Moazika / Katarzyna Więcek

0
122

Nie wiem nawet, jak zacząć. Zwyczajnie weszłam do domu, usiadłam w fotelu a on… On tak leży i się nie rusza. Pięknie. Jeszcze tego brakowało, zapijaczona ciotka, okropny system edukacji i jeszcze to. Martwy Burek.

Właściwie mogłam się tego spodziewać, pies swoje lata miał. No cóż, mówi się trudno i żyje dalej, ale szkoda go. On i Weronika byli moimi ostatnimi przyjaciółmi. Została tylko ona.

Burek był mały, więc ławo było wykopać dół w ogródku. Przez niego spóźniłam się do szkoły, na ostatni dzień. Gdy już jednak weszłam do placówki, Weronika przywitała mnie uściskiem.

– Lotte! Hej. Dobrze cię widzieć. A właśnie – przypomniała sobie coś i zaczęła grzebać w kieszeniach. – Szperałam w internecie i nie zgadniesz co znalazłam.

– Zaskocz mnie. – powiedziałam mało zainteresowana, idąc w stronę sali 51. Podążyła za mną.

– Otóż mam ze sobą karty zgłoszeniowe, formularze do różnych szkół. – opowiedziała. Po moim spojrzeniu mogłaby wyczytać, że nie chcę poruszać tego tematu. Nie wiem, gdzie chciałabym iść po zakończeniu szkoły. Pewnie skończy się na jakieś przeciętnej szkółce. Westchnęłam.

– Czemu mnie tym męczysz? – zapytałam.

– Bo widzisz… Tak jakby szukałam w internecie… i znalazłam to. – powiedziała, po czym podała mi broszurę. Widniał na niej nagłówek: Szkoła Artystyczna Vonlad. Tak. Ta najsłynniejsza w całym kraju.

– Po co mi to? – zapytałam przyjaciółki.

– Domyśl się. Formularz już za ciebie wypełniłam. A po szkole podskoczymy do ciebie i zabierzemy kilka twoich prac i zobaczysz że cię przyjmą bo…

– Przestań. – przerwałam jej. – Nie przyjmą. To najbardziej prestiżowa szkoła w kraju.

– Masz wielki talent. Nie zaszkodzi spróbować. – uśmiechnęła się Weronika.

Zacisnęłam usta.

– No niby tak.

– A więc postanowione. Idziemy do ciebie. – powiedziała, po czym wzięła mnie pod ramię.

Nawet nie pamiętam już, na czym zleciał cały dzień. Pamiętam jednak to, że gdy pojawiłyśmy się w moim mieszkaniu, najpierw usłyszałyśmy, a potem zobaczyłyśmy moją, pijaną ciotkę Marię. Darła jakieś kartony w moim pokoju. Wtedy serce zabiło mi szybciej. Boże to moje prace – zorientowałam się, gdy wbiegłam do swojej sypialni. Tęczowe bruliony zostały zniszczone. Pozostało tylko kilka. Od razu, z ochotą walnięcia ją w twarz za zniszczenie mojego dorobku, mojej jedynej radości, zaczęłam uspokajać ciotkę.

– Ty malujesz! – krzyknęła pijana ciotka, po czym czknęła. – Pięknie, ale z zamkniętymi cholera oczami i w nocy! Widziałam wczoraj, widziałam! – krzyknęła ponownie.

Nienawidzę jej. Weronika, znająca moją sytuację rodzinną nie zwróciła uwagi na ciotkę, a zaczęła zbierać ocalałe prace. Zostały te do których miałam mieszane uczucia. Te brzydsze, te symetryczne i dokładne do granic możliwości. Te, podczas których malowania i szkicowania czułam się najgorzej. Dzięki, ciociu. Teraz nawet nie mogę od ciebie uciec do tej szkoły, nie mam nawet cienia szansy. Weronika nie miała innego wyboru, niż wysłać te gorsze prace. Było mi za nie aż wstyd, aczkolwiek dobrze powiedziała – nie zaszkodzi spróbować.

Jakie było moje zdziwienie, gdy kilkanaście dni później zajrzałam do skrzynki pocztowej. List z gratulacjami odnośnie przyjęcia do Vonlad. Cholera. Udało się.

