TEMPUS / MAJA RUCIŃSKA

1
14021

Wieczny Towarzysz 

Czas. Powiadają, że się ciągnie, wlecze, pędzi. Nieprawda. Ja mijam. Nieubłaganie – wbrew chęciom i modłom – nie mogę się zatrzymać, nie mogę przyspieszyć. Jestem konsekwentny, jak ratownik medyczny, co dzień biorący na swe barki ciężar życia drugiego człowieka. Jestem nieczuły na prośby, jak głaz, będąc zarazem precyzyjnym jak chirurg na bloku operacyjnym. Jestem wszem i wobec, a ludzie i tak rzadko kiedy mnie dostrzegają, traktują poważnie, doceniają.
Nie widzą jak jednych nieustannie prowadzę w objęcia Śmierci, innych zaś przed nią chroniąc. Towarzyszę im każdego dnia widząc, jak lekceważą moją potęgę. 

Stworzył mnie Pan w dniu, w którym oddzielił dzień od nocy, jednak dla ludzi zacząłem istnieć w chwili złamania zakazu. To jedno z moich pierwszych wspomnień, pamiętam jednak, jakby to było wczoraj. Tego ranka słońce połaskotało mnie po twarzy, wychylając się zza pięknych rozłożystych koron Drzewa. Przeciągnąwszy się otworzyłem oczy, a pierwszą rzeczą jaką napotkał mój wzrok była rzucająca delikatny cień wielka zielona chmura liści zwisająca nade mną. Wtedy ich usłyszałem; 

„- Dlaczego to uczyniłaś?

– Wąż mnie zwiódł i zjadłam.’’

Kap. Pojedynczy odgłos wybrzmiał niczym samotna nuta zapowiadająca spektakl. Słońce poszarzało, zaczęło się cofać, jak gdyby chciało schować się za zasłoną nieba, które momentalnie posmutniało. Korony drzew zaszumiały delikatnie kołysząc się na wietrze to w jedną, to w drugą stronę. Następne kapnięcia zaczęły delikatnie wystukiwać rytm nadając tempa chwili. Deszcz bębnił głucho odbijając się od tafli jeziora. Nagle ciemność spowiła ziemię a mrok wkradł się do ich serc. W jednej chwili nastała cisza tak głośna, że obudziła w ich umysłach lęk przed nieuchronnym. Przede mną. Odtąd każda ich sekunda była policzona.

Minęło wiele tysięcy lat, a ja wciąż jestem świadkiem niezliczonej ilości takich sytuacji, kiedy przychodzi świadomość nieuchronnego. Nie mogę bowiem decydować jakie będzie zakończenie, decyduję jednak kiedy ono nastąpi. Bo to ja jestem końcem.

Pułapka Śmiertelności

Usłyszałem kiedyś, że najpiękniejszym prezentem, który człowiek może komuś ofiarować, jest czas.  Takie proste słowa i takie prawdziwe, ale ich realizacja w dzisiejszych czasach niezwykle trudna. Ludzie ciągle gdzieś się spieszą, ciągle mają jakieś zaległości – w pracy, w szkole, ciągle planują lub realizują jakieś plany. Brakuje im czasu dla siebie, a co dopiero dla drugiego człowieka. A nawet, kiedy wyrwą się z kieratu codziennych obowiązków, albo zwyczajnie się poddadzą, bo nie wytrzymują ich natłoku, to wpadają w pułapkę ,,ekranu”. Dzisiejsze wynalazki z dostępem do sieci, która oplata coraz grubszą nicią coraz młodsze umysły, gubią ludzkość, wykradając to, czego nie da się kupić – mnie. Pamiętam historię młodego człowieka, który przepadł w odmętach wirtualnego świata i sprzedał swój drogocenny dar za kilka złudnych chwil szczęścia.

