Biała pani / Olga Budyn

0
89
– Pani profesor?
Podnoszę oczy znad książki. Widzę, jak materiałowa płachta zasłaniająca wejście do namiotu unosi się nagle i ukazuje mi zakurzona czuprynę Ani. Moja studentka zdejmuje szeroki kapelusz i czeka, nieśmiało zaglądając w głąb namiotu.
Unoszę się lekko na turystycznym krzesełku i gestem zapraszam Anię do środka.
 – Co tam?- pytam, zamykając książkę i odsuwając ją dalej po blacie przenośnego stolika.- Macie coś ciekawego?
Ania otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamyka. Waha się. Już mam jakoś popędzić dziewczynę, gdy ona odchrząkuje cicho i mówi:
– Znaleźliśmy grób. Kurhan po północnej stronie grodziska. Chłopaki właśnie tam teraz kopią, jakby było coś jeszcze.
Klaszczę głośno w dłonie i podrywam się z krzesełka. Metalowy stelaż siedzenia skrzypi cicho, gdy odsuwam je nogą. Sięgam po leżący kawałek dalej notatnik.
 – Wybornie!- chwalę, jednocześnie odnotowując znalezisko.- To co,  Aniu, prowadź!
 Dziewczyna prostuje się na moje słowa i posłusznie kiwa głową.
– Oczywiście, pani profesor- duka pokornie, odsuwając mi płachtę namiotową, jakby trzymała drzwi.- Tylko…
 Zatrzymuję się w pół kroku i obracam do Ani. 
 – Tylko co?
Dziewczyna pochyla ramiona do przodu i garbi się lekko. Mam wrażenie, że widzę na jej twarzy, zwykle ciepłej i melancholijnej, jakiś posępny cień. 
 -Tyle że ten grób jest dziwny.
Wzdycham ciężko, biorąc się pod boki. Doprawdy, uwielbiam to określenie ,,dziwny” w ustach młodzieży. Może znaczyć absolutnie wszystko, a jednocześnie nie mieć żadnego znaczenia. Kiwam tylko ospale głową, na znak że słowa Ani dotarły do mnie, po czym odzywam się:
 – Aneczko. Moja droga, czy rozumiesz, że dzięki temu, że ktoś miał kiedyś, dawno temu, ekscentryczną koncepcję pochówku, my, archeolodzy mamy dzisiaj pracę? Teraz, chodź, pokażesz mi, cóż cię tak w tym grobie zszokowało. A po drodze, raczysz mi wyjaśnić, co w twoim rozumieniu, znaczy ,,dziwny”?
Zaczynamy maszerować przez obozowisko, w kierunku lasku. Pomiędzy gałęziami koron widać już majaczący na tle nieba obły pagórek, nasze grodzisko. Wzniesione gdzieś w pierwszym wieku naszej ery, służyło naszym słowiańskim dziadom prawdopodobnie jako obronna twierdza, ale mamy też kilka innych teorii. Takie konstrukcje czasami zmieniały na przestrzeni lat swe znaczenie, czasem będąc warownią, czasem zwykła osadą… Albo, jak to nasze tu, nosi ślady pełnionej funkcji sakralnej. 
Ania, idąca krok w krok obok mnie, odchrząkuje pod nosem. Zerkam na nią i gestem zachęcam do powiedzenia, co jej chodzi po głowie. Dziewczyna najpierw zaciska usta w wąską kreskę, a potem powoli zaczyna wywód: 
– Dawni Słowianie urządzali przede wszystkim pochówki całopalne- zerka na mnie, jakby szukając potwierdzenia. Kiwam głową, zapewniając, że dziewczyna ma rację.- Wiadomo, że zdarzały się czasem inne… No i ten jest inny. Szkielet ułożony jest w bardzo nietypowej pozycji, nie takiej zwykłej, leżące, czy embrionalnej. Zresztą, zobaczy pani, bo ciężko to trochę wyjaśnić. Szkielet ma też na sobie pełno… no, to jest spektakularne, cały obwieszony jest biżuterią. 
