Intelektualiści i artyści polscy końca XX wieku / Piotr Kotlarz

0
65

Myśląc o poszerzeniu profilu „WOBEC” postanowiłem sięgnąć do przeszłości. Sztuka, życie intelektualne przecież od zawsze umieszczone jest w czasie. Każda myśl, także każde działanie artystyczne ma jakieś „korzenie”, będzie też zawsze w jakiś sposób kontynuowane. Kiedyś zastanawiając się np. nad ideą biernego oporu sięgnąłem aż do myśli Henry’ego Davida Thoreau sądząc przez długi czas, że to właśnie jego przemyślenia zainspirowały Lwa Tołstoja, czy Gandhiego. Dopiero później dowiedziałem się, że wcześniej myśl ta (pod wpływem strajków robotników brytyjskich) znalazła się w pracach Percy Shelleya.

Do twórczości i myśli artystów oraz myślicieli z dalekiej przeszłości sięgamy w WOBEC już od dawna, niemal od początków naszego portalu… co jednak z artystami i intelektualistami, którzy odeszli stosunkowo niedawno. Czy nie powinniśmy właśnie ich aktywności poświęcić w WOBEC więcej miejsca?

Rozmyślenia te doprowadziły mnie do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. W ówczesnej Polsce jednym z ważniejszych ośrodków prezentacji sztuki współczesnej oraz wszelakich dyskusji był klub studencki Politechniki Warszawskiej „Riwiera-Remont”. O dziwo, w klubie tym bardzo ważną rolę grali moi przyjaciele-artyści, Andrzej Mitan i Cezary Staniszewski, którzy w swych karierach naukowych zaszli stosunkowo nisko (zaliczyli niewiele ponad rok studiów, czasami na różnych kierunkach), a mimo to, dzięki pracy własnej, samokształceniu, a zwłaszcza szczególnym talentom, zostali uznani przez największe autorytety intelektualne i artystyczne tamtej epoki. W organizowanych przez Cezarego Staniszewskiego panelach dyskusyjnych brali udział tacy intelektualiści jak: prof. Artur Sandauer, prof. Kazimierz Dąbrowski, prof. Maria Szyszkowska, prof. Adam Schaff, prof. Andrzej Wierciński, red. Jerzy Prokopiuk, czy tacy artyści (też intelektualiści) jak Jerzy Grotowski, Jarosław Kozłowski… wielu innych. Uznanie zyskały także ich poszukiwania i działania artystyczne.

Próbowałem wówczas, mieszkając w Gdańsku, choć część z tego, warszawskiego klimatu, przenieść do mojego miasta. Niestety, z miernym skutkiem. Wprawdzie i tu byli ludzie o otwartych umysłach jak np. prof. Jan Tuczyński (przy wymienianych intelektualistach nie podaję ich pełnych tytułów naukowych, moim zdaniem nazwiska te bronią się same), ale na organizowane dyskusje przychodziło tu zaledwie kilka, często przypadkowych osób. Na organizowane przez Cezarego dyskusje w „Remoncie” bardzo często trudno było się dostać, frekwencja ok. czterystu osób była w zasadzie normą. Widownie tę stanowili w znacznej mierze ludzie z poważnymi tytułami naukowymi.

Rozmyślania te i wspomnienia doprowadziły mnie do jeszcze jednej artystki, do Erne Rosenstein. Jej osobowość i twórczość zafascynowały mnie wówczas na tyle, że w połowie lat dziewięćdziesiątych zorganizowałem, kierując wówczas Galerią PUNKT w GTPS, jej wystawę w Gdańsku, o jej twórczości wspominałem też w jednym z numerów „AUTOGRAFU”.

Postanowiłem, że cykl poświęcony polskim artystom i intelektualistom końca XX wieku rozpocznę właśnie od artykułów o twórczości Erne Rosenstein i Artura Sandauera, Wprawdzie ich dzieła i o nich opracowania wciąż są obecne w różnych mediach, uznałem jednak,  że do ich popularyzacji powinno szerzej włączyć się i nasze pismo, nasz portal.

To od razu pewna dygresja. Nie mogąc sięgać do dorobku państwa Erne Rosenstein i Artura Sandauera bez zgody iż syna, Adama Sandauera, po kliku latach milczenia (spowodowanych moimi problemami na różnych polach mojej aktywności) odnowiłem naszą z Adamem znajomość. Trzeba tu też dodać, że Adam Sandauer od późnych lat siedemdziesiątych, aż do końca aktywności klubu Remont był jednym z głównych jego filarów, animatorem wielu powstających i odbywających się w nim inicjatyw. Adam wyraził zgodę na prezentowanie twórczości jego mamy i ojca dostępnej czy to na jego Facebooku, czy w innych miejscach w Internecie. W czasie rozmowy opowiadał się jednak za formą drukowaną pisma. Ta ma, jego zdaniem, znacznie większą szansę przetrwania. W jakiejś mierze się z nim zgadzam, tworząc i rozwijając WOBEC staram się zabezpieczać jego treść na dwóch serwerach, myślę też o ciągłości redakcji, wychowaniu następców, staram się w jakiejś mierze w nich inwestować. Wskazuję też na obecne trudności z dotarciem druków do szerokiego odbiorcy… w czasie rozmowy zapomniałem też o jednym… o nieograniczonej pojemności, jaką daje tylko Internet, o możliwości włączania filmów (YouTube), nagrań radiowych, podcastów itd. Zresztą po cóż te wyjaśnienia… wskazywanie wyższości jednej lub drugiej formy… na formę drukowaną po prostu nie mam środków.

Właśnie nagraniem z YouTube zakończę ten przydługi nieco wstęp o przyszłym cyklu. Jeszcze w tym tygodniu sięgniemy do twórczości pani Erne Rosenstein. Tu tylko jej wstępna prezentacja, której autorem jest pani Justyna Oleksy z Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Z pewnością nie potrafiłbym o twórczości naszej wybitnej artystki powiedzieć ciekawiej.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zakończył tego tekstu wspomnieniem. Poznałem panią Erne Rosenstein w połowie lat dziewięćdziesiątych. Była osobą wciąż niezwykle aktywną, bardzo sprawną intelektualnie. Przypominam sobie, że co najmniej dwa razy graliśmy wspólnie z panią Erne w jakieś gry słowne w kuchni dużego mieszkania państwa Sandauerów w Warszawie, w którym jeden z pokojów Adam przeznaczył na muzeum poświęcone pamięci jego ojca, Artura Sandauera. Graliśmy popijając kawę po wcześniejszym śniadaniu. Pani Erne, Adam, Cezary Staniszewski Adama i mój przyjaciel i ja. Nie, nie wstydzę się tych przegranych. Zazwyczaj wygrywała pani Erne Rosenstein.

                                                                       Piotr Kotlarz

[O Klubie „Remont” pisano też inaczej, na przykład już w chwili jego upadku:

Jest (było?) w Warszawie miejsce, do którego na spotkania przyjeżdżali Julio Cortàzar, Václav Havel czy Michelangelo Antonioni. Gdzie grały gwiazdy alternatywy, Laibach, Nico czy Cabaret Voltaire. Które było świadkiem pierwszego zderzenia polskiej publiczności z muzyką punk – gdy w 1978 roku koncert zagrał tam brytyjski zespół The Raincoats.

Miejsce to dawało w nieco siermiężnym PRL-u możliwość obcowania z aktualną i poszukującą kulturą, nie tylko zachodnioeuropejską, ale również tą o proweniencji socjalistycznej. To w Remoncie można było uczestniczyć w spotkaniach z Volkerem Schlöndorffem czy zmarłym niedawno Bernardo Bertoluccim, wysłuchać koncertu kwartetu Edwarda Vesali z Tomaszem Stańko, przyjść na „spotkanie” z Andym Warholem (które było sfingowaną akcją artystyczną kuratorowaną przez Henryka Gajewskiego, kierownika Galerii Remont).

Tę wyliczankę można by kontynuować na tyle długo, że przerodziłaby się w prawdziwą, i na dłuższą metę nudną, litanię. Klub Riviera Remont istnieje już 46 lat, był świadkiem wielu artystycznych wolt i debiutów. Nic więc dziwnego, że uznawano go za perłę w koronie PRL-owskich klubów studenckich, wymienianą jednym tchem obok Żaka, Hybryd, Od Nowy czy Stodoły. Jednak historia Remontu stanowi idealny materiał na studium przypadku… a właściwie upadku. Remont, podobnie jak inne studenckie kluby, w większości nie poradził sobie z nowym klimatem społeczno-kulturowym, a przede wszystkim z komercyjnymi zależnościami ekonomicznymi (ich kulturotwórcze i tożsamościowe funkcje przejęły w latach 90. kluby takie jak Alfa, Fugazi czy Piekarnia). [Za: Program rozwoju dyskoteki. https://www.dwutygodnik.com/artykul/8239-program-rozwoju-dyskotek.html]

Może należałoby też wspomnieć o zespole „Tilt”, któremu zorganizowałem później koncert w Gdańsku, czy o działalności DKF-u KWANT pod kierownictwem Waldemara Dąbrowskiego. To były wspaniałe czasy.

Z przytoczonego artykułu skopiowałem również obraz wyróżniający (zdjęcie z archiwum Andrzeja Mitana). W drzwiach do Galerii „R” stoi właśnie Cezary Staniszewski, późniejszy kierownik Galerii „R”, już nie Remont.