Popatrzeć, zobaczyć, poczuć / Olga Rusek

0
425

To Pan kupił naszą kamienicę. Dzień dobry, witam, proszę się rozgościć! Chociaż to jest tajemnica, powiem Panu, że żyje się tutaj wprost fenomenalnie. Szum wody zza parapetu, przemili sąsiedzi, gościnni, często pieką ciasta i zapach rozchodzi się po całej kamienicy! Od samego rana słońce wpada przez właśnie to okno, o tutaj. Spojrzy Pan… ach ten widok na brzeg morza. Wiosenne powietrze, zapach dzikiej róży zmieszany z czarną kawą. O, bardzo proszę, cukruje Pan? Nie? To wprost idealnie na ten moment, gdyż i tak zabrakło mi cukru. Pusta ta kamienica. Choć właściwie mogę mówić już „Pańska kamienica”. Przynależna do Pana, o! W tym oknie po prawej pasować będą szmaragdowe zasłonki. No chyba, że lubi Pan rażące w oczy, jasne słońce. Wygląda Pan, jakby Pan nie lubił. Odbijałoby się od okularów… Pan pije tę kawę, bo wystygnie! Kurz z tej komódki pod ścianą to proszę ścierać co najmniej dwa razy dziennie, a czajnik w kuchni to, żeby nie zardzewiał, bo skoro już zostawiam Panu tyle rzeczy, to wie Pan… dbać proszę. 

Wyszła. Nie potrafiłem przyznać się, że w tym pokoju chcę po prostu umrzeć. Nie mają dla mnie znaczenia te wszystkie szmaragdowe zasłonki i zapach czarnej kawy. Nie będę co wieczór ścierał kurzu. Szafki będą puste. Powietrze będzie wpadało do pokoju tylko, gdy otworzę okno, by zapalić papierosa. Będzie cicho. Cicho i spokojnie. W prawym kącie ustawię wersalkę ze starego domu rodzinnego. Codziennie o 7.00 rano będę pił herbatę z mlekiem w moim pomarańczowym kubku ze stacji benzynowej. Będę siedział na krześle przy oknie i obserwował z góry tę miłą panią z psem. Słyszałem już, że szczekał. Nie potrzebuję gościnności sąsiadów zza bladych ścian, których nie pomaluję na żaden wesoły kolor. Nie znam się na projektowaniu swoich dni, a co dopiero wnętrza własnego mieszkania. I zupełnie nie wiem, czym jest słowo „fenomenalnie” w obliczu białych czterech ścian, czajnika i wersalki. A herbaty nie cukruję, słodzę. 

Słyszę ciche pukanie do drzwi. Kiedy ktoś cicho puka, od razu zdobywa maleńką cząstkę mojej sympatii. W końcu nie jest natarczywy, hałaśliwy i nadmiernie niecierpliwy. Niemniej jednak zdziwiło mnie pukanie do drzwi. Na niedawno zakupionym w antykwariacie zegarze wskazówki właśnie ułożyły godzinę 10.43. Podniosłem się z wersalki równocześnie odkładając gazetkę z krzyżówkami, z której na podłogę wypadły ususzone liście z poprzedniej jesieni. Te, które utracą barwy, też spadają teraz z drzew. Nie są już tak piękne, jak te kolorowe, ale to właśnie te lubię najbardziej. Codziennie z parą od herbaty mieszają mi się jesienne chmury za oknem. Mokre od kałuż chodniki. Odciśnięte na szarym bruku ślady kaloszy. Już za zimno na płaszcz, choć i tak nie wystawiam się na październikowe powietrze. 

Złapałem za klamkę. W szczelinie między drzwiami a ścianą nie zobaczyłem żadnej twarzy. Zamiast niej moje oczy wpatrywały się w obraz. Kolorowe malowidło w barwach tegorocznej jesieni. Zza obrazu wychylił się młody mężczyzna o skrzywionej posturze. Wyglądał na dwadzieścia, może dwadzieścia dwa lata. Z kosmyków włosów na głowie skapywała woda prosto na czarne buty. Spojrzałem za siebie, szukając za szybą ulewy. 

– Dzień dobry. Czy nie zechciałby Pan kupić obrazu? – zapytał kierując wzrok na własne, brudne od farb dłonie, oparte o płótno. Na twarzy malarza malowała się bezradność i niepokój. Jego głos brzmiał niepewnie. Tak cicho, że ledwie usłyszałem jego dźwięk. 

Obraz przedstawiał deszczową pogodę. Brązową ławkę stojącą na usypanej górce z piasku. Rozchodzące się przy brzegu fale w kolorze przybrudzonego błękitu. Trudno oddzielić je wzrokiem od nieba. Zupełnie jakby ktoś spojrzał przez okno i zatrzymał malujący się za szybą kadr. 

– Sam Pan to namalował? – spytałem bez potrzeby, spoglądając raz jeszcze na jego brudne od farby ręce. 

– Tak, proszę Pana – jego ciało lekko drgnęło z zimna. 

Westchnąłem. 

Siedzieliśmy na kanapie popijając czarną kawę słodzoną łyżką miodu. Był 14 grudnia. Dokładnie 47 dni od pierwszego obrazu. Przestałem liczyć. Wojtek, bo tak miał na imię, odsłonił we mnie wrażliwość na piękno świata. Na to, co za oknem. Na różnorodność kolorów. Na różnorodność tekstur. Nauczyłem się widzieć nie tylko wzrokiem, ale też dotykiem, zapachem, smakiem, słuchem. Powiesiłem w oknach nowe firanki. Kupiłem zestaw porcelanowych filiżanek i zapełniłem nimi szafki. Książki ułożyłem na półkach alfabetycznie, bo półki też kupiłem

Wojtek przychodził co środę z nowym obrazem inspirowanym światem zewnętrznym. Ja co środę zapraszałem go na czarną kawę z miodem i paroma myślami inspirowanymi jego dziełem. Tak płynął czas. Resztki kawy spływały do zlewu co środę około godziny 15.00, kiedy Wojtek żegnał się ze mną skinieniem głowy i wychodził z mojej kamienicy. Wojtek mówił niewiele. Właściwie prawie wcale. Ale wiem, że wszystko, co miał do powiedzenia, przelewał na płótno. Nie wiem, gdzie mieszkał Wojtek. Po prostu się zjawiał, a ja kupowałem od niego obraz. Zacząłem się uśmiechać. 

Pewnej środy Wojtek nie przyszedł. Wyglądałem przez okno całe przedpołudnie, czekając na upragnione ciche pukanie do drzwi. Czułem powiew chłodnego wiatru na policzkach. Wydmuchałem przez szczelinę dym z czarnego cygara. Zapomniałem już, jak bardzo nie lubię palić. 

Kawa zdążyła wystygnąć w obu filiżankach. Podniosłem łokcie z parapetu i podszedłem do drzwi, by bezcelowo spojrzeć przez wizjer. Nie zobaczyłem zupełnie nic, choć próbowałem wytężać nienaganny mimo wieku wzrok. 

Popchnąłem drzwi. Coś uderzyło w podłogę przed wejściem do mojego mieszkania. Coś, co ewidentnie przysłaniało widok w wizjerze. Schyliłem się, by podnieść oprawione w ramę płótno. Przeniosłem obraz z ciemnego korytarza bliżej okna i zamknąłem drzwi. 

Trzymałem przed sobą największy do tej pory obraz. Przedstawiał on moją kamienicę. A właściwie pokój, w którym stałem w tamtym momencie. Cały szary, z niepomalowanymi ścianami. Ponury, z pustymi półkami. Ze starą wersalką w prawym kącie pomieszczenia. 

Między ramą a płótnem wciśnięto białą kartkę papieru, zgiętą na pół. Pochyłym pismem napisano: „Drogi…no właśnie. Proszę Pana, ja nawet nie wiem, jak ma Pan na imię. Zwykle dużo nie mówię. Adoruję, gdy inni mówią. Mimo tego, że ja prawie sam nie znam swojego własnego głosu, to Pan potrafił ze mnie wydobyć tak wiele. Zwykle mnie nic nie inspiruje. Krążę sobie po tych wszystkich szarych chodnikach i żaden nie był jeszcze tak interesujący, jak ten, o którym to Pan opowiadał mi kiedyś na wersalce. Proszę Pana, ja zawdzięczam Panu tak wiele. W końcu potrafię przelewać swoje myśli na płótno. I w dodatku jeszcze są kolorowe. Wystarczyło tylko przypadkiem zapukać do Pana drzwi. Proszę Pana, ja piszę, bo powiedzieć nie sposób. Nie chcę swojego głosu słuchać tak długo. Muszę teraz wyjechać. Gdy Pan to czyta, jestem w pociągu i wyjeżdżam. Bardzo przepraszam, że spotkanie dziś nie mogło się odbyć. I kolejne również. I kolejne też. Znalazłem pracę. Będę malował. Dziękuję też Panu za wszystkie pieniądze, które mi Pan dał. Wiem, że moje obrazy przestają już się Panu mieścić na ścianach. Proszę je najlepiej pozdejmować. Zostawić ten pierwszy. Bo ten pierwszy, to tak naprawdę widok z Pana okna. Moja mama mieszkała kiedyś w tej kamienicy. Proszę Pana, ja ten widok znam na pamięć. Wystarczy, że zamknę oczy. Dzięki Panu umiem nie tylko na niego patrzeć, ale też mogłem bliżej go poznać.”

Zgiąłem kartkę z powrotem na pół. Wróciłem do kuchni pocukrować sobie kawę. 

                                                    Olga Rusek

[Nasza fundacja jest bardzo skromna, nie dysponujemy zbyt wielkimi środkami, mało tego niektóre z naszych projektów przyniosły dość spore straty, kłopoty, z którymi wciąż się borykamy. Mimo to jednak wciąż realizujemy nasze sztandarowe projekty: miesięcznik WOBEC i dwa konkursy (na opowiadanie i dla teatrów szkolnych).

Nadmierne problemy powodowały, że pojawiały się wątpliwości, próby zawieszenia naszej działalności. Dlaczego tego nie robimy? Może właśnie w związku z naszą stałą aktywnością. Sądzimy, że w czasach gdy będące w rękach zagranicznych lub polskich koncernów portale internetowe karmią nas głównie szukającymi sensacji, hasłowymi artykułami, pretekstami do zamieszczania reklam, warto pokazać naszym czytelnikom nieco więcej. Umożliwia to przyjmowana coraz powszechniej przyjmowana zasada licencji Creative Commons oraz coraz lepsze tłumacze internetowe, dzięki którym możemy naszym Czytelnikom (obok polskich) dostarczać wybrane artykuły właściwie z całego świata.

Wreszcie i konkursy, zwłaszcza literacki, z powodu którego pozwalam sobie na ten komentarz. Czytając takie opowiadanie jak powyższe widzimy sens naszej pracy. Opowiadanie to tylko wyróżniliśmy, choć dziś czytając je ponownie, pomyślałem, że właściwie powinno znaleźć się wśród nagrodzonych. Co spowodowało, że je przeoczyliśmy, że nie dostrzegliśmy jego piękna… przesłania? Nie wiem, może nadmiar opowiadań… Mam nadzieję, że autorka wciąż pisze i rozwija swój talent.

                                                              Piotr Kotlarz]

 

Obraz wyróżniający: Obraz happypixel19 z Pixabay