Kataryniarz / Jan Skoumal

0
33

Muzykę słyszy każdy.
Gdyby chwycić ją za ogon i niczym po nitce udać się do jej źródła, dotarłoby się do stojącego w cieniu kamienicy kłębka. Kłębkiem tym była czerwona, wsparta na kwartecie szerokich kół katarynka z pozłacanymi piszczałkami. Muzyka wydobywała się z niej za sprawą obracanej z piskiem miedzianej korby.                                                                     – Jaka piękna! Mamo, mamusiu, zobacz!
Kobieta w szarej sukni dała pociągnąć się w kierunku instrumentu. Patrzyła, jak jej córeczka tańczy i klaszcze do melodii. Uśmiechnęła się.
– Piękna, racja – powiedziała, po czym sięgnęła do portmonetki. – Masz, wrzuć.
Dziewczynka podeszła do leżącego na ziemi kapelusza i wrzuciła do niego monetę. Katarynka rozbrzmiała radosnym dźwiękiem, wtórując piskom i oklaskom dziecka. Blond loki układały się w aureolę wokół małej, skaczącej główki.
– Pora na nas – rzekła po dłuższej chwili matka. – Mamy sprawy do załatwienia, prawda?
Poprowadziła dziewczynkę w dalszą drogę. Nagle zza rogu wyłonił się wysoki mężczyzna w płaszczu. Ledwie uniknął zderzenia z kobietą, gubiąc przy tym nakrycie głowy.
– O, przepraszam – powiedział, kłaniając się i jednocześnie podnosząc cylinder. – Człowiek w pędzie poturbowałby, uchowaj Boże, dwie piękne damy. Paniom nic się nie stało?
– Wszystko w porządku – odparła matka. – Dokąd się tak panu spieszy?
– Na giełdę, droga pani, na giełdę. Spotkam się tam z dobrym znajomym, maklerem, w sprawie akcji trzech fabryk oraz kolei, wykupionych przeze mnie… Na litość boską, ile można?!
Spiorunował spojrzeniem grającą katarynkę.
– Partactwo – prychnął i pokręcił głową. – Krzykliwe rzępolenie próbujące udawać muzykę, ot co! Gdybym tylko miał taką władzę, przerobiłbym na drzazgi wszystkie te…
– Pięknie gra… – wtrąciła dziewczynka.
– Pan wybaczy – rzekła kobieta – ale pora na nas. Do widzenia!
Mężczyzna został sam z katarynką, której dźwięk zrobił się smętny i drażniący. Zmierzył ją jeszcze raz wzrokiem.
– Pomyśleć, że są ludzie – mruknął, gdy spostrzegł zawartość kapelusza – którym nie żal pieniędzy dla takiej kpiny…
Ruszył szybkim krokiem, by omal nie staranować niskiego, wąsatego mężczyzny, który znalazł się na jego drodze.
– Po stokroć przepraszam, przyjacielu!
– My się znamy? – spytał wąsacz.
– Przecież właśnie idę na umówione z tobą spotkanie. Zapomniałeś? Akcje
kolei i trzech fabryk…
– A, to pan – mruknął makler. – Toż dzisiaj święto, giełda zamknięta! Wyszedłem na spacer, odetchnąć i posłuchać czegoś innego niż krzyki spekulantów… O, proszę. Uśmiechnął się na widok grającej katarynki. Tupnął kilka razy do rytmu i zanucił skoczną piosenkę, którą zaczęło grać pudło. Pozdrowił jadącego konno stójkowego. Nawet nie zauważył, jak jego rozmówca odszedł, mrucząc coś o niepotrzebnych świętach i partactwie.
– Kogo ja widzę!
Gdy makler odwrócił wzrok od instrumentu, ujrzał mężczyznę w beżowym garniturze, prowadzącego pod ramię leciwą, bladą kobietę.
– Mój drogi poeta – zaśmiał się wąsacz – oraz jego piękna małżonka! Witam!
– Zażywa pan kultury ludzi prostych? – rzekł poeta na widok rzępolącej katarynki. – Zapraszam na wieczór poetycki w naszej kawiarni, pozna pan, czym jest prawdziwa sztuka.
– Wyższa kultura chyba nie jest dla mnie – odparł makler. – Ja jestem człowiek prosty i matematyk, mi dźwięki katarynki na rynku wystarczą za wszystkie opery i balety świata.
