Wariacje na temat … / Emilia Krawczyk- Durak

0
54
– Jak śmiesz odzywać się do mnie takim tonem, ty niewdzięczny dzieciaku? – krzyczał niemiłosiernie głośno zgarbiony mężczyzna ze zmarszczkami i długą splątaną brodą.
– Ojcze. Ja tylko obwieściłem, iż bycie artystą, w mym przypadku ,,muzykiem’’ jest zacniejsze niż wlewanie w siebie alkoholu do nieprzytomności – stwierdził chudy, nieśmiały chłopak ze szlachetnymi rysami twarzy. 
Po usłyszeniu tej odpowiedzi starszy człowiek zamachnął się i uderzył młodzieńca z dużą siłą w policzek, który od razu zrobił się koloru wściekłej czerwieni. Niestety, ale zdarzyło się to nie pierwszy raz. 
Ten inteligentny chłopczyna z bystrym spojrzeniem, pięknymi brązowymi jak kawa włosami i czekoladowymi oczyma nazywał się Teddy Avior Attachant. Miał 20 lat i mieszkał ze swym ojcem w dziewiętnastowiecznym Londynie. Był pół anglikiem po ojcu i pół francuzem po matce, która niestety zmarła na gruźlicę, gdy chłopiec miał zaledwie 7 lat. Teddy musiał więc dorastać ze swym tatą, który po śmierci żony był tak zrozpaczony, że  popadł w alkoholizm, a także znęcał się fizycznie jak i psychicznie nad synkiem. 
Gdy chłopiec trochę podrósł zaczął chodzić do szkoły. Uczył się, jak najlepiej potrafił i brał na siebie, jak najwięcej obowiązków, aby tylko opóźnić czas powrotu do domu. Dorastał tak z dnia na dzień poświęcając się nauce. Pewnego dnia odkrył on dzięki swojemu czcigodnemu przyjacielowi Gabrielowi, instrument jakim był fortepian. Nauczył się na nim grać i rozwijał się muzycznie z wielkim zaangażowaniem, aby tylko zająć czas i nie skończyć jak jego ojciec. Ukończył szkołę i stał się pianistą oraz kompozytorem, lecz jego pomysł na zawód nie wszystkim się podobał. Ojciec nie popierał jego pasji do muzyki, więc każdym możliwym sposobem utrudniał mu życie. Gdy tylko Teddy wracał do mieszkania, tata wszczynał kłótnie, bił go i zabierał mu ciężko zarobione pieniądze. Syn przyzwyczaił się do takiego obrotu spraw i dawał ojcu tylko połowę banknotów, a resztę zachowywał potajemnie na utrzymanie mieszkania i siebie samego. 
Po zdarzeniu, gdy został uderzony w policzek, wziął prędko czarny, długi płaszcz, w tym samym kolorze kaszkiet oraz kilka złotawych monet na ewentualną dorożkę i wybiegł, jak najszybciej potrafił przed dom, aby udać się w swoje ulubione, ciche i spokojne miejsce, jakim było wzgórze z fortepianem. Otóż gdy Teddy uczęszczał jeszcze do szkoły dostał od Gabriela cudowny prezent – fortepian, którego początkowo nie chciał przyjąć, ale po namowie przyjaciela zgodził się. Martwił się tylko, gdzie go umieści. Wiedział, że ojciec nie zgodzi się na trzymanie tego instrumentu w mieszkaniu, a tym bardziej na graniu na nim. Gdy młodzieniec nie miał już pomysłu co zrobić, Gabriel zaproponował, aby ukryć go gdziekolwiek na odludziu, np. na wzgórzu za miastem i tak też się stało. Droga tam zajmowała mu trochę czasu, więc na początku udał się do pobliskiej piekarni, ponieważ nie jadł nawet śniadania, po czym ruszył w dal. W mieście prawie każdy go znał i bardzo cenił za jego potencjał jak i mądrość, więc i tym razem, gdy szedł po szarawej kostce witał się i kłaniał uprzejmie z każdym przechodniem.