*

Do szkoły pojechałam pociągiem, szczęśliwa, że mogę wyrywać się z domu. Spakowałam wszystkie swoje rzeczy – mieszkać będę w kampusie. Ta szkoła jest jak Hogwart – pomyślałam. Będą uczyć mnie zaklęć, tyle że artystycznych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po wyjściu z peronu zobaczyłam ją pierwszy raz – otoczona wysokim murem, znajdująca się prawie przy klifie, urwisku nad oceanem. Niepewnie, przytłoczona ogromnym budynkiem weszłam przez główną bramę wraz z innymi uczniami. Przy wejściu przeszukali nas jakbyśmy byli bandytami najgorszego sortu. Gdy ktoś miał przy sobie swoje ołówki czy chociażby szkicownik, odbierano mu go. Ja nie miałam nic, bo ciotka nie pozostawiła mi niczego. Ale udało się, jakimś cudem spodobały im się moje nudne, sztywne prace i mnie przyjęli. Zrzuciłam walizki w środku, w kampusie. Mój pokój był szary, nudny. Jedno okno, biurko, łóżko i szafka.Spartańskie warunki, ale cóż. To wciąż najlepsza szkoła na świecie.

Zapoznałam się z innymi uczniami jeszcze przed rozpoczęciem zajęć; żadne z nich nie wyróżniało się niczym konkretnym. Nikt nie miał kolorowych włosów, tatuaży. Wyraz twarzy kazdego był taki sam, ekscytacja zmieszana ze strachem. Podobno z Vonlad wyrzucano za byle pierdołę. Też się tego boje. Gdy w holu, idąc do auli na uroczysty apel rozpoczynający semestr minęłam lustro. Moja twarz wyrażała te same emocje co wszystkich. To dobrze. W końcu wpasuję się w tłum, a ciotka mnie nie znajdzie.

– Witajcie drodzy studenci! – pozdrowił nas dyrektor szkoły.

Zaraz potem zanudził mnie swoją przemową. Ku mojemu zdziwieniu inni słuchali z uczuciem o historii Vonladu, o jego założycielach. Naszła mnie ochota na sen, dość niespodziewana. Poczułam świerzbienie w palcach. Opanuj się. – zbeształam się i jakimś cudem wystałam całą przemowę. Potem odesłali nas do pokojów z naciskiem na nie wychodzenie z nich. Ta szkoła podobno ma dyscyplinę, ale żeby aż tak? Żaden ze studentów nie oponował.

Następnego dnia rozpoczęły się zajęcia.

– Witam w mojej klasie. – tak witał nas każdy z profesorów.

Tego dnia miałam zajęcia z rzeźby, historii sztuki i kilku innych. Nic nadzwyczajnego. – pomyślałam wieczorem, leżąc już w łóżku. Poczułam takie… Rozczarowanie? Nie wiem jak to nazwać. Ale to przecież pierwszy dzień, wszystko może się jeszcze stać, prawda?

Czekałam na przełom, oj czekałam długo. Czekałam, aż coś ciekawego się wydarzy. Większości ludzi z roku podobał się system. Rozmawiając z nimi doznałam wrażenia że są… nudni. Po prostu. Rysowaliśmy, malowaliśmy, rozmawialiśmy razem. Nic ciekawego. Miarka przebrała się, gdy w saloniku w kampusie zaczęli dyskutować o wykładzie profesora historii sztuki. Wyjątkowo nudnego. Jednak ja rozmawiałam z nimi. Wlepiłam się w tłum, choć mnie to gryzło.

– Co sądzicie o tym niuansie? Czyż to nie ciekawy zwrot akcji w historii tego malarza? – zapytał mnie któregoś to dnia Michael, kolega z roku. Spojrzałam na niego z pode łba, nie wiedząc czy żartuje czy nie. Ale może też powinnam taka być? Jak każdy? Więc mu odpowiedziałam.

– Tak, bardzo. – przytaknęłam.

