ANNA ZBOROWSKA „Odbicie”

0
392

ANNA ZBOROWSKA

Odbicie

Gdyby kazano jej zgadywać, jaki zawód wykonuje Jakub Orłowski, bez pudła odparłaby, że to nauczyciel państwowej szkoły. Chociaż nie potrafiłaby uzasadnić, co decydowało o tym przeczuciu. Jego wymięta koszula polo i rybaczki bardziej pasowały do nadmorskiego sprzedawcy niż przedstawiciela oświaty. Tak samo jak niedbała fryzura, wariacja ścięcia ,,na pazia”, która nadawała posiwiałemu mężczyźnie dziecięcego wyglądu.

Uczniowie poznali go trzeciego września. Przeszedł przez korytarz energicznym krokiem, wzburzony, z telefonem przy uchu.

– Nie, drogi panie, niczego nie odwołam – mówił. – Zamiast podjąć polemikę, straszy mnie pan sądem. Jest pan nieporadny merytorycznie i nie radzi sobie z odmiennymi opiniami.

Wolną ręką otworzył klasę. Odruchowo odpowiadał na grzeczne „dzień dobry” młodych ludzi. Kiedy ostatnie szmery ucichły, rozłączył się, podszedł do komputera naprzeciw ławek, po czym sprawdził obecność. Dopiero po odhaczeniu ostatniego nazwiska odwrócił się przodem do uczniów.

Przedstawił się jako Jakub Orłowski, polonista, po czym zrobił pauzę. Był świadom, że łowi spojrzenie trzydziestu par oczu. Ukrył dłonie, ściskając je za plecami, ale nie umknęło uwadze Jadwigi, że na żadnym z palców nie miał obrączki. Kiedy uznał, że kolejne sekundy ciszy mogą zniszczyć budowane napięcie, spytał:

– Dlaczego humaniści są jak rycerze?

Głos miał czysty, bez błędnej nuty. Ta skromna sala była jego sceną, a uczniowie widownią, przed którą debiutował.

– Bo powinni być szlachetni. Walczyć godnie w obronie wartości. Za Boga i ojczyznę. Misją humanistów jest odkrywanie prawdy, zmienianie świata. Sprawianie, by stawał się piękniejszy.

Niektórzy nastolatkowie wymienili uśmiechy, ktoś szepnął: ,,Ale jaja”, większość jednak zachowała powagę.

Orłowski podszedł do tablicy.

– Gotowi? Zaczynamy przygodę. Jest nas niewielu, ale to dobrze. Będziemy silniejsi, bardziej zdyscyplinowani. – Uśmiechnął się i spytał: – Proszę państwa, co jest domeną człowieka wolnego?

Uczniowie szukali wzrokiem ochotnika. Jak to w polskich szkołach, nikt nie garnął się do tej roli.

Orłowski czekał.

– Ma ktoś kanapkę? – spytał w końcu.

Kiedy cisza zaczynała robić się niezręczna, jedna z dziewczyn podniosła rękę.

– Ja mam.

– Znakomicie. – Nauczyciel podszedł do biurka. – Zaprezentuj nam, moja droga, co to za pyszności.

Młodzi ludzie w milczeniu wodzili wzrokiem za blondynką, która wstała i położyła obok słownika pudełko śniadaniowe. Z wahaniem uniosła jego wieczko. W środku leżało pieczywo z sałatą i pomidorami. Orłowski poprosił dziewczynę, by usiadła.

– Powiedzcie, drodzy państwo: dlaczego koleżanka pokazała nam, z czym ma kanapkę?

– Ponieważ jej kazano – padła pierwsza odpowiedź.

Orłowski uniósł palec w górę.

– Właśnie, że nie! Przecież mogła zataić, że ma ze sobą jedzenie albo stwierdzić, że nie chce niczego pokazywać.

– Nie wstydziła się przed nami kanapki – rozległ się inny głos z tylnych rzędów.

Nauczyciel podchwycił tę myśl.

– Bardzo dobrze. Wiedziała, że jest w gronie zaufanych osób i nie bała się braku akceptacji. Co jeszcze?

Kolejna uczennica uniosła rękę.

– Może chciała to zrobić. Napracowała się przy śniadaniu.

– Czyli doszliśmy do dwóch wniosków. Primo: chciała pochwalić się czymś, co należy do niej, secundo: nie wstydziła się tego. A teraz załóżmy, że ta kanapka to prawda, coś, w co wierzymy. Humaniści poszukują pewnych racji, ale obawiają się zaprezentowania ich w gronie, w którym mogliby spotkać się z odtrąceniem. Właśnie to jest domeną człowieka wolnego, proszę państwa: oddawanie przemyśleń bez przymusu, bez strachu i wstydu.

Wziął do ręki kredę. Napisał na tablicy: Prawda. Obtoczył to słowo linią.

– Często nie będziecie mówili tego, co myślicie. Dlaczego? Będziecie się bali. W przestrzeni publicznej szasta się określeniami ,,dyskryminacyjna mowa” czy też ,,mowa nienawiści”. To fraza, którą wpycha się w usta ludziom mówiącym bez ogródek to, co uważają. Jak to ujął Konfucjusz: ,,Kto potrząsa drzewem prawdy, na tego będą spadać obelgi”…

Orłowski zamyślił się, wpatrzony w punkt z tyłu klasy. Jadwiga zerknęła w tamtą stronę. Na ścianie wisiały cztery portrety Matki Boskiej.

– Chcę, byście wyrośli na ludzi z własnym zdaniem. To główny cel moich zajęć. Przygotowania do matury, owszem, to ważne, ale nie tak istotne jak odpowiedni sposób myślenia. Ten będzie wam przydatny do końca życia. Chcę, byście byli jak sarmaci… jak rycerze.

Zrobił półobrót i podszedł do biurka. Włączył monitor starego komputera. Oznajmił konspiracyjnie:

– Niech żyje pamięć o Adamie Czahrowskim, autorze pięknej rycerskiej pieśni.

Z głośników komputera popłynęły dźwięki instrumentów dętych. Dołączyły do nich skrzypce, a później męski śpiew. Gdy utwór dobiegł końca, Jadwiga wciąż powtarzała bezgłośnie refren: ,,Cóż może być piękniejszego nad człowieka rycerskiego?”.

Jeśli po dwóch tygodniach nauki uczniowie nie mieli zdania o Orłowskim, zmieniło się to po oddaniu interpretacji wierszy. Polonista rzucił je niedbale na stół, jakby trzymał w rękach makulaturę.

– Jedynki – oznajmił. – Dwadzieścia sześć osób otrzymało oceny niedostateczne.

Wręczył prace przewodniczącemu klasy. Zignorował oburzone spojrzenia i mówił dalej:

– Nie piszecie tego, co myślicie. System edukacyjny wtłoczył was w określone ramy, zdusił wasze własne zdanie… Nie bójcie się nie zgadzać z podmiotem lirycznym! Tylko szóstkowi uczniowie zawsze się zgadzają. Nie lubię wzorowych uczniów. Wolę poszukiwaczy prawdy.

Między licealistami rozległy się szmery. Wiele osób przywiązywało wagę do śmiesznej cyfry, która dawała im złudzenia, co do poziomu ich wiedzy. Nie chcieli wybujałych zajęć – woleli nudne konkrety, których nauka zapewniłyby im dobre stopnie w dzienniku.

Niezadowolenie narastało. Zwłaszcza gdy okazało się, że wychowawca jest osobą bardzo wierzącą. Czytanie Biblii na lekcjach, liczne odniesienia do świętych i nachalne przywoływanie postaci Jezusa jako przykładu postępowania zraziło część nastolatków do Orłowskiego.

On sam zdawał się nie odczuwać antypatii, jaka budziła się w niektórych wychowankach. Może dlatego, że był do niej przyzwyczajony. Co roku zbierał skargi od rodziców uczniów. Najczęściej powielały się upomnienia dotyczące tego, że zajęcia powinny być bezstronne politycznie i wyznaniowo. O tym wszystkim opowiedziała klasie jedna
z uczennic, Klaudia Kwiatkowska.

– On jest nie do ruszenia – mówiła każdemu, kto chciał jej słuchać. – Załatwia granty. I jest znany. Pojawia się w telewizji, nawet w śniadaniówkach. Gdyby dyrektorka go zwolniła, Orłowski zrobiłby aferę, że jest wolność słowa, i zrujnował tę budę. To za duże ryzyko.

Od Klaudii uczniowie dowiedzieli się, że ostatni raz przydzielono Orłowskiemu opiekę nad klasą humanistyczną. Wszystko przez to, że w wakacje zorganizował wycieczkę i protest w Wilnie, który skończył się przesłuchaniem na komisariacie jego podopiecznych. Pod wpływem nauk polonisty poprzedni rocznik chwycił za transparenty i domagał się przyłączenia stolicy Litwy do Polski. Po tych wydarzeniach pan Jakub był skreślony w oczach ciała pedagogicznego.

Nie zmieniło to faktu, że szybko zgromadził wokół siebie nową grupę pasjonatów, których złośliwi określiliby mianem wyznawców. Wśród nich była Jadwiga.

Uczestniczyła w zajęciach koła, na których Orłowski opowiadał o drugiej wojnie światowej i czytał relacje świadków z tamtego okresu. Na jedno ze spotkań zaprosił mężczyznę w podeszłym wieku. Starzec usiadł przy biurku. Jego oczy ginęły wśród licznych fałd i siatek na skórze. Nikogo nie dziwiło jego milczenie, nikt też nie zamierzał go poganiać.

– Przez długi czas bałem się wspomnień – powiedział wreszcie zachrypniętym głosem. – Budziłem się w nocy zlany potem. Przeżywałem po raz drugi to, co minęło, co stało się historią. – Odetchnął ciężko, jakby mówienie sprawiało mu trudność. – Dziś czas zrobił swoje. Myślę bez strachu o wojnie, o obozie pracy. Mało brakowało, a nie doczekałbym wyjścia na wolność. Zaraziłem się chorobą nazywaną tam panos. Nie było leków. Wyżyłeś – dobrze. Zmarłeś – czort z toboj. Nikt się tym nie przejmował. Codziennie oglądałem nowego trupa. Zastosowałem się jednak do rad starych, doświadczonych łagierników, którzy mówili: ,,Nie wolno jeść ani pić przez dwie doby. Skusi cię głód – umrzesz. Trzeba spalić skórkę chleba na płycie pieca i tym się leczyć”. Posłuchałem. Na trzeci dzień choroba ustąpiła.

Przeniósł spojrzenie na siedzących w ławkach uczniów.

– Nie traciłem nadziei. To jedyne, co mnie trzymało przy życiu.

Zapadła cisza. Starszy człowiek nie miał niczego więcej do dodania – żadnej puenty czy przesłania, które młodzież mogłaby przyjąć jako gotowy wniosek. Milczał, aż Orłowski poderwał się z krzesła i skomentował jego mowę, chociaż Jadwiga uważała, że zrobił to niepotrzebnie.

Kiedy nadszedł jedenasty listopada, polonista zabrał klasę na obchody Dnia Niepodległości. Rozpoczęły się przy placu Mostowym. Od ósmej wokół pomnika Matki Polki stały tłumy, mimo groźnych ciemnych chmur, które zapowiadały burzę. Na miejsce przybyli członkowie stowarzyszeń, służb mundurowych, organizacji kombatanckich, a także uczniowie szkół z nauczycielami. Orkiestra grała pieśni legionowe.

Po złożeniu kwiatów zgromadzeni ruszyli przez rynek, a za nimi kolejne poczty sztandarowe. Orłowski i uczniowie odłączyli się od pochodu przy pomniku Józefa Gawliny. Do tego czasu deszcz zdążył rozpadać się na dobre. Uderzał o chodnikowe płyty i dachy, wtapiał się w płaszcze, znikał pośród traw i mieszał się z odgłosami śpiewów, które dobiegały ze strony ulicy. Niektórzy młodzi pogrążyli się w myślach, a reszta, niezainteresowana wydarzeniami, dyskretnie sprawdzała smartfony.

Przed oczami Jadwigi przewijały się różne obrazy. Odniosła wrażenie, że przeszłość i teraźniejszość zlały się w jedno. Dzieliła je tylko cienka błona czasu. Patrzyła na kolegów, a na ich miejscu widziała chudych, przerażonych chłopców zaciągniętych do armii. Wybuch pocisku potrafił przyprawić ich o drżenie całego ciała. Słońce zachodziło i wschodziło jak każdego dnia frontowego, a młodzi żołnierze szli, biegli, leżeli, a potem znów maszerowali dniami i nocami. Nie było w nich strachu, tylko zmęczenie i rezygnacja.

Wiatr przegonił chmury i na wschodzie powoli pojawiła się blada słoneczna tarcza. Jadwiga spojrzała w dół i zobaczyła w kałuży swoje odbicie. Odbicie jednej z dziewcząt, które czekają na koniec frontu.