Metalowy kot

0
24

Mając dwanaście miesięcy, zawsze się zastanawiałam – jak to mieć chłopaka?

Nie taki jak u ludzi. Że wkurzają się, że ta albo tamten kopulował z innymi.

Po prostu. Jak to w świecie zwierząt. Taki chłopak… na chwilę.

Ale teraz, gdy osiągnęłam już wiek czterech lat, marzenia w końcu przekształcą się w rzeczywistość!

Siedzę właśnie na płocie, oczekując na wybranka. Nawet jeżeli będzie ich więcej, to zawsze mogą o mnie zawalczyć, prawda?

Tylko jest problem.

Jestem tu już od rana, obsikałam każdy kąt, zostawiłam zapach wszędzie, gdzie się dało, miauczę na całą okolicę… a nikt się nie zjawił!

Nie widzą mnie, czy co?!

– Witaj, kocico.

Wzdrygam się na dźwięk mruczenia, a po chwili coś ciepłego opiera się o mój bok.

Rudy kocur mruczy uwodzicielsko zbliżając się do mnie tak, że prawie stykamy się pyskami.

– Witaj, kocie – odpowiadam onieśmielona, gdy wtedy pociągam nosem i.… czuję obrzydliwy zapach ludzi i metalu.

Jestem już gotowa go odtrącić, gdy uświadamiam sobie, że ktoś właśnie przyszedł. Może to tylko defekt życia z ludźmi sprawiły, że tak od niego śmierdzi? W takim razie mi to nie przeszkadza!

Mimo to, gdy tylko złażę z płotu, zachęcając go pokazując mu mój kuper, sierść jeży mi się na grzbiecie.

Kot podchodzi do mnie, ale gdy zbliża się zbyt blisko, uderzam go łapą i uciekam.

Nie zniechęcam go jednak. Wciąż idzie za mną.

Nagle przyśpiesza na tyle, by zagrodzić mi drogę. Wówczas powtarzam procedurę uwodzenia i ponownie uciekam, tym razem w drugą stronę.

Dopiero po czasie orientuję się, że jakimś cudem zawędrowaliśmy pod tylne wejście do teatru.

Kiedy chcę go znów zachęcić, Rudas staje dziwnie jak usztywniony, a z jego pyska wydobywa się przeraźliwy dźwięk, który rani mnie w uszy. Próbuję zatkać je łapami, ale w tym samym momencie moje ciało zostaje otoczone siatką i zostaję uniesiona do góry.

– O! Ładna sztuka, Rudy!

Jakiś człek zbliża swoją gębę do mojej. Próbuję go podrapać, lecz nie potrafię przecisnąć łapy przez małe otwory.

Moje przeniesienie z siatki do klatki wyglądało jak teleportacja. Nie wiem, co się dzieje.

Miauczę niezadowolona, drapię w metalowe kraty, nim zostaję przykryta materiałem i niewiele już widzę.

Dochodzące do moich uszu dźwięki oraz zapachy wywołują u mnie atak paniki. Pachnie tu zbyt sztucznie, zbyt… ludzko. Na ulicy nigdy nie zaznałam takiego uczucia, jakby nie było tutaj ani kropli błota czy szczyn.

Po jakiś kilku minutach czuję, jak przez klatkę przechodzą wstrząsy, a potem następuje spokój.

Ktoś odkrywa materiał, więc mogę stwierdzić, że znajduję się w białym pomieszczeniu, a przede mną znajduje się twarz człeka, ale nie tego samego, co mnie złapał.

– Więc, co tutaj mamy, numerze 3? – mówi, jakby zwracając się wprost do kocura, siedzącego mu na kolanach.

– Kocica, wiek cztery lata, w okresie rui. Skanowanie nie wykryło śladów posiadania potomstwa ani żadnych chorób czy pasożytów.

Ten kot… odpowiedział mu ludzkim głosem!

– Dobrze, teraz będzie trzeba ją wykąpać. Cuchnie jak świnia.

Panie! Kilka godzin się wylizywałam, więc nie mówi mi, że… EJ! Łapska precz ode mnie!

Jeżę grzbiet, widząc jak biały człowiek nakłada drugą parę skóry na ręce, tym razem czarnej i podchodzi do drzwiczek klatki.