I po jakimś czasie zaczęło mi się to podobać. To przytakiwanie. Sama też zaczęłam włączać się do rozmowy. Czasami miałam tak, że specyficznie świerzbiły mnie ręce, jakbym chciała kogoś uderzyć czy coś. Zaczęłam więc uprawiać jogę, żeby się wyciszyć. Nic to nie dało. Nudziło mi się. Nie dlatego, że było za dużo zadań, czy wykłady były źle prowadzone. Nie. Chodziło o to, że wszystko było takie dopracowane, nie pozostawiało miejsca na margines błędu. Dla przykładu lekcja malarstwa.

– Zajmijcie miejsca, pędzle w prawą dłoń. – usłyszeliśmy rozkaz już na wejściu.

Chrzanić leworęcznych. – pomyślałam wtedy, ale posłusznie zajęłam miejsce.

– Będziemy malować martwą naturę. To oto jabłko i wazon. – profesor wskazał na ustawione na podwyższeniu owoc i naczynie.

Każdy wziął się więc do roboty. Gdy przechodziłam po klasie w celu udania się do toalety widziałam, że każda z prac jest taka sama. Wykonana tą samą techniką. A gdzie miejsce na odrębność?

Gdy malowałam, dłonie drżały mi agresywnie. Rwały się do czegoś. Ta joga naprawdę gówno pomaga. Uspokój się. Co z tego, że nikt nie wychodzi poza standardy? Co z tego, że każdy maluje to samo w ten sam sposób? Przecież to szkoła artystyczna, uczą nas w ten sposób. Uspokój się, dobra? Namalowałam więc obraz jak wszyscy. Podobnie zrobiłam na następnych zajęciach. Rozmawiałam na nudne tematy i śmiałam się z kiepskich dowcipów o historii i wykładowcach. Wpasowałam się.

Kolejny dzień. – pomyślałam nawet entuzjastycznie, wpatrując się w sufit, leżąc jeszcze na twardym łóżku. Spało mi się dobrze, bardzo dobrze wręcz. Zdziwiona spojrzałam na dłonie – zazwyczaj, co rano dygotały, musiałam je uspokajać. Dziś były spokojne. Potrząsnęłam nimi kilka razy, przebrałam się, zabrałam do wyjścia. Patrząc w niewielkie lusterko w łazience zobaczyłam swój własny, chyba nawet nie wymuszony uśmiech. Oj tak, spało mi się świetnie. Z tym uśmiechem zeszłam na dół, wyszłam z kampusu. Przy wyjściu zebrała się spora grupa ludzi. Patrzyli w jeden punkt, po lewej od wyjścia i wymieniali ściszone uwagi. Stanęłam między nimi, ciekawa o co się tak roznosi. I zobaczyłam to. Przepiękny, ogromny, barwny mural przedstawiający tęczowe, mieniące się kolorami jabłko a obok wazon pełen kwiatów.

– Ktoś to musiał namalować to w nocy. – Boże. – powiedziałam do kolegi, Leona. Ten kiwnął głową.

– Boże. – podsumował chłopak.

Nagle z głośników rozległ się głos dyrektora.

– Uczniowie proszeni do auli, uczniowie proszeni do auli w trybie natychmiastowym!

– Apel został ogłoszony, ponieważ w kampusie, w budynku numer jeden powstało… Graffiti, tak. Ohydne graffiti. – powiedział dyrektor szkoły niepewnie.

Ohydne? Ono jest przepiękne. To sztuka, nie to co powstaje na tych durnych zajęciach. Przez tłum studentów przeszedł szmer – sądzili tak samo jak ja.

– On tego nie widział? To jest piękne. – zapytała mnie znajoma z roku Lidia. Wzruszyłam ramionami. – Ktokolwiek to namalował ma talent.

– Trudno się nie zgodzić. – potwierdziłam. Wszyscy przez najbliższe kilka dni rozmawiali tylko muralu. O jego palecie barw, o jego pięknie.

On musiał powstać w nocy, a więc nieznany artysta musiał malować po ciemku. To niewykonalne. Ale cóż, niewykonalne zostało wykonane. Cuda, jak to się zdarzają. Tylko skąd ktoś wziął takie farby? Wyglądały znajomo. Z ciekawości zajrzałam do własnego zbioru – zużyte były te kolory, którymi wykonano mural. Ktoś mnie okradł.