Wydymam usta i wygwizduję kilka arogancko brzmiących dźwięków. No, chyba już zaczynam rozumieć, co w tym przypadku znaczy ,,dziwny”. Moi podopieczni ewidentnie musieli odkopać jakąś grubą rybę.
Wspinamy się na pagórek grodziska, od zewnątrz niepozorny, ale gdy stajemy na szycie ziemnego wału, złudny obraz zwykłej górki rozwiewa się w nic. Wzniesienie jest lekko wklęsłe, przez co w środku rozciąga się płytka niecka. Idealne miejsce na postawienie ostrokołu, wzmocnionego przez ściany wgłębienia i zabudowanie płaskiej powierzchni wewnątrz. Teraz oczywiście nie ma tu żadnych budowli- no, poza naszymi stanowiskami, rozłożonymi tu kilka dni wcześniej. Po zbudowanych setki lat temu drewnianych konstrukcjach nie pozostał już nawet pył. Przechodzimy przez pole prac wykopaliskowych, witając się krótko z naszymi utytłanymi w ziemi towarzyszami. Znakomita większość to młodzi ludzie, studenci, wszyscy o spalonych słońcem policzkach i błotnistymi plamami na kolanach. Zewsząd dobiega mnie odgłos wesołych rozmów i widzę skryte pod rondami kapeluszy uśmiechy. Ileż oni mając energii, myślę sobie i sama się uśmiecham.
Anka widzie mnie między stanowiskami, na drugą stronę grodziska. Znów wspinamy się na wały i wkraczamy na wydeptaną, biegnącą między kępami pokrzyw ścieżkę. Staram się stawiać stopy dokładnie tam, gdzie Ania, która wydaje się instynktownie unikać obluzowanych kamyków. Szybko pokonujemy spadzisty stok grodziska i zagłębiamy się w cień gęstego, przylegającego do górki  lasku. 
Gałązki leszczyn nachylają się nad ścieżkę i machają mi przed oczami swoim bujnym listowiem. Szkoda, że nie użyłam preparatu na kleszcze, myślę, gdy kolejny pęd ociera mi się o włosy. Nie wygłaszam jednak tego spostrzeżenia, po prostu prę dalej śladem Ani. Chciałam wyjechać w teren, to teraz mam za swoje.
Wychodzimy na wąską polankę, prawie całą skryta w zielonym cieniu drzew. Jest tu dość tłoczno- udaje mi się naliczyć jedenaście osób kręcących się dookoła wydzielonego sznurkiem otworu w ziemi. Kilkoro klęczy na ziemi, zaglądając z zaciekawieniem w wykopaną dziurę, reszta stanęła ścisłą grupą na okalających stanowisko hałdach i tak samo wygina szyje do środka. Dyskutują zaciekle. Z wielkim przejęciem i zaangażowaniem. Mogę to poznać po padających raz po raz wulgaryzmach. Podchodzimy z Anią bliżej i nagle sprzeczka studentów cichnie.
– Moi kochani- odzywam się, popatrując znacząco na tych z najmocniejszym zasobem słownictwa.- Ania przekazała mi, że macie pod tym, co zostało z kurhanu, coś nietypowego. Mogę zobaczyć?
Studenci rozstępują się przede mną jak Morze Czerwone, odsłaniając mi drogę do wykopaliska. Podchodzę do dziury, staję na skraju i zaglądam do środka. I zapiera mi dech.
Moim oczom ukazuje najpiękniejszy szkielet, jaki w całym moim życiu i w całej mojej karierze widziałam. Kości są filigranowe, gładkie i w jakiś cudowny sposób, całkiem białe- zupełnie jak porcelana, w niczym nie przypominająca ciemnej barwy zwyczajnych szczątków. Od razu zerkam na miednicę, szeroką od góry i przywodzącą na myśl otwarty kielich kwiatu. Bez wątpienia są to szczątki kobiety. Potwierdzeniem tej tezy są oplatające czoło, szyję i przeguby zwoje naszyjników, pozostałości ozdobnych rzemieni i bransolet. Na żadnej z ozdób nie ma ani krzty patyny, wszystkie świecą w blasku dnia bielą czystego srebra. 
 Nie mogąc oderwać oczy od szkieletu, kiwam z uznaniem głową.
– No, no- mruczę do zebranych.- Piękną damę żeście znaleźli. Odczyściliście te kości? A biżuteria? Nie mogę uwierzyć, to spędziło dwadzieścia wieków w ziemi, a świeci się jak nowe!
Stojący najbliżej mnie student, ciemnowłosy chłopak, kręci przecząco głową. Podchodzi do mnie bliżej i podsuwa mi zawinięty w białą szmatkę, zagadkowy przedmiot.
 – Nie, pani profesor- mówi, a ja odbieram do niego zawiniątko.- Ona była taka biała, gdy ją odkopaliśmy. I znaleźliśmy pochowane z nią… dziwne rzeczy. Proszę zobaczyć.
Znowu ,,dziwne”, myślę, odwijając wykopalisko ze szmatki. Chociaż, tutaj nie mogę się nie zgodzić, gdy rozpoznaję w trzymanym przedmiocie… nożyczki.
Ostrożnie trzymając przez materiał, unoszę na wysokość twarzy przerdzewiałe, topornie wykonane, metalowe narzędzie.
Mruczę cicho, przyglądając się nożycom. W pierwszej chwili skojarzyłam je z takimi do strzyżenia owiec, ale… Nie no, do cholery, ta panienka z kurhanu nie wygląda przecież na prosta pastereczkę! Chyba że, nożyce nie mają związku z tym, co dziewczyna robiła za życia, wręcz przeciwnie… Zawijam nożyce z powrotem w szmatkę i podnoszę wzrok na studentów.
 – Moi drodzy, któreś z was ma może jakieś sugestie, co do przeznaczenia tych nożyczek?- zwyczajowo pytam młodzież o opinię.- Pomyślcie, a ja w międzyczasie przyjrzę się jeszcze szkieletowi.
Studenci znowu rozpoczynają dyskusję, a ja ponownie pochylam się nad szczątkami. Mimo, że z początku szkielet aż oślepił mnie swym pięknem, teraz coś mi tu zaczynało nie grać. Oglądam kości w milczeniu. 
Ania powiedziała mi, że zwłoki ułożone są w nietypowej pozycji i owszem- nie myliła się.  Widzę, że ręce dziewczyny są zetknięte nadgarstkami, zgięte i przyciśnięte do prawego policzka. Przy czym reszta ciała pozostaje położona na plecach. Coś, jakby ktoś przed złożeniem do grobu związał jej przeguby… Patrzę na nogi i zauważam coś podobnego. Mniej więcej na wysokości kostek, kończyny wygięte są pod mocno wymuszonym kątem i jakby skręcone do wewnątrz. Nie wiedzieć czemu, ale krzywię się. Aż potrafię wyobrazić sobie grube, konopne powrósło, którym ta nieszczęśnica została związana. 
 -Pani profesor?- z zamyślenia wyrywa mnie dziewczęcy głos. Podnoszę oczy i ukazuje mi się kucając obok mnie Kasia. Poznaję ją zawsze po rudym warkoczu.- Jest jeszcze jedna rzecz, która wydaje się nam zaskakująca. Widzi pani, że szkielet jest całkiem kompletny?
Cholera jasna, myślę sobie, nie brakuje ani jednej kosteczki! No, o takim trupku wszyscy moi koledzy i koleżanki po fachu śnią całymi nocami… Znowu potakuję.
 – Tak. Zgadza się. O patrzcie, paliczki są nawet w komplecie. Ho, wzbogacone nawet o kilka pierścionków. Masz rację, moja droga, niczego nie bra…
 Urywam w pół zdania. Mój wzrok przewędrował z końcówek palców po ramionach i dotarł do pięknej, symetrycznie ułożonej klatki piersiowej. I tu zauważam pierwszy defekt. Skaza mieści się zaraz przy mostku naszej białej damy, dokładnie tam, gdzie piękna, płaska kość powinna stykać się z żebrem. Ale się nie styka. Żebro, wdzięcznie wygięte, złożone równolegle do swych sióstr, jest jakby za krótkie- kończy się kilka centymetrów wcześniej niż inne, nie dosięgając do mostka. Ale ono kiedyś takie nie było. Tam, gdzie ciągła kość urywa się niespodziewanie, natychmiast rzucają się w oczy ślady złamania.
 – To ci dopiero…
– Pani profesor?
Podnoszę się lekko, opierając dłonie na kolanach. Kasia i reszta studentów patrzy na mnie z mieszanką nieposkromionej ciekawości i nabożnej czci. Milczą. Tylko ruda dziewczyna odzywa się cicho:
 – Pani patrzy… na żebro? Nie zauważyłam…
 – W porządku, ja też- otrzepuję dłonie i unoszę je w geście kapitulacji.- Panna jest taką super miss, że nietrudno przeoczyć defekt. Ale mam nadzieję, kochani, że zauważacie tam coś ciekawego? Z tym żebrem? No, kto mi powie?
 W tłumie podnosi się kilka rąk. Najbliżej stoi Janek, nasz klubowy łobuz. Wczoraj wrócił do obozu pijany, więc niech ma okazję zrehabilitować się w oczach profesorki. Gestem udzielam mu głosu. Chłopak zbliża się jeszcze bardziej do dziury i wskazuje palcem na przerwę w kości.
– Urżnięte, moim zdaniem- rzuca, ale skłoniony do refleksji moim spojrzeniem, poprawia się.- To znaczy… złamane, tak. Wygląda to mi, jakby coś jej się tam wbiło. O, Jezu.
Podnosi się szmer. Nie uciszam, bo rozumiem, co młodzi czują. Bo to jest tak, że z jednej strony ciężko, powiedzieć, że archeolog obcuje ze śmiercią. Przecież te trupy, które badamy, mogą mieć nawet setki lat i mało co przywodzić na myśl człowieka. Ale gdy pochylamy się nad owym trupem, gdy szukamy znaków na kościach… Nagle okazuje się, że jesteśmy w stanie odtworzyć śmierć tej osoby, poznać jej przyczynę i dotknąć skrytej pod ziemią tajemnicy. Moi studenci wyruszyli tropem morderstwa sprzed wieków.
– O, kurna- sapie jeden ze stojących dookoła chłopaków.- Ale patrzcie, gdzie ona ma to złamanie… Dokładnie tam, gdzie serce!
Gwar ożywia się jeszcze mocniej. Wykopaliskom towarzyszą czasem mocne przeżycia, ale gdy wyławiam z wrzawy urywki coraz to bardziej dramatycznych scenariuszy, wstaję i nakazuje ciszę.
– Spokój, spokój- podnoszę jednocześnie głos i umorusane dłonie.- Tak! Macie rację, kochani! Przed wami, tu, w dziurze w ziemi, leży sobie dziewczyna, która umarła po przebiciu czymś jej serca. To mocno przerażające, zgodzę się z wami. Ale to było bardzo dawno temu, wiecie sami. Nasza biała dama już nie czuje bólu. Już jest bezpieczna, już złamane żebro nijak ją obchodzi. Dobrze mówię? A dlatego, że jej jest wszystko jedno, na pewno nie obrazi się, gdy ją dokładniej zbadamy. No, chodźcie, nie bójcie się.
Nieśmiało podchodzą bliżej. Zaraz otwór w ziemi otacza się równie ciasnym wianuszkiem, jak przed moim przybyciem. Nadal nikt nic nie mówi, wpatrują się w złamanie nad sercem.
Decyduję się przełamać upiorne milczenie.