Kiedy tylko otworzy drzwi, wyskoczę i ucieknę z tego chorego miejsca!

Moje plany spełzają na niczym, gdy człowiek jakby czytając mi w myślach, chwyta mnie tak mocno, że niemal się duszę. Jednym ruchem wyciąga mnie z klatki i unosi w powietrzu za kark.

Nie… Nie mogę się uwolnić! Ratunku! On chce mnie zabić!

Syczę jeszcze głośniej, gdy widzę, gdzie mnie ten człowiek prowadzi – prosto do wypełnionego wodą umywalki. Jednak w ostatnim momencie skręca, ustawiają mnie na blacie tuż obok diabelskiej substancji. Nie mam nawet czasu odetchnąć, gdy czuję ból w moim zadku.

CO ON WYPRAWIA!

Próbuję się od niego uwolnić, ale zaraz czuję, jak nogi uginają się pode mną. Niemożliwe, żebym ostatnio tak przytyła czy jednak…

Obraz rozmazuje mi się przed oczami, a potem wszystko staje się czarne.

Budzę się.

Wokół mnie trwa ciemność, ale pamiętajcie, że jestem kotem. Noc nie jest dla mnie przeszkodą. Mimo to, powoli próbując wrócić do rzeczywistości, zauważam jedną, dziwną rzecz.

Czy moja sierść od zawsze tak się świeciła?

Nie zastanawiam się nad tym długo, gdy przypominam sobie, gdzie jestem.

MUSZĘ Z STĄD UCIEKAĆ!

Drapię w drzwiczki klatki, ale moje pazury szybciej by się stępiły niżby zostawialiby choćby rysę na srebrzystym metalu.

I wówczas go słyszę. Strzygę uszami, gdy ciężkie kroki podchodzą do mnie. Jeży mi się sierść, czując obecność człowieka, który mówi do siebie niewyraźnie, by po chwili odejść niedaleko i całe pomieszczenie rozbłyska tak gwałtownie, że chwilowo mnie zaślepia.

Tylko jak mogłam wcisnęłam się w najdalszy kąt mojego więzienia, gdy biały olbrzym podszedł do mnie. Syczę, gdy próbuje sięgnąć po mnie ochronioną w gruby materiał ręką, z sykiem próbując go podrapać, lecz i to mi się nie udaje… NIC MI SIĘ TUTAJ NIE UDAJE!

– No chodź, koteczku. Kici, kici!

Ja ci zaraz dam kici! Ty wielki, śmierdzący… EJ!

Jego wielkie łapska zaciskają mi się na szyi jak pętla hycla. Jak wcześniej, wyciąga mnie mimowolnie z klatki, wręcz mnie podduszając. Następnie każe mi siąść na metalu, którego chłód przenika przez całe moje ciało.

Próbuję unieść wzrok, a wtedy co widzę?

Ten kocur, w pełni relaksowany, leżał w kłębku smacznie drzemiąc.

I że ja chciałam się z nim rozmnażać…

Jednak wracając do białego olbrzyma.

Wyciąga przede mnie moją prawą przednią łapę i już myślę, że zaraz wciśnie mi cienką metalową rurkę wetkniętą w przezroczysty zbiorniczek, lecz odkłada to coś na bok.

Moja ulga nie trwa jednak długo.

Zaraz w jego dłoni pojawia się coś, co wydaje z siebie dziwne, nieprzyjemne buczenie, a jego małe, ostre elementy przykłada do mojej prawej przedniej łapy. Człowiek jest zbyt silny, bym mogła uwolnić łapę nim zdejmie ze mnie warstwę mojej pięknej sierści, aż do nagiej skóry.

– Spokojnie koteczku, zaraz papa zrobi zastrzyk i będziesz jak nowa!

– Ej! Ty! – miauczę w stronę kocura. – Co on właściwie zamierza mi zrobić?!

Kocur podnosi leniwie głowę i ziewa, ukazując cały szereg ostrych, metalowych zębów.

– Możesz powtórzyć? – pyta sennym wzrokiem.

– CO. ON. ZAMIERZA. MI. ZROBIĆ?!

Czekając na odpowiedź, widzę jak dziwna rzecz jest coraz bliżej mojej łapy.