*

Teraz już pilnowałam swoich rzeczy jak oka w głowie. Okradziono mnie, nie ma innej możliwości. Stopniowo temat muralu zaczął zanikać. Ludzie wracali do swoich zajęć. Lekcje trwały normalnie. Zła wiadomość była taka, że ręce znów zaczęły mi drżeć. Ale to pewnie z nerwów, w końcu małymi krokami zbliżałby się święta, czyli powrót do domu. Nie chciałam wracać do ciotki. Burek nie żyje więc niż mnie z nią nie trzyma. Ale z drugiej strony to święta, prawda?

Mijały dni i coraz bliżej powrót do domu. Nie obyło się bez drgawek rąk. Powinnam pójść do lekarza, ale nie teraz, nie. Jeszcze coś wyjdzie i wywalą mnie ze szkoły, a to ostatnia rzecz, jakiej chcę. Spędziłam czas na zakuwaniu nudnej historii i nudnym, schematycznym rysowaniu, malowaniu. Przez ten czas jakoś zżyłam się z tym miejscem, jakby polubiłam nudę. Nie powstał kolejny mural, nikt nie ukradł moich prywatnych farb. Wszystko było nudnie dobrze. Aż do lekcji na świeżym powietrzu.

Wyszliśmy poza mury szkoły, nad urwisko, pod którym rozciągało się morze. Piękne, wzburzone morze. Rozsiedliśmy się z płótnami, pani profesor dała nam farby. Czułam ekscytację. Czegoś tak pięknego nie można zepsuć jakimikolwiek technikami. To nie może być nudne. W głowie już widziałam piękne fale, jakie wydobywają się spod mojego pędzla. Już maczałam go w błękitnej farbie, gdy nagle wiatr ustał, a może uspokoiło się.

– Czyli zmiana planów. – podsumowała pani profesor. Malujecie rzeczywistość, pamiętajcie.

Wszyscy wzięli się do roboty, tylko nie ja. To jakby wszechświat zrobił mi na złość i zniszczył perfekcyjny obraz morza. Gdy malowałam nudną, spokojną wodę, dłonie znów zaczęły mi się trząść. Byłam wkurzona na całą tę przewidywalność, nudę. Chciałam czego świeżego. Jak chociażby zobaczyć inny mural tajemniczego artysty.

Jakież było moje zdziwienie, gdy następnego dnia, na wewnętrznym murze szkoły rozciągało się piękne, wzburzone morze.

Ktokolwiek to robi, muszę widzieć kto. On jest ciekawy, on nie rozmawia o historii i nie jest schematyczny. Od niego chcę się uczyć, nie od zasuszonych profesorów Vonladu. A moich farb znów ubyło.

W końcu przyszedł czas na wyjazd do domu. Święta. W pociągu do domu bałam się, czy ciotka była trzeźwa. Gdy przekroczyłam próg mieszkania okazało się, że owszem. Aż się zdziwiłam. Przygotowałyśmy razem kolację świąteczną (makaron z mikrofali też się liczy, okej?). Było… miło. Aż dziwne. Do poranka następnego dnia.

Ciotka obudziła mnie. Byłam wyspana. Jej twarz była jakaś dziwna.

– Wiedziałam, że lunatykujesz, ale żeby malować przez sen? Po kim ty to masz… – mruczała, po czym wyszła z pokoju.

Jest pijana? O nie, tylko znowu nie to. Myślałam nad jej słowami cały dzień, aż w końcu do głowy przyszedł mi pomysł. Absurdalny, ale pomysł. Przez zaśnięciem rozłożyłam farby na biurku, przygotowałam pędzle. Ciotka jest dziwna, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Włączyłam kamerę, poszłam spać.

Gdy obudziłam się następnego dnia, na ścianie na przeciwko zobaczyłam butelkę wódki i podobiznę mojej ciotki. Boże. Farb ubyło. Cholera. Przejrzałam nagranie z kamery – pokazywało mnie, z zamkniętymi oczami, malującą! W nocy do jasnej! Dobra, uspokój się. To nic. W sensie to duża sprawa, w końcu podczas lunatykowania malujesz. Ale uspokój się. Malujesz to, co przeżyłaś dnia poprzedniego.