Robiło się już ciemno, słońce już gasło, a wieczór był ciepły i cichy. Chłopak rozkoszował się nocnym widokiem Londynu. Przytulone do siebie szarobure kamienice oświetlały latarnie tworząc piękny kontrast pomiędzy światłem a ciemnością. Słuchając rytmicznego tętentu koni i turkotu powozów zamyślony Teddy prawie nie zauważył dorożki, która pędziła wprost na niego niczym byk na torreadora. Na szczęście w ostatniej chwili młodzieniec czmychnął przed kołami powozu, jak mysz przed wygłodniałym kotem. Idąc dalej pogrążony w swych myślach podśpiewywał cicho swoim tenorowym głosem melodię, którą śpiewała mu zawsze mama przed snem. 
I w taki sposób mijał mu ten nostalgiczny spacer, gdy nagle ujrzał pewną kobietę, która była zapewne w jego wieku. Niebo przybrało już mroczną barwę, a ona wyglądała jak promienie słońca rozpraszające wszelkie troski jego umysłu. Nie potrafiąc przestać się na nią patrzeć, ponownie prawie rozjechał go pojazd z zaprzęgniętymi końmi. Była piękna, wprost idealna. Jej lekko pofalowane, złote niczym pszenicy kolor włosy opadały na kościste ramiona. Oczy miała jak morze, lecz bez wzburzonych fal. Było w nich widać inteligencję oraz opanowanie, ale uśmiech, którym go obdarzyła, był jak oliwa dodana do ognia, totalnie się w niej zatracił. Był promienny, pełen życzliwości i szczęścia w tych trudnych dla niego czasach. Postanowił się zbliżyć, lecz gdy znajdował się już tuż obok niej, przejechał mu przed oczyma powóz, a dziewczyna zniknęła mu z oczu. Rozejrzał się dokoła siebie, lecz nigdzie jej w pobliżu nie było. Załamany z powodu tego, iż nawet nie spytał jej o imię, zamówił tą nieszczęsną dorożkę czyhającą na jego życie i przerwał ten z pozoru przyjemny spacer. Czuł rozpacz jakiej nie mógł opisać. 
Musiał jak najprędzej dostać się do fortepianu, aby chociaż trochę sobie ulżyć i uspokoić emocje. Zapłacił prędko furmanowi i biegł, ile sił w nogach do czarno białej klawiatury. Otworzył ciężką klapę i usiadł na czarnym jak smoła stołku. Położył swe chude izgrabne dłonie na instrumencie, po czym biorąc drżący wdech zaczął tworzyć. Melodia była melancholijna, wprowadzająca w rozpacz, wytryskująca potok słonych łez spod powiek. Dogłębnie wchodziła w duszę człowieka i rozrywała ją na malusieńkie kawałki, których nie dało się już pozbierać. Czuć w niej było desperację Teddiego spowodowaną potrzebą odnalezienia niewiasty, którą ujrzał. Gdy już trochę się uspokoił, zaczął grać łagodną, przyjemną dla ucha muzykę. Zatracił się w swych uczuciach, zastanawiając się nad sensem miłości. Myślał, po co istnieje, skoro i tak nigdy nie będzie mógł jej dogłębnie doświadczyć. Była to bardzo egoistyczna myśl z jego strony, ale nie analizował tego. Znowu zmieniając melodię na bardziej dramatyczną nie zauważył pewnej osoby, która przysłuchiwała się jego wytworom. Gdy postanowił zakończyć swój utwór, podniósł wysoko swe majestatyczne ręce wznosząc swój smutny wzrok do góry i przymykając oczy westchnął głęboko: „co ja mam teraz zrobić”. Zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę dopóty, dopóki nie zauważył, że ktoś niepewnie zerka na niego z ukrycia. Z niesamowitą prędkością obrócił się w tę stronę i zaniemówił, a zdziwienie było wyryte na jego twarzy. Stała tam ta sama kobieta, którą spotkał jeszcze niedawno w mieście. Niedługą chwilkę patrzyli sobie w oczy, aż w końcu Teddy przypomniał sobie, iż musi wykazać się dobrymi manierami, więc zaczął powoli wstawać i iść w jej stronę, a następnie ukłonił się oraz spytał:
 – Cóż taka dostojna dama robi w taki wieczór na odludziu? 