– Natalia, jesteś?- wywołana dziewczyna powoli podnosi rękę. Machnięciem dłoni zapraszam ją bliżej.- Przyjrzyj się temu żebru. Czym, twoim zdaniem, została złamana ta kość?
Dziewczyna marszczy czoło i lekko przekrzywia głowę, obserwując szkielet. Studenci znów zaczynają szemrać, pewnie zastanawiając się nad odpowiedzią na moje pytanie. No, poczekam, jakie oni będą mieli pomysły. Ja już widzę, że rzecz, która zadała zmarłej cios, nie należała do najostrzejszych.
Natka podnosi głowę, stawiając ją z powrotem do pionu.
– Czymś tępym- potwierdza moją teorię, więc chwalę ją za spostrzegawczość. Ona jednak mówi dalej:- Ale też bez przesady. Nie była to na pewno stal, tak sądzę, żaden miecz, czy coś. Może… zaostrzone drewno?
 Już mam po raz kolejny przyznać Natalii rację i dopytać, jakie narzędzie może być według niej winne, gdy słyszę z tyłu czyjś przerażony świst. Obracam się i widzę Kajetana, kolejnego roztrzepanego, z maksymalnie wytrzeszczonymi oczami.
 – Osikowy kołek- mruczy chłopak.- Zaostrzony kawałek drewna, wbity w serce. Co innego, jak nie osikowy kołek?
 – Debilu- łaje go stojąca obok dziewczyna, chyba Lena.- Skąd niby Słowianie mieliby znać osikowe kołki? I wampiry? 
– Tak się składa- wtrąca cicho inna ze studentek, niska i jasnowłosa. Ola, bodajże.- Że Słowianie znali osikowe kołki. Robiło się je z drewna topoli osiki, która w ludowych podaniach ma przypisywane zdolności magiczne. Ochrony przed złymi mocami.
 – To co, ten kościotrup jest twoim zdaniem wampirem?
Ola wywraca oczami i otwiera usta, żeby jakoś racjonalnie odparować, ale wcina się inny student:
 – Wampir? Na Słowiańszczyźnie? Weź mnie nie osłabiaj tymi swoimi tandetnymi wampirami, to jest strzyga, jak malowana! Ewentualnie, nocnica…
– Te, Wiedźmin- zaczepia go ktoś z grupy.- Idź se poszukaj Ciri, czy coś, a nie nam tu bajki opowiadasz!
Kilka osób się śmieje. Ja jednak do nich nie należę. W teorii o strzydze nie widzę nic zabawnego.
– Już! Cisza!- próbuję zaprowadzić porządek, co nie udaje mi się od razu. Mogę całe szczęście liczyć na tą część grupy, która podobnie jak ja nie wydaje się być szczególnie ubawiona.- Moi drodzy, spokój. A teraz, niech ktoś z was wytłumaczy mi, dlaczego waszym zdaniem, ta nieszczęśnica w dole nie mogła zostać posądzona o bycie krwiopijnym demonem?
Entuzjazm studentów natychmiast zostaje ostudzony, jak wiadrem wody w rozżarzone węgle. Młodzież popatruje na siebie nawzajem, nagle zbita z tropu. Chłopak nazwany ,,wiedźminem” kiwa głową z nieskrywaną satysfakcją. 
– Ano, widzicie- mówi.- Coś to nagle ma sens, co? Nagle kilogramy srebrnej biżuterii przestają być tylko ozdóbką?
 Ania, dotychczas przycupnięta cicho obok mnie, podnosi głowę i zerka z zaciekawieniem.
 – Co masz na myśli?- pyta, a nasz specjalista od bestiariusza unosi ramiona w obojętnym geście.
 – No wiesz- odpowiada jej, schodząc na konspiracyjny szept.- Stal na ludzi, srebro na…
 – Ciebie, ciemna maso.
 – Sama jesteś ciemna masa! Pani profesor ci przed chwilą powiedziała, że ta laska tu mogła być strzygą!
Unoszę oczy do nieba i wzdycham ciężko. Czując się wywołana, włączam się do iskrzącej dysputy.
