Najgorsze lekarstwo świata / Justyna Luszyńska

0
241

Wszystkim Matkom. Z myślą, że macierzyństwo to nie tylko bezwarunkowa, magicznie pojawiająca się miłość, ubieranie, karmienie i wspólne odrabianie lekcji. To czasem też lęk, złość, niezrozumienie i mnóstwo bólu. Bólu, który jesteście gotowe dźwigać.

                                                                            A to heroizm. 

Najgorsze lekarstwo świata

Wódka miała jedną wadę, jakiej Antoni wybaczyć jej nie potrafił. Mógł przemilczeć jej palący smak, zawroty głowy, które powodowała, obrzydliwego kaca, nakazującego mu przytulać się do deski klozetowej o czwartej nad ranem, kiedy niebo na nowo uczyło się błękitnieć. Mógł wybaczyć nawet to, że nie miał siły przepłoszyć gołębia, który usiadł na parapecie, zajrzał przez szybę do łazienki i utkwił wzrok w bladym i spoconym Antonim. Mierzyli się spojrzeniami, dopóki gołąb nie zagruchał i odleciał. Wydawać by się mogło, że tuż przed rozłożeniem skrzydeł pokręcił zawiedziony głową. To wszystko jednak było do przełknięcia. Problem stanowiła pamięć, którą wódka zacierała. Na zbyt krótko. Zacierała ją, a nie usuwała. Tego wybaczyć jej nie umiał. Wnętrzności Antoniego znów zacisnęły się boleśnie, więc nachylił się nad muszlą i znieruchomiał w oczekiwaniu na najgorsze, które postanowiło nie nadejść. Przeciągało jego męki. Czasem najgorsze nam to robi. Wie, że gdy już rzeczywiście przyjdzie, będziemy mogli się w nim zatracić, więc pozwala nam czekać. Czekanie na najgorsze niszczy bardziej, niż mierzenie się z nim.

Pukanie odbiło się od popękanych łazienkowych płytek. Tego pukania nie powinno być. Nie wolno mu było rozebrzmieć o czwartej nad ranem, kiedy Antoni pochylał się nad kiblem, a niebo uczyło się na nowo błękitnieć.

– To ja – dobiegło zza drzwi.

 A on głupi sądził, że ja siedziało w nim i nie odstępowało go na krok.

 – Idź sobie.

 Znów go zemdliło, ale najgorsze ponownie zaśmiało mu się w twarz i go minęło. Ktoś nacisnął na klamkę, drzwi skrzypnęły. Chłopak nie odwrócił się do postaci, która stanęła w progu, ale też nie wstał i nie próbował udawać, że wszystko było w porządku. Wszyscy wiedzieli, co się działo.

Chciał zapomnieć. Tylko tyle.

– Odchodzę – powiedziała ja.

Odwrócił się i zmierzył niską i przysadzistą kobietę. Wychodzi… No widział, że wychodzi. Ubrała ten swój stary czarny płaszcz i buty. Tylko gdzie się wybierała o świecie?

– Jest czwarta rano – wychrypiał. – Jaki sklep ci otworzą o tej porze?

 Małe smutne oczy zamrugały szybko, odganiając łzy.

 – Nie wychodzę, tylko odchodzę – padło.

Antoni oparł się o muszlę plecami. Zimna porcelana przedarła się przez przemoczoną podkoszulkę i spowodowała nieprzyjemny dreszcz.

 – Gdzie odchodzisz? – spytał, a jego głos brzmiał, jakby dobiegał z oddali.

– Nieważne gdzie – odpowiedziała. – Ale ja już nie mogę. Nie daję rady. Nie będę patrzeć, jak się staczasz. Pogrążasz w swojej rozpaczy i nie szukasz pomocy. Chcesz się zniszczyć? Niszcz się. Ale nie na moich oczach.

To powiedziawszy wyszła i zniknęła w ciemnym korytarzu. Chłopak utkwił wzrok w paprochach na podłodze i oczekiwał trzaśnięcia drzwi.   Nie nadeszło. Nadeszło z kolei szuranie butami. Kobieta wyszła z ciemności i postawiła obok niego kubek z parującym naparem. Wciągnął do nozdrzy zapach mięty i odruchowo otworzył usta, kiedy wcisnęła w nie łyżeczkę.

– Krople żołądkowe z cukrem – wytłumaczyła na widok jego zdezorientowanego spojrzenia. – Albo ci przejdzie, albo się wreszcie wyrzygasz.

Przełknął. Nienawidził tego paskudztwa. Za dzieciaka wolał zmusić się do wymiotów, niż zażywać to ohydztwo, a teraz nawet na to brakło mu sił. To kiepski czas. Na piersi wyrósł mu niewidzialny ciężar. Później ciężar się rozprzestrzenił, wylądował też na barkach i ciągnął go ku ziemi. Wszystkie dni zlewały się w jedno. Przestał się śmiać. Nie umiał płakać. Nie cieszył się i nie smucił. Ludzie odchodzili, znikali, ranili, wracali, znów się zabierali, a on tkwił w miejscu i tylko obserwował ten świat, który poruszał się bez niego.

– Zostanę, jeśli pójdziesz do lekarza.

Głos wybudził Antoniego z myśli. Wpatrywała się w niego para zmartwionych niebieskich oczu. Miały dokładnie ten sam odcień co niebo.

– Nie potrzebuję – wychrypiał.

Po czym odwrócił się i zwrócił wszystko, co do tej pory leżało mu na żołądku. Szkoda, że nie da się równie łatwo pozbywać tego, co zalega na duszy. Nachylał się nad muszlą i głośno oddychał. I wtedy poczuł ciepłą dłoń na plecach. Głaskała go, sprawiając, że wszystkie napięte mięśnie się rozluźniały.

– Jeśli nie poszukasz pomocy, ja nie zostanę.

Pomocy? Nie potrzebował pomocy. Wszystko przecież mija. Ten stan też minie. Teraz pił, bo chciał coś poczuć. Chciał znów płakać, śmiać się i mieć coś do stracenia. Zapomnieć o tym, jaki jest. Jednak ilekroć wódka przestawała działać, znów sobie przypominał. Wracał do swojej skóry, był sobą. Więc znów musiał gdzieś uciec. Jaki lekarz wyleczy go z siebie?

– Jest dobrze – powiedział. – Nie przesadzaj.

 Ręka znieruchomiała i zniknęła. Antoni usiadł i oparł się o sedes, a kobieta podniosła się ze stękiem.

– Nie przedłużyłam umowy najmu – szeptała, jakby nagle stwierdziła, że w tym domu można jeszcze kogoś obudzić. Ale tu nikt nie spał. Wszystkie potwory już dawno się pobudziły. – Nie widziałam sensu. Zostały trzy miesiące, które opłacę, ale potem musisz sobie radzić sam. Nie wiem, do pracy idź. Może jeszcze pamiętasz, jak pracować. Nie patrzyła mu w oczy. Wgapiała się w szare niebo za oknem, tańczące na jego tle ptaki, wychylające się powoli zza budynków słońce.

– Dlaczego? – spytał.

Zaklęcie. Jedno pytanie wystarczyło, żeby pulchne dłonie o krótkich palcach sięgnęły twarzy. Skryła się za nimi, zniknęła, przepadła. Szloch poruszył jej ramionami, ale nie wybrzmiał. To nieme płakanie. Ona też już nie pamiętała, jak to robić.

– Nie mogę przyglądać się, jak umierasz. – Odsłoniła twarz. – Nie mogę gotować ci obiadów, których i tak nie jesz, chudniesz w oczach, trzęsiesz się, chodzisz zamroczony… Mówię do ciebie i nie wiem, czy to ty odpowiadasz, czy będziesz pamiętać, czy zaraz zapomnisz. Dzień po dniu stajesz się mniejszy, mniejszy i zaraz, czuję że znikniesz. A ja? – Jedna łza spłynęła po zaróżowionym policzku. – A co ja zrobiłam? Płakałam? Prosiłam? Czy to wystarczy? Nie, nie wystarczy. Spójrz na siebie. – Rozłożyła przed nim ręce. – Spójrz, gdzie jesteś. Jak wyglądasz. Jakby już cię nie było.

– Więc pozwolisz mi tu umrzeć?

Mógłby przysiąc, że te słowa zamieniły się w strzałę i ugodziły ją prosto w serce.

– Właśnie nie – odpowiedziała drżącym głosem. – Gdybym tu została, dalej robiła te obiadki, dawała ci nieme przyzwolenie… Nie. Nie zgadzam się na twoją śmierć. I właśnie dlatego odchodzę. Nie, żebyś umarł, tylko żebyś miał powód, żeby tego nie robić.

Potrząsnął głową. Bańka prysnęła. Słońce wyjrzało zza budynków, przedostało się do starej zgrzybiałej łazienki i oświetliło zaczerwienioną twarz jego matki. Mylił się. Ona nie wyrzekła się czucia. Jej niewielkie opuchnięte oczy płakały. Wyglądała, jakby płakała nieprzerwanie od lat.

– Przecież… Przecież jestem przy tobie. – Padł na kolana. – Przynoszę zakupy, wynoszę śmieci, pomagam, jeśli mnie poprosisz! – Zacisnął pięści. – I ciągle ci mało! Ciągle się mnie czepiasz i chcesz zmienić! Chciałabyś idealnego syna? Takiego, jakiego ma twoja siostra? Żebym studia skończył i był lekarzem? Wtedy bym ci odpowiadał?!

Antoni odruchowo chwycił kubek z parującą miętą i cisnął nim w podłogę. Gorący napój się rozlał, rozbryzgnął po podłodze, a odłamki porcelany raniły matkę w odsłoniętą łydkę. Dlaczego założyła sukienkę zamiast spodni? Dlaczego? Specjalnie. Specjalnie, żeby teraz mogła powiedzieć, że to syn ją zranił. Zrobiła to na złość, żeby tylko… Padł na ziemię, prosto w odłamki stłuczonego kubka, prosto w te zalane naparem płytki, objął głowę rękoma i wrzasnął. Krzyczał, zapominając, że w bloku mieszkają ludzie, których pobudzi. Po prostu krzyczał, bo ten krzyk wlazł w niego już dawno i rósł, jak rosną chwasty w ogrodzie. Zabierał światło i wodę wszystkiemu, co powinno w nim kwitnąć.

– Nie mam siły – wyszlochał w ziemię. – Nie mam siły. Nie idź, mamo. Proszę cię, nie idź.

Delikatne dłonie pochwyciły go w pasie i oddaliły od porcelanowych skorup. Już kilka sekund później Antoni leżał na kolanach swojej matki i chlipał jak dziecko, podczas gdy ona przytulała go do swojej piersi i szeptała uspokajająco. Gładziła czarne włosy, odziedziczone wcale nie po niej, tylko po ojcu, który przyszedł, spłodził syna, a potem ich lał. Wtedy mama wybrała życie swojego dziecka i odeszła.

Teraz chciała odejść od dziecka. Ciągle musiała kogoś ratować.

– Nie płacz już, już dobrze… – Przytuliła policzek do jego głowy. – Wiesz, że stara matka nie da ci zginąć. Nie zostawię cię. Tylko obiecaj mi, że spróbujesz, słyszysz?

Zwróciła ku sobie jego twarz. Patrzyli na siebie. Antoni nic nie odpowiedział. Niczego nie obiecał. Przyszło mu do głowy, że kiedy zapukała do drzwi, a on pomyślał, że jego ja trwało przy nim, mylił się. Jakaś jego cząstka żyła w jego pięćdziesięcioletniej matce, w jej drżących od ciężkiej pracy dłoniach, posiwiałych włosach i smutnych niebieskich oczach. W tym, że on na nią krzyczał, zawodził ją i ranił odłamkiem przeklętej porcelany, a ona zamoczyła ten swój jedyny stary płaszcz i przytuliła go do siebie, pragnąc chronić przed całym złem świata; przed nim samym. Jego oddech się wyrównał.

– Już dobrze? – spytała.

Pokiwał głową i pozwolił matce się podnieść. Otrzepała płaszcz, przetarła go ręcznikiem i uśmiechnęła się do syna.

– Jutro wpadnę na herbatę.

Przesłyszał się? Jak to wpadnie na herbatę?

– A-ale przecież… powiedziałaś…

– Nie zostawiam cię – odpowiedziała. – Tylko daję ci przestrzeń. To teraz twoje mieszkanie. Posprzątaj je. Jutro przyjdę na herbatę – powtórzyła z naciskiem. – Masz być trzeźwy. Trzeźwy, rozumiesz? Pójdziemy razem po pomoc.

Pomoc. Na herbatę. Trzeźwy. A zapomnieć? Co z zapominaniem?

– Idź – szepnął, wbijając wzrok w podłogę, ale zaraz uniósł go z powrotem na matkę. – Tylko jutro wróć. Im wcześniej, tym lepiej. Herbatę nam zrobię. I pójdziemy.

                                                                             Justyna Luszyńska

 

Obraz wyróżniający:  pexels-vijay-sadasivuni-3833370.jpg 4.7 MB