Kobieta nie odpowiedziała od razu, lecz w końcu uśmiechnęła się zadziornie.
– Nie na takim odludziu, skoro jaśnie pan się na nim znajduje – rzekła i uniosła pogardliwie brew. 
Zaskoczony tak nietypowym jak na kobietę w tych czasach zachowaniem, pozwolił sobie zignorować tą kąśliwą uwagę.
– Och. Przepraszam. Nazywam się Teddy Avior Attachant – oznajmił i ukłonił się ponownie, jednak tym razem teatralnie. 
– Jestem Laurie Grease – rzekła chichocząc kobieta i wyciągnęła dłoń, aby on ją ucałował. 
W krótkiej rozmowie młodzieniec dowiedział wielu rzeczy o swej lubej. Interesowała się ona malarstwem i rzeźbą i mieszkała blisko niego. W drodze powrotnej do miasta złożyli sobie obietnicę, iż będą spotykać się codziennie wieczorem na tym malowniczym, bogatym w zieleń wzgórzu. Gdy Laurie zniknęła na końcu drogi stworzonej z udeptanej trawy mężczyzna uśmiechnął się, a następnie obrócił dookoła siebie i podskoczył z radością do góry.
Następnego dnia z samego rana chłopak przyszykował się i wyruszył do pracy, aby uniknąć konfrontacji z nękającym go ojcem. Potem udał się pośpiesznie na wzgórze z chęcią napisania pięknego utworu dla swej wybranki. Podszedł do fortepianu, podniósł swe chudziutkie palce z nadgarstkami i zaczął tworzyć. Melodia była pełna uczuć, namiętna, zaskakująca, lecz delikatna. Teddy próbował muzyką opisać swe uczucia, które żywił do kobiety. Szybka i wesoła sekwencja następujących po sobie nut w jego prawej ręce pokazywała jej temperament, lecz czyste, piękne w brzmieniu, akordy w lewej dłoni ukazywały jej osobowość, opanowanie, powściągliwość, bijącą z niej inteligencję i skromność. Przebierał palcami po oktawach i muskał opuszkami klawisze jednak z jak największą precyzją, jak gdyby każdy swój ruch miał wyliczony i opanowany do perfekcji. Po skończeniu gry postanowił, że już dziś zagra go Laurie, więc do samego wieczora ćwiczył utwór z jak najlepszą dokładnością. Reakcja dziewczyny przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Zrozumiała każdą emocję wygraną przez jego dłonie. Po zakończeniu melodii, podbiegła do niego i rzuciła się w ramiona szlochając. Jak się później okazało jej ojciec, który już nie żył, grał z tak samą wielką pasją jak Teddy. Młodzieniec wielce zaskoczony jej wyznaniem jeszcze bardziej się w niej zadurzył. 
Przekraczając próg mieszkania swym wylakierowanym butem usłyszał wołanie swego rodziciela. Chłopak z niechęcią i grymasem na ustach udał się do tego pokoju, a przywitała go tam ogromna pięść celowana w jego stronę, a dokładniej w twarz. To uderzenie odrzuciło go do tyłu i poczuł, iż czerwona krew spływa mu z nosa, który był zapewne złamany.
– Gdzie byłeś! Nie miałem ani pieniędzy, ani picia, a ty się szlajasz po miasteczku! Daj mi monety! – wykrzyczał mu prosto do ucha.
