Papieros / Anna Zborowska

0
88

– Dziewczyno, poczęstujesz mnie papierosem?

Nie zauważyła, kiedy na jej ławkę przysiadł się obcy mężczyzna. Był łysy, nieproporcjonalnie zbudowany. Pod szarą bluzką poruszały się jego mięśnie.

– Nie palę – oznajmiła.

Wyciągnął z kieszeni portfel.

– Nie bądź taka. Dostaniesz dwie dychy za fajkę. Dobry interes, nie?

– O co panu chodzi? Za rogiem jest sklep, proszę pójść sobie po papierosy, jeśli ma pan ochotę. Mówiłam, nie palę.

Spojrzał na nią rozczarowany, ale nie podniósł się z miejsca, schował banknot do kieszeni i siedział dalej.

Zastanawiała się, czy jest trzeźwy. Rozejrzała się po parku. Ludzie nieodmiennie wydawali się bardziej zmęczeni, mniej barwni i przemarznięci w długich do ziemi płaszczach i puchowych kurtkach, w czapkach i nausznikach. Wiatr dmuchał im w twarze bryzą zimnego powietrza od strony Odry, gdy szli wzdłuż Wałów Chrobrego.

W innych okolicznościach dziewczyna dołączyłaby do porannego pościgu, udałaby, że gdzieś się spieszy, usiadła na innej ławce albo w centrum handlowym. Teraz jednak zaczęła czerpać przyjemność z przypadkowej, nieistotnej wymiany zdań z człowiekiem, którego nigdy więcej nie zobaczy, z którym nie łączyło ją nic ponad to spotkanie, kilka minut z poranka, zapisanego w jej pamięci jako ,,piętnasty dzień po rozstaniu z Piotrkiem”.

Piotrek. Papierosy. Na chwilę zabrakło jej tchu z irytacji. Zawsze był taki bezkrytyczny wobec siebie. Palił bez żadnej samokontroli. Oczekiwał po niej dojrzałości, chociaż sam tonął w nałogach.

,,Bywa, taką mam właściwość” – odpowiadał na jej uwagi. Uwielbiał to wygodne słowo. Właściwość, czyli stały atrybut. Jego główny argument, żeby usprawiedliwiać słabostki.

– Czekasz na kogoś? – Głos nieznajomego przedarł się przez kilka warstw jej myśli.

– Na mojego przyjaciela.

– Co za szczęściarz. Mam nadzieję, że o ciebie dba. Zaraz wrócę.

Mężczyzna zniknął w sklepie. Po chwili wrócił z paczką, którą podsunął w jej stronę. Wzięła papierosa i dała nieznajomemu go zapalić.

Tak bardzo nie znosiła tej trucizny. Wstrętna, zdzierająca gardło, kopiąca płuca. Zatrzymała w ustach dym i pozwoliła reszcie wydostać się przez zaciśnięte wargi. Twierdził, że jest taki ubogi, ale na to zawsze uzbierał pieniądze. Na kolejną życiową klęskę, która go powoli zabijała.

Wraz z tą myślą zaniosła się kaszlem, dym wcisnął się jej do oczu. Ścisnęła w palcach papieros i złamała go w pół. Gdziekolwiek Piotrek teraz przebywał, pewnie też się zatruwał.

– Nie podoba się? – spytał nieznajomy.

– Powiem coś panu. Nie czekam na nikogo. W każdym razie nie powinnam czekać. On nie wróci. – Wyrzuciła papierosa. Niespodziewanie oznajmiła: – Nie potrafiłam go uratować. Ani dać mu tyle ciepła, ile potrzebował. On nie potrafił znieść moich humorów i kaprysów. Wiem, nasz związek nie miał przyszłości. Kiedy…

Dziewczyna urwała. Zdała sobie sprawę, że mogłaby długo opowiadać obcemu mężczyźnie o sprawach, których nie zdradziła nawet siostrze ani przyjaciółce. O tym, jak Piotrek groził jej, gdy powiedziała, że nie zamierza na razie iść z nim do łóżka. Albo kiedy sugerował, że „może stracić kontrolę” i „wziąć siłą to, czego chce”.

Zamiast dokończyć zdanie, dziewczyna stwierdziła:

– Miał długi. Obwiniał każdego o to, że nic mu w życiu nie wyszło. Był zależny finansowo od starego, schorowanego ojca. Ojca, którego nie odwiedzał, zajął jedynie jego dawne mieszkanie. Mówił, że nie chce mieć dzieci, ale kiedy zobaczył, że jego znajomi są szczęśliwymi rodzicami, to zechciał zrobić sobie bobasa. Tak jakby dziecko było elementem wystroju domu.

Zerknęła na mężczyznę i upewniła się, że jej słucha.

– Mamie nie mogę mówić, że płaczę za nim każdej nocy. Nazywała ten związek patologią. Zastanawiam się, czy wierzyła w te słowa, czy mówiła tak z innego powodu. Bała się, że nigdy go nie zostawię. Szczera miłość dwojga ludzi to nie patologia. Kiedy powiedziałam o tym mamie, odparła: ,,Ale ludzie i tak braliby was za patologię. Na każdym kroku”. Chodziło jej o różnicę wieku między mną, a nim. O to, w jaki sposób do siebie mówiliśmy. Miała rację, jednak co nas to interesowało? Najchętniej spakowałabym wtedy walizkę, chwyciła go za rękę i pojechała gdzieś, gdzie nie byłoby ludzi. Gdzie nikogo by to nie obchodziło.

Wyprostowała się. Bolały ją plecy. Nieznajomy słuchał w skupieniu.

– Mamy tylko jedno życie – powiedziała i musiała przerwać, poczuła łzy w oczach.

Mężczyzna czekał, aż będzie mówiła dalej.

– On zostanie w moim sercu na zawsze, do końca… Wszystko, co przeżyję z innymi, nigdy nie będzie takie nowe, pierwsze. Spotykam się teraz z pewnym chłopakiem. Nie potrafię go w pełni docenić, kiedy myślę o poprzedniej miłości. To straszne. Chcę zbudować coś trwałego, szczęśliwego, lecz ciągle wspominam. Wspominam to, co było dobre, a nie złe. – Odchrząknęła, gdy uświadomiła sobie, że w jej głos wkradła się płaczliwa nuta. – Nie chcę go kochać. On mnie już nie kocha. To on mnie porzucił jak szmacianą lalkę. Dla innej. To najlepsza rzecz, jaką dla mnie zrobił, ale i tak go nienawidzę. Tak, nienawidzę go. Wykorzystał mnie i…

– Trochę przesadzasz, dziewczyno – odezwał się wreszcie mężczyzna.

– Może – odparła. – Inni często mi to mówią. ,,Przesadzasz” to ich ulubiona fraza zaraz po ,,będą jeszcze inni”.

– Dawno cię zostawił?

Dwa miesiące temu.

– Świeża sprawa – odparł nieznajomy. – Nic dziwnego, że boli. To, co dzisiaj jest przekleństwem, jutro staje się błogosławieństwem. Czasu ci trzeba. Czas wszystko zaleczy.

– Tę frazę też lubię. – Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem.

Czuła zapach dymu, widziała unoszącą się wątłą strużkę z wyrzuconego papierosa.

Była wdzięczna mężczyźnie obok, że milczał. Poczuła się, jakby przez chwilę miała przyjaciela, przy którym nie trzeba silić się na temat rozmowy.

Czasem wydawało jej się, że już wszystko wróciło do normy. Żyła tak, jakby ból, który nosiła w sobie, należał do kogoś innego. A potem nadchodziły dni takie jak ten. Złote niebo, w powietrzu zderzały się brązy i pomarańcze. Przyszła jesień, ich jesień, ich pora. Wtedy się poznali. Widziała Piotrka w każdym spadającym liściu, czuła go w zimnym podmuchu.

Wróciło do niej każde słowo i doznanie, jakie towarzyszyło jej podczas rozstania. Zaczęła je w sobie podsycać, czerpiąc z tego satysfakcję. Chciała, by ją otoczyły, utuliły jak jego ramiona, rozgniotły. Wtedy przestałaby istnieć, nie musiałaby o niczym myśleć.

Marlboro Goldy w białej, sztywnej paczce. Od razu dostrzegła je na regale. Skrzywiła się na widok nadruku z zepsutymi zębami. Kiedyś szkolny wychowawca komentował, że drastyczne zdjęcia nie robią na nikim wrażenia. Mylił się. Na jej koleżankach robiły. Dlatego przesypywały wszystkie papierosy do ozdobnego pojemnika z serduszkami.

Wyszła z marketu i pospiesznie zapaliła. Zachowywała się, jakby od rana była na nikotynowym głodzie i teraz dopiero mogła go ukoić. Prawą dłonią trzymała papierosa, a drugą wcisnęła głęboko w kieszeń. Potem wyrzuciła niedopałek. Usiadła na dobrze znanej ławce z drzazgami.

Po drugiej stronie znajdował się młody chłopak w czerwonej czapce i szaliku kominie. Miał okulary w drucianych oprawkach i haczykowaty nos. Przeglądał coś na telefonie.

– Przepraszam – odezwała się do niego, a on od razu odwrócił wzrok. – Masz papierosa?

– Nie palę, przykro mi – odparł nieznajomy takim tonem, jakby rzeczywiście było mu przykro.

– Mogę ci dać swojego. Chcesz?

Zdziwił się.

– W sumie. Skoro dajesz, to czemu nie.

Podała mu ogień, a on zaciągnął się w taki sposób, że jasnym było, że palił albo popalał, że ta czynność jest mu bliska.

Dziewczyna oparła się plecami o ławkę.

– Jak tam? – spytała.

– Co jak? Normalnie. Słabo. – Patrzył na nią niepewnie. – Na uczelni dużo roboty, kończę abstrakt pracy o estetyce. Studiuję filozofię na magisterskich. Jakoś tak smętnie, ciemno. Nie lubię jesieni.

Kiwnęła głową i przymknęła powieki. Wdychała zapach dymu, który ulatywał wysoko w kierunku obcego nieba.

                                                          Anna Zborowska

Obraz wyróżniający: Obraz karosieben z Pixabay