KONCERT / Antonina Morowiec

0
1909
W głębokim fotelu rozpostarłszy fałdy,
oddaję się z lubością poszukiwaniu prawdy.
Kamienne me serce rysą przeorane… strachem miotane…
Stopa centrali czerwonego Pearl’a miarowo wybijała ćwierćnuty w metrum cztery czwarte…
Pammm…dwa, trzy, pari pa rammm dwa, trzy
Pari ra ram dwa, trzy,  pari ra ram dwa, trzy
Grawerowane na szlachetnym drewnie pałki niczym koliber uwijały się na break’u, wystukując po każdej ćwierćnucie miarowe szesnastki:
cyk cyk cyk cyk
cyk cyk cyk cyk
cyk cyk cyk cyk
cyk cyk cyk cyk
Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta… Sekcję rytmiczną w szaleńczy wir wprowadził przejmujący tembr basowego Ibaneza, szarpiącego  małe „e”, w miarowej półnucie z kropką, dopełnioną ósemką i ćwierćnutą…
pammm pa pam
pammm pa pam
Stojąc na scenie z lekko ugiętymi kolanami, począłem falować w rytm przejmującego bitu.
Czułem się jak nowo narodzony…  Reżyser światła zapalił jupitery prosto w moją twarz, niczym szpitalne lampy nad stołem operacyjnym. Potężny punktowiec pokrył wiązką światła moją wątłą posturę. Całe moje ciało wzdłuż kręgosłupa przeszył dreszcz emocji. Tak spełniało się największe marzenie mojego  życia. Stałem na scenie przed prawdziwą, licznie zgromadzoną publicznością… W całość występu z wolna włączył się oboista. Wprawnym, nieprzerwanym zadęciem rozpoczął improwizację na temat Wiosny Vivaldiego… Wtem tłum zaczął napierać na ustawione pod sceną bariery ochronne. Dało się słyszeć nieprzyjemne okrzyki pracowników ochrony.
– Hej tam, gówniarstwo! Odsuńcie się od barierek! Słyszycie? – wydzierał się jakiś typek                  w mundurze.
Tłum jednak ewidentnie zignorował nieokrzesanego pracownika firmy ochroniarskiej.
Ktoś z oddali krzyknął:
– Grajcie dla nas! Grajcie dla nas!
Spodobało mi się to bardzo. Koleś przyszedł na koncert posłuchać dobrej muzyki i postanowił nam przekazać, że jest i że czeka.
– Everybody! Zróbcie hałas Kielce!- zachęciłem zgromadzoną w parku młodzież.
Tłum, włączając się do śpiewu,  ryknął pełnym głosem:
Pam…dwa, trzy, pari pa rammm dwa, trzy
  Pari ra ram dwa, trzy,  pari ra ram dwa, trzy
W tej sekundzie byłem tak zaskoczony potężną odpowiedzią publiczności, że zapomniałem słów i zaciąłem się przed rozpoczęciem drugiej zwrotki.
– Essa moi państwo, total chilout mnie ogarnął… jeszcze nie nakręcił rymu, a już finał zaczął… – wyartykułowałem z mocą.
Naprędce próbowałem nawinąć rym. Chyba nikt nie obczaił tej wtopy.
– Lokalny artysta, wschodząca gwiazda małopolskiego hip – hopu, zawsze potrafi wybrnąć… -pomyślałem, poprawiając niedbale dłonią zaczesaną na bok grzywkę.
Towarzyszący mi zza konsolety DJ Qubus, popędził z bitem.   Otarłem pot z twarzy, przechylając małą buteleczkę wody mineralnej.
– To zawsze pomaga zapełnić dziurę w tekście – wypaliłem w stronę publiczności z nieskrywanym, szelmowskim wręcz uśmiechem. – Zwykle w tym miejscu do głosu dochodzi narrator! Niechże tak będzie i tym razem! – krzyknąłem do kolegi. – Krzysiu! Do głosu dochodzi narrator! – powtórzyłem.
– Tak, już dochodzę! Do głosu… – warknął Krzysiek niosący aktualnie dzbanek z gorącą herbatą. Niefortunnie stanąwszy, potknął się i upadł na brzuch. Obolały zadarł głowę do góry.  Ze sceny widać było bezkresne morze pląsających ponad głowami, unoszonych w rytm muzyki dłoni. Nooo, może nie bezkresne… No dobra, tłum pląsających młodych ludzi, dziewcząt i chłopców. Nie bądźmy takimi szczególarzami…W porządku! Pod sceną tańczyła duża grupa młodzieży!
– Extra! Sumienie mnie gryzie…-  pomyślałem. – Dobra, ostatecznie… przyszło kilkadziesiąt osób z mojej szkoły,  ale jestem pewien, że im się podobało. Krzyczeli głośniej niż bezkresne morze. Głośniej niż muzyka i głośniej niż przenosił mój mikrofon. W zasadzie było słychać tylko ich. Moim mikrofonem była butelka malinowej wody mineralnej z dyskontu. Ale i tak czułem się jak ktoś wyjątkowy. Czułem się naprawdę jak gwiazda. Wyjątkowy jak wnuczek w reklamie cukierków Werther’s Original… On także był kimś wyjątkowym…
Rzuciłem kurtkę w kąt i zeskoczyłem ze sceny. Grupa słuchaczy rozpierzchła się gdzieś pomiędzy drzewami otaczającymi muszlę koncertową. Gdzieniegdzie słychać było chichot rozemocjonowanych nastolatków…
Idąc w stronę domu, kopałem mój niby mikrofon po asfaltowym chodniczku. W głowie kłębiły mi się marzenia o karierze muzyka. Było mi bardzo żal, że ten wspaniały koncert z garstką publiczności w rzeczywistości się nie odbył. Muzyka była puszczana z telefonu, który trzymałem w kieszeni. Reszta efektów to efekt mojej wybujałej wyobraźni. Rozplanowałem już każdą sekundę upragnionego scenicznego debiutu. Niestety, przynajmniej na razie wokół nie było ani świateł jupiterów, ani oboisty, ani wypasionych instrumentów, ani nawet DJ Qubusa. Szedłem zupełnie sam, karmiąc się marzeniami.  Dobrze, że chociaż teksty są moim prywatnym dziełem, przynajmniej mogę je rapować sam dla siebie.
,,…wśród rozkołysanych drzew, kamiennych głazów
idę wzdłuż rzeki tej i w niej tonących lasów,
przyrody miły tembr, radosne brzmienie
uszy ukoi dźwięk, pszczoły…, szerszenie…
pam, pa rira pam pamm
pa rira pam pam
pa rira ram pammmm…