Siedziałem właśnie pod dachem jednej kawiarni i rozglądałem się dookoła. Tłumy ludzi pędziło w tę i we w tę nie zwracając na siebie najmniejszej uwagi. Ciekawe jak byście się zachowali, gdybyście wiedzieli, że siedzę tuż obok was obserwując każdy wasz ruch? Obserwowanie ludzi jest moim ulubionym zajęciem. Przez kilkanaście sekund mogę naprawdę dużo się o nich dowiedzieć. To przerażająco fascynujące. Tym razem wybrałem niedużą kawiarnię na zachodnim rogu w centrum pewnego zatłoczonego miasta. Stąd miałem idealny widok na zejście do metra, kilka skrzyżowań oraz przystanków autobusowych. Na wprost mnie znajdowało się ogromne rondo obrośnięte setkami drzew i krzewów. Przechodnie biegiem pokonywali szare chodniki, nie podnosząc nawet wzroku z nad wyświetlaczy. Wielka szkoda, że tak mało ludzi znajduje chwilę, by docenić otaczające ich piękno. Na ławce siedziała para dorosłych ludzi, a z zielonego dziecięcego wózka stojącego w zasięgu ręki rodzicielki dochodził nieutulony płacz. Kobieta wzięła na ręce kilkumiesięczne dziecko. Wyglądała na zmęczoną, jakby nie przespała ani godziny w ciągu ostatniej doby. Nieudolnie zamaskowane cienie pod jej oczami mówiły same za siebie. Mężczyzna natomiast siedział wpatrzony w komórkę. Następna ławka, następni ludzie. Ta sama sytuacja. Odwróciłem wzrok. Patrząc na nich czułem, że marnują życie. Nie potrafię pojąć jak można tak bardzo nie korzystać z daru, którym zostali obdarzeni – MNĄ.

Niestety nie jest to odosobniony przypadek i jeśli ludzkość nie zawalczy o siebie, kryzys relacji doprowadzi do degradacji tego gatunku, a pułapka, którą sami na siebie zastawili, sprawi, że nawet tego nie zauważą,

Cierpliwy Przyjaciel

Jestem największym wrogiem ludzi. Czy wobec tego mogę stać się dla kogoś przyjacielem? Opowiem Wam pewną historię.

Przemierzałem właśnie jeden z moich ulubionych korytarzy. Szeroki na prawie 5 metrów kolorowy tunel ozdobiony pięknymi obrazkami przedstawiającymi literalnie wszystko i jeszcze więcej. Z błękitnego sufitu zwisają dziesiątki różnobarwnych motylków, by w połączeniu z zielonym linoleum, stworzyć możliwie jak najbardziej przytulne miejsce. Kiedy szedłem środkiem korytarza, moją szczególną uwagę przykuł obrazek wiszący w prawym dolnym rogu wielkiej tablicy. Na pierwszy rzut oka biała kartka z bloku technicznego nie różniła się niczym szczególnym od pozostałych prac. Pośród lasu stała dziewczynka. Otaczała ją masa kolorowych pnączy zwisających z drzew przypominających chmury. Dziewczynka się uśmiechała trzymając w ręku kwiatek. Jej bursztynowe oczy skierowane były ku górze… Z rozmyślań wyrwał mnie płacz. Szloch tak rozdzierający serce, jak gdyby ni stąd ni zowąd piorun przeszył bezchmurne niebo. Ostatni raz rzuciłem okiem na obrazek, po czym ruszyłem dalej. Zrobiwszy kilka kroków, stanąłem przed  ciężkimi szklanymi drzwiami, pierwszymi po mojej lewej stronie. Moim oczom ukazała się spora sala, której lawendowe meble odznaczały się na tle beżowych ścian. Pod oknem, naprzeciwko siebie, stały dwa łóżka. Na parapecie stały książki, kredki, samochodziki, chusty do włosów i puste kroplówki. Na łóżku, po prawej stronie, chłopczyk w wieku przedszkolnym próbował bezskutecznie ułożyć drewniane białe klocki w wieżę na swojej szarej pościeli mrucząc coś przy tym pod nosem. Łóżko po lewej stronie zajmowała dziewczynka na oko nieco starsza od chłopca. Szlochała przykryta do pasa szarą kołdrą w białe sówki. Leżała na plecach podłączona do kondensatora tlenu, a jej klatka piersiowa unosiła się nierówno. Kardiomonitor stojący po jej lewej stronie cicho pikał co jakiś czas, rysując linię, od której wyglądu zależało życie dziecka, a pompa infuzyjna stale podawała ciemnobrązowy płyn do organizmu dziewczynki.  

