„Rejs” Piwowskiego…, czyli o manipulacji (z cyklu: Filmy z lamusa / Piotr Kotlarz

0
559

Początkowo sądziłem, że pomimo tego iż „Rejs” znałem wcześniej tylko z fragmentów, to jego recenzja będzie stosunkowo łatwa. W młodości, całkowicie ten film pominąłem. Wyświetlany był tylko w kinach studyjnych i jakoś na niego nie trafiłem. Później szukałem, jak większość ludzi mojego pokolenia, w kinie czegoś innego, Antonioni, Fellini, Bergman, ewentualnie filmy rozrywkowe. Pod koniec lat siedemdziesiątych organizowałem np. w KSW „ŻAK” w Gdańsku sesję naukową pt. „Recepcja psychoanalizy w kulturze i sztuce XX wieku” (połączoną z pokazem filmów, m.in. „Psa andaluzyjskiego” Buñuela, który to film sprowadzałem do Gdańska z Filmoteki Narodowej z Warszawy).

Pozostał mi też w pamięci obraz kultury studenckiej  od wczesnych lat siedemdziesiątych. Wspomnę tylko, że pracując jako kierownik organizacyjny  Studenckiej Wiosny Teatralnej  w 1972 roku w Lublinie, zauważyłem, że udział w tym festiwalu kultury studenckiej mogły wziąć (po eliminacjach) tylko niektóre teatry studenckie z kraju. Pomysłodawcą tego ogromnego projektu i jego dyrektorem był Andrzej Rozhin (twórca powstałego w 1961 roku przy UMCS teatru studenckiego Gong 2). Na KUL-u, gdzie wówczas studiowałem, były aż trzy sceny studenckie, w tym słynna później scena  plastyczna Leszka Mądzika. Z Gdańska na wspomniany festiwal przyjechał ze swą sceną plastyczną Włodek Wieczorkiewicz ze wspaniałym spektaklem (filozoficzną alegorią) „Dążenie”.

Wprawdzie dziś już wiem, że jeden z głównych animatorów ówczesnego życia kulturalnego w Gdańsku był współpracownikiem służb, ale to on doprowadził do przyjazdu do Gdańska ze swoimi spektaklami Kantora, Szajny, teatru STU z „Dziennikami” Gombrowicza. Na organizowane w ŻAK-u lub w salach gimnastycznych przedstawienia „waliły” tłumy młodych ludzi.

Pracując nad tą recenzją obejrzałem film dokumentalny Piwowskiego „Sukces” o Czesławie Niemenie. Niemen, Demarczyk, Kantor, Grotowski, Drzewiecki, Stańko, Polański… wielu innych. Wystarczy też pójść do biblioteki i choćby zerknąć na wydawane ówcześnie pisma „Kultura”, „Literatura”. „Poezja”, „Dialog”, czy nawet tygodniki „Przekrój” itd., itp. Polska kultura wbrew marzeniom ideologów totalitaryzmu osiągała poziom światowy i wnosiła do światowej kultury ogromny wkład. Mimo dyktatury (która stopniowo przekształcała się w rządy autorytarne i zmierzała bardzo powoli, ale jednak do demokracji), społeczeństwo nasze dotknięte tragedią wojny, stalinizmu, ciosów totalitaryzmu, potrafiło dać światu wielkich artystów, wnieść do światowej kultury wiele nowych wartości.

Wspominam tu o tych zapomnianych już dzisiaj faktach z ówczesnego życia kulturalnego lat siedemdziesiątych, gdyż dziś wiele informacji z tzw. „czasów komuny” zlewa się w naszej świadomości. Wielu myśli, że przez cały jej czas obraz kultury był taki, jaki ukazany jest w „Rejsie”. Wielu chciałoby dotąd dyskredytować polski dorobek kulturalny i w ogóle „polskość”. Ci chcą wciąż ukazywać polskie społeczeństwo takim, jakie przestawione jest w filmie Piwowskiego, czy w dzisiejszych „Kiepskich”. Wciąż są tacy, którzy dla jakichś swoich celów realizują politykę ideologów totalitaryzmu, którzy świadomie lub z głupoty dokonują rasistowskich uogólnień.   

Wspominam o tych faktach, bo próbuję zrozumieć z jakiego powodu nie trafiłem wówczas na „Rejs”. Powyższe chyba to wyjaśnia. Zresztą jak dziś już wiem, w latach siedemdziesiątych były tylko dwie jego kopie, które przeznaczone były tylko do kin studyjnych i oglądalność tego filmu była stosunkowo niewielka. Lata osiemdziesiąte, „stan wojenny”, późniejsze przemiany, a i moje osobiste życie i problemy… nie tylko ja, całe moje pokolenie dotknięte zostało kolejnym doświadczeniem. Ponownie pominąłem to „wydarzenie”. Później, od upowszechnienia się wideo zalew produkcji filmowej stał się tak wielki, że wciąż nie znajdowałem czasu, by do „Rejsu” wrócić. Tym bardziej, że nie były w stanie zachęcić mnie do tego oglądane czasami telewizji jego fragmenty.

Pod koniec lat siedemdziesiątych lub na początku lat osiemdziesiątych zrobiono jednak aż 10 kopii „Rejsu” i postanowiono go upowszechniać, to wówczas też zaczęła pojawiać się teza o tzw. jego „kultowości”. Ja wciąż, nie znając całego filmu, pozostawałem przy swojej ocenie. Zgadzałem się z recenzją ówczesnego polskiego kina wyrażoną przez inżyniera Mamonia (Maklakiewicza), bohatera „Rejsu”: W filmie polskim, proszę pana, to jest tak… nuda… nic się nie dzieje, proszę pana…nic, taka proszę pana, dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są, taka… w ogóle brak akcji jest… nic się nie dzieje. Do filmu wciąż nie sięgałem.

Z takim też przesłaniem zacząłem dla celów napisania tej recenzji wreszcie oglądać  ten film. Przez moment chciałem nawet pisanie tej recenzji zarzucić. Po cóż pisać o czymś aż tak słabym? Obejrzałem film jednak do końca, później (Internet to jednak wspaniałe narzędzie) uzupełniłem swoje informacje o Marku Piwowskim i Januszu Głowackim. Postanowiłem podjąć próbę zrozumienia kulisów powstania tego filmu i późniejszych działań w celu jego lansowania.

Sięgając do tego filmu po latach mam już dość sporą wiedzę. Urodziłem się od twórców (myślę tu o twórcach idei i scenariusza) „Rejsu” kilkanaście lat później, moje doświadczenie pokoleniowe było od ich odmienne, inna też była rzeczywistość lat siedemdziesiątych, choć chciałbym tu zauważyć, że pewne przedstawione w filmie realia nie są mi obce. Maturę zrobiłem w 1968 roku i już jesienią tego roku chcąc (zauroczony Conradem) rok później zdawać do Wyższej Szkoły Morskiej, zatrudniłem się w Żegludze Gdańskiej. Przez prawie pół roku pracowałem na barkach. To ważna okoliczność, gdyż poznałem wówczas środowisko „marynarzy rzecznych” i muszę przyznać, że jako dokumentalista Piwowski oddał tu rzeczywisty obraz ówczesnej tzw. „klasy robotniczej”, ludzi z dolnej warstwy „społecznego awansu”, jej pustkę, brak zainteresowań.

Z tamtego choć krótkiego doświadczenia pamiętam jednak tzw. „okoliczności przyrody”. Ta była fascynująca. Do dziś pamiętam obraz mgły nad brzegiem Wisły, obrazy pędzonych do niej, w celu napojenia, krów, łodzie do których o świcie przy brzegu wsiadali rybacy. Piwowski ten obraz dla jakichś celów wulgaryzuje, niszczy. Ma być niedostrzegalny przez bohaterów jego filmu. Ośmiesza ten widok inż. Mamoń (Maklakiewicz), co podkreśla ironicznie Sidorowski (Himilsbach): W tak pięknych okolicznościach przyrody … i niepowtarzalnej. Kwestię tę powtarza dwukrotnie.

Przypominam sobie również moje wcześniejsze doświadczenie. W wieku dwunastu lat płynąłem z bratem i babcią „bocznokołowcem” z Warszawy do Gdańska. O ile pamiętam w naszych kajutach łóżka były piętrowe, może w pierwszej klasie były rozstawione inaczej. Zapamiętałem z tej kilkudniowej podróży zwiedzanie pięknej starówki Torunia. To też nasze dziedzictwo. Ten aspekt również nie zainteresował w żaden sposób autorów filmu. 

Wreszcie w 1975 roku, przez kilka miesięcy byłem również kaowcem (pracownikiem kulturalno-oświatowym), nie na statku wprawdzie, ale w ośrodku wczasowym „Drogowiec” w Sobieszewie. Ponownie muszę zauważyć, że Piwowski dość trafnie ujął psychikę tej postaci. Początkujący kaowiec próbujący szybko poznać zakres swojej pracy, znaleźć się w nowej roli… Zmysłu obserwacji, znajomości psychologii odmówić temu reżyserowi nie sposób.

Wróćmy jednak do fabuły „Resju”. Nie, nie fabuły. Takowej tu nie ma. Później Piwowski stwierdzi: W sprawie formy i dramaturgii chciałbym wyraźnie powiedzieć: zastąpiłem rozwijanie fabuły rozwijaniem tematu.

Tu pojawia się bardzo ważne pytanie.  Przecież pozyskując w ówczesnych realiach środki (i to jak wiemy niemałe) na realizację tego filmu musiał Piwowski przedstawić jaką jego koncepcję, choćby zarys scenariusza. Kino w latach sześćdziesiątych, a i później w Polsce traktowano „po leninowsku”,  było narzędziem. Z jakiego powodu postanowiono sfinansować ten film? To pytanie nurtowało mnie z każdą kolejną jego minutą coraz bardziej.

Marek Piwowski wybitnym reżyserem nigdy nie był i nie został. Jest reżyserem tylko trzech filmów fabularnych: „Rejs”. „Przepraszam, czy tu biją” i „Uprowadzenie Agaty”. Ostatni z wymienionych może być jakimś tropem, śladem umożliwiającym również poznanie kulisów powstania pierwszego.  Uprowadzenie Agaty  nawiązywało do nagłośnionej przez media sprawy ucieczki z domu Moniki, córki wicemarszałka sejmu Andrzeja Kerna. Przygotowywany przez zaledwie trzy miesiące film, miał premierę miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, z udziału w których zrezygnował Kern. Według mediów film powstał na polityczne zamówienie mające na celu dyskredytację popularnego wówczas polityka PC (producentem filmu był związany z lewicą Lew Rywin.)  Czyżby podobna była geneza Rejsu?

Może wydawać się odnośnie do realizacji „Rejsu” to nieistotne, ale przypomnę, Marek Piwowski został tajnym współpracownikiem służb PRL-u w wieku 26 lat, już w 1961 roku. Dzięki tej współpracy otrzymał paszport i wyjechał najpierw do Strasburga, a później do Paryża. Tam korzystając z przekazanych mu przez literata Tomasza Łubieńskiego namiarów, nawiązał kontakt z działaczami emigracyjnymi m.in. Andrzejem Stypułkowskim, co po powrocie opisał szczegółowo w raporcie. Współpraca reżysera z bezpieką zaowocowała nie tylko nękaniem Łubieńskiego, ale także dała SB dobry wgląd w funkcjonowanie organizacji emigracyjnych oraz w kanały przekazywania informacji do kraju i z powrotem. W 1963 roku Piwowski ukończył wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, a w 1968 Wydział reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi.

To tylko fakty i daty. Przyjrzyjmy im się jednak bliżej. Jako kto, z jaką legendą wyjechał na Zachód Piwowski? Z kraju, z którego wyjazd jego „zwykłych” mieszkańców był niemożliwy. Kto finansował wyjazd Piwowskiego i jaki był jego cel? Mało tego, przecież Piwowski nie skorzystał z okazji, nie uciekł. Wrócił do kraju po za swoją pracę „sowitą zapłatę”. Były za nią „zapłatą” zapewne również studia dziennikarskie, a później i na PWSFTiT w Łodzi. Pamiętajmy, że wówczas na te kierunki kandydowało od 10 do 20 osób. W mojej ocenie ktoś docenił „talent” Piwowskiego i pomagał mu w karierze. „Rejs” miał być również filmem realizowanym na konkretne zamówienie. Jakiż miałby być jego cel?

Żaden naród nie żyje dłużej niż dokumenty jego kultury”. W myśl tej zasady, autorstwa führera, hitlerowska machina zniszczenia przystąpiła do boju przeciwko polskiej kulturze. Założenia władz Generalnej Guberni wobec twórców polskiej kultury ukazuje rozporządzenie gubernatora Franka dla „Landratów” i „Bürgermeistrów”: Każdy, kto na obszarze Gubernatorstwa jest czynnym publicznie w dziedzinie muzyki, sztuk plastycznych, teatru, filmu, piśmiennictwa, prasy i fotografii, podlega nadzorowi Wydziału Oświaty Ludowej i Propagandy przy Rządzie Generalnego Gubernatora.  (…) Poważne sztuki teatralne i opery są dla Polaków zabronione. (…) Jeśli chodzi o występy artystów polskich nie ma żadnych zastrzeżeń przeciw obniżaniu poziomu lub erotyzowaniu programu. Zakazane są wszelkie występy, które przedstawiają życie narodu polskiego. Do rozporządzenia z 8 III 1940 roku wydano 5 VII 1940 pierwsze rozporządzenie wykonawcze, a 23 VII 1940 drugie, ogłaszając rejestrację wszystkich artystów w Urzędzie Szefa Okręgowego, właściwego dla ich miejsca pobytu.  

6 czerwca 1940 roku wydano „ściśle tajne” zarządzenie Szefa Głównego Urzędu Propagandy w Rządzie G. G., wysłane do wydziałów propagandy i kreishauptmannów w distiktach. Ustalało ono zasadę niemieckiej polityki teatralnej, której przestrzeganie aż do powołania „Teatru Powszechnego” w Krakowie w 1944 roku. Rozporządzenie to zawierało m. in. następujące nakazy: pkt. 3. organizowania pod ścisłą kontrolą teatrzyków rewiowych o najniższym poziomie artystycznym i moralnym (z przewagą pornografii) dla udowodnienia, że Polacy zdolni są tworzyć jedynie taką sztukę, oraz dla stwierdzenia swobodnego rozwoju kultury na terenach G. G.

Dziś już wiemy, że w procesie niszczenia naszych elit, naszej kultury z nazistowskimi Niemcami współpracowała sowiecka Rosja. Wymordowanie inteligencji, ludzi kultury w Warszawie, Krakowie, Lwowie… później obozy koncentracyjne, Katyń… ludobójstwo zrealizowane przez siły obu totalitarnych mocarstw, działanie machin urzędniczych obu tych państw. Nazistowskie Niemcy zostały pokonane w 1945 roku, sowiecka Rosja swą politykę kontynuowała dalej. W sposób bardzo drastyczny do 1956 roku, później forma nieco uległa zmianie, ale przecież z pewnością nikt tam nie odszedł do linii politycznej przyjętej wobec Polski, kraju od ZSRR wciąż zależnego.

Polskie elity zostały w większości wymordowane, pozostałą część zmuszono do emigracji lub nie pozwolono na jej powrót do ojczyzny. Żyjących w kraju kontrolowano, uniemożliwiano im korzystania ze swego talentu, otoczono siecią donosicieli… z czasem metody powstrzymywania prób odrodzenia polskiej kultury wciąż doskonalono. Jakąż siłą dysponował i dysponuje wciąż nasze społeczeństwo, że mimo takich działań nasza kultura rozwijała się i wciąż się rozwija.

Myślę, że w ukazaną powyżej politykę władz sowieckich miał się wpisać i wpisał się właśnie „Rejs”. Jego celem miało być dalsze niszczenie polskiej kultury, w każdym razie tzw. „kultury wysokiej”, wprowadzenie w miejsce wymordowanych lub inaczej zniszczonych, złamanych elit – elity z rynsztoka.

W recenzjach odnośnie do „Rejsu” czytamy, że reżyser przyjął w nim paradokumentalną metodę, która opierała się na „wątkach znalezionych”, strukturach epizod owych i obserwacji interpretującej (:Film” 1977, nr 4). Piwowski zaś twierdził, że zastosował w „Rejsie” metodę prowokowania swoistego ekshibicjonizmu psychicznego, stąd konieczność improwizacji podczas zdjęć, konieczność sytuacji i zachowań naturalnych, dialogów powstających na żywo przed kamerą. Taki materiał – w jego odczuciu – miał stanowić najbardziej autentyczny dokument stanu współczesnych umysłów. („Film” 1971, nr 4)

Mógłbym oczywiście przyjąć wyjaśnienia Piwowskiego bez analizy, ale czy uzyskałby na takie założenia fundusze? Po drugie, w budowę scenariusza był zaangażowany inny artysta, dramaturg i scenarzysta – Janusz Głowacki. Czyżby jego udział ograniczał się tylko do „podpisania listy płac”?

Moim zdaniem kluczem do „Rejsu” Piwowskiego i Głowackiego jest „Wesele” Wyspiańskiego. Tak jak w dziele krakowskiego malarza i dramaturga weselna izba miała służyć za miejsce, w którym ukazany zostanie stan ducha narodu polskiego, tak w „Rejsie” miejscem takim miał stać się pokład statku. Dowodzi tego i konstrukcja scenariusza i finałowy taniec. Ten zresztą został w „Rejsie” maksymalnie ośmieszony, sparodiowany.

Autorzy scenariusza posługują się pastiszem. W filmie znajdujemy odwołania do „Kartoteki” Różewicza (scena z ankietą), „Noża w wodzie” Polańskiego” (scena z wpadającym do wody pływakiem), Jasełek moderne” Iredyńskiego (gra dwóch osób w „dupniaka”), opowiadania Mrożka (intryga wokół napisu w toalecie). Z dzieł tych wielkich skądinąd twórców autorzy „Rejsu” wyrwali z kontekstu te właśnie sceny, czy pomysły, upraszczając je i wulgaryzując. Mało tego postanowili wulgaryzować nawet polskie pieśni patriotyczne.

To tylko część odniesień, które dostrzegłem w tym filmie. Zapewne jest ich znacznie więcej, chociaż jak na niewiele ponad godzinę trwający film i ukazanych wyżej jest wystarczająco wiele. Prześmiewcy polskiej kultury… czy tylko? W jakim celu uznali za stosowne tego typu działania i dostali na nie środki?

Osiemdziesiąt procent występujących w filmie aktorów nie było aktorami zawodowymi. To tzw. naturszczycy (ros. натурщик „model”)  Wprowadzani do kina po raz pierwszy w sowieckiej Rosji. Później wprowadzano ich  we włoskim neorealizmie, w czechosłowackiej nowej fali, sięgali po „naturszczyków i reżyserzy francuscy. Celem było zaakcentowanie realizmu opowiadanej historii, a także uwypuklenie cech postaci typowych dla danego środowiska, grupy zawodowej, klasy społecznej.

W Polsce jednak rola „naturszczyków” miała stać się nieco, a może znacznie większa. Chciano nimi zastąpić tzw. elity, wprowadzono ich na salony, pozwolono nawet, by to oni stali się opiniotwórczy. Za polityką taką stały odpowiednie służby. Tajemnicą poliszynela jest to, że opowiadania Himilsbacha pisali mu tzw. ghostwriterzy. Rozmawiając o tym z kolegą usłyszałem od niego anegdotę opwiadającą o tym jak w warszawskim klubie pisarza przed mającą mieć w TV transmisją meczu butny Himilsbach stwierdził: „Kto inteligent, ten wynocha będzie mecz”. Na co Gustaw Holoubek wstał i stwierdził: Nie wiem jak państwo, ale ja wychodzę. Tego rodzaju „pisarzy” przyjmowano do Związku Literatów Polskich. Takich „twórców” miało mieć nasze społeczeństwo. W takiej sytuacji stawiano z trudem odbudowujące się jego elity.

Tak, recenzja „Rejsu” stała się niezwykle trudna. Być może jakieś nowe tropy wskaże IPN?

Na zakończenie przypomniałem sobie o bardzo ważnym utworze drugiego z autorów scenariusza „Rejsu”, o „Antygonie w Nowym Jorku” Głowackiego.

Na szczęście, pisząc kiedyś o tym dramacie, najpierw go przeczytałem, a później dopiero sięgnąłem do jego recenzji. Po lekturze uznałem, że Głowacki dokonał w historii dramaturgii rzeczy niezwykłej, jako pierwszy sprowadził tragedię do warstw najniższych. Pokazał, że wyborów tragicznych dokonują wszyscy ludzie, nawet ci z marginesu.

Dopiero później dowiedziałem się, ze dramat ten cieszył się powodzeniem na scenach amerykańskich głównie z powodu jego antypolskiej wymowy. Nie wiem, czy Głowacki próbował takie interpretacje prostować? Jeśli nie, to szkoda. Może sam nie dostrzegł jak wielkiego dzieła dokonał.

Podobnie i „Rejs” niezależnie od tego, jakie były zamiary jego twórców, jest w jakiejś mierze świadectwem kondycji znacznej części naszego społeczeństwa końca lat sześćdziesiątych. Proszę się jednak z tych ludzi, z nas, nie śmiać. Byłby to bowiem tylko śmiech ludzi głupich, nieświadomych. To tak, jakby się śmiać z wartościowego, wrażliwego człowieka, któremu ktoś podstawił nogę, ktoś inny go popchnął; po wszystkim śmiać się z „nieudolności” leżącego. Film jest swego rodzaju świadectwem tego, jak bardzo zniszczyli nasze społeczeństwo nazistowscy, a później i sowieccy rasiści, zbrodniarze.

Że im to się nie udało wskazuje dorobek wspomnianych w początku tej recenzji artystów (Kantora, Niemena, Grotowskiego, Różewicza … i jeszcze wielu innych wybitnych Polaków. Dodam trzy literackie Nagrody Nobla i wiele innych osiągnieć. Gdyby nie różni zbrodniarze dorobek ten byłby jeszcze większy. Służyłby i ich dzieciom.

                                                   Piotr Kotlarz

Obraz wyróżniający: Autorstwa Grzegorznadolski – Praca własna, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=33522613