– Nie mam ich ojcze, bo  zapłaciłem podatku i … 
Nie dokończył, gdyż ponownie został mocno uderzony, lecz tym razem w oko, na którym szybko pojawił się wielki, fioletowy niczym śliwka siniak. 
– W moim domu nie ma takiego czegoś jak brak pieniędzy. Oddaj mi wszystkie jakie masz albo możesz już w tej chwili się spakować i wyprowadzić! – krzyczał ze złością ojciec Teddego.
– Ojcze. Kupiłem jeszcze tobie pożywienie, nic więcej mi nie zostało – oznajmił chłopak i skulił się, gdy agresywny ojciec ponownie się zamachnął.
– Spakuj się, wyjdź i nigdy nie wracaj! – ryknął grzmiąco mężczyzna i wskazał chłopakowi drzwi.
– Tato…, ale ja nie mogę cię zost… 
Niestety nie dane było mu dokończyć, ponieważ rodziciel przerwał mu gwałtownie w połowie zdania.
– Wynocha! – obwieścił jeszcze bardziej wrzaskliwie oraz ponownie podniósł dłoń.
Teddy wiedział, że rodzic nie poradzi sobie bez niego, ale spakował potrzebne rzeczy i napisał list: ,,Ojcze. Rozumiem twój gniew, lecz proszę, abyś przestał popijać ten okropny alkohol i zaczął pracować. Mam nadzieję, że zmienisz zdanie i pewnego dnia spotkamy się. Kocham cię. Teddy Avior Attachant’’. Następnie odłożył go w widocznym miejscu, spojrzał na ojca, ogarnął smutnym wzrokiem swój dom rodzinny i wyszedł cicho zamykając skrzypiące drzwi.
Nie przewidział jednak jednej z podstawowych rzeczy, że nie będzie miał gdzie nocować. Zaczął błądzić ze skórzaną, brązową walizką i pukać do różnorodnych kamienic, aby ktoś zgodził się wynająć mu mieszkanie. Gdy tak chodził od domu do domu wpadł niepostrzeżenie na Laurie. Okazało się, że idzie ona właśnie na spotkanie z człowiekiem, od którego ma kupić mały domek obok ich wzgórza. Dodała też, że będą mogli tam zamieszkać razem. Chłopak dowiedziawszy się tak wspaniałej wiadomości, wziął ją do góry i zakręcił się z nią wokół, a następnie wyściskał. Był po raz pierwszy w życiu szczęśliwy. Udało się. Nie dość, że ma już lokum, to ma go z Laurie i jeszcze jest ono bliziutko fortepianu, więc będzie mógł codziennie przychodzić tu i grać, aż dłonie odmówią mu w końcu posłuszeństwa. Załatwili wszystkie formalności i już późnią nocą mogli cieszyć się pięknymi widokami za oknem i sobą nawzajem.
Każdego dnia Laurie malowała różne pejzaże na dużym płótnie. Natomiast Teddy każdego wieczoru po pracy mógł cieszyć się muzyką i dzielić jej pięknem ze swoją ukochaną. Pewnego dnia zaraz po kolacji udał się do fortepianu z myślą o skomponowaniu następnego fantastycznego utworu. Wziął ze sobą nowo zakupioną lampę naftową, którą postawił  na klapie fortepianu, by lepiej widzieć klawisze i usiadł na stołku. Obserwując noc grał łagodną, potulną oraz powolną melodię. Wyobrażał sobie jak na tafli granatowego niczym atrament jeziora widać odbicie klarownego, srebrzystego, niczym nieskalanego księżyca. Gdy skończył ten niewinny utwór zgasił lampę, położył się z wygodą na trawie i odchylając głowę, zaczął przypatrywać się lśniącym gwiazdom. Leżał długo w głuchej ciszy, gdy nagle przyłączyła się Laurie. Ułożyła się obok niego i również zwróciła oczy ku niebu. Milczeli przez dłuższy czas nie przerywając tego stanu bezdźwięczności, lecz w końcu dziewczyna nie wytrzymała i nieśmiało zapytała.
– W cóż się tak intensywnie wpatrujesz mój drogi Teddy? W dodatku co zaprząta tak twoją głowę? W zupełnej ciemności widzę, jak coś rozważasz i ci głowina paruje, a myśli fruwają dookoła. 
Laurie spojrzała w te jego czekoladowe oczy i uniosła pytająco brew. Młodzieniec zerknął na nią, lecz później znów wrócił do podziwiania gwiazdozbioru. Jego wzrok stał się smętny i strapiony wręcz smutny, więc dziewczyna zrozumiała, iż poruszy teraz ciężki dla niego temat, którego zawsze unikał.
– Widzisz tą gwiazdę? – ujął jej dłoń i wskazał średniej wielkości, śniącą kulę na niebie. 
– Moja matula wielbiła kosmos i wszystko, co się wraz z galaktyką łączy, więc gdy byłem malutkim chłopczykiem opowiadała mi najróżniejsze historie i ciekawostki z nim związane. Za każdym razem pokazywała mi tą przepiękną gwiazdę i tłumaczyła, że jak będę duży to dowiem się od mamy o niej więcej. Niestety zaczęła chorować, aż w końcu zmarła. Byłem wielce zrozpaczony. Patrzałem na niebiosa i osądzałem niczego mi winną bryłę na nieboskłonie, lecz gdy ojciec wręczył mi wzruszający list, który matka napisała do mnie przed śmiercią, oniemiałem. Wyjaśniła w nim wszytko. Me drugie imię, czyli Avior to jej nazwa, więc póki w bezchmurną noc znajduje się ona na niebie to znaczy, iż mama nade mną czuwa, dlatego odnajdę drogę w życiu i dam radę. Natomiast zastanawiałem się, co się stanie, gdy jej nie będzie, ale odpowiedź była opisana tylko jednym słowem. Obłąkanie. Myślę, że oznacza to zagubienie się w mej egzystencji, toteż nie chcę o tym nawet myśleć. Zatem oglądam ten mrok u góry nazywany nocą i rozmyślam, jeszcze jakimi niespodziankami ofiarowała mnie ma czcigodna mama – to rzekłszy, znów pogrążył się w zamyśleniu. 
– Hm. Miejmy jakąś nadzieję w twoim nazwisku, albowiem może i ono coś intrygującego znaczy – rzekła z chytrym uśmieszkiem Laurie, a on usłyszawszy to, roześmiał się cicho.
– Cóż. Mama mówiła mi, iż oznacza ono tyle co ,,ujmujący’’ oraz ,,przykuwający’’ w mowie francuskiej, chodź wątpię, że któreś z tych słów mnie opisuje.  – Rzucił 
Po tych słowach oboje wybuchli głośnym śmiechem i odbyli długą, emocjonującą pogawędkę na temat znaczeń słów, aż w końcu nawet srebrzysty księżyc znudził się ich dyskusją i zniknął, robiąc miejsce dla wstającego ze snu, rażącego blaskiem słońca.
Nazajutrz z samego ranka patrząc na brak pożywienia godnego skonsumowania Teddy i Laurie wyruszyli to miasta. Kroczyli powolutku spokojnym spacerkiem i podziwiali naturę, którą było dane im zobaczyć. Zbliżając się coraz bardziej do miasteczka chłopak zaczął zauważać niechętne spojrzenia ludzi rzucane w ich stronę. Już nikt się z nim nie witał. Każdy kogo znał patrzał na niego nieufnie lub z przerażeniem i wymijał jak najprędzej. Zaskoczony Teddy spojrzał zakłopotany na dziewczynę.
– Co im się stało? – spytał, lecz ona tylko wzruszyła swymi ramionami. 
Obserwował ją jeszcze chwilę, lecz postanowił, że będzie to ignorować. Odłączyli się od siebie dzieląc zadaniami i ruszyli każdy w swą stronę. W końcu Teddy kupił potrzebne i zaczął się rozglądać po straganach, wśród których ujrzał Laurie i szybko udał się w jej stronę. Dziewczyna zauważając go odwróciła się, lecz gdy tylko on mrugnął ona magicznie zniknęła. Mrugnął ponownie i ponownie, ale po chwili poczuł dotknięcie po plecach. Oglądnął się w tył i ujrzał ją na nowo, więc podniósł w zapytaniu brew i zmrużył bacznie oczy. Laurie machnęła ręką i zbyła jego nieme pytanie. Pokazała torbę pełną jedzenia i oświadczyła, iż mogą już wracać. W drodze powrotnej spotkali Gabriela. 
– Teddy? Co ty tu robisz?! – rzucił niespokojnie, ale szeptem dawny przyjaciel.
– Dzień dobry Gabrielu. Miło cię widzieć. Poznaj proszę moją pannę. Nazywa się Laurie Grease. Mieszkamy na wzgórzu z fortepianem. Ggdybyś chciał kiedyś u nas zagościć, to zapraszamy – rzekł Teddy, ale nigdy nie spodziewałby się reakcji, jaką wywołały na Gabrielu te niewinne słowa.
– A więc to prawda. Żegnaj mój drogi Teddy. Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy – odparł na jednym wydechu i szybko oddalił się.
Ten dzień był bardzo nietypowy i zakręcony, a to bardzo nie podobało się młodzieńcowi, bo wyczuł, iż zbliża się coś, co odmieni jego życie. Laurie od ich wypadu do miasta zachowywała się też jakoś inaczej. Znikała, pojawiała się. Ciągle milczała albo żywo dyskutowała o niewiadomych tematach. Teddy nie wiedział w ogóle, co się dzieje z ludźmi dookoła niego, jak i z kobietą, którą szczerze kochał. Wszyscy go wprowadzali w obłęd i to z powodu, o którym tylko on nie miał bladego pojęcia. Zadręczając się tymi wstrętnymi myślami w końcu nie wytrzymał, więc odłożył bieżącą gazetę i zaczął przypatrywać się dziewczynie. Wyglądała jak zwykle olśniewająco, lecz jej zachowanie martwiło go najbardziej, jej zagadkowe spojrzenia i pytania oderwane od kontekstu rozmowy. Unikanie tematu o potrzebnych zakupach oraz strach w oczach, jak gdyby bała się, że go zaraz może stracić. Zamknął oczy, aby zatrzymać tą idącą w niebezpieczną stronę gonitwę myśli i postanowił rozwiązać swój problem, jak każdy inny. Muzyką. 
Podbiegł prędko to fortepianu i podnosząc sugestywnie dłonie zaczął grać. Muzyka brzmiała tak, jak gdyby zadawał on pytania, lecz nie było żadnych zrozumiałych dla niego odpowiedzi. Jednak z biegiem czasu stawała się coraz to mroczniejsza i niezrozumiała. W głowie kłębiły się myśli: ,,Chwila, chwila. Spojrzenia, jak gdybym był wariatem, dziwne zachowanie Gabriela, znikanie Grease…No właśnie! To się wszystko łączy, ale nie to nie może być to’’. Melodia była coraz szybsza. Prawa dłoń przebierała palcami, jak gdyby oszalała, a lewa niechcąca być tą gorszą zaczęła grać akordami burzliwe dysonanse. ,,Nie. To nie możliwe’’ nakręcał się dalej a wraz z nim jego utwór, który teraz stał się jeszcze bardziej niespokojny. Lewa skakała po oktawach, a prawa próbowała jej dorównać. ,, Jakim cudem?! Muszę mieć jeszcze jakiś dowód’’ pomyślał i jak na zawołanie od razu po tej myśli ujrzał Laurie, która znikąd pojawiła się przed nim i patrzała na niego z przerażonymi oczyma tak samo jak tamci z miasta. Jego kompozycje nie można była już nazwać melodią. To był istny chaos. Chłopak zrozumiał już wszystko, więc próbując nie wybuchnąć przelewał wszelkie emocje na klawisze. Mokre, słone łzy lały się po jego policzkach i skapywały na klawiaturę. Dłonie drżały, palce zderzały się ze sobą i tak straszliwe skakały, iż można było wręcz powiedzieć, że latały. Utwór miał już swoje odpowiedzi na pytanie, lecz nie oznaczało to ulgi. Było kompletnie inaczej. To dzieło miało w sobie wyłącznie istne szaleństwo tak samo jak on sam. Ten twór był przerażający, wstrząsający, prawdziwie nie ludzki! Na szczęście ta okropna tyrada zmierzała już do punktu kulminacyjnego. Skomplikowane układy nieukładających się dźwięków, bestialskie oktawy i nony, a do tego szaleńczo wariujące oraz hulające palce, próbujące nadążyć nad wymysłami kompozytora. W swej głowie wciąż powtarzał jak w amoku te dwa : ,,To niemożliwe, to niemożliwe’’. W końcu przez bolesny ból w sercu krzyknął przeraźliwie, uwalniając przy tym całe cierpienie, jakie w sobie tłumił i skończył utwór zawikłaną chromatyką oraz uderzył akordami w najwyższą oraz najniższą oktawę i wrzasnął na głos te słowa, które tak zawzięcie wypowiadał w myślach, lecz i tak nie pomogły, więc wyjąc z boleścią zemdlał spadając ze stołka.
Obudziło go lekkie ocucające uderzenie w policzek. Otworzył powoli jedno oko, a następnie drugie i ze zdziwieniem zauważył, że stoi nad nim zmartwiony Gabriel.
– Dzięki Bogu. W końcu się wybudziłeś. Już myślałem, że … – powiedział, nie kończąc myśli przyjaciel. A następnie dodał:
– Przepraszam, że byłem wczoraj taki małomówny, ale krąży w mieście pewna plotka, która wczoraj, jak cię zobaczyłem, okazała się prawdą. Musiałem to sobie przemyśleć.
Po tych słowach Gabriel zamilknął i spojrzał na chłopaka z wielką powagą. Teddy poczuł, że jeśli przyjaciel tylko wypowie kolejne słowa, to oszaleje jeszcze bardziej.
– Masz schizofrenię  – oznajmił Gabriel i od razu musiał prędko pobiec za swym przyjacielem, który szybko zaczął uciekać od tej strasznej, bolesnej prawdy. 
Teddy minął ze smutkiem w oczach miejsce będące sensem jego życia, jakim był fortepian, a następnie malutki domek, w którym mieszkał ze swą wymyśloną kobietą i czmychał jak najdalej od Gabriela, który dzięki Bogu był prawdziwy. Chodź w sumie skąd on mógł to wiedzieć. Całe jego życie mogło być nierealne. Patrzał co chwilę w tył i upewniał się, że przyjaciel go nie dogania albo przynajmniej jest w miarę daleko. Wreszcie wbiegł do miasta. Czuł się tu tak obco. Stanął ciężko dysząc, ale postanowił się nie zatrzymywać na dłużej. Ruszył w dobrze znane mu miejsce, jakim był jego rodzinny dom. Wbiegł prędko po schodach i zaczął natarczywie pukać w ciemne drzwi. Poczekał chwilę, bo chciał wiedzieć, czy nie słychać tam nikogo, ale nic takiego nie nastało. Z coraz większą desperacją uderzał w nie, aż w końcu bił je pięściami tak, że z knykci kapała mu krew, a z jego przekrwionych oczu zaczęły spływać łzy. Tłukł w te drzwi do czasu, jak nie usłyszał kroków oznajmiających czyjąś obecność na schodach. Wtedy już wpadł w większy niż wcześniej żal i histerycznie uderzał drzwi. Spojrzał w tył i zobaczył szmaragdowe oczy Gabriela patrzące na niego ze strachem i bólem.
– Teddy… Twój ojciec…nie żyje. Dzień po twojej przeprowadzce zmarł, bo jak przypuszczają ludzie, miał za dużo alkoholu we krwi. 
Chłopak potrzebował chwili, aby zrozumieć przekazaną mu wiadomość, a gdy to zrobił, wpadł w kompletny szał. Krzyczał, wył, płakał, przepraszał swojego ojca, rzucał się i nie pozwalał zbliżyć się próbującemu go pocieszyć Gabrielowi. Ten zrozumiawszy, że nic nie wskóra, pobiegł po kilku kolegów i wrócił ujrzawszy padniętego, wyssanego z życia Teddiego, który ponownie zemdlał. Poprosił, aby znajomi mu pomogli i wziąwszy wyczerpanego młodzieńca wyszli z tej obskurnej kamienicy.  
Z czasem Teddy obudził się i próbował otworzyć oczy, lecz raziło go irytujące, jaskrawe światło. Jednak w końcu mu się udało i zamarł od razu żałując, że to zrobił. Patrzył w biały sufit. Próbował się ruszyć, lecz zauważył, iż jest przywiązany do stalowego, białego łóżka. Przypomniał sobie wszystko i momentalnie zaszkliły mu się oczy, gdy przypomniał mu się ojciec. Pozwolił sobie na chwilę żałoby, lecz nagle spostrzegł, że nie jest sam.
– Przykro mi, ale to wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem dla ciebie – powiedział smutno Gabriel i dotknął Teddiego pocieszająco w ramię. – Będę cię odwiedzać. 
Następnie wstał i udał się do wyjścia. Zatrzymał się jeszcze w drzwiach i ostatni raz zerknął w stronę Teddego. 
– Będzie dobrze – rzekł znikając za futryną i ustępując miejsce doktorowi, który właśnie przyszedł. 
Lekarz miał w rękach przerażająco wyglądający przedmiot, gdyż Teddy zaczął się rzucać i wyrywać. Nieznajomy mężczyzna przytrzymał go i z błyskiem w oku powiedział:
– Spokojnie. To nie będzie boleć.
Bolało. Pewnego wieczoru na ogrodzonym ze wszystkich stron placu Teddy zaczął obserwować wszystkich chorych, z którymi go tu zamknięto. Ruszył w kierunku trawy, ale kaftan irytująco utrudniał mu swobodne poruszanie. Będąc już w odpowiednim miejscu usiadł, a następnie położył się i odchylił głowę by spojrzeć w gwiazdy. Przypomniał mu się czas, który właśnie w ten sposób spędzał z Laurie i za nią mocno zatęsknił. Spojrzał w prawo, a wymieniona przed chwilą dziewczyna pojawiła się przy nim. Uśmiechnęła się do niego pocieszająco i dotknęła kojąco w policzek.
– Będzie dobrze – powiedziała, po czym zniknęła zostawiając go samego. 
Chłopak uśmiechnął się przerażająco sam do siebie i znów wrócił do podziwiania gwiazdozbiorów. Brakowało mu fortepianu. Ostatnią rzecz jaką zagrał na nim był utwór, który stworzył w dzień, gdy zrozumiał, że jest chory psychicznie. Była to jego wariacja. Dosłowna wariacja. I tak go też nazwał: ,,Wariacje na temat szaleństwa’’. Na to wspomnienie znów tajemniczo się uśmiechnął i spojrzał w gwiazdy, lecz nie mógł znaleźć tej jednej. Tej jednej najważniejszej. Avior zniknęła, tak samo jak opieka jego matki nad nim, Laurie, która nigdy nie istniała i wiara zarówno w życie jak i szczęśliwą miłość. Westchnął. Czyli tak to wygląda. Najgorszy i najczarniejszy z możliwych scenariuszy.
Obłąkanie.
                        Emilia Krawczyk- Durak

 

Obraz wyróżniający: Obraz Mircea Iancu z Pixabay