– Luksus – mruknąłem zadowolony pod nosem. Cieszyło mnie to, że wraz z moim upływem medycyna rozwija się w tak zaskakującym tempie. Jestem jej cierpliwym przyjacielem.

Wiedziałem jednak, że mimo tego rozwoju są sytuacje, w których nie pomoże nic i nikt.

 Odwieczny Wróg

Ruszyłem wzdłuż korytarza, co jakiś czas zatrzymując się przy drzwiach sal, by móc podziwiać rozwój medycyny. Skręciłem w prawo, a moim oczom ukazała się para potężnych drzwi, oddzielających drugą część oddziału. 

Przekroczywszy je mogłem ujrzeć  nieco bardziej smutne oblicze szpitala. Owszem, motylki na ścianach i suficie i tu próbowały wnieść nieco swojego blasku do ciemnego tunelu, jednak tym razem ich blask nie wystarczył. Wzdłuż korytarza pod ścianami poustawiana była cała masa stojaków na kroplówki, kilka wózków inwalidzkich oraz zaścielone szpitalne łóżko. Po prawej stronie znajdowały się trzy pary drzwi, natomiast po lewej dwie. Powoli przemierzałem korytarz zwracając uwagę na najmniejsze szczegóły w jego wyglądzie. Fascynowało mnie to. 

Pierwsze drzwi po lewej stronie prowadziły do krótkiego korytarza, który zakończony był nieco mniejszymi, również szklanymi drzwiami. Za tamtymi rozgrywała się walka. Walka o życie. W sali na środku po lewej stronie, otoczone tysiącem kabli i aparaturą stało łóżko niczym nie różniące się od tych, które minąłem chwilę temu. Wokół łóżka zgromadziła się spora grupa ludzi. Pielęgniarki co chwila sprawdzały parametry, by po chwili móc z powrotem wrócić do plotkowania. Pod oknem, zwróconych twarzą do łóżka stało dwoje dorosłych ludzi rozmawiających ze sobą półszeptem. Ich zmęczony wzrok przenosił się to na twarz właściciela łóżka, to na monitor rysujący linię życia ich dziecka, by finalnie znów mogli spojrzeć sobie w oczy. Widać było w nich ogrom bólu, jak gdyby oczy te już nigdy więcej miały nie mieć prawa ujrzeć niczego radosnego, co dodałoby im sił i obdarzyło nadzieją w tej tragicznej sytuacji, w której znalazła się ich rodzina.

Oderwałem wzrok od zrozpaczonych dorosłych i wykończonych twarzy personelu, by móc się nieco rozejrzeć. Sala była mniejsza niż sale w pierwszej części szpitala. Po prawej stronie na ścianie wisiało zdjęcie przedstawiające dwoje szczęśliwych ludzi stojących w kolorowym tunelu. W tym uśmiechu było coś innego. Coś, czego na co dzień nie widzimy w uśmiechach. Bezradność. Strach w ich oczach był niemal namacalny. Stali sztywno, zwróceni twarzami do siebie, podając sobie ręce. Wiedzieli, że  już nie ma czasu.

Mój wzrok skupił się na ścianie na wprost drzwi wejściowych. Dwa duże okna zamknięte były tak szczelnie, jak gdyby żadna, nawet najmniejsza cząsteczka nie miała prawa dostać się do wewnątrz. Słońce za oknem wpadało do środka łaskocząc mnie po twarzy, jednak nikt nie dostrzegł tego drobnego gestu złotej gwiazdy, która chciała nadać tej chwili trochę inny wydźwięk. Słońce chcąc zostać zauważone wychyliło się nieco zza framugi okna, jednak taniec cieni na równoległej ścianie zakończył się nim moje oczy zdążyły się nim nacieszyć. Pielęgniarka szybkim krokiem podeszła do zachodniej ściany i mamrocząc coś pod nosem jednym ruchem zakończyła przedstawienie. W sali nastał mrok oddający klimat chwili. Jedynym źródłem światła była lampa stojąca w północnym rogu pokoju. Zrobiłem kilka kroków w kierunku krzątających się ludzi i przystanąłem na moment analizując sytuację. Na łóżku leżał kilkunastoletni chłopak, podłączony do miliona kabli, z tysiącem rurek wchodzących w jego organizm. Oczy miał zamknięte, a jego oddech był płytki i miarowy. 