Dłonie miałam spokojne, gdy jechałam z powrotem do szkoły. Wiedziałam już, kto jest tym artystą. Ja sama. Dni mijały na nudzie. Dłonie drżały mi, stworzyłam dwie kolejne prace – dwa ptaki odlatujące ku zachodzącemu słońcu oraz kolejny pejzaż wzburzonego morza. Z oby dwóch, jak ze wszystkich byłam dumna jak nigdy w życiu. Gdybym tylko potrafiła stworzyć coś takiego świadomie…

Dni mijały szybko jak szalone, wdrożyłam się w ciąg nudy. Nie powstawały nowe obrazy, dłonie nie drżały mi już agresywnie. Bardzo chciałam znów coś stworzyć, chociażby dlatego, że zbliżało się zakończenie roku. Że to miejsce, mimo swojej nudy i przewidywalności było pełne inspiracji. I taka, po czasie nadeszła do mnie jak grom z jasnego nieba. W internecie powiedziano, że za kilka dni nastąpi noc spadających gwiazd.

Oj, bardzo długo zajęło mi żeby przekonać moich nudnych znajomych do pomysłu, żeby wyjść na dach szkoły i obejrzeć to zjawisko. Ostatecznie zgodziło się pięć osób. Wyszliśmy więc na najwyższe piętro, z niego przez okno i usiedliśmy na jednym z licznych dachów szkoły. Była ciepła, letnia noc.

Przedostatni dzień szkoły.

W końcu widowisko rozpoczęło się. Z ciemnego, nocnego nieba zaczęły spadać gwiazdy, jedna za drugą. Oni wszyscy robili zdjęcia, ale ja po prostu patrzyłam. Patrzyłam i zapamiętywałam każdy szczegół tego piękna, każdą z tych gwiazd ulokowałam w pamięci. Dłonie z entuzjazmu zaczęły mi drżeć. Przez noc nie spałam z poddenerwowania i ekscytacji. Farby przygotowałam na nocnym stoliku.

Zasnęłam w końcu następnego dnia, rano.

*

Gdy uczniowie wyszli na dziedziniec, na poranne słońce, spotkało ich zaskoczenie. Na środku dziedzińca siedziała dziewczyna. Dłonie miała zamoczone w farbie, ozy zamknięte. Malowała. Malowała piękne gwiazdy, śmiała się jakoś nieprzytomnie. To ona była tą artystką, ona tworzyła te tajemnicze murale. Miała dar.

Niewiele myśląc uczniowie pobiegli do swoich pokoi po własne farby, by przyłączyć się do tworzenia piękna.

*

Nagle odzyskałam świadomość. Obudziłam się pośród wielkiego, wielobarwnego dzieła. Spojrzałam na swoje dłonie – nie drżały, były całe w złotej i granatowej farbie. Zgodnie z planem, stworzyłam niebo. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam innych uczniów wokół siebie, malujących ze mną, śmiejących się.

Koniec końców okazało się, że to ja jestem tym, kogo chciałam tak gorliwie poznać. Ja jestem źródłem inspiracji dla samej siebie. I zawsze tak było, po prostu tego nie widziałam. Stworzyłam tę mozaikę, ja sama.

                             Katarzyna Więcek

[Przygotowując  to opowiadanie do druku, w czasie drobnych korekt wciąż zastanawiałem się, z jakiego powodu włączyliśmy to opowiadanie tylko do grupy wyróżnionych? Może należało przyznać mu inną nagrodę?  Pisałem już o tym wiele razy… sztuka nie jest wyścigiem, nie nagrody są tu najważniejsze… ważny jest sam talent i potrzeba tworzenia, wątpliwości jednak pozostają. Ciekaw jestem, jak ocenią to opowiadanie czytelnicy WOBEC?
Z drugiej strony, czytając ponownie wiele opowiadań z poprzednich edycji, widzę, że nasz konkurs im. Bolesława Prusa na opowiadanie dla młodzieży ma sens. (Piotr Kotlarz)]

Obraz wyróżniający: Zdjęcie dodane przez Dennis Ariel: https://www.pexels.com/pl-pl/zdjecie/galaxy-gwiazdy-wszechswiat-swiecacy-10574859/