 – Nie, leżąca w grobie kobieta nie była strzygą- wtrącam karcącym tonem.- Z tego prostego względu, że strzygi i im podobne istniały w ludowych wierzeniach i w niczym więcej. Możesz spać spokojnie.
Znowu odzywa się kilka chichotów, ale tym razem jakby zduszonych. Ja czuję na ramieniu pukanie czyiś palców, odwracam się i widzę chłopaka, który trzymał nożyce. Dalej ma je w rękach, trzyma je na otwartych dłoniach, wysunięte na widok.
 – Pani profesor… jak my tak o tych strzygach, to my z Hanią i Damianem mamy pomysł. O co chodzi w tymi nożyczkami- wyjaśnia, a ja zachęcam do mówienia. Pozostali nachylają się nad nami, zamykając się wokół nas ciasnym okręgiem. Chłopak odchrząkuje cicho i zaczyna:- Był taki zwyczaj… Raczej takie wierzenie. Gdy chowało się zmarłego, podejrzanego o… no, generalnie podejrzanego pod kątem mocy zła… Dawano mu do grobu broń, którą mógł odeprzeć atak takiej paskudy jedzącej zwłoki, tak zwanej baby cmentarnej.
Chłopak nagle peszy się, zauważając, że wszyscy słuchają go jak kazania. Lekko uśmiecham się do niego, chcąc dodać mu odwagi. Sięgam po najgłębsze pokłady siły woli, by spojrzeć mu w oczy, a nie na leżący w dziurze szkielet.
 Znowu chrząka i kontynuuje:
 – Baba cmentarna nie tylko jadła te zwłoki- na chwilę ponownie zawiesza głos. Krzywi się lekko, nie on jeden zresztą.- Ona… miała taki długi język, taką igłę, jak komar. Tą igła wysysała z trupa toksyczny jad, by potem zatruć nim żywych. Oni umierali, a ona miała więcej jedzenia….
– A nożyczki- stojąca za nim dziewczyna, wcześniej wspomniana Hania, wcina się w wypowiedź dziwnie pobladłego kolegi.- Były bronią, którą traktowało się babę cmentarną. Ona trupa swoją igła, a trup ją- hyc!- nożyczkami. Były po to, żeby odciąć babie jej śmiercionośny język i tym samym zneutralizować ją. Także… dziewczyna, którą znaleźliśmy, została wyposażona na wypadek, gdyby zainteresował się nią jakiś inny demon.
Moi studenci raczej nie spodziewają się promiennego uśmiechu, który wypływa na moją twarz. Gość z nożycami jakby nieruchomieje, Hania unosi brwi… a ja, cóż powiem, jestem dumna z moich wychowanków.
 – Brawo- chwalę głośno, żeby wszyscy usłyszeli.- Pięknie to wydedukowaliście. Muszę wam wyznać, że jestem z was teraz naprawdę dumna. Wysnuliście bardzo logiczną, popartą zdobytą wiedzą teorię, będącą potencjalnym rozwikłaniem zagadki nietypowego znaleziska. Godne doświadczonego archeologa. Pięknie.
Hania rumieni się lekko, chłopak z nożyczkami mruga kilkukrotnie oczami, jakby zaskoczony. I pewnie tak właśnie jest. No ale cóż, czyżby te dzieciaki naprawdę spodziewały się, że powiem im: ,,oho, na pierwszy rzut oka widzę, że to strzyga. Nie zbliżajcie się, bo wypije wam krew”? Wzdycham. Naprawdę, jest to fascynujące, jaką oni mają wszyscy bujną wyobraźnię. 
Podnoszę się i wodzę spojrzeniem po twarzach moich studentów. Widzę na nich całą, pełna gamę uczuć: od zadowolenia, przez dziwne zmieszanie i niepokój, aż po…rozczarowanie?  Raz jeszcze wzdycham. Ujmuję się pod boki i pokazuję na trupa.