Wycofałem się. 

– Tobie złożę wizytę za jakiś czas – rzuciłem, jak gdyby ktokolwiek ze zgromadzonych mógł mnie usłyszeć. Cóż, czy to bezapelacyjnie wygląda tak, że nikt mnie może mnie usłyszeć? Otóż ludzie słyszą mnie w chwili, w której dociera do nich powaga sytuacji. Odpowiadam im ciszą. Nie uważam, aby człowiek był na tyle mądry, by zrozumieć sens moich słów. Jednak od czasu do czasu próbuję z niekrytą ciekawością. Być może pewnego dnia również i myślenie ludzkie wstąpi na wyższy poziom rozwoju? 

 Niepewność

 Pielęgniarka właśnie wybiegła z sali, a ja korzystając z okazji podążyłem za nią. Razem dotarliśmy do drzwi oddzielających Jasną stronę szpitala od Ciemnej. Kobieta minęła wszystkie sale zatrzymując się przy ostatniej po prawej, należącej do dwojga maluchów. Weszła do środka, a ja stanąłem w drzwiach przyglądając się. 

– Kładź się już – rzuciła w stronę chłopca, który po skończeniu zabawy klockami, siedział nad kolorowankami. – Jutro czeka cię ciężki dzień. Twoi rodzice będą o świcie, by pomóc ci się przygotować.  Zgasiła światło i przez moment jedynym źródłem światła był oświetlony korytarz.

– W porządku pani Kleopatro – odpowiedział maluch, na co mimowolnie uśmiechnąłem się – Czy mógłbym jeszcze chwilę mieć zapalone światło?

– Światło muszę zgasić, jednak pozwolę Ci zostawić sobie zapaloną lampkę nad łóżkiem. – podeszła do niego, sięgnęła do przycisku, do którego malec nie dosięgał i przesunęła przełącznik. Żarówka momentalnie zabłysnęła strumieniem ciepłego światła, oświetlając pełną twarz chłopca – Tylko nie siedź długo. 

 Chłopiec z uśmiechem przytaknął. Wcale nie był zadowolony, zdradzała go jego postawa. Siedział przygarbiony z głową pochyloną w dół, a jego ręce leżały sztywno na kołdrze. Przez głowę przeszła mi myśl, że wygląda jak nieszczęśnik, który w celi śmierci oczekuje na wykonanie wyroku. Pielęgniarka bez słowa podeszła do łóżka po lewej stronie, po czym sprawdziwszy stan kroplówki podłączonej do  wkłucia centralnego na szyli dziewczynki, udała się z powrotem na Ciemną stronę oddziału. Postanowiłem poświęcić dzieciom chwilę uwagi. Podszedłem do łóżka dziewczynki i zerknąłem na kartę przy łóżku.

Kres Cierpień

Stanąłem w progu. Atmosfera w sali była  tak gęsta, że można ją było kroić nożem i podawać na talerzu. Dało się słyszeć ciche nucenie, jednak nawet ono nie miało mocy zmienić powagi sytuacji. Dziewczynka leżała do mnie plecami, twarz skierowaną miała w stronę okna. Na wpół przymrużonymi oczami wpatrywała się widok za oknem, jak gdyby mogła w nim dostrzec coś, czego nikt inny nie był w stanie zobaczyć. Intensywnie się nad czymś zastanawiała, wypatrywała czegoś, jakby oczekiwała na spotkanie z kimś. To na spotkanie ze mną oczekiwała, nawet jeśli nie była tego świadoma. 