– Nie pamiętam dokładnie. Chyba ma ci wstrzyknąć drugą dawkę tego czegoś…

– Co to tego czegoś?

– Nie wiem – rzucił odczepienie – chyba masz po prostu bardziej się świecić lub coś w ten deseń.

– Co?

Czekaj. Że czym mam się stać? Święcącym kotem? Co to ma być?

Nagle czuję, jak ból przeszywa moją łapę, a naukowiec zaczyna przeklinać. Po chwili mam dziwne uczucie jak woda spływa z mojej skóry, a w powietrzu unosi się zapach krwi.

– Boże! Żyła ci pękła.

Żyła? To coś, z czego wypływa krew? Prawda?

Czekaj… To znaczy, że ja umrę?!

Jeżeli umrę, to będzie twoja wina, człowiek.

Widzę jednak, że człowiek szybko uspokoił się, i zabrał się za obieranie mojej sierści z drugiej łapy.

No, nie. On chyba jednak pragnie mojej śmierci.

Ból ponawia się, tym razem w drugiej łapie, ale nie jest tak intensywny jak w pierwszej. Mimo to wciąż się denerwuję.

Ja chcę być już wolna!

Człowiek wówczas podnosi mnie (wciąż za szyję) i zamyka z powrotem w moim więzieniu.

– Teraz poczekamy, na efekty, okay?

I zaraz człowieka nie ma.

Zostaję tylko ja i.…ten kocur.

Kładę się zrezygnowana na swoim posłaniu i wzdycham. Spoglądam na kota, który znów uciął sobie drzemkę.

Że ja chciałam się z nim… Eh, już nieważne.

Było, minęło.

Nawet pomimo mojej rui mogę dostrzec, że nie byłby idealnym partnerem.

Pewnie tak go uszkodzili, że nawet nie ma ochoty się parzyć!

A jakby to sprawdzić?

Jeżeli zechciały ze mną kopulować… musiałby mnie uwolnić z tego więzienia!

– Ej! KOCUR!

– Czego? – miauczy niezadowolony, że wybudziłam go z drzemki.

– Jestem w pełni robotem, czy tylko w połowie?

– W połowie, a co?

Nie odpowiadam.

– A co? – ponawia pytanie, wyraźnie wkurzony.

– Chcesz jeszcze kopulować?

To pytanie wyraźnie go zatkało. Potem potrząsa głową jak niedowierzający człowiek i odpowiada z podejrzliwością:

– Coś ty taka nagle napalona?

– Przecież jakbym nie była napalona, to byśmy w ogóle się nie spotkali!

Jego milczenie uznaję za przyznanie mi racji.

I wówczas… TAK! Złazi do mnie!

Podchodzi tuż przed same drzwiczki.

– I że wciąż masz ochotę? – pyta z nadzieją.

– Przecież będę w tym stanie kilka dni, to… co powiesz na teraz? – mrużę oczy.

Bym mogła ci przegryźć kark, dodaję w myślach.

Wnet widzę, że się wyraźnie podniecił. Proszę go, by otworzył już klatkę, co on robi z wielką ochotą. Nim otworzy zamek, szybko rozglądam się za ewentualną drogą ucieczki. Okna i drzwi są zamknięte, lecz już dawno nauczyłam się jak je otwierać. Muszę wskoczyć na klamkę i będę wolna!

Wraz z momentem, kiedy drzwiczki otwierają się, wyskakuję z mojego więzienia. Jednak nie zdążam już skoczyć na podłogę, kiedy czuję jak wielki ciężar przygniata mnie do ziemi i łapie boleśnie za skórę na karku.

– Myslalaś, ze mi ucekniesz? – pyta sepleniąc, trzymając w pysku skórę na moim karku i przygniatając mój tyłek.

Wystawiam przed siebie łapy z nastawionymi wszystkimi pazurami i próbuję się spod niego wyczołgać. Jednak teraz zrozumiałam, że dodatkowe, metalowe elementy robią znaczącą różnicę w wadze.

MUSZĘ. SIĘ. OD. NIEGO. UWOLNIĆ!

