Magdalena Krasnodębska „Trumienki dla małych dziewczynek”

0
607

Magdalena Krasnodębska

Trumienki dla małych dziewczynek

Trumienki dla małych dziewczynek”, tak brzmiał napis na opakowaniu małej trumny zrobionej z czerwonego drewna, ze złotymi ramkami i złotym krzyżykiem po środku. Zgniotłam je i wyrzuciłam do kosza, a następnie otworzyłam wieko trumny i dotknęłam jej dna. Wyściełane było purpurowym materiałem, mięciutkim w dotyku niczym puchowa kołderka, którą każdy chciałby się otulić. Idealna pościel na wieczny sen.

Goście pogrzebowi niedługo przybędą. Przyniosą prezenty, żeby podnieść mnie na duchu, będziemy razem płakać, poklepywać się po plecach i wygłaszać mowy pogrzebowe, a na końcu zakopiemy tę czerwoną trumienkę i małą istotkę, która w niej spocznie na wieki. Wiem, że kiedyś będę tego żałować, ale teraz w zasadzie nie czuję nic. To, co niedługo się stanie, a właściwie już się stało, chyba jeszcze do mnie nie dotarło. Zastanawiam się, czy tak powinno być, ale właściwie nie wiem, jak mam reagować, nigdy nie byłam w takiej sytuacji, nikt nigdy nie wspominał, że ona kiedyś nadejdzie.

Jestem ciekawa, czy po tym wszystkim fizycznie bardzo się zmienię, czy moje rysy twarzy staną się ostrzejsze, czy urosnę kilka centymetrów, czy mój głos będzie mniej piskliwy niż dotychczas. A może na zewnątrz nie stanie się nic i w dalszym ciągu będę wyglądała na siebie, a koleżanki na studiach nawet nie zauważą mojej straty, ponieważ chowam ją głęboko w środku i na zewnątrz nie pokażą się żadne jej ślady.

Nawet nie spostrzegłam się, kiedy umarła. Zrobiła to tak niespodziewanie, z dnia na dzień, że nie zdążyłam jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham i jak wiele dla mnie znaczy. Człowiek tyle razy powtarza sobie, gdy kogoś straci, że następnym razem się zmieni, będzie doceniał bardziej to, co ma, będzie każdego dnia mówił najbliższym, że są niezastąpieni i dziękował za każdą chwilę z nimi spędzoną. Ale później, kiedy już ochłonie, jakoś żadne słowa nie chcą przepływać przez gardło, chcesz się coś powiedzieć, ale nie jesteś w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, więc milczysz, choć w twojej głowie przepływają słowa jak potok rzeki, tyle że trzeba zburzyć tamę, żeby one w końcu mogły wypłynąć i użyźnić glebę. A oni wszyscy nie czytają w myślach, może czegoś się domyślają, ale nigdy nie wiedzą, co tak naprawdę czujesz. Często mylnie odczytują twoje intencje, nie widzą, jak czasem bardzo się starasz i pragniesz, żeby byli szczęśliwi. Na zewnątrz wygląda to, jakbyś był arogancki i myślał tylko o sobie.

I teraz jeszcze ta strata. Po takiej śmierci człowiek nigdy nie będzie taki sam. Już inne żarty będą go śmieszyły, co innego zacznie jeść na obiad, a książki, które kiedyś czytał, nie dadzą mu już takiej przyjemności, jak wcześniej. Żałobnicy będą go pocieszać, mówić, że to w porządku, że tak miało być, że każdy z nas musi przez to przejść, że strata jest wpisana w życie ludzkie i jedyne, co można z nią zrobić, to włożyć w trumnę, zakopać w ziemi i dać przetrawić. Ale ja nie wiem, czy chcę to tak zakończyć. Może zostawię trumnę na jeszcze kilka dni, posiedzę przy niej i porozmawiam, choć wiem, że to nic nie da, ponieważ ona już mnie nie słyszy, odeszła. Dlaczego postanowiła zostawić mnie samą? Nie powiem, żebyśmy miały ostatnio dobry kontakt. W zasadzie z biegiem czasu z naszymi relacjami było coraz gorzej. Nie rozumiałyśmy się, ona chciała zostać w przeszłości, bo tam czuła się najlepiej. Ja chciałam iść naprzód, gnać na łeb, na szyję i czuć przy tym wiatr we włosach. Ale to ona była tą bardziej szaloną, ona miała fantastyczne pomysły, które realizowałyśmy i miałyśmy przy tym mnóstwo śmiechu. Nigdy nie traciła dobrego humoru, dla niej wszystko było proste i nie chciała się o nic martwić, bo mówiła, że szkoda czasu. Czasem tylko płakała, gdy ktoś powiedział jej coś złego, uraził albo skrzywdził, albo gdy widziała, że ktoś jest niesprawiedliwie traktowany i dzieje mu się krzywda. Nie potrafiła inaczej reagować, nawet gdy bardzo starała się pokazywać, że wyróżnia się odwagą. Co innego ja. Wiecznie ponura, martwiąca się o przyszłość, starająca się wypełniać jak najpilniej wszystkie obowiązki. Nie interesowało mnie, co ludzie o mnie mówią, miałam ważniejsze sprawy do załatwienia. Tyle jeszcze trzeba było zrobić, posprzątać, uprać, nauczyć się na egzamin… A ona od tego mnie odciągała, mówiła, że szkoda czasu, że zrobię to później, bo teraz trzeba żyć a nie umierać, co dziś brzmi śmiesznie, bo przecież to ona umarła, a ja jeszcze tu jestem i żyję.

Przyszli żałobnicy i złożyli mi kondolencje. Oni również dobrze ją znali, lubili jej beztroskie żarty, choć czasem były tak lekkomyślne, że wprawiały ich w irytację. Przymykali jednak na to oko, każdemu się zdarza, to normalne, mówili. Teraz nawet tego będzie im brakować. Bo jakoś tak pusto i głucho bez niej, trzeba pamiętać o obowiązkach i tylko one są teraz najważniejsze, bo nic więcej nie ma. Lista „to do”, odhaczanie kolejnych pozycji, dopisywanie nowych i tak w kółko i w kółko, aż w końcu i my umrzemy. Niedługo o niej zapomnimy, to normalne, mówili, każdy w końcu ją zapomina. Ludzka pamięć tak już została zaprogramowana. Ale teraz, póki pamiętamy, powspominajmy jej dobre serce, które przestało bić, bo to właśnie jest ta chwila, chwila pomiędzy życiem a umieraniem. Zdarza się tylko raz każdemu.

A teraz ją zakopiemy. Będzie leżała w ogródku. Zawsze lubiła kwiaty i motyle, więc na pewno ją to zadowoli. Biorę łopatę i razem z innymi żałobnikami kopiemy dół pomiędzy grządkami. Ziemia jest twarda. Wkładamy w dół trumnę, zakopujemy ziemią, żałobnicy umieszczają na niej wiązanki, a ja na nich tabliczkę: „Tu spoczywa dziewczynka”.

Wyglądam przez okno i widzę pole mojego dziadka. W tej chwili jest to bezużyteczny zagon, ziemia jałowa, która śpi, bo nic w niej nie rośnie. Jest zbyt zimno, żeby coś tam teraz rosło. Nadchodzi zima, ziemia na zewnątrz wydaje się zmarzła, ale czy w środku nie ma w niej choć krztyny ciepła? Dziadek na wiosnę sadzi w niej ziemniaki. Z mojego okna codziennie mogę obserwować, jak przebiega proces ich rośnięcia, a jesienią zbieram ziemniaki z tej ziemi, dotykam jej rękami i zostawiam w niej cząstki swojego naskórka. Ona w zamian daje mi kurz, a także pamiątki, które przypadkiem wykopujemy, bo kiedyś na tej ziemi stał stary dom dziadka i te pamiątki to pozostałości z tego domu. Zdarzyło mi się też znaleźć relikty, które dobrze znałam, ponieważ należały do mnie – gubiłam je kiedyś podczas zabaw. Fragmenty zabawek, jakieś kartki czy strzępy materiału, zadziwiające, co może przez tyle lat uchować fragment wody i minerałów.

Odchodzę od okna i otwieram szafę. Wypadają z niej moje ubrania, choć przecież dałabym sobie rękę uciąć, że trzy lata temu pozbyłam się nawyku wpychania ciuchów na chybił trafił w wolne szczeliny, zastępując go pieczołowitym składaniem ich w równą kosteczkę. Wraz z ubraniami wypada torba, której nie widziałam od bardzo dawna – były w niej dwie lalki Barbie, niebieska łyżeczka z zabawkowej zastawy stołowej, trzy żetony Pokemon Tazo, figurka żółwia jedzącego arbuza z Kinder Niespodzianki, mały, różowy grzebyk, srebrna kłódka od pamiętnika, seledynowa kauczukowa piłeczka oraz fioletowy, pluszowy miś brelok. Wyjęłam wszystko po kolei i ułożyłam na podłodze. Następnie ponownie włożyłam rzeczy do torby, poskładałam ubrania i zamknęłam szafę. Za oknem zapadła ciemność, ale ja już się jej nie bałam. Wiedziałam, że za kilka godzin znów nadejdzie nowy dzień.