Spotkania ze mną nie należą do długich, przeważnie jest to szybka wymiana zdań i po sprawie, jednak w przypadku dzieci jest nieco inaczej, z nimi trzeba inaczej rozmawiać. Bo wiecie, dziecko nie od razu wszystko zrozumie. Potrzeba chwili, by im to wytłumaczyć, by uświadomić ich w jakiej sytuacji się znajdują. Po to jestem. Jest to jeden z powodów, dla którego nie mam wielu przyjaciół. Kto by się chciał zadawać z kimś, kto przychodzi w dla nich najmniej odpowiednich chwilach i prawi morały?  Są jednak i tacy, którzy są tak samotni, że nie mają nic przeciwko rozmowie ze mną.

– Wy ludzie często chcecie o wszystkim decydować. – zacząłem swoją przemowę, która przerodziła się w podświadomość dziewczynki. – Czy wobec tego macie prawo podejmować decyzje w sprawach, które nie są od was zależne?

Widziałem w jej spojrzeniu, że zastanawia się nad pytaniem, które właśnie wpadło jej do głowy. 

– Dlaczego usilnie chcesz wpłynąć na coś na co wpływu nie masz. – sprostowałem. Ciekawił mnie jej punkt widzenia, bowiem miałem zaszczyt słyszeć jej myśli.

– Chciałabym przestać być problemem dla bliskich. – mruknęła niby od niechcenia sama do siebie. – Rodzice ciągle się o mnie martwią, nieważne jak bardzo starałabym się nie mam wpływu na to, jak moje życie się potoczy. Czuję, że moje złe wyniki coraz bardziej ich zawodzą. Jestem dla nich tylko ciężarem. Na moje leczenie idzie mnóstwo pieniędzy, a ja i tak umrę. Dlaczego więc nie mogę odejść? Dla mnie już nie ma ratunku. Walka o moje życie jest przedłużaniem mojego cierpienia, czemu nikogo nie interesuje jak ja się czuję i co ja o tym myślę? W końcu to moje leczenie. – westchnęła i mocniej przytuliła swojego misia.

   Nie rozumiała, jednak nie miałem jej tego za złe. Była tylko dzieckiem. Można by rzec – nic nie wiedzącym o życiu – jednak każdy, kto by tak pomyślał, byłby w niemałym błędzie. Owszem, nie potrafiła wykonać rzutu z dwutaktu, ani nie umiała zinterpretować „Iliady” Homera, znała jednak na pamięć nazwy wszystkich możliwych leków, a definicje choroby swojej, jak i jej przyjaciół, recytowała z pamięci.

Nie zdziwiłem się, kiedy nazajutrz pielęgniarka, która po nieudanej operacji sprzątała łóżko Basi, wyciągnęła spod poduszki list, żeby wręczyć go najsmutniejszej osobie na oddziale.

Droga Mamo!

Jeśli czytasz ten list mnie już wśród Was nie ma. Chciałam przeprosić za to, że Cię oszukałam, że nie wygrałam z chorobą tak jak Ci obiecałam. Jestem Ci tak bardzo wdzięczna za każdy dzień, który mogłam spędzić z Tobą. Jestem największą szczęściarą będąc Twoją córką. Każda chwila spędzona z Tobą jest moim ulubionym wspomnieniem. Kocham Cię bardzo i bardzo dziękuję Ci za wspaniałe życie. Robiłam co w mojej mocy, by spędzić z Tobą jeszcze troszkę czasu, jednak widocznie nie miałam wystarczająco siły. Mamusiu, nie płacz proszę, ja ciągle jestem przy Tobie. Cały czas o Tobie pamiętam Po prostu nie jestem już w swoim ciele, które się zepsuło. Wiedz jednak, że rak mnie nie pokonał. Zabrał mi siły oraz ciałko, jednak nie zabrał mi nadziei i Twojej miłości. Pokazałaś mi co tak naprawdę znaczy miłość. Tak teraz sobie myślę, że to nie była walka, jak ją nazywałyśmy, przecież nie nosiłam zbroi, tylko kabelki! Nie wiem, jak to jest się zakochać, wiem jednak co znaczy poczuć prawdziwy ból. Nigdy nie założę pięknej sukni ślubnej, jednak co dzień nosiłam tysiące kolorowych kabli tworzących suknię otulającą moje ciało. To po prostu życie, które bywa niesprawiedliwe. Jestem dumna z tego jak spędziłam swój czas wiedząc o mojej chorobie. Najważniejsze jest to, że nawet w najgorszych chwilach potrafiłyśmy znaleźć powód do uśmiechu. Czas spędzony przy Tobie jest najcenniejszy na świecie. Tak bardzo nie chcę, żebyś była smutna. Myśl o mnie z uśmiechem i radością słuchając piosenki ,,Nie bój się chcieć”, z naszej ulubionej bajki. Chcę też podziękować wszystkim lekarzom i przede wszystkim pielęgniarkom, które tak dobrze się mną opiekowały. Niedługo znowu wszyscy się spotkamy.

Czas się pożegnać. Zawsze będę za Tobą tęsknić. I pamiętaj – Choć nie ma lekko nie przejmuj się!

-Basia, której już nie ma, ale cały czas o Tobie pamięta.

  1. Proszę oddaj moją złotą chustkę w łabędzie Zosi z Jasnej Strony i przekaż jej, że zajęłam najlepsze miejsce na widowni i czekam niecierpliwie, by móc zobaczyć jak tańczy.

Pogrzeb Basi odbył się dwa dni później. 

Melodia Życia

Muszę wam się zwierzyć z jednej rzeczy, lubię słuchać tych waszych ludzkich piosenek. Artyści to ten rodzaj ludzi, którzy zdają się widzieć i rozumieć więcej. Często o mnie wspominają.

Jedni zwracają uwagę na to, że pogoń za dobrami doczesnymi nie ma sensu, nie dopomoże w sprawach wiecznych:

Za czym tak gnasz, po co ci to
Zabierzesz ze sobą, gdybyś poszedł na dno,
Ołówek weź teraz kartkę i pisz
Kupiłem wszystko, a wciąż nie mam nic

Nawołują tym samym do wykorzystania czasu, którym dysponujecie, najlepiej jak potraficie:

Swój czas weź w garść swój czas
Zanim Ci życie nie powie że pass
I odholuje weź w garść i idź
Zacznij na 100, nie na 5 procent żyć

Mistrzem zaś jest ten, kto potrafi przyjąć to, co niesie ze sobą życie, akceptując je takim, jakie jest i mimo trudności się nim cieszyć. 

Nie wzbraniaj się bierz wszystko jak jest
Bo życie po równo dzieli wydech i wdech
Ołówek weź teraz kartkę i pisz
Już nie uciekam bo we mnie jest mistrz

   Inni twórcy wskazują na to, że nie jest wiadomym, ile czasu wam zostało dane i przypominają to o czym wiedziano już w średniowieczu: ,,memento mori”.

Nikt nam nie powiedział jak długo będziemy żyć,
Do jakich rozmiarów ciągnęła się będzie życia nić.
Nikt nam nie powiedział kiedy mamy się pożegnać
Ile mamy czekać żeby znowu się pojednać
Ramię w ramię nawzajem siebie wspierać
Rodzimy się by żyć, żyjemy by umierać.

Mimo tych ostrzeżeń, żeby zachować pokorę wobec przemijania, inni piosenkarze dają ułudę stałości, która jest niczym wobec wieczności.

Każde pokolenie ma własny czas
Każde pokolenie chce zmienić świat
Każde pokolenie odejdzie w cień
A nasze – nie
Każde pokolenie ma własny głos
Każde pokolenie chce wierzyć w coś
Każde pokolenie rozwieje się
A nasze -nie 

 Są i tacy, którzy dają się ponieść młodzieńczej euforii, lubię ich, choć sam jestem prawie tak stary jak świat, bo wiedzą jak maksymalnie wykorzystać czas, w myśl zasady „carpe diem”.

Do życia nie podchodź poważnie za nad to,
A każdą chwilę traktuj jak ostatnią.
Takie chwile jak te
Nie zdarzają się zbyt często,
Takie chwile jak te
To nasze zwycięstwo

Do niektórych utworów lubię dodawać swoje własne komentarze.

Biegnij przed siebie, uciekaj zanim złapie Cię czas [Tak, jakby dało się przede mną uciec.]
Pewnie przed siebie idź nim zmęczenie da o sobie znać [A wierzcie mi, jest prędkie.]
Świat dla nikogo się nie zatrzyma [Święta prawda.]
Zdradzi Cię nie raz [Nie dwa.]
Biegnij przed siebie, kierunek trzymaj
Z wiatrem lub pod wiatr [Nie będzie łatwo, ale będzie warto.]

Czasu nie oszukasz, dzień wstaje za dniem [Niezależnie od woli i modłów.]
Kiedyś i Tobie przyjdzie wybrać „być” czy „mieć” [Życie to sztuka wyboru.]
Zanim zechcesz odkryć po swojemu ten świat
Usiądź i posłuchaj – mam kilka rad [Mądrego zawsze warto posłuchać]

Zostawiam wam do własnej interpretacji ten fragment. Wy jesteście bardziej ,,na czasie”.

Moje myśli spiętrzone wokół jednej chwili
Kiedyś ta krótka potrafiła czas umilić
Teraz stojąc jakby obok wciąż się przyglądam
Już nie cieszy jak kiedyś, wspominam, myślę dokąd zdążam
Inne cele w życiu, inne plany i pragnienia
Muszę wszystko pozmieniać, tak jak czas wszystko zmienia
To co było nie wróci, wiem, choć czasem mam nadzieję
Po co mam więc pamiętać, ktoś by powiedział „stare dzieje”
Wiem to, nie mogę zapomnieć jak było dobrze

Czy na moje łzy ja znajdę czas? 
Czy na łzy ja znajdę czas? […] 
Czy na pożegnanie znajdę jeszcze czas? 

  A na koniec mojej playlisty zacytuję wam ulubioną piosenkę Basi.

Nauczył mnie czas,
Upada się żeby wstać.
Bo ważne tylko są przyszłe dni.

Uciekam stąd,
W nudy mgle nie chcę żyć!
Czy do stracenia coś mam?
Chyba nic!

Nie poddam się, mnie nie złamie nic!
Każda z trudnych chwil tylko doda sił!
Marzenia są w nas, nie trzeba nic tylko chcieć!
Kto się nie boi ten już górą jest!

Miłego słuchania!

Twój Wybór

Mógłbym tu prawić jeszcze długo, ale wolę przywołać moich przyjaciół, bo tak już jest, że lubicie konkrety, a nie abstrakty. Ja sam bywam bowiem dla was tylko słowem. Relatywizujecie mnie, dopasowując do swoich potrzeb – dla każdego z was mam inne znaczenie i wartość, płynę inaczej  w waszym subiektywnym odczuciu, tymczasem pozostaję poza zakresem waszej percepcji, bo nie możecie pojąć całości, skoro sami stanowicie tylko mgnienie oka, na mojej osi.

 Powołam się zatem na wielkiego waszego świata, który w prosty sposób wyraził wielką prawdę o mnie. Nie można mnie kupić, choć jeszcze wielu ludzi nie rozumie słów mojego przyjaciela Steve’a Jobsa, że zegarek, który kosztuje 30 dolarów i zegarek, który kosztuje 300 dolarów odmierza ten sam czas. 

Co mogę dla was zrobić poza mijaniem? Nic. Wy – i owszem. Żyjcie tak, jakby nie było jutra, jakby dziś był ostatni dzień waszego życia i starajcie się go przeżyć jak najlepiej.

Bo wczoraj już było, jutra jeszcze nie ma – macie tylko dziś. Wykorzystajcie ten CZAS dobrze.

Zagadka wieczności

Na pożegnanie zostawiam was ze słowami mojego drogiego przyjaciela Alberta Einsteina, żebyście spróbowali pojąć moją istotę:

Czasu nie ma, wszystko co nas otacza, to wieczność. 

Bóg jest wiecznością, więc jest wszechobecny.

Kim więc jestem?

                                MAJA RUCIŃSKA

 

Obraz wyróżniający: Obraz Silas Camargo Silão z Pixabay

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj