Karol Sajnok „Buty i wymagania”

0
691

To ja stałem wtedy na peronie i patrzyłem, jak ona odjeżdża ze swoimi zbyt dużymi butami i zbyt dużymi wymaganiami. Nie miałem odwagi jej pomachać, a tym bardziej wskoczyć za nią do pociągu, nawet wtedy, kiedy konduktor dał gwizdkiem sygnał do odjazdu i drzwi wagonów powoli zaczęły się zamykać. Stałem tylko w mojej granatowej bejsbolówce z szarym numerem 68 na plecach, trzymając pod pachą pudełko, które przed chwilą od niej dostałem i patrzyłem, jak światła pociągu powoli stają się coraz mniejsze i mniejsze.

A wraz z nimi wszystko stawało się mniejsze i mniejsze. Pociąg, jego drzwi, każdy z wagonów, ale także jej buty, nigdy nie w pasującym rozmiarze, wraz z butami jej stopy, a wraz ze stopami ona sama, czego widzieć nie mogłem, ale mogłem sobie wyobrażać. I kiedy jednocześnie przed swoimi oczami widziałem i nie widziałem jak ona sama staje się coraz mniejsza i mniejsza, zauważyłem, że też te wymagania, które wobec mnie miała, stają się mniejsze i mniejsze i nie były już takie, jak je wcześniej widziałem, nie były już bezpodstawnymi żądaniami i przesadnymi oczekiwaniami.

Patrząc i nie patrząc, zrozumiałem, że to ja nie byłem w stanie sprostać temu, co ona w zupełnie zasadny sposób ode mnie oczekiwała, tego, czego powinna się po mnie spodziewać, jako po dojrzałym, dorosłym mężczyźnie i że ją zawiodłem. Zawiodłem ją i do tego momentu nie byłem w stanie tego zrozumieć. Do momentu, w którym opuszczała mnie, stając się mniejsza i mniejsza, a dystans, który nas dzielił większy i większy.

I wtedy odjechała. Stała się tak mała, że zniknęła. Zniknęła, a wraz z nią pociąg, drzwi, wagony, buty i wymagania.

Stałem tak jeszcze przez kilka minut, nadal trzymając pod pachą to pudełko, które od niej dostałem i nie zorientowałem się jeszcze, że oprócz mnie na tej chwilę temu pełnej ludzi stacji nie ma już prawie nikogo. Starszy pan w brązowej kurtce i białych spodniach i jego roześmiany wnuk, którzy stali obok mnie, kiedy pociąg odjeżdżał i żegnali mamę chłopca, zaczęli już kierować się w stronę wyjścia. Obejrzałem się za nimi i patrzyłem, jak odchodzą, trzymając się za ręce, pocieszając nawzajem, że ich ukochana i mama i córka niedługo wróci, że wyjechała tylko na kilka dni. Kiedy zacząłem już opuszczać to miejsce jednocześnie pełnych łez powitań i pełnych łez pożegnań, spojrzałem jeszcze na ludzi, którzy tu pozostawali. Tylko jedna kobieta siedziała na ławce tuż przy wejściu, trzymając obok dużą czarną walizkę i przechodząc, uśmiechnąłem się do niej, ale dzisiaj nie mogę już sobie przypomnieć, czy odpowiedziała uśmiechem. Zostawiłem za sobą pociąg, drzwi, wagony, stację i wspomnienia, a pudełko wyjąłem spod ramienia i złapałem w prawą rękę, by było mi wygodniej je nieść.

Pudełko. Pudełko po butach. Opakowane w żółtą bibułę, bez żadnej karteczki na wierzchu, bez mojego imienia, kupione w sklepie, którego logo prześwitywało delikatnie przez wierzchnią część opakowania.

Wiedziałem dobrze, co znajdę w środku. Nasze wspomnienia. Nasze wspomnienia, które ona starannie zbierała w pudełku po zbyt dużych butach, pudełku, które wyciągała spod naszego łóżka przez dwa lata od tamtego deszczowego dnia w późnym październiku, kiedy najpierw straciliśmy poczucie czasu, później hamulce, a na końcu głowę. Nasze wspomnienia, które będąc jedynie myślami, obrazami, zapachami i dźwiękami w naszych umysłach, dzięki niej przybrały namacalną postać zdjęć, nagranych płyt, zasuszonych kwiatów, morskich muszli, paragonów, biletów, listów i kopert.

Zostawiła mi je, bo wiedziała, że bez nich po pewnym czasie zapomnę. Nie pamiętając szczegółów, słów, dni i miesięcy, dźwięków i zapachów, nie będę w stanie odtworzyć całości. Szczegółów, które kreowały w mojej świadomości cały obraz danej chwili i cały obraz jej samej, będąc jedynie małymi, pozornie nieistotnymi drobiazgami, zdjęciami – tymi wywołanymi i tymi będącymi jeszcze na kliszach – i filmami, nagranymi jej małą, kieszonkową kamerą, z którą praktycznie się nie rozstawała. Ona zbierała je dla mnie.

Od opuszczenia stacji, szedłem w stronę kiedyś naszego, a teraz mojego mieszkania i mimo odległości, nie miałem ochoty jechać metrem ani tramwajem. Idąc tak, mijałem cukiernie i piekarnie ze słodkim, świeżym zapachem chrupiących wypieków, mijałem kwiaciarnie, mijałem kina i teatry, mijałem kawiarnie i restauracje, mijałem te miejsca, które kiedyś odwiedzałem razem z nią i mijałem pary – pary ludzi zakochanych, jakimi kiedyś byliśmy my i pary ludzi zbyt wiele od siebie nawzajem wymagających. I kiedy tak mijałem niegdyś nasze wspólne wspomnienia, które teraz stały się oddzielnymi, nalężącymi do niej lub do mnie, ale nie do nas razem, zorientowałem się, że nie tylko nie chcę jechać ani metrem, ani tramwajem, ale w ogóle nie chcę się tam znaleźć – w domu – tym domu, w którym nie miałem już nigdy więcej jej zastać.

Skręciłem w jedną z bocznych uliczek, na początku nie bardzo wiedząc, dokąd idę i dopiero po kilkudziesięciu krokach pomyślałem o naszym ulubionym parku. Często spędzaliśmy tam ciepłe, letnie dni, siedząc na ławce. Ławce skrytej pod rozłożystym drzewem, którego gałęzie wyginały się tak bardzo, że niektóre dotykały ziemi i patrząc na nią można było odnieść wrażenie, że natura wybudowała romantyczną, ukrytą przed niezakochanymi oczami altankę.

Kiedy jednak do niej dotarłem, nie odważyłem się na niej usiąść, skryć się pod rozłożystymi, jeszcze pełnymi liści gałęziami. Czułbym się jak intruz, jak świętokradca, który burzy uporządkowaną kolej rzeczy, odwieczną zasadę tego, że miejsce to jest przeznaczone jedynie dla dwóch kochających się osób, a nigdy dla jednej samotnej, ze złamanym sercem i która jednocześnie serce złamała.

Usiadłem na ławce obok, położyłem pudełko na kolanach i po raz kolejny mu się przyjrzałem. Żółta bibuła przerwała się delikatnie na jednym z rogów. Siedząc tam pomyślałem, że chce je otworzyć, że chce to zrobić teraz, tutaj, nie w domu, nie wieczorem, nie kiedy zapach jej perfum, który zostawiła na moim ramieniu, kiedy mnie przytulała, do końca wywietrzeje.

Delikatnie rozdarłem taśmę, która przytrzymywała bibułę. Zacząłem ją odwijać. Była zawinięta wokół pudełka kilka razy i kiedy już ją rozłożyłem to jedno pęknięcie, które wcześniej zauważyłem, teraz okazało się trzema, które układały się w regularnych odstępach. Odłożyłem ją na bok, starannie składając i zawahałem się.

Pomyślałem o tym, co znajdę w środku. O tym, że wiele rzeczy stamtąd może być na tyle lekkich, że wiatr z łatwością je porwie. Wiele na tyle drobnych, że upadną i zaginą wśród kamyków, krzaków i traw, które mnie otaczały. Pomyślałem o tym, że zacznę płakać, siedząc tu, w parku, otoczony przez ludzi, którzy są zakochani, którzy się kochają prawdziwą miłością, którzy za sobą tęsknią, którzy się o siebie troszczą, którzy za sobą płaczą i którzy się kłócą. Zacznę płakać otoczony przez ludzi i otoczony przez wspomnienia.

Mrugnąłem oczami, poczułem zapach jej perfum i na moment, zanim przypomniałem sobie, że pozostawiła go na moim płaszczu, widziałem ją jak siedzi obok mnie na tamtej ławce, w altance zbudowanej siłami natury i siłami uczucia.

Spojrzałem po raz ostatni na zamknięte wieczko pudełka po butach. Spojrzałem i otworzyłem je.

Otworzyłem, czując jej zapach, widząc jej oczy i słysząc jej śmiech. Radosny, delikatny, dziewczęcy śmiech. Śmiech, który zaraz się urwał.

W środku nie było wspomnień. W środku nie było wymagań. W środku nie było nic.

Kiedy wróciłem pod drzwi mojego mieszkania, zaczynał padać deszcz. Piekarnie i kawiarnie zdążyły zebrać stojące na zewnątrz krzesła i stoliki. Kwiaciarnie schowały stoiska i misternie związane bukiety pod rozłożone wokół brezentowe dachy. Ludzie stojący przed teatrami i kinami, którzy opierali się o ściany i siadali na okolicznych ławkach, trzymając w ustach papierosy, z których powolnie unosił się dym, teraz zniknęli. Ukryli się za ścianami i szklanymi drzwiami i zrezygnowali z nikłej i codziennej przyjemności wypełnienia płuc trującymi oparami.

Nasze mieszkanie mieściło się w starym, postkomunistycznym bloku, którego masywne betonowe ściany otoczone były niewielkimi kępkami traw, drzewami Powiśla, sklepem osiedlowym, o jasnozielonym szyldzie i pobliską pocztą, ukrytą obok bankomatu i całodobowej budki z alkoholami. Osiedle stało tuż obok parku i do każdego z bloków mogłeś wejść wpisując dokładnie ten sam kod, ale niewielu było takich, którzy o tym wiedzieli. Na czarnej tablicy świeciły na biało cyfry, a nad nimi widniał prosty, świecący zielonymi znakami wyświetlacz.

Moje palce, cały czas drżące, wypełnione niepewnością i brakiem zrozumienia, dotykały kolejnych liczb. Dziewięć, cztery, osiem, siedem. Cyfry pojawiały się na ekranie. Domofon zadzwonił krótkim dźwiękiem, a drzwi otworzyły się.

Zapaliłem światło na klatce schodowej, Schody były ciemne, pokryte lastryko i leżącymi pod niektórymi drzwi wycieraczkami, a kiedy wchodziłem coraz wyżej i wyżej, nękany zmęczeniem, zagubieniem, poczuciem pustki i osamotnienia, słyszałem jej śmiech, śmiech, który odbijał się echem od ścian, pomalowanych na ciemnożółty kolor, pokrytych cienką skorupą tytoniowego dymu, kurzu i upływu czasu. Śmiech ten był radosny i dźwięczny, przerywany oddechem wysiłku, wypełniony spokojem, spełnieniem i nikłym, wibrującym przed moją świadomością wspomnieniem przeszłości.

Przytrzymałem pudełko, opierając je o ścianę. Przekręciłem klucz w drewnianych, ciemnych, rzeźbionych drzwiach i przekroczyłem próg, a żółta bibuła i prostopadłościenny kawałek tektury przekroczyły go razem ze mną.

Usiadłem przy oknie, odłożyłem puste opakowanie na stolik w salonie i zaparzyłem herbatę. Nasze mieszkanie było raczej niewielkie. W salonie stała kanapa, duży czarny regał, wieszak z ubraniami i lustro i był on połączony z przedpokojem i niewielką, ascetyczną i czystą, szarą i metalową kuchnią.

A obok salonu, który był też niekiedy moim pokojem, była łazienka, biała, wypełniona gładkimi kafelkami, a tuż za nią był pokój. Jej pokój, kiedyś wypełniony jej ubraniami, jej książkami i jej drobiazgami i można było z niego wyjść na niewielki, wiszący w powietrzu balkon o nadniszczonych wiatrem, metalowych barierkach.

Siedziałem przy oknie w salonie, starałem się zebrać biegające po otchłaniach mojej świadomości myśli i patrzyłem na to pudełko, pełne znaczenia i nieposiadające sensu, zamknięte i otwarte, puste, lekkie i jednocześnie ciężkie. Krople uderzały o szyby, wiatr wyginał zbliżające się pod okna gałęzie, para zastygała na tle ciemnych chmur, które zakryły niebo i ziemię.

Pomyślałem o pustym pudełku, o niej, o tym, co mogła mi przez to chcieć powiedzieć, o tym, co miała na myśli, o tym, czego po mnie teraz oczekiwała. Pomyślałem o mnie i o nas, o moich działaniach i naszej przeszłości, o sensie, kierunku, potrzebach i przyczynach, ale jakkolwiek się nie starałem nie mogłem trafić do ukrytego między krzakami i pnączami, tryskającego gdzieś daleko, a jednocześnie prawdopodobnie tak blisko źródła, harmonii i początku, delty, chaosu i końca.

Krople spadają i uderzają. Koła pociągu toczą się, szurają, posuwają, zbliżają i oddalają. Nie wiem dokąd mam jechać, nie wiem, czego oczekuję, ale wiem, czego nie chcę. Nie pozostawiłam po sobie nic. Przestałam istnieć i zaczęłam na nowo. Puzzle nie pasują do siebie, układanka nie może być skończona. Koła pociągu się kręcą. Deszcz opuszcza chmury, a kiedyś zza nich wyłoni się biały księżyc.

Wstałem. Pudełko wstało razem ze mną.

Może coś dla mnie zostawiła? – powiedziałbym, gdyby słowa umiały opuścić moje płuca, poruszyć stwardniałe w krtani struny, wyrzeźbić się w dźwięki na moich zębach i języku.

Przeszedłem przez salon, minąłem łazienkę i stanąłem. Przed drewnianymi drzwiami, na których wisiał mały obrazek, który przedstawiał ptaka. Zawahałem się i mocniej ścisnąłem opakowany w żółtą bibułę kawałek tektury. Nacisnąłem na klamkę i otworzyłem jej drzwi.

Pokój był pusty. Nie było w nim ubrań i nie było książek. Nie było pierścieni, kolczyków, ani kosmetyków. Kartki papieru nie leżały na biurku, na szafce nocnej nie czekał aparat, zdjęcia nie wisiały na ścianach, zapach mandarynek nie unosił się w powietrzu.

W środku nie było nic. Nie było mebli, nie było lustra, łóżka, półek ani wieszaków, nie było ścian, nie było okien, nie było balkonu, ani wiszących na balustradzie doniczek. Nie było podłogi, nie było światła i nie było ciemności. Nie było punktów zaczepianie i nie było punktów odniesienia, chaosu ani harmonii, sensu ani jego braku i stałem tak, nad krawędzią i nad przepaścią, która nie miała jednak nawet dna, nie miała początku ani końca i zrobiłem krok, ale nie było tu nawet siły, która zaczęła ciągnąć mnie w dół.

Zawisłem w nicości. Bez kierunku i celu. Bez sensu.

Koła uderzają o metal coraz szybciej i szybciej. Pociąg oddala się i znika, wyprzeda wiatr i opuszcza deszcz. Księżyc nie odbije światła, klisza nie rozbłyśnie bielą. Wagony szumią i pędzą, chmury zakryły słońce.

Coś mu pozostawiłam – dało się usłyszeć głos.

Nikt nie wysiądzie na kolejnych stacjach. Buty nie wrócą już do pudełka.

Stoję w ciemności, a wokół mnie jasność. Okna zniknęły, nie ma widoków. Drzwi nie istnieją, nie mogę zawrócić

i dlatego idę, wciąż idę i idę. Żółta bibuła rozświetla mroki, ciemność pudełka pochłania błyski.

Wtedy przed sobą słyszę śmiech. (Nie powinno go tu być, przecież zabrano wszystko.) Śmiech jest delikatny i cichy, a brzmi jak płacz, mimo że nie powinien. Ale istnieje. Istnieje na pewno. Jest tutaj, tuż obok mnie, gdzieś daleko i gdzieś blisko jednocześnie, jest powodem i przyczyną, potrzebą, pragnieniem, sensem, którego nie dostrzegam.

Wszystko tutaj jest szare. Jest wszystko, a jednocześnie nie ma niczego. Ten śmiech mnie prowadzi. Muszę za nim podążać, muszę go posłuchać i poczuć i zrozumieć. On do mnie mówi, on chce mi coś przekazać. Chce mi pomóc zrozumieć przyczyny, chce mi pomóc wyciągnąć wnioski.

Słyszę miejsce, z którego on dochodzi. Widzę wibrujące pod jego wpływem powietrze. On jest tutaj. Tuż obok.

Otwiera przede mną drzwi, a ja zamykam oczy.

Po drugiej stronie okna tęcza rozświetlała drzewa i trawy Powiśla. Na balkonie rosły kwiaty, na ścianach wisiało lustro i pusta tablica korkowa. W rogu stało łóżko, obok niego biurko, naprzeciw czarny, podłużny wieszak na ubrania, tuż przy nim biała szafka z trzema szerokimi szufladami, a na podłodze leżało pudełko. Niewielkie, sześcienne, opakowane w żółtą bibułę, bez żadnej karteczki na wierzchu, bez mojego imienia.

(A więc pozostawiła) jedną, drobną rzecz. Ukrytą i jednocześnie na widoku. Czekającą na mnie przez cały czas.

Odpakowałem żółtą bibułę. Delikatnie i nie chcąc jej przerwać.

Podniosłem czarną pokrywkę.

Tutaj nic nie mogło upaść. Nie mogło zniknąć, wpaść między trawy i krzewy, nie mogło zostać porwane przez wiatr.

Koła pociągu wirowały coraz szybciej, blask księżyca przebił chmury, a powietrze rozerwał spokojny, dziewczęcy śmiech.