 

ten piękny krzewów  szum, przyrody drżenie…
pod nogi bracie spójrz, sterczą korzenie!
Wędrując ścieżką tą trudno zdobytą,
idziemy patrząc w przód!
Idziemy ścieżką litą!”
Mrucząc rytmicznie pod nosem, przemierzyłem całe miasto.. Minąwszy szkołę, zatrzymałem się przez chwilkę na ławce. Obok znajdował się dom. Budynek zadbany, równiutko skoszona trawa, porozrzucane przy piaskownicy kolorowe foremki. Nagle na podwórku pojawiła się dziewczyna, zgrabna blondynka.
– Cezar!- krzyknęła donośnym głosem, kładąc miskę z karmą.
Natychmiast stanął przed nią niewielki kundel, wesoło merdał ogonem.  W tym momencie mój niby mikrofon  zsunął się z ławki, wydając bliżej nieokreślony dźwięk.  Blondynka od razu skierowała na mnie swój przenikliwy wzrok.
– Co tu robisz? Szukasz kogoś?- zapytała, podchodząc w moją stronę.
– Nie, nie… Tak sobie spaceruję…- odparłem zakłopotany.
Staliśmy blisko siebie, sytuacja wydała mi się niezręczna, więc postanowiłem zagadać. Między mną i nieznajomą wywiązała się dłuższa rozmowa. Dziewczyna miała na imię Ala. Okazało się, że ona również pisze poezję, ale nie rapuje, tylko ją śpiewa. Okazało się też, że chodzimy do tej samej szkoły muzycznej. Ja gram na gitarze, natomiast Alicja na fortepianie. Od tej rozmowy zaczęła się nasza znajomość. Obydwoje byliśmy zakręceni na punkcie muzyki. Przez następne miesiące regularnie spotykaliśmy się w szkole, wspólnie spędzaliśmy przerwy na komponowaniu piosenek. Ja rapowałem, zaś Alicja śpiewała refreny, towarzysząc nam grą na fortepianie. Zakradaliśmy się do auli i wyobrażaliśmy sobie, że występujemy przed prawdziwą publicznością. Połączyły nas wielkie marzenia o występach i karierze muzycznej.
Któregoś dnia, podczas jednego z takich spontanicznych występów na auli zaczęliśmy z Alą otrzymywać niezliczoną ilość polubień na fejsie i nie wiedzieliśmy z jakiego powodu… Okazało się, że to pani woźna prowadziła liva z naszym występem na facebooku. Wszyscy nasi znajomi to widzieli, nie tylko znajomi zresztą. Po wyjściu ze szkoły nasze telefony nie pozwalały nam o sobie zapomnieć. Co sekundę przychodziły lajki, łapki, gify i gratulacje.  To, że byliśmy zaskoczeni, to mało powiedziane, byliśmy w totalnym szoku!
– Czy możesz uwierzyć w to, co się dzieje? – rozemocjonowany zapytałem Alicję.
– Nie, nie potrafię!  To naprawdę niesamowite!- odpowiedziała. – Wiesz, czuję się wyjątkowo, tak wyjątkowo jak wnuczek z reklamy Werther’s Original, o którym mi opowiadałeś.
Wtedy przypomniałem sobie mój koncert w parku, ten z DJ Qubusem i znajomymi z klasy. Ten blask jupiterów, oboista, basujący Ibanez i niekulturalny gość z ochrony…  Od tamtego wymarzonego koncertu, który zagrałem w mojej wyobraźni, rozpoczął się nowy rozdział życia. Nie tylko muzycznego, to wtedy przecież poznałem Alicję…
Jakby tego było mało, następnego dnia sekretarka ze szkoły muzycznej  wręczyła Ali
i mnie zaproszenie do programu telewizyjnego, w którym młodzież prezentuje swoje talenty. Otrzymaliśmy je od producenta muzycznego, który widział nasz szkolny występ. Okazało się, że nasza pani woźna jest jego mamą i wzruszona przesłała mu to nagranie. Myślę, że w życiu nie ma przypadków, dlatego zrobię wszystko, by wykorzystać tę szansę. Może i ja kiedyś wyślę komuś zaproszenie do programu. 
                        Antonina Morowiec 

 

Obraz wyróżniający: Obraz charlie0111 z Pixabay