Wyciągam łapy tak daleko od siebie, że udaje mi się je zahaczyć pazurami o krawędź stołu. I nim Rudas zdoła cokolwiek zrobić, udaje mi się spod niego wysunąć i skoczyć miękko na podłogę. Zostawiając go za sobą, podbiegam w kilku susach do drzwi i wskakuję na klamkę. Klamka posłusznie opada w dół, a drzwi uchylają się, dając mi upragnioną drogę ucieczki.

Nie zwracam uwagi na niezadowolone miauczenie goniącego mnie kota, za to przyśpieszam kroku.

Będąc tutaj transportowana w klatce, mniej więcej pamiętam układ korytarzy, więc z odrobiną szczęścia powinnam być w stanie uwolnić się stąd. Mijam po drodze zaskoczonych ludzi, którzy krzyczą za mną, ale ja nie mam na nich czasu. Muszę uciekać!

I wówczas widzę.

Okno! I w dodatku otwarte na rozcież, jakby czekające na moje przybycie.

– Zamknąć okno!

O nie. Muszę przyśpieszyć!

Podbiegam i ze wrodzoną sprawnością, wspinam się po ścianie, póki moje pazury nie zahaczą o parapet. Wspinam się na niego i na krótką chwilę odradzam wzrok, by zobaczyć… lecącego w moją stronę kocura!

O kur…

Jego wielkie cielsko wpada we mnie tak, że oboje wybijamy się w powietrze i lądujemy twardo na chodniku.

Próbuję wstać. Przy położeniu jednak lewej przedniej łapy na ziemi, moją kończynę przeszywa ból. Mimo to udaje mi się powstać na trzech pozostałych łapach. Oddychając ciężko, szukam wzrokiem kocura. Dostrzegam go, leżącego na ziemi, w drgawkach, a z jego boku wystaje kawałek ostrego szkła z pękniętej butelki po piwie.

Nie zwracam uwagi na jego jęki. Odwracam się i biegnąc na trzech ocalałych łapach uciekam w oświetloną latarniami ulicę.

Przebiegam między nogami ludzi, którzy krzyczą za mną, ale nie wiem, dlaczego.

Nie jestem tutaj jedynym kotem, więc czym się oni tak podniecają?

Kiedy przebiegam obok sklepowej witryny, natychmiast łapię o co chodzi.

Ja świecę się jak jakiś świetlik!

Każdy włosek na moim ciele, oczy i wąsy lśnią zielonkawym kolorem. Niby jak mam teraz się skutecznie schować przed ludźmi, skoro stałam się takim fenomenem?!

Jeżeli kiedykolwiek jeszcze spotkam tego naukowca, to przysięgam na psią karmę, wydrapię mu oczy!

Próbuję biec dalej, ale naraz czuję, jak opuszczają mnie wszystkie siły. Nie czuję nawet, jak padam na chodnik. Zaczyna mi się kręcić w głowie, a głosy otaczających mnie ludzi nie polepszają sprawy.

-Trzeba go wziąć do weterynarza – do moich uszu dobija się cienki, ludziki głos.

Tylko nie weterynarz… Już u jednego właśnie byłam…

Wówczas czuję, jak chude, kościste odnóża otaczają moje ciało i podnoszą do góry. Nie mam nawet sił, by się bronić czy choćby syknąć z niezadowolenia.

Chcę tylko… spać…

Tylko… spać…

***

Jeżeli jesteście ciekawi, co się ze mną stało, to… powiem w skrócie.

Jakaś dziewczyna wzięła mnie do weterynarza i od razu stałam się sensacją.

Świecący kot? Czegoś takiego jeszcze nie było!

Oczywiście, naukowiec, który przy mnie majstrował wziął mnie z powrotem do siebie i pokazywał światu jako jego dzieło.

Ale już nie narzekam.

Efekty zastrzyku nie były długotrwałe, więc kiedy zaczęto robić doświadczenia na innych zwierzętach, stałam się niepotrzebna.

Dostałam nowy dom od dziewczynki, która mnie zaniosła do weterynarza. Mam własne posłanie, karmę, kuwetę. Stałam się królewną rodziny!

Gdyby nie to, że niedawno mnie wysterylizowali, byłoby idealnie.

Jednak, trzeba cieszyć się z tego co się ma, prawda?

                                             Gabriela Olszak

 

Obraz wyróżniający: Kot. Autor: Krysten Merriman, pexels-photo