niego czar, ten zawołał na cały głos:

– ALARM! INTRUZ!

Ledwo zdołał wypowiedzieć te słowa, a już osuwał się na podłogę bez życia. Z pomieszczenia, z którego wyszedł strażnik dobiegały głosy wielu osób i szybkie tupanie. Z pokoju wypadło dwóch mężczyzn z pospiesznie włożonymi butami i przypasanymi mieczami. Na widok uciekinierów wyjęli broń, lecz nie zdała się na wiele. Czarodziej wymruczał pod nosem zaklęcie i żołnierze polecieli z powrotem do sypialni.

– Chodź! – wykrzyknął do Marii. – Musimy się stąd wydostać.

Pobiegł korytarzem prosto, ale kobieta pociągnęła go za rękę w stronę jednych
z drzwi.

– Wiem, jak najszybciej stąd wyjść – powiedziała.

Zobaczył, jak z sypialni wychodzi czterech mężczyzn z bronią w ręku i zdecydował.

– Prowadź – zezwolił.

Pociągnęła go za rękę i weszli do wielkiego salonu z pięknymi meblami i dekoracjami. Przebiegli szybko pomiędzy skórzanym fotelem, a ozdobną wazą, mało jej nie potrącając. Z tyłu było słychać krzyki pogoni, a ktoś zaczął bić w dzwon. Gdy dotarli do drzwi tarasu, za ich plecami ukazało się aż ośmiu strażników. Jeden z nich miał łuk. Maria trzymając pęk kluczy drżącymi rękami próbowała znaleźć pasujący, a w tym czasie pierwszy śmiałek zaatakował.

Zamachnął się krótkim mieczem na Piotra, lecz ten zrobił unik i zmniejszył głowę rywala do rozmiarów jabłka. Ten runął na kafelki, nie dając oznak życia. Reszta na chwilę przystanęła osłupiała. Gdy w ich stronę zaczęły lecieć płomienie ognia, strażnicy zaczęli w panice uciekać. Maria wreszcie uporała się z drzwiami i ścigani wydostali się na taras. Biegli w stronę bramy. Teraz już nie liczyła się dyskrecja. Gdy spotkali wartowników przy bramie, Piotr pierwszego odepchnął na mur. Usłyszeli trzask. Wielki mężczyzna leżał nieruchomo z nienaturalnie wygiętą szyją. Drugi zasnął natychmiast, gdy trafiło go zaklęcie. Strzała przeleciała metr od czarodzieja. Obejrzał się i zobaczył biegnących ponownie mężczyzn. Łucznik nakładał kolejną strzałę. Dotarli do bramy. Była zamknięta. Piotr, niewiele myśląc, rzucił czar w jej stronę. Drewniana brama rozsypała się na drobne kawałki, a jedna z dużych drzazg wbiła się Marii w rękę. Krzyknęła z bólu, lecz biegła dalej. Kolejna strzała świsnęła nad ich głowami. Wbiegli pomiędzy drzewa.

Nagle usłyszeli tętent kopyt. Żołnierze gonili ich teraz konno. Przeciwko jeźdźcom mieli małe szanse, ponieważ Piotrowi kończyła się energia niezbędna do rzucania zaklęć. Mimo to postanowił ostatni raz użyć swojej magicznej mocy. Nadal biegnąc, wymruczał zaklęcie i las pokryła mgła. Po chwili opary tak zgęstniały, że uciekinierzy widzieli ledwie na kilka metrów. Niedaleko za nimi rżały konie, a szukający krzyczeli do siebie zdezorientowani. Na szczęście nie było słychać szczekania psów, które mogłyby ich wywęszyć. Piotr pokazał Marii krzaki i gestami nakazał się w nich schować. Posłusznie wykonała zadanie, a czarodziej poszedł w jej ślady. Czekali tak ukryci.

W pewnym momencie obok nich przeszło dwóch mężczyzn. Piotr aż się wzdrygnął, gdy nagle jeden z nich krzyknął:

– W tej mgle ich nie znajdziemy! Wracamy!

Poszli w stronę rezydencji, jednak Piotr i Maria czekali jeszcze kilkanaście minut, zanim wyszli z kryjówki. Po cichu ruszyli do miasta. Mgła miała się jeszcze utrzymać przez jakiś czas.

Gdy dotarli do pierwszych zabudowań, zaczęło wschodzić słońce. Piotr zapukał do małego domku stojącego w ciemnej uliczce. W drzwiach ukazał się jego nauczyciel. Na widok Marii oczy zaszły mu łzami. Córka padła mu w objęcia i rozpłakała się. Weszli do środka. Kobieta opowiedziała wszystko ojcu i jego uczniowi. Gdy skończyła, mistrz powiedział:

– Musisz stąd jak najszybciej uciec. Wiktor może cię szukać. Nie możemy tak ryzykować. Wsiądziesz na statek handlowy wypływający jeszcze dzisiaj za niecałą godzinę – ton jego głosu ucinał wszelkie próby dyskusji.

– Dobrze – westchnęła Maria. – Dopiero się spotkaliśmy, a już musimy się żegnać.

Wyszli razem i udali się w stronę portu. Tam czekał już załadowany statek, który zaraz miał odpłynąć. Ojciec odprowadził szybko córkę. Pokazał ją kapitanowi.

– To ona. Nie będzie sprawiać kłopotów.

– W takim razie wsiadaj – rzekł kapitan. – Za pięć minut odpływamy.

Maria odwróciła się do swoich wybawców. Przytuliła ich obu.

– Dziękuję za to, co dla mnie zrobiliście.

– To zasługa mojego ucznia – zaśmiał się starzec.

Kapitan krzyknął do nich.

– Dziękuję jeszcze raz – powiedziała Maria i weszła po trapie.

Marynarze podnieśli kotwicę i siedli do wioseł. Łódź zaczęła się powoli oddalać.

– Dziękuję – powiedział cicho mistrz. – Bez ciebie byłaby skazana na okrutny los.

Piotr nic nie powiedział. Obserwował tylko oddalający się statek. W końcu zniknął im z oczu, lecz oni nadal stali na nabrzeżu i patrzyli na horyzont zamyśleni.

                                                           Jakub Wiśniewski

 

Obraz wyróżniający: Obraz bibliocornedo z Pixabay

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj