Łączy nas nienawiść / Justyna Luszyńska

0
197
Odliczamy dni i trzymamy kciuki. To już kolejna książka Justyny Luszyńskiej, emocje jednak za każdym razem są podobne. Dziś „dla posmakowania” niewielki fragment tej powieści.
Redakcja WOBEC

Łączy nas nienawiść”

Rozdział 1.

A zatem to jest to słynne uczucie, które towarzyszy ci, gdy jesteś o krok od spełnionego marzenia. Właśnie teraz, o godzinie dziewiątej piętnaście, wywołano moje nazwisko.

Weszłam więc do najcudowniejszego pod słońcem gabinetu. Nie rozdawali tam słodyczy, węgla, zasadniczo żadnych dar­mowych rzeczy. Nie było szafek ze złota, skrzatów, przemiłych ludzi… ale za biurkiem siedział osobnik, który miał być moim dżinem, dobrą wróżką, zbawieniem.

Jak zauroczona podałam mu wszystkie przytargane ze sobą dokumenty i usiadłam w fotelu, którego siedzisko zapadło się, przez co niemalże wylądowałam tyłkiem na ziemi. Obserwo­wałam swojego potencjalnego szefa z tej ogromnej odległości – wydawał się z niej jeszcze bardziej władczy. Nic dziwnego, pracował w Adeline. Pewnie sama też bym urosła o kilka cen­tymetrów z dumy, gdyby mnie tu zatrudnili.

Mimo niedogodnych warunków siedziałam prosto, jakbym zjadła kij od szczotki na śniadanie. Mężczyzna w ciszy czytał wszystko, co mu wręczyłam, czasem sprawdzał coś w kom­puterze. Klimatyzacja przyjemnie chłodziła, a mimo to pot spływał mi po niemal wszystkich częściach ciała.

I wtedy ni stąd, ni zowąd po moim kręgosłupie przeszedł promieniujący ból. Cudem powstrzymałam się przed wrzaśnięciem.

A mama mówiła: Chodź na jogę. Spróbuj ze mną pilatesu.

Pragnąc dyskretnie zmienić pozycję, ruszyłam się, ale przez myśl by mi nie przeszło, że nogi przykleją się do skórzanego obicia. Przekręciłam się i w końcu odlepiłam od fotela… wyda­jąc przy tym dwuznaczny odgłos. Zamarłam w bezruchu z sze­roko otwartymi oczyma.

Mężczyzna odłożył kartkę, którą studiował, spojrzał na mnie znad okularