Stasiowe ule / Patryk Jankowski

0
53
Niektórzy ludzie nie przywiązują się do miejsca. Wolą być nomadami, których nic nie ogranicza, mogą więc w każdej chwili wyruszyć w dalszą podróż. A inni często boją się tej wolności. Potrzebują obowiązku, przywiązania do jakiejś ziemi i nic nie jest w stanie ich od niej oderwać. A jeśli ktoś ich siłą wywiezie, oni zawsze w duszy będą tęsknić i zrobią wszystko, żeby znaleźć i zagospodarować sobie jakieś inne miejsce, nałożyć na siebie obowiązek i czuć bezpieczeństwo wynikające z przywiązania.
 Staś był tym wywiezionym siłą, potrzebującym obowiązku i przywiązania. Zakorzenił się więc w tym swoim nowym miejscu, w tym swoim przyszłym raju, tej ostoi, gdzie słońce zaczęło wstawać tylko dla niego, a słowik zaczął śpiewać wyłącznie ku jego radości. Staś przywiązywał wagę do najmniejszych szczegółów, do najdrobniejszych cech miejsca, do tych małych, niewidocznych dla przejezdnych, cech każdej ostoi. Swój dom potrafił rozpoznać po odcieniu ziemi, po nasyceniu kłosa pszenicy, po ruchach wody na wzburzonym jeziorze, po, charakterystycznym tylko dla tego miejsca, kącie nachylenia, pod jakim jaskółka zawraca do swego gniazda, po kształcie ziarenek maku, nie mówiąc już o jabłkach, które zawsze w sobie przemycają smak ziemi. Dla Stasia przywiązanie do konkretnych przedmiotów, okolicy, ludzi zawsze miało szczególne znaczenie, spowodowane doświadczeniem losu wygnańca. Miał bowiem ranę w sercu, którą lekko goiły te wszystkie próby zakorzenienia. Widział dzięki temu szczegóły niezauważalne dla innych. Za cel życia obrał sobie zagospodarowanie nowej ziemi, nowej przestrzeni. 
Staś z dzieciństwa najbardziej pamięta moment wejścia do nowego domu, do domu, wypełnionego cudzymi rzeczami, do domu, gdzie na stole pozostawiono misę z niedojedzoną kaszą, która, zdawało mu się, wciąż paruje. Czuć było specyficzny zapach, każdy dom bowiem ma swój zapach, unikatowy, zarezerwowany tylko dla mieszkańców tego właśnie budynku. Zapach dużo mówi o ludziach. Można wyczuć, co rodzina je, jakiego drewna używa, czy i ile pije, czy pali papierosy, jakie zwierzęta hoduje, jakie ciasta najbardziej lubi. Dom jednak też ma coś do powiedzenia, wpływa na mieszkańców, kształtuje charaktery, pobudza jedne cechy, inne zaś usypia, dotyka swoją energią i tworzy w mieszkańcach nowe wyobrażenie świata. 
Jest też Marysia – żona Stasia, która całe życie na coś chorowała i za każdym razem była pewna, że to już koniec jej życia. Jednak ułomność i słabość nie mogły wedrzeć się do jej ciała, nie mogły go ogarnąć, bo Marysia oswoiła sobie choroby, te krążyły nad nią, stale były za plecami, przed twarzą, a ona je przygarnęła, jak dzieci. Nieświadomie je pokochała, bo chorując czuła, że oddaje siły nie chorobie, lecz swoim bliskim, a jedyne, co mogłoby ją pokonać, to ból w sercu, gdyż Marysia tak strasznie się przejmuje wszystkimi, tak rozpacza nad cudzym losem i bierze na siebie cudze ułomności. Marysia jednak nie miała siły stale się bronić, choroba zaczęła przejmować jej umysł i ciało, a każda próba zabrania cierpień od bliskiego, współodczuwania z nim, kończyła się najgorzej dla niej. Marysia w konsekwencji zaczęła żyć we własnym świecie, gdzie nie istnieje czas, przeszłość się wdziera do teraźniejszości, bo ciężko jej odróżnić, co jest wspomnieniem, zjawą, a co teraźniejszością. Marysia zaczęła martwić się obrządkiem, dawno zamkniętymi sprawami. Miała też dni nieme, kiedy niezgoda na wszechobecny ból nie pozwala jej się nawet poruszyć, a ona przestaje kontaktować się ze światem i tym realnym i tym wymyślonym. Marysia jest wtedy jak mebel, nieruchoma, nieświadoma.
 Staś miał swojego psa, lubił leżeć z nim na kocu i grzać się w słońcu. Było to jak manifest/oświadczenie: “Ja, niżej podpisany, oświadczam, że nie wyrażam zgody na ustalony dawno porządek. Nie wyrażam zgody na topienie, mordowanie zwierząt, leżę i nie wyrażam, ale też nie bronię, umywam ręce.” Pies Stasia miał swojego guza, wnuk Stasia, jak był mały, nie mógł się temu nadziwić, jak to ma guza? Skoro nie widać żadnego zgrubienia, górki, nietypowej części tego psiego ciała. Wnuk był pewien, że guz musi się objawiać, musi być widoczny, uciążliwy, jak wielki pryszcz. A tu nic, żadnego śladu, może źle szukał? Pies, jak to się mówiło kiedyś – zdechł na tego swojego guza. Ta psia śmierć była podobna do ludzkiej, do tej Stasiowej – niewidoczna na pierwszy rzut oka.
Jest też w domu biały obrus, wyszywany w kwiaty symetrycznie rozmieszczone na łodydze w kształcie owalu, a w zasadzie na paru łodygach, jedna zawarta w drugiej i w trzeciej. Obrus ma swoje plamy, każda w innym kolorze i kształcie. Wszystkie te plamy zawierają w sobie wspomnienia. Marysia wyszyła roślinność na obrusie w tydzień, będąc u swojej siostry w odwiedzinach, jeszcze jako młoda panna. Plamy na obrusie tworzyły się latami na tych wszystkich obiadach, świętach, odwiedzinach, gdy Marysia była już gospodynią. I tak jak na obrusie zostawały plamy, zachowując wydarzenia i gości, tak wydarzenia i ludzie zapisywali się w duszy Marysi. Te piękne wyszywały się szybko i rzadko, ozdabiały duszę kwiatem, a te złe, powszednie, powstawały cały czas, powoli zaczęły zajmować cały obrus i żadną sił nie da się ich wyprać, a bieli już prawie nie widać.
Marysia miała też swoje piwonie, wrzosy, bzy, tulipany, bratki, amerykany, jabłonie, grusze, śliwy, buraki, ogórki, pomidory, ziemniaki, swoje grzyby i jagody w swoim lesie, tylko żadnej z tych roślin nie mogła już poprowadzić, pielęgnować, siać, sadzić czy zbierać. Choroby odebrały jej władzę nad roślinnością, musiała ustąpić innym, oddać swoje ogrody. Nie jest jednak tak łatwo ustąpić. Marysia, gdy tylko widzi, że ktoś coś sieje, sadzi, piele, przycina czy zbiera, musi wyjrzeć z okna lub przysiąść na trawie i skomentować, pouczyć, ponarzekać, nakazać, bo wtedy czuje, że ma jeszcze kontrolę, że jeszcze coś znaczy, że jeszcze posiada te wszystkie swoje rośliny, że jeszcze jest i się liczy i może rządzić między swymi kwiatami i warzywami. Bo najbardziej chce czuć się dalej gospodynią we własnym domu, czuć, że jej słowo coś znaczy, szczególnie tam, gdzie chodzi o to, co żywe. 
 Marysia ma też swoje sny. Jej sny są wyjątkowe, prorocze. Odziedziczyła ten dar przewidywania, dar, który niestety zanika. Mało kto ma takie sny, może przychodzą one z wiekiem? W snach tych Marysia umiała przewidywać głównie złą przyszłość. Gdy śniła jej się ziemia, obrządek czy zmarli, zaraz ktoś trafiał do szpitala albo umierał, w zasadzie te smutne wydarzenia działy się podczas snu, więc rano nie było można już zmienić rzeczywistości. Jej sny przemieniły się z czasem w spotkania, zmarli odwiedzali ją, łapali za rękę, patrzyli, nic nigdy nie mówili. Tak oto przyszedł do niej Staś, przychodził najczęściej ze wszystkich, czasami odwiedzała ją dziewczynka – córka jej i Stasia, zdarzało się, że przychodził brat albo matka, ale zdarzyło się tak, iż przychodzić zaczęła do niej jakaś kobieta, elegancka, wystrojona, niepodobna do nikogo, inna. Wraz z nią odwiedziny ustały. Na jak długo? Nie wiadomo. Po kobiecie została jakaś dziwna pustka, czegoś zabrakło, wydawać by się mogło, że kobieta była strażnikiem tajemnego portalu i tylko upewniała się, że każdy wrócił, można więc zamknąć bramę. Została też obawa, że przy kolejnych odwiedzinach Marysia też odejdzie ze swoimi bliskimi.
 Staś i Marysia mieli swoje krowy na swoich polach za drogą, polach niewidocznych z okien domu, polach niestrzeżonych. Zwierzęta tam wiązane nie miały szczęścia. Raz się tak zdarzyło, że ktoś zabił cielaka, oskórował, zabierając tylko to, co potrzebne. Rano, gdy poszli przewiązać i napoić krowy, znaleźli skórę cielaka i jego głowę na łańcuchu, do tego kopyta oraz wnętrzności. Innym razem w krowę walnął piorun, ta przepuściła przez ciało prąd, powiodła go przez łańcuch do ziemi i sama do niej przywarła, nie mogąc już nic zrobić.
Staś miał też swoją podróż. Jako młody, dziewiętnastoletni chłopak, wybrał się z ojcem, bratem i bratową do wsi, w której się urodził. Zależało mu, żeby zobaczyć miejsce swojego urodzenia, bo pamiętał je już tylko przez mgłę. Ojciec był w tej podróży przewodnikiem, najlepiej pamiętał, jak jechać. Droga nie była taka łatwa, jechali wozem, powoli, kilkadziesiąt kilometrów, a koń musi odpoczywać, pić i jeść. Jakoś jednak dotarli i ujrzeli zasiane zbożem pole, po domu nie było ani śladu, nic nie zostało, mogli się tylko cieszyć widokiem ziemi i jeszcze tego samego dnia wyjechali.
No i oczywiście było najważniejsze – Stasiowe ule. Kiedyś miał ich nawet czterdzieści, ale na emeryturę zostawił sobie trzy. Wnuk Stasia widzi je z okna swojego pokoju, dokładnie, chociaż od dziesięciu lat już ich nie ma, ale pamięta i widzi, gdzie stoją i pamięta smak miodu, jedyny taki, naturalny, swojski zrobiony z kwiatów, drzew i krzewów Marysi. Pamięta miodobrania, wirowanie, czekanie aż miód przepłynie tę magiczną siateczkę, oczyści się i da zjeść. Ten Stasiowy miód… nie ma nic na świecie, co by tak przypominało tego człowieka. On tak bardzo rozkochał, oswoił, udomowił swoje miejsce, tak bardzo się zakorzenił, że włosy, które mu zostały na głowie, przypominały bocianie gniazdo, które jest na słupie przy domu. Zmarszczki na czole ułożyły się jak ziemia po orce, paznokieć nie zżółkł od papierosów, tylko od odcienia słońca. A śmierć spotkała go, gdy płuca upodobniły się do plastrów miodu, tak strasznie były podziurawione, nie istniała jednak żadna pszczoła, która dałaby radę te dziury wypełnić, zasklepić.
Było wiele rzeczy, które Staś posiadał, gdy nagle świat stanął mu naprzeciw, wyrwał się z jego posiadania i powiedział: “Już koniec, już nie masz władzy, umierasz i musisz wszystko osierocić.” Stasia największym marzeniem stała się chęć pożycia jeszcze przez chwilę, chciał jeszcze trochę popatrzeć, popilnować, otulić wzrokiem wszystko to, co swojskie, ukochane i znienawidzone. I pomyślał sobie wtedy, że nie ma nic piękniejszego niż umrzeć we własnym domu, w swoim łóżku, wśród ścian tak bardzo znanych, miłych. Największym marzeniem nie byłoby już życie, tylko ostatni sen, ten sen, który już nigdy się nie kończy. Chciałby go tylko jeszcze komuś opowiedzieć, wiedział jednak, że nie podołałby temu zadaniu, choćby dlatego, że nie rozróżniłby, gdzie kończy się życie, a gdzie zaczyna ta dziwna wędrówka. Można się domyślać, że Staś miał przed oczami te wszystkie swoje sprawy, sobie tylko znane, najmilsze chwile, których nie sposób spisać, nie sposób wszystkich odkryć. Udało mu się. Ostatnie chwile spędził u siebie, a jego ciało przez trzy dni, aż do zakopania, leżało w tym jego domu, w tej jego ostoi. Do trumny dostał dwie paczki papierosów, zapalniczkę i piwo. Piwo jak piwo, ale czy te nędzne dwie paczki starczyły mu chociaż na dwa dni? Oby tam gdzieś były sklepy, to sobie kupi. 
Zapach papierosów w jego pokoju utrzymywał się parę lat, mimo kilkokrotnego malowania. Zostały też ślady jego kapci, którymi przez trzydzieści lat, w tym samym miejscu, siedząc na łóżku, szurał sobie z nudów. Zostały też jego sztućce, talerze, kubki, czajnik, mikrofala, kieliszki, lampki, popielniczki, kryształy, segmenty, żyrandole, dywany, szafy, jego pola, jego ciągnik, jego stodoła, jego magazynek, studnia, jego dom, jego schody, jego balkon, jego sad. Tyle rzeczy z dnia na dzień zostało pozbawione jego czujnego oka, które zawsze musiało pilnować choćby najdrobniejszego szczegółu. Jakby mógł, to by wydawał zgodę liściom na spadanie, bo tak bardzo chciał, żeby wszystko było na swoim miejscu, tak bardzo chciał wszystkiego dopilnować. Bo kto tego dopilnuje, jak nie on?  Jego winorośl została wycięta, a jego wnuk pamięta, jak Staś pędził wino i gdy tylko odrosła, stanął w jej obronie, aby wszystko było na miejscu, tak jak trzeba. I się udało. Rośnie już cztery lata i daje owoce. Ale kto, tak jak on, stanie na wzgórzu i przypilnuje budowy domu córki? Kto sprawdzi, czy na pewno zboże dojrzało? Kto, tak jak on, wyjdzie na balkon, spojrzy na las, na gospodarstwo i zapali papierosa? Nie ma już Stasia, nie ma już Stasia, nie ma już Stasia. Ale Staś jeszcze przypomina o sobie w swoich najcenniejszych przedmiotach, najtańszych – najdroższych skarbach świata.   
                      Patryk Jankowski

 

Obraz wyróżniający: Obraz Artur Pawlak z Pixabay