Karolina Graczyk „Zrozumieć”

0
462

Karolina Graczyk

Zrozumieć

Kiedyś nie lubiłam mojej matki. Jej wszechobecności, stanowczego chodu, odbijającego się echem po korytarzu, mdłej, obojętnej na przyprawy kuchni. Drażniły perfumy, natrętnie wciskające się do nosa i tandetna fryzura, która postarzała ją o co najmniej dziesięć lat. Kiedyś.

*

Jest wrzesień 2006, mam dziesięć lat. Wracamy z zakupów. Wnętrze rozgrzanego ostatnimi jesiennymi upałami fiata pachnie kurzem i gumą balonową, którą ukradkiem przyklejam pod siedzeniem. Buzuje we mnie wściekłość. Chwilę wcześniej mama odmawia mi kupna truskawkowego błyszczyka i kusej, zdobionej cekinami bluzki. Mam wypukły brzuszek dobrze odżywionego dziecka; nie przeszkadza mi to marzyć o karierze modelki. Nasz dom leży na peryferiach miasta, małego, niewiele większego od okolicznych wsi. Zza okna widać pole pszenicy, a potem długo, długo nic. Mama każdego dnia zawozi mnie do szkoły i przywozi z powrotem; boi się puścić mnie samą na czterdziestominutowy spacer. W szkole spędzam czas w pojedynkę, gryzmoląc w zeszycie krótkie opowiadania i rysunki żółwi. Z zazdrością patrzę na dziewczynki
z klasy: szczupłe, ruchliwe, wesołe. Podsłuchuję ich opowieści o zabawach na osiedlu, nocowaniach i pierwszych dyskotekach. Nawet ich ubrania są jakieś inne, połyskujące srebrnymi nitkami, obcisłe. Na ich widok świecą mi się oczy.

*

Pięć lat później już co innego budzi mój zachwyt. Chodzę w ubłoconych glanach, na powieki nierówno kładę smolisty cień. W szafie na kupce leżą czarne koszulki z nazwami metalowych zespołów. Najbardziej lubię tę, na której widnieje odwrócony krzyż. Z upodobaniem zakładam ją, kiedy idę z mamą do kościoła. Mama spuszcza wtedy wzrok. Wiem, że ją to rani. Wiara jest dla niej ważna, nie rozumie fascynacji córki ciemną stroną mocy. Kiedy wychodzę z domu, krzyczę.

*

Po policzkach spływają mi łzy. Stało się, powiedziałam to. Powiedziałam, że chcę studiować na Akademii Sztuk Pięknych.
Mama podnosi głos, po raz pierwszy od dawna. Zaczyna mówić, o łucie szczęścia, braku pracy, niespłaconym kredycie na mieszkanie. We mnie wszystko się trzęsie; myślę o koleżankach, których wybory życiowej ścieżki z pewnością spotykają się z ciepłym przyjęciem rodziny. One nie muszą walczyć o swoje marzenia, tłumaczyć się z nich, jak gdyby popełniły jakąś zbrodnię. Tymczasem ona dopytuje o szczegóły mojego zawodowego planu, nie żeby taki kiedykolwiek istniał. W odpowiedzi chłodno cedzę, że mój umysł wychodzi poza tak ograniczone myślenie, że prawdziwy artysta za nic ma podobne, zabijające ducha kalkulacje. Wypominam jej potknięcia sprzed lat. Pada o kilka słów za dużo. Mama wychodzi z pokoju, trzaskając drzwiami.

*

Teraz zastanawiam się, czy nie miała przynajmniej trochę racji. Od dwóch miesięcy pracuję w restauracji z tajskim jedzeniem. Mam za sobą dwie małe wystawy, na których garstka znajomych z uczelni zrobiła sztuczny tłum. Desperacko szukam czegoś związanego z moim wykształceniem; wysyłam dziesiątki CV, rozpytuję, łapię okazje. Wszystko na nic. Przez jakiś czas byłam szatniarką w galerii sztuki, ale nie starczało mi do pierwszego. Odrzucana przez czasopisma i strony internetowe pocieszam się, że mój styl zwyczajnie mija się z panującymi obecnie modami. Że jestem ponad to. Jednak w głębi serca wiem, że to nieprawda.
Jasne, może zareagowała zbyt ostro. W końcu malarstwo jest czymś, co kocham, a ona powinna mnie wspierać. Ale nawet branża kreatywna musi przynosić zyski. Może gdybym zachowała trzeźwy umysł, nie musiałabym przez większość miesiąca żywić się makaronem z keczupem. Może mogłam wybrać grafikę, tak, jak mi radziła, kiedy emocje ostygły. Albo przynajmniej zrobić jakieś kursy, zamiast taplać się w wizjach własnego talentu.
Mama pochodzi z biednej rodziny. Teraz widzę, że jej niechęć do mojego kierunku wynikała z osobistych doświadczeń. Ona już popełniła swoje błędy. Całe życie pracując jako sprzątaczka, wiedziała, jak kapryśny jest rynek pracy. Nic dziwnego, że martwiła się, jak sobie poradzę. Znała mnie lepiej niż ja sama.

*

– Dlaczego od niego nie odejdziesz?
Wiele razy zadawałam jej to pytanie. Wisiało potem w powietrzu, zatruwało atmosferę toksycznymi oparami. Matka za każdym razem nieruchomiała, przytłoczona poczuciem winy, które kładłam jej na barki. W tych chwilach unikała mojego wzroku, a ja, wręcz przeciwnie, niesiona buntem i poczuciem krzywdy dokręcałam śrubę, jak gdyby chcąc przewiercić jej zmęczoną twarz na wylot. Broniła się bez energii. Interpretowałam to jako oznakę swojego zwycięstwa. Kiedy stała nad żelazkiem, czułam obrzydzenie jej tłustymi, wilgotnymi, opuszczonymi ramionami – w tym widoku zamykało się wszystko, czym nie chciałam być. Zabieganą kurą domową bez charakteru, wiecznie pod butem męża. Męża, który zawsze gdzieś znika, nie dotrzymuje obietnic, wypluwa z siebie wyłącznie słowa krytyki.

*

Kiedy to piszę, moją mamę pożera rak. Kawałek po kawałku. Widzę to w jej szarych oczach, które rozbłyskują wściekle, kiedy staję w drzwiach ze śniadaniem, wkładam pilota do ręki, przynoszę gazetę. Od braku samodzielności więdnie jak kwiat. Babcia mówiła na nią „żywe srebro”. Faktycznie, mama nie mogła usiedzieć w miejscu. Wszędzie było jej pełno. Z siłą huraganu przetaczała się przez dom; mogłam niemal usłyszeć gwizd wiatru, kiedy szczękała emaliowanymi garnkami. Dla dobra sprawy zamęczała się. Wszystko robiła za mnie. Kiedy zachorowała, trudno mi się było przestawić. Nagle poczułam ciężar obowiązków, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Żałuję, że bardziej nie doceniałam niewidzialnej pracy mamy, jej cichego, drugiego etatu. Ojciec już dawno wypisał się
z rodziny; babcia też, choć innym sposobem. Zostałyśmy we dwie.
Dziś zauważyłam na swojej głowie pierwszy siwy włos.

*

W domu duszę się. Chcę być blisko niej, ale czasem to jest tak trudne, zupełnie jakby z piersi wyrastały mi kolce. Nie mogę jednak odmawiać sobie chwili wytchnienia. W przeciwnym razie coś może we mnie pęknąć, złamać się niczym wykałaczka. Drżącymi rękami zawiązuję sznurówki. Na zewnątrz, jak na ironię: słońce, wiosna, feeria barw. W ogrodzie piwonie i dalie, tak wytrwale pielęgnowane przez mamę, budzą się do życia, przeciągają leniwie. W ciepłych promieniach tańczą pierwsze motyle. A we mnie wszystko krzyczy. Ta przewrotność przyrody pali do żywego. Może gdyby lało, gdyby trzaskały pioruny… Albo mniej dramatycznie. Nie pogardziłabym choćby mżawką, zgnilizną wpełzającą pod kołnierz, prześlizgującą się między rękawami kurtki. O, to już prędzej.
Wsiadam w busa i jadę na spotkanie z Kają, koleżanką z roku. Nie jesteśmy zbyt blisko, ale na dziś wystarczy. Umawiamy się przed pubem. Czekam. W końcu przychodzi, przeprasza za spóźnienie, szukamy stolika. Zaczynam się rozluźniać. Rozmowa rozwija się powoli jak kłębek włóczki. Zgodnie z niepisaną umową obie wymijamy pola minowe – ma być miło. Do czasu.
– Mówię ci, moi starzy to jakaś masakra. Słuchaj, co ostatnio wymyślili: rodzinne wakacje ze mną i z Robertem. Wyobrażasz sobie? Ile my mamy lat, osiem?
Kiedy to się stało, że zaczęłam stawać po stronie dorosłych? Mam wobec nich takie pokłady zrozumienia, że mogłabym nimi obdzielić całą salę wykładową. Nie mówię Kai o swojej mamie. Nie mówię, ale chciałabym jej powiedzieć, żeby spróbowała zrozumieć. I żeby przestała traktować swoje comiesięczne kieszonkowe jak wygodną oczywistość. Mimo to wybieram milczenie.
Kaja chyba widzi grymas na mojej twarzy, bo gładko zmienia temat.

*

Dziecięca wiara w stabilność dorosłych jest jak rosły dąb. Nie złamie jej żadna wichura. Za tak ogromnym zaufaniem idą wyśrubowane oczekiwania. Błędy? Niedozwolone. Gorsze dni? Wypominane. Zmęczenie, to fizyczne i psychiczne? Ignorowane. Tak sobie myślę, że z początku wszyscy jesteśmy bohaterami własnego filmu. Otoczeni statystami o twarzach rozmytych na brzegach kadru, a w najlepszym razie – postaciami drugiego planu. Z czasem jednak uświadamiamy sobie, że żadnego filmu nie ma. Są tylko ludzie, w całej swojej złożoności. Ich traumy, wyrżnięte
w kamieniu schematy z dzieciństwa, obolałe stopy i plecy. Łatwiej trwać w tym, co już znane.
Uświadamiam sobie, że nigdy jej nie przeprosiłam. Wiem już, co zrobię. Mogę tylko mieć nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Idę lekko przez pogrążony w półcieniu przedpokój.
W powietrzu wiruje kurz, a pojedyncze plamki światła kładą się na meblach. Otwieram drzwi.