– Ach, opera – westchnęła kobieta. – Mon coeur…
Do katarynki podszedł żebrak. Chwilę kiwał głową w rytm muzyki, po czym skoczył, porwał z kapelusza jedyną monetę i rzucił się do ucieczki.
– Złodziej! – krzyknął makler. – Łapać złodzieja! Stójkowy!
– Ach… Je suis mal…
Kobieta omdlała prosto w ramiona męża.
– Lekarza! – krzyknął poeta.
Pochylony w siodle stójkowy wyrósł jak spod ziemi, przegalopował tuż obok wąsacza, po czym zniknął za rogiem. Poeta klęczał z głową swojej żony na kolanach, wachlował ją dłonią i wołał za lekarzem. Katarynka zagłuszała jego krzyki. Po chwili pojawił się brodaty Żyd z walizką medyka, z której wydobył buteleczkę amoniaku. Gdy podsunął ją kobiecie pod nos, ta ocknęła się z jękiem.
– Ach, powietrza… je me meurs…
– Zabieramy ją stąd – zarządził poeta. – Prowadź do lecznicy!
Wziął półprzytomną kobietę na ręce i poszedł za Żydem. Makler otarł łysinę z potu i z mniejszym od wcześniejszego entuzjazmem spojrzał na katarynkę. Grała cichą, zmęczoną melodię. Nadjechał stójkowy. Do siodła przywiązaną miał linę, której koniec pętał nadgarstki żebraka. Obdartus potykał się i powłóczył nogą, próbując nadążyć za jeźdźcem.
– Ot, mamy gaszka – rzekł wąsacz. – Powinszować.
– Posiedzi sobie w turmie, to zmądrzeje – odparł stójkowy, rzuciwszy maklerowi srebrny krążek. – A oto pańska moneta.
– Ależ ona nie jest moja…
Jeździec go nie usłyszał. Przyspieszył konia i wyszczerzył się, gdy żebrak upadł na ziemię i zaczął szorować po bruku. Kiedy byli już daleko, makler spojrzał na monetę, która wpadła pomiędzy dwie kostki brukowe. Machnął ręką i odszedł, gwiżdżąc.
– Mamo, zobacz! Pieniążek!
Katarynka rozbrzmiała radosnym tonem. Dziewczynka podbiegła i wygrzebała monetę ze szczeliny. Pokazała ją obwieszonej torbami matce.
– Schowaj ją na później – powiedziała kobieta w szarej sukni. – Może coś za
nią kupisz?
Gdy matka z córką odeszły, muzyka poniosła się po całym rynku i rozsiała wokół dziesiątki ogonów. Wszystkie prowadziły do skrytego w cieniu kamienicy, czerwonego pudła z pozłacanymi piszczałkami, wspartego na kwartecie szerokich kół i żyjącego dzięki korbie, którą kręci wprawna dłoń kataryniarza.
Kataryniarzy nikt nie zauważa.

                                                          Jan Skoumal

Jan Skoumal – prozaik, odnajdujący się w krótkiej formie, nie przestający jednak marzyć o
napisaniu pełnokrwistej powieści. Swoim piórem stara się sięgać ku dawnemu językowi i epokom, by tchnąć w nie nowe życie w otaczającej nas rzeczywistości. Publikował na łamach Kwartalnika „Wyspa”, portali „Pisarze.pl”, „Wobec” oraz miesięcznika „Bezkres”, a także w antologiach literackich i prasie lokalnej. Członek redakcji Miesięcznika Społeczno-
Kulturalnego WOBEC. Jest laureatem konkursów literackich, m.in. ogólnopolskiego konkursu „Mistrzowie i patrioci” pod patronatem Prezydenta RP Andrzeja Dudy (2019) oraz
Nagrody Marszałka Województwa Opolskiego za osiągnięcia w dziedzinie literatury (2020). Studiuje prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Krakowie bierze udział w spotkaniach Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich oraz w życiu artystyczno-literackim miasta. Prowadzi stronę internetową, gdzie publikuje swoje opowiadania i przemyślenia:
https://janskoumal.home.blog/.

Obraz wyróżniający: Obraz Silviu on the street z Pixabay