 – Hej, słuchajcie. To jest całkiem możliwe, że dawno temu ludzie myśleli, że pochowana tu dziewczyna była za życia potworem. Mogła chorować chorować psychicznie. Mogła cierpieć na dowolne nieznane wtedy schorzenie, które w jakikolwiek sposób odróżniałoby ją od zdrowych. Ale, na złota maskę Tutenchamona, nie znaczy to, że naprawdę była jakimś niestworzonym demonem! Bądźcie poważni. I nie czytajcie tyle tego Sapkowskiego przed snem.
Podświadomie oczekuję cichego chichotu w tle, ale panuje dziwna cisza. Jeszcze raz patrzę na zgromadzonych wokół mnie ludzi- i tym razem widzę coś dziwnego. Tak, dziwnego, nie bójmy się tego słowa.
Są bladzi. Cisi. Wpatrzeni w wykonaną przez siebie odkrywkę i leżące wewnątrz kości biednej dziewczyny.
Powoli odwracam się i również zaglądam do otworu w ziemi. I mało nie wyrywa mi się krzyk.
Szkielet nie leży już na wznak, związany jak złodziej. Nie jest już w tej odsłoniętej, nieporadnej pozycji. Biała dama podkuliła nogi… o ile, do cholery, można powiedzieć tak o pieprzonych zwłokach i przycisnęła ręce do piersi. Leżała zwinięta w kłębek, niczym uśpiona, niczym dziecko w łonie matki.
Słyszę obok siebie ciche kroki. Nie muszę spoglądać w bok- i tak nie mogę oderwać się od przemieszczonych kości, ale wiem, że przyszła do mnie Ania. Wiem, że też wpatruje się w szkielet niczym zaklęta i że jej oczy lśnią na pobladłej twarzy.
 – Pani profesor- mówi do mnie cicho, prawie szeptem. Jej głos miesza się z westchnieniem wiatru.- Skoro wszystko tu jest w normie… To czemu szkielet i biżuteria są białe? Czemu są czyste?
Z ust wyrywa mi się świst drżącego wydechu. Odsuwam się od otwartego grobu i kręcę głową. Nie potrafię wydobyć głosu z ust.
 Przebite serce. Nożyce. Srebro. Skrępowane kończyny, by zmarła… nie mogła wstać. Białe, piękne kości, nie chwycone przez moc rozkładu. Tak piękne, bo chroniło je coś, na co my, naukowcy nie mamy chyba jeszcze nazwy.
 Albo nigdy nie będziemy mieli.
– Wiecie co, kochani?- odzywam się po dłuższej chwili milczenia.- Co wy na to, żeby… Zostawić ją w spokoju? Ta biedulka dość namęczyła się za życia. Kimkolwiek była, kimkolwiek jest i skądkolwiek do nas powraca… Dajmy jej odpocząć.
Nie ma głosu sprzeciwu. Nie ma żadnego głosu- jest tylko dwóch chłopaków, każdy chwytający łopatę i biorący się do zakopania grobu.
 Postawiono tam kapliczkę.
Nie wiem, czyj to był pomysł, na pewno nie mój. Ale stanęła- biała, o cokole wyłożonym kamieniami. Na szczycie zmontowano mały, ozdobny daszek, by ochraniał wstawioną pod niego statuetkę. Kobieta wyciąga do mnie odlane z gipsu dłonie, jakby w matczynym, ochronnym geście. Wiem jednak, że obietnica wzięcia pod obronne skrzydła nie jest dla mnie. Wiem, że figurka kieruje ręce ku ziemi, ku leżącej tam od wieków dziewczynie o porcelanowych kościach.
Postawiono tam kapliczkę. Nie wiem, czyj to był pomysł, na pewno nie mój. Mimo wszystko, przychodzę tam czasem. Składam kwiaty.
 I gałązki jałowca, bo w podaniach ludowych przypisuje się im znaczenie magiczne. 

                                     Olga Budyn

 

Obraz wyróżniający: Obraz JamesDeMers z Pixabay