Pamięci Mieczysława Czychowskiego

0
456

Od pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, przez prawie całe lata osiemdziesiąte, aż do jego śmierci w 1996 roku, z Mieczysławem Czychowskim spotykaliśmy się bardzo często. Bywały miesiące, że prawie codziennie. W czasie naszych spotkań, często „biesiad”, Mietek recytował wiersze, znał ich setki. Bywało, że recytował i swoje. Te, które zaprezentuję pod koniec tego artykułu zapewne słyszałem wielokrotnie, a jednak uleciały z mojej pamięci. Trafiłem na nie ponownie przeglądając ostatnio numery wydawanego na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku przez Gdańskie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki pisma „Autograf”.

Jak ten czas leci pomyślałem wówczas, później – po lekturze tych wierszy i fragmentu eseju Stanisława Gostkowskiego (niestety, również już nieżyjącego) na temat twórczości Czychowskiego – postanowiłem, że przytoczę te wiersze w „WOBEC”, że napiszę też kilka słów o jego twórczości. O jednych z ostatnich z jego wierszy. Mimo tego bowiem, że znaliśmy się tak blisko jakoś przeoczyłem (może lepszym słowem byłoby tu – nie doceniałem) ten fragment jego twórczości. Od połowy lat siedemdziesiątych Mietek tworzył wiersze stosunkowo nieczęsto. Jego aktywność artystyczna wyrażała się od tego czasu głównie w malarstwie (przede wszystkim w setkach, może tysiącach pasteli).

Oczywiście wierny przesłaniu innego poety, naszego wspólnego przyjaciela Jerzego (Hejnał) Kamrowskiego nie podejmę się nawet próby jakiejkolwiek analizy wierszy Mietka. Przypominam sobie, jak z okna swej kawalerki na trzecim piętrze jednaj z kamienic Głównego Miasta (naprzeciwko Kaplicy Królewskiej) Jurek krzyczał tak, że słychać go było aż na ulicy Mariackiej: Wybaczcie panowie, gdy o wierszach mowa, serce do d… się chowa. Wiersze należy czytać, trzeba je recytować. Mówienie o nich jest zajęciem tylko akademickim.

Czytając poniższe wiersze Mieczysława Czychowskiego uświadomiłem sobie jak wiele mówią one o tamtej, zaprzeszłej już rzeczywistości. Jak wiele możemy dowiedzieć się z nich o ówczesnej kondycji żyjących w epoce tzw. realnego socjalizmu ludzi, o świadomości i postawie artysty.

Warto przeglądać wydawałoby się zapomniane pisma. Mam nadzieję, że znajdujące się dziś w zasobach bibliotek numery „Autografu” zostaną kiedyś zdygitalizowane. Może podejmie działania w tym kierunku obecny Zarząd GTPS-u. Naprawdę warto.

Piotr Kotlarz

Mieczasław Czychowski

Bankier

Jak bym się z tobą rozstał obojętnie,
To tak ja – taję: a śnieg mnie poprzedza.
Przegrywając – doświadczam. I to jest wygrana.
Kto inny bank zabiera. A ja swoją resztę.

I mam się jak w banku. Oto satysfakcja.
Jak się mam pytasz. Tak jakbym się nie miał.
Mijamy się na serio, dwóch różnych bankierów.
A wszystko jest po trosze i głupie i śmieszne.

On ma konia tłustego, a ja chudą kozę.
On nażarty jak bydlę- ja mu gram na skrzypcach.
Nic z tego nie rozumie: teraz śpi i chrapie.
Zaprawdę jest się potrzebnym grając tylko sobie.

Sumienie

Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki

Rzeczywistość rozpękła nim semafor wygasł
pośpieszna ciemność dudni pod gwiazdami.
Gwiazdy i krew w kształcie lecącego krzyża
krążą w nas i spadają w przepaść razem z nami.

Panie który raną przebitego boku
nadzieje otwierasz – odpuść nasze winy:
noś Ty światłem błądzących w okrucieństwie mroku,
a my jesteśmy z Ciebie – i do Ciebie wrócimy.

Dałeś nam wolną wolę i prawo wyboru
Nie karz tych co błądzą, tych co złe wybrali,
a spraw by wrócili do Twojego domu
i cesarzowi cesarskie, Bogu – co boskie oddali.

Solidarnym w cierpieniu, prawym po lewicy
Daj poczucie siły, bo Twój krzyż dźwigają
Okrwawiony – ciężarem opuszczonej kotwicy
W pamięć pomordowanych, w sumienie mego kraju.

Fragment 

Wyrzucony poza nawias społeczny
na bruk, na asfalt
pod nawis inflacyjny kryzysu
pod nawis dachów w lodowatych soplach
grożących śmiercią lub kalectwem
on – okaleczony w ostatniej wojnie
(nie w stanie wojennym)
obrzydził sobie armie
oraz generałów wszelkiej maści
kalkuluje teraz przy miechach organów
w kościele
pod wezwaniem świętych praw człowieka
on który widział jego cień
na schodach banku
w mieście Hiroszima –
wie że po nim nie zostanie nawet cień
że stratują go zmiażdżą
na progu XXI wieku
lub zaleją betonem
w ścianie domu –
będzie służył
jako ocieplacz z bijącym sercem.

Z egzystencji prowincjonalnych II  

Leonardowi Bąk-Leszczyńskiemu

Pod tym dachem sam bez siebie
bez prawa do narzekań
na rzecz swoją
na rzecz żadną
jeśli przemilczeć wszystkie kłamstwa
to oczywiście – okaże się –
w tej nędzy poza złotem
którą ledwie
wróbel odćwierka –
ta szara gródka ziemi.
Z twoich wyobrażeń –
śnieżna zawieja
w niej gawron przy drodze niemy
puka w zamarzniętą kość.
Popukaj się w głowę –
odezwie się cała Polska
w trzydzieści osiem milionów obywateli.
Odgwiżdżą fabryki i kopalnie.
Odgwiżdżą chłopi watowani
w gumiakach –
i pójdą spać.
Dobranoc ofiaro losu.
Ponarzekaj sobie, ponarzekaj.
Rozbiorą ci dach nad głową.
Rozbiorą ten wiersz.
A mimo to zostaniesz.

Mieczysław Czychowski urodził się w Dzbeninie k. Ostrołęki 26 maja 1931 r. jako Józef Mieczysław Cychowski, zmarł 23 stycznia 1996 r. W okresie II Wojny Światowej, przebywając w Dzbeninie wraz z rodzicami, młodszą siostrą Zofią obraz starszym bratem Czesławem, doświadczył wielu przeciwności losu. W 1944 roku nowo wybudowany dom Czychowskich, znajdujący się nieopodal brzegu Narwi, spalili Niemcy. 8 maja 1945 roku w wyniku wybuchu miny przyszły artysta stracił prawą dłoń. Następnie w niewyjaśnionych okolicznościach został rozstrzelany jego ojciec, Stanisław, działacz ludowy, w chwili śmierci członek PPR, wcześniej w ZWZ i AK – prawdopodobnie ważna postać lokalnej konspiracji. Wiadomo, że ukrywał on wraz ze swoją żoną, Wiktorią, osoby poszukiwane przez okupanta. W 1950 roku Mieczysław Czychowski zrezygnował z kontynuowania nauki w liceum w Ostrołęce i wyjechał z rodzinnej wsi do Gdyni, gdzie ukończył dwa lata później Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni Orłowie. Tam był m.in. Przewodniczącym szkolnego koła Związku Młodzieży Polskiej. Od 1953 do połowy lat 60. pozostawał członkiem PZPR. W 1958 roku został absolwentem Wydziału Malarstwa Sztalugowego w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Sopocie, następnie w Gdańsku (obecnie: Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku), w pracowni prof. Krystyny Łady-Studnickiej.

W okresie studiów Czychowski był przyjacielem i mentorem młodego Edwarda Stachury, cenionego później poety i prozaika, który w początkowym okresie swojej twórczości przebywał w Trójmieście. Stachura w jednym z listów nazwał Czychowskiego „mistrzem” oraz „leworękim <<Norwidem>>”.

Mieczysław Czychowski był dwukrotnie żonaty. W latach 50. ożenił się cywilnie z Haliną z domu Urbaniak (rozwód w 1962 roku). Następnie od 1964 związany (ślub cywilny w latach 70.) z Wandą z domu Majewską, z którą miał troje dzieci – dwóch synów oraz córkę.

W 1968 roku Czychowski jako jeden z nielicznych literatów na Wybrzeżu podpisał wystąpienie pisarzy gdańskich popierające strajki studentów w tzw. Wydarzeniach Marcowych. W dokumencie związanym z tzw. Grudniem 1970 określono go jako „znanego z negatywnych, antypartyjnych wystąpień”. W sierpniu 1980 roku był obecny w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, gdzie podpisał poparcie gdańskich literatów dla strajkujących robotników. Tuż po okresie stanu wojennego zdecydował się na ponowne wstąpienie do Związku Literatów Polskich.

W latach 1972-1995 mieszkał wraz z rodziną w Gdańsku przy ul. Kartuskiej 81, następnie przez kilka miesięcy przebywał samotnie w przynależnym sobie mieszkaniu przy ul. Kręckiego 3 w Gdańsku Oliwie.

W środowisku artystycznym i intelektualnym Trójmiasta Czychowski był postacią powszechnie znaną, był mentorem wielu młodych poetów. Wielu pomagał w stawianiu pierwszych kroków w ich twórczej aktywności.