Cukrowa Dolina / Wiktoria Gąsiorek / Konkurs im. Bolesława Prusa

0
112

[Konkurs dla młodzieży im. Bolesława Prusa jest jednym z ważniejszych pól aktywności naszej Fundacji i naszego Miesięcznika. Od lat cieszy się sporym zainteresowaniem. Bierze w nim udział od ok. 500. do 800. młodych twórców. Rangę naszego konkursu docenili pan Marszałek Województwa Pomorskiego – Mieczysław Struk i pani Prezydent Miasta Gdańska – Aleksandra Dulkiewicz.  Naszym celem jest pobudzenie aktywności twórczej młodzieży, a także propagowanie czytelnictwa. Ci którzy piszą są też najlepszymi czytelnikami. Obecna edycja zapowiada się równie ciekawie. Termin nadsyłania opowiadań mija za kilka dni. Niestety, nie wszyscy autorzy dostosowują się do regulaminu. Niektóre opowiadania z tego powodu musimy już na wstępie odrzucić. Takie okazało się i poniższe. Jest nieco za długie. Uznałem je jednak za na tyle ciekawe, że postanowiłem je już dziś opublikować w WOBEC. W jakiejś mierze treść tego opowiadania mieści się w konwencji wielu filmów fabularnych o koniach, ale twórczość literacka to odmienny warsztat, inne umiejętności. Myślę, że takich, obok wrażliwości, autorce „Cukrowej doliny” nie brakuje.                                                                                                                                                 Piotr Kotlarz]

Dwa tygodnie wcześniej…

Przyjechałam jak zwykle do swojej stadniny, by poćwiczyć do zbliżającego się Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego. Budynek ten był bardzo elegancki. Zbudowano go z czerwonej cegły i kamienia, co stanowiło miłe dla oka połączenie, a dach wykonany został z ciemnego, hebanowego drewna. Wnętrze również robiło niesamowite wrażenie – podłoga była z obrobionego kamienia w popielatym odcieniu, z sufitu zwisały piękne lampy w nieco starodawnym stylu, ale idealnie pasujące do estetyki stadniny. Po obu stronach hallu znajdowały się przestronne boksy.

Dookoła głównego budynku rozciągały się duże pastwiska. W dali można było zauważyć coś w rodzaju magazynu, naprzeciw niego krytą ujeżdżalnię. Obydwa budynki były identycznie wykonane. Niedaleko wyjścia również znajdowała się ujeżdżalnia, jednak ta była odkryta. Za zabudowaniami wznosił się stary tor wyścigowy; wyglądał na opustoszały.

Skierowałam się do siodlarni po sprzęt do czyszczenia konia, będący najzwyklejszym zamykanym, plastikowym pudełkiem z uchwytem; znajdowały się w nim przyrządy do odpowiedniej pielęgnacji wierzchowców. Na szczęście na wieczku kiedyś przylepiłam naklejkę z moim imieniem i nazwiskiem, więc nietrudno było je znaleźć.

Siodlarnia była dość ciasnym pomieszczeniem, choć jej metraż był spory. Prawdopodobnie przez dużą ilość siodeł ciasno ustawionych na wieszakach, jedno obok drugiego, pomieszczenie zdawało się małe. To tam przetrzymywano siodła, uzdy, kantary, lonże… I inne rzeczy, które można by wymieniać w nieskończoność.

Już po chwili wyszłam z pomieszczenia i dziarskim krokiem ruszyłam do boksu Gatsby’ego Zgrywusa. Nie znałam jego rodowodu, wiedziałam tylko, że oboje rodziców to utytułowani mistrzowie w skokach. Dostałam go od poprzedniego właściciela, u którego uczyłam się jeździć. Niestety jego stadnina zbankrutowała. Musiałam szukać kolejnego miejsca, nim jednak do tego doszło podarowany mi został ten śliczny kasztanek, obserwowany przez ostatnie dwa lata.

W nowej stajni znalazło się mnóstwo ludzi, pomagających mi w opiece nad Gatsbym Zgrywusem, zwłaszcza wtedy, gdy nie mogłam robić tego osobiście. Boks Gatsby’ego znajdował się po prawej stronie budynku, podobnie jak siodlarnia.

Po drodze natknęłam się na jednego ze stajennych, który opiekował się kilkoma końmi, w tym moim. Zdał mi relację z kilku ostatnich dni, kiedy to byłam nieobecna, a potem mogłam w spokoju kontynuować przerwaną czynności – już kilka sekund później podeszłam z uśmiechem do mojego pieszczoszka. Szepnęłam mu kilka pochlebnych słówek, ubrałam kantar, który zawsze wisiał w boksie i zaprowadziłam do rozpinek. Zwinnymi i zdecydowanymi ruchami przesuwałam poszczególnymi rodzajami szczotek po rudej sierści. Dookoła latał kurz i pył wydostający się z włosia. Zaśmiałam się w głębi duszy – wyobrażałam sobie, jak Zgrywusek tarzał się w swoim sianie, którym miał wyściełany boks. Pomimo tego rozbawienia, szybko uwinęłam się z sierścią, a grzywa i ogon też nie były mocno splątane. O dziwo nawet z kopytami nie musiałam się męczyć. Zadowolona z efektu swojej pracy, zamknęłam pudło i odniosłam z powrotem do siodlarni. Następnie odnalazłam swoje specjalne siodło do skoków, uzdę, turkusowy czaprak i tego samego koloru ochraniacze, wzięłam je i wróciłam z powrotem do ogiera. Na początku ubrałam ochraniacze, później zajęłam się czaprakiem i siodłem, a na końcu założyłam uzdę.

Kiedy zmierzałam ze Zgrywuskiem na odkrytą ujeżdżalnię, na której rozstawiono już szereg przeszkód, drogę zastąpiła mi właścicielka stadniny. Od początku miała ochotę przywłaszczyć sobie mojego kasztanka, jednak stanowczo jej to utrudniałam – najpierw nie zgodziłam się na zamianę koni, a potem odmówiłam sprzedaży.

Tym razem jednak jej ponurą i, swoją drogą, okropną, niewartą opisu twarz zdobił uśmiech… Chytry uśmiech. Oczy były lekko przymrużone, skupione na mojej osobie. Stałyśmy tak długą chwilę, aż w końcu postanowiłam przerwać milczenie.

– Co Cię do mnie sprowadza? – zapytałam.

– Twój koń – odpowiedziała, nie przestając się przebiegle uśmiechać.

– A dokładniej, jeśli można? – powiedziałam znudzonym tonem.

– Chcę, abyście wzięli udział w najbliższym wyścigu na Służewcu – powiedziała dumnie, wywyższając się.

– Nie zgadzam się – rzekłam spokojnym głosem.

– Musisz.

– A jeśli nie to co?

– Niech no pomyślę… Zabiorę ci Zygfryda Al.

– Mój koń ma na imię Gatsby Zgrywus – powiedziałam zirytowana.

– Ale zmienię mu imię, jak już go dostanę.

Wzięłam bardzo głęboki oddech, by nie wybuchnąć. Wiedziałam, że nie mam wyboru – przy meldowaniu się w tej stadninie podpisałam dokument, na końcu którego małym druczkiem napisano, że jeśli będę miała zamiar zmienić miejsce bytowania, to mój koń trafi w ręce tej podłej kobiety. Niestety zorientowałam się po fakcie i teraz muszę stanąć do pojedynku w znienawidzonej dyscyplinie jeździeckiej, jeśli chcę zatrzymać przy sobie kasztanka.. Przewróciłam oczami.

– Zgoda. Tylko ten jeden wyścig?

– Tylko ten i masz mnie już z głowy.

Pokiwałam głową od niechcenia. Kiedy miałam już ruszyć, usłyszałam:

– Nie wiesz jednak najważniejszego – zaczęła. – Musicie wygrać, drugie miejsce nie wchodzi w grę…

Spojrzałam na nią z szeroko otwartymi oczami. Odeszła dumnym krokiem w nieznanym mi kierunku, ja natomiast stałam w miejscu i nie wiedziałam, co dalej robić. Postanowiłam jednak przygotować się do nadchodzącego wyścigu. Nie miałam doświadczenia w wyścigach konnych, czasu na treningi nie było zbyt wiele, więc nie szukałam już trenera. Zresztą nikt się tu nie ścigał. Nie wiedziałam, po co postawili ten tor, który niepotrzebnie zajmował miejsce. Metalowe elementy już dawno pokryły się rdzą, a farba na drzwiach startboksów była odrapana. Był to obraz nędzy i rozpaczy w porównaniu z pozostałymi zabudowaniami kompleksu.

Gdy dotarłam do toru, próbowałam wjechać do startboksu, co nie było łatwe. Zgrywusek nigdy nie był zamykany w takiej „klatce” i to dosłownie, dlatego mocno zapierał się nogami i za nic nie mogłam stanąć w środku. Cudem go uspokoiłam i przekonałam, by wszedł jak Bóg przykazał, a następnie próbowałam zamknąć tylne drzwiczki, co do prostych czynności nie należało – na wyścigach to obsługa je zamyka. Kiedy w końcu udało mi się je zamknąć, unormowałam oddech i poprawiłam się w siodle.

Gatsby Zgrywus strasznie się wiercił, a ja cierpliwie oczekiwałam, aż te przeklęte przednie drzwiczki się otworzą, ale na darmo. Nie wiem, ile tak staliśmy, ale odgłos informujący o rozpoczęciu wyścigu prawie doprowadził mnie do zawału. Kasztanek natomiast z impetem ruszył, zanim zdążyłam się zorientować w sytuacji. Piach sypał mi się do oczu, przez co nie widziałam trasy, po której ogier cwałował. Próbowałam jakoś wybrnąć z tego, ale nie miałam szans – widać było moje „umiejętności” z zakresu wyścigów konnych.

Zamyśliłam się przez chwilę i wówczas usłyszałam gwizdek. Zatrzymałam Zgrywusa, co wymagało użycia siły, i obróciłam się w kierunku, z którego pochodził ten dźwięk. Jednocześnie otrzepywałam się z piasku. W miejscu, gdzie teoretycznie znajdowały się trybuny, zauważyłam wysokiego mężczyznę w średnim wieku. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, ubranie nie wyróżniałoby go w tłumie ludzi. Był to człowiek dobrze zbudowany, widocznie uprawiał sport. Przez szyję miał przewieszony srebrny gwizdek, a w ręku dzierżył jakąś podkładkę czy coś do wygodnego trzymania papierów. Podjechałam powoli do niego.

– Kim pan jest? – zapytałam.

– Od dziś twoim trenerem – odpowiedział, posyłając mi coś w rodzaju półuśmiechu.

– Aha. Tylko że… ja sobie świetnie poradzę sama – powiedziałam, akcentując ostatnie słowo.

– Zauważyłem. – Pokręcił głową. – Pierwszy raz?

– Tak.

– Widać. – Przyjrzał mi się z uwagą. – Siedzisz na siodle do skoków, masz złą postawę podczas biegu, nie masz okularów ochronnych przed piaskiem, przez co jechałaś po całej szerokości i długości toru wężykiem… – wyliczał.

Wzięłam głęboki wdech.

– Posłuchaj, mój drogi – zaczęłam. – Nie uśmiecha mi się startować w tym wyścigu na Służewcu. Zostałam do tego zmuszona i teraz muszę zrobić wszystko, by nie stracić Gatsby’ego Zgrywusa. Twoje uwagi więc na niewiele się zdadzą. Rozumiesz to? – dokończyłam.

– Uspokój się, kobieto, to po pierwsze. Po drugie, ja wiem, że zostałaś zmuszona, bo słyszałem rozmowę, twoją i właścicielki. A po trzecie, jestem Krzysztof.

Przewróciłam oczami znudzona.

– Czyli chcesz mi pomóc, tak? – zapytałam, chcąc się upewnić co do intencji rozmówcy.

– Tak. Na początku musisz się odpowiednio wyposażyć, ale to wezmę na siebie. Generalnie trzeba dużo trenować, najlepiej na jakimś porządnym torze. Będę patrzył na twoje treningi, notował wszystko i instruował cię co dalej robić.

– A gdzie ja mam znaleźć ten tor niby? Przecież nie mam znajomości w świecie jeździeckim!

– Coś wymyślisz. – Podszedł i poklepał mnie po udzie, ponieważ siedziałam ciągle w siodle.

– Na twoim miejscu sprawdziłbym stadninę… Jak ona się nazywała… A! „Cukrowa Dolina” czy jakoś tak. Tam można za darmo sobie trenować, poza tym to dość niedaleko stąd, więc możesz robić takie treningi codziennie.

Otwarłam oczy szeroko.

– Eee… Dzięki? – bardziej spytałam niż odpowiedziałam.

– Widzimy się jutro o 7:30 na miejscu. Nie spóźnij się!

– Tak wcześnie?! – spytałam mocno zdziwiona. Należałam do grupy śpiochów, więc nie uśmiechało mi się wstawać tak wcześnie.

– Tak. Jakbym nie dał rady przyjść, to będziesz ćwiczyć pod okiem mojego brata bliźniaka, Jacka – poinstruował. – Też się zna na swojej robocie.

– Fajnie, a jak go mam niby rozpoznać?

– Naprawdę to nie będzie trudne. Wyglądamy tak samo, ubieramy się tak samo, razem ćwiczymy, więc mamy identyczną posturę… Jedyną różnicą będzie głos, Jacek ma raczej głos typowego dojrzałego mężczyzny, ja natomiast mam dźwięczny, silny głos, brzmiący młodością.

– Aha. Ja już może pojadę jeszcze poćwiczyć skoki do Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego, bo akurat mam ten konkurs za dwa miesiące… – powiedziałam wymijająco, chcąc oddalić się od tego człowieka.

Popędziłam ogiera do kłusu i skierowałam go do wyjścia z toru. W głębi duszy zaś rozmyślałam, czy aby na pewno dobrze robię, decydując się na treningi z nieznajomym facetem i jego „bratem bliźniakiem”, o ile istnieje.

Po chwili rozmyślań spontanicznie zdecydowałam się na przejażdżkę. Ostatnio nie miałam na to czasu, a mój kasztanek uwielbiał długie spacery i dziki galop po bezkresnych łąkach. Sama też musiałam ochłonąć, gdyż zbyt dużo się dzisiaj wydarzyło. Postanowiłam konno pojechać do tej stadniny, o której wspominał mi ten facet.

Wsunęłam prawą dłoń do kieszeni w poszukiwaniu mojego telefonu. Dość szybko go wygrzebałam i mogłam w spokoju znaleźć miejsce docelowe. Nawigacja poinformowała, że to czterdzieści pięć minut drogi. Ruszyłam spokojnie szosą, ubierając wcześniej kamizelkę odblaskową i trzymając się lewego pobocza, by nie doszło do jakiegoś wypadku z naszym udziałem.

Zarówno stadnina, z której wyruszałam, jak i „,Cukrowa Dolina” leżały z dala od zabudowań miejskich, więc ruch był dość niewielki, trasa jednak dłużyła mi się niemiłosiernie. Minuty mijały, w końcu chyba jedna godzina, a ja nie widziałam końca mojej wycieczki. Zmęczona zmieniłam pozycję z wyprostowanej na pochyloną do przodu. Głowę oparłam o szyję Zgrywusa, która również nie była podniesiona. Oczy mi się zamykały, na dodatek niebo się zachmurzyło i miałam wrażenie, że robi się ciemno.

Nagle w zasięgu mojego zmęczonego wzroku pojawił się napis: „Witamy w Cukrowej Dolinie!”. Rozejrzałam się dookoła, a mym oczom ukazała się stadnina – nie tak bardzo okazała jak ta, z której przybywałam, ale na pewno prowadzona z sercem. W każdym miejscu zauważalna była dbałość o każdy element – płot, ścieżkę, zabudowania. Ktoś ewidentnie zamiatał wszystko codziennie i doglądał stanu technicznego. Na pierwszy rzut oka było tu nawet… przytulnie.

Wejście było dość dobrze zauważalne, więc od razu się tam skierowaliśmy. Już po przekroczeniu bramy można było dostrzec duże pastwiska, odkrytą ujeżdżalnię, a nawet budynek, który chyba miał służyć jako spichlerz lub innego rodzaju magazyn. Oczywiście stadnina też była widoczna, tyle że w tle. Budynki były dość estetycznie wykonane, a połączenie prostego, niczym się nie wyróżniającego kamienia i drewna sosnowego prezentowało się całkiem przyjemnie. Ścieżkę wyłożono otoczakami, przez co konie nie musiały chodzić po błocie w deszczowe dni. Pomimo, że całkiem niedawno dotarłam na miejsce, to… zżyłam się z nim. Może było to spowodowane faktem, że nikogo po drodze nie znalazłam, przez co atmosfera wydawała się nawet przyjemna.

Nie wiedziałam za bardzo, gdzie się udać, więc postanowiłam stanąć obok pastwisk. Zsiadłam z kasztanka i cierpliwie czekałam, aż ktoś przyjdzie i mi podpowie, gdzie mam się skierować. Jednak im dłużej czekałam, tym bardziej miałam wrażenie, że nikt tu nie urzęduje. Oglądałam się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek człowieka. Na darmo. Kiedy miałam sobie stamtąd pójść, usłyszałam wołanie dochodzącego od strony stadniny.

– Proszę tutaj!

Nie wiem czemu, ale postanowiłam pójść w kierunku, z którego dochodził głos. Pociągnęłam delikatnie za wodze, które miałam w prawej dłoni i ruszyłam ścieżką. Wbrew pozorom stajnia nie była tak daleko od bramy, po około dwóch minutach byłam przy drzwiach wejściowych. Stał w nich młody chłopak w ubraniach roboczych, który prawdopodobnie mnie wołał.

– Przepraszam, że tak długo musiała pani czekać – powiedział skruszony. – Pan prezes prosił mnie o przygotowanie wolnego boksu dla pani wierzchowca.

– Skąd wy…

– Prezes przecież z panią rozmawiał dzisiaj – przerwał zdumiony, domyślając się, o co chcę zapytać.

– Ale ja nie rozmawiałam z żadnym prezesem! – podniosłam głos niemniej zdumiona, niż ten chłopak.

– Wyraźnie słyszałem, że mam przygotować miejsce dla dziewczyny z kasztanowatym ogierem, którzy będą przygotowywać się do najbliższego wyścigu na Służewcu.

– Posłuchaj mnie: większa część z tego, co powiedziałeś, jest prawdą. Jednak o żadnym przygotowywaniu miejsc nie wiem, więc musiałeś się pomylić.

– Nie. Pan prezes powiedział, że pani się będzie wypierać, bo jest pani wariatką.

– Że co proszę?!

– Ja tylko mówię, co mi przekazano. – Cofnął się zrezygnowany. – Proszę mi wybaczyć, ale obowiązki wzywają.

Wciąż zmieszana, kiwnęłam głową i weszłam do środka budynku.

Wnętrze nie było przesadnie eleganckie. Boksy po obydwu stronach, standardowe – jak w większości stadnin.. Niemniej dbano o ich wygląd i stan. Siodlarnia znajdowała się na końcu po lewej stronie. Światło o ciepłej barwie nadawało przytulnego klimatu. Dość szybko znalazłam ten boks, który to niby miał być dla nas przygotowany. Zaprzątałam sobie głowę pytaniem: kim jest ten prezes? Szybko uwinęłam się z czyszczeniem Gatsby’ego Zgrywusa. Gdy skończyłam i odniosłam wszystkie przybory oraz cały rząd do siodlarni, która swoją drogą pod względem przestrzenności i organizacji niczym się nie różniła od tej w drugiej stadninie, postanowiłam odpocząć. Nie miałam jednak pomysłu, gdzie mogłabym udać się na spoczynek. Na szczęście zauważyłam drewnianą drabinę, prowadzącą na krokwie budynku. Zamknęłam boks, by koń nie uciekł, i szybkim krokiem podeszłam do drabiny. Zwinnie dostałam się do składowiska na kostki siana, po czym wybrałam jedną i zrzuciłam na ziemię. Konie na ten widok zaczęły rżeć z myślą, że do dla nich. Musiałam rozwiać ich nadzieję – przeciągnęłam ją do boksu kasztanka, który swoją drogą również myślał, że może dostanie dodatkową porcję. Znalazłam odpowiednie miejsce, ułożyłam się wygodnie na tyle, na ile się dało, i poszłam spać.

Następnego dnia wstałam obolała. Spanie na sianie nie było dobrym pomysłem, ale jakoś musiałam przetrwać noc. Spojrzałam na telefon, który wskazywał godzinę siódmą. Rozespana skierowałam się po sprzęt. Koń nie był bardzo brudny ani zakurzony od siana, co tylko ułatwiło mi pracę. Kiedy skończyłam, poszłam do siodlarni po swój rząd. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast tego, ujrzałam specjalne siodło do wyścigów, inny typ uzdy i nie swój czaprak, a obok tego kartkę z napisem: „Punktualnie w umówionym miejscu”. Oprócz tego był tam strój dla mnie. Przewróciłam oczami i szybko się przebrałam, po czym wzięłam co trzeba i wróciłam do boksu. Sprawnie osiodłałam ogiera i ruszyłam w kierunku wyjścia ze stajni.

Nie znając dokładnie rozmieszczenia obiektów na tym obszarze, postanowiłam udać się za stajnię z nadzieją, że to właśnie tam znajdę tor do wyścigów. I nie pomyliłam się – już po kilku krokach mogłam dostrzec moje miejsce docelowe. Widać było, że ktoś dbał o to wszystko. Im byłam bliżej, tym lepiej widziałam kondycję toru. Kiedy weszłam na jego teren, w oczy rzuciły mi się startboksy w dobrym stanie, barierki również dobrze się trzymały.

Spojrzałam na telefon, by sprawdzić godzinę. Była już 7:31, a ja nie widziałam ani Krzysztofa, ani tego Jacka. Postanowiłam zabawić się w mnicha i „cierpliwie” zaczekać na

 któregoś z panów. Minuty jednak mijały, a po nich nie było ani śladu, natomiast pokłady mojej anielskiej cierpliwości niebezpiecznie szybko się kurczyły. Czy aby na pewno miałam być w „Cukrowej Dolinie”? A może ten mężczyzna źle mi powiedział? Chociaż z drugiej strony – oczekiwali mnie tu… Miałam wielki mętlik w głowie. Naraz usłyszałam dźwięk kroków, dochodzący z mojej lewej strony. Obróciłam więc

głowę, a oczom mym ukazał się jeden z braci. Korciło mnie, by wygarnąć mu to kilkuminutowe spóźnienie, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.

– Cześć. Jesteś gotowa? – zapytał Krzysiek, którego rozpoznałam po głosie.

– Tak, zdążyłam zmarznąć ze trzy razy – mruknęłam niezadowolona z tego faktu.

– To świetnie! – powiedział dziwnie uradowany. – Rozgrzewka jest ci więc

niepotrzebna.

– Chyba sobie żartujesz.

– Nie. No już, idź ustaw się w startboksie, a gdy usłyszysz dzwonek, to ruszaj.

Chciałam coś jeszcze dodać, ale mój rozmówca machnął ręką, bym wykonała jego polecenie. Z grymasem niezadowolenia na twarzy spełniłam prośbę. Dziś z zamknięciem było lepiej, a i Zgrywusek stał nad wyraz spokojnie. Skupiłam się na tym, by w odpowiedniej chwili wystartować. Nie trwało to długo – już chwilę później słyszałam sygnał i pognałam konia do cwału. Z pamięci odtworzyłam obraz jeźdźca podczas wyścigu, który kiedyś oglądałam i przybrałam taką samą pozycję. Popędzałam kasztanka łydkami, ponieważ nie używałam bata, ponieważ szanowałam te majestatyczne zwierzęta. Zdawało mi się, że pędzimy z prędkością światła, a może to wynik nieprzyzwyczajenia. Nawet nie wiem, kiedy dotarliśmy do jednego zakrętu, później do drugiego, a potem na linię mety. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Nawet nie usłyszałam, jak trener zbliża się do mnie – wciąż mi szumiało w uszach od wiatru.

– No, powiem ci, że masz całkiem niezły czas. Ale żeby wygrać to trochę za mało…

– No co ty nie powiesz? – prychnęłam.

– Twój ogier ma zadatki na wyścigową maszynę, ale przed wami długa droga. No to co? Jeszcze raz? – zapytał.

– Jeszcze raz…

I tak zaczęły się nasze codzienne treningi, które coraz bardziej zbliżały mnie do chwili próby na Służewcu. Nie wiem nawet, kiedy minął miesiąc od pierwszego poważnego treningu pod okiem Krzysztofa, który okazał się nie tylko świetnym trenerem, ale także dobrym słuchaczem, cierpliwym doradcą i… tajemniczym prezesem stadniny. To od niego stajenny wiedział o mojej wizycie.

I tak oto, gdy mijał dzień za dniem, nadszedł ten, w którym wszystko mogło się zdarzyć… Szybsze bicie serca. Głębokie, nieco przyspieszone oddechy. Końskie łby szarpiące się ze zbyt mocno ściągniętymi wodzami. Nerwowe przebieranie kopytami i rżenie słyszalne dla wszystkich zawodników. Oczekiwanie.

Kilka sekund, które odliczane, przemienią się w minuty po przekroczeniu linii mety, to najważniejsza rzecz wyścigów konnych. Nieważne, czy na wrocławskim Służewcu, czy warszawskich Partynicach, czy w innej części świata – wygląda to dokładnie tak samo. Im szybszy koń, tym jesteś lepszy.

Staram się uspokoić, bo stres mocno się udziela mojemu ogierowi. Delikatnym ruchem głaszczę Gatsby’ego Zgrywusa po jego miedzianej sierści. W przeciwieństwie do innych nie jeżdżę na krótkiej wodzy, ponieważ to strasznie męczy zwierzęta.

Osobiście gardzę wyścigami. To bardzo niebezpieczny sport – często na torach zdarzają się wypadki, podczas których dochodzi do złamań w kończynach, co zazwyczaj może mieć poważne komplikacje.

Dlaczego więc tutaj jesteś? – ktoś by zapytał. Odpowiedź brzmi: jestem tu nie z mojej woli. Zaszantażowano mnie i teraz to ode mnie zależy, czy mój ukochany kasztanek nadal będzie należeć do mnie, czy zostanie sprzedany komuś innemu.

W końcu słyszę dzwonek, a przednie drzwi do startboksów się otwierają. Wszyscy jak jeden mąż rzucamy się do przodu w jednym celu – by zwyciężyć.

Z początku wszystkie konie biegną obok siebie, łeb w łeb. Ja osobiście nie zamierzam popędzać Gatsby Zgrywusa, ponieważ szybko by się zmęczył. Często Krzysiek mi o tym wspominał. Docieramy do pierwszego zakrętu. Przechylam się z koniem nieco na prawy bok, gdyż skręt jest w prawo. Podobno taki manewr ma na celu zmniejszenie oporu powietrza, choć osobiście się na tym nie znam. Nie zwalniając tempa, kończymy zakręt i biegniemy po prostej trasie. Coraz bardziej naznaczają się różnice między końmi – jeden wyprzedza drugiego. Lekko popędzam Zgrywusa, by nie dał się wyprzedzić, dzięki czemu jesteśmy jednymi z pierwszych. Po krótkiej chwili wchodzimy w drugi i zarazem ostatni zakręt. Znowu przechylam się w prawo, jednak tym razem za mocno, przez co omal nie przewracamy się. Cudem nie spadam, jednak konie niebezpiecznie szybko zaczynają oddalać się w kierunku mety. Daję więc sygnał na ostatniej prostej, by kasztanek wytężył wszystkie swoje siły. Z lekkim przerażeniem obserwuję sytuację przede mną. Mój kochany koń wszedł w fazę biegu na najwyższych obrotach – gna jak jeszcze nigdy, jakby rozumiał, że od tego zależy nasza wspólna przyszłość. Nie wiem nawet, jak to robi, bo po krótkiej chwili zrównuje się z liderami stawki.

Już tylko kilkanaście metrów dzieli mnie od zwycięstwa. Zamykam oczy, by nie oglądać swojej porażki. Nie zdaję sobie sprawy, że Zgrywus prowadzi o głowę, nie widzę błysku aparatu, który uwiecznia chwilę mojego zwycięstwa. Wiedziona najgorszymi myślami siadam w siodle, podczas gdy kasztanek spokojnie zwalnia. Nie zauważam tłumu dziennikarzy, którzy podbiegają w moim kierunku. Czuję jakiś lęk. Dopiero głos trenera wyrywa mnie z zamyślenia.

– Gratulacje! Dokonałaś tego! – krzyczy rozemocjonowany Krzysztof.

– Jechałaś w pięknym stylu, o ile można tak powiedzieć – mówi drugi z mężczyzn, który okazuje się tym Jackiem – bratem bliźniakiem.

– Ale o czym wy mówicie? – pytam.

– No jak to o czym?! O tym, że wygrałaś ten chory zakład! – odpowiada zdziwiony prezes.

Mierzę tępym wzrokiem obu mężczyzn. Mija dłuższa chwila, nim orientuję się, co mi powiedzieli.

– Wygrałam?! – krzyczę bardzo zdziwiona.

Kiwają tylko głowami. Rozglądam się dookoła. W dali widzę właścicielkę, która mnie szantażowała. Dziennikarze sprawnie gromadzą się wokół mnie, a ja czuję się szczęśliwa. Ja i mój koń możemy w końcu cieszyć się sobą bez żadnych warunków.

Dzisiejsze zwycięstwo to zasługa mojego trenera. Zsiadam więc z konia i przytulam zszokowanego Krzyśka.

– Dziękuję – szepczę, coraz bardziej wzruszona.

– Nie ma za co. – Uśmiecha się przyjaźnie. – Jak tylko usłyszałem twoją rozmowę z tym babsztylem, to wiedziałem, że muszę ci pomóc.

Odwzajemniam uśmiech, nie mając czasu na dalszą rozmowę, gdyż szybko zalewa mnie lawina pytań.

Postanawiam odpowiadać cierpliwie. Jedno, drugie… dwudzieste… W końcu doczekuję się ostatniego.

– Jak się pani nazywa? – zapytuje młoda dziennikarka.

– Jestem Oliwia Przewalczyk…

                                               Wiktoria Gąsiorek

Obraz wyróżniający: Obraz bianca-stock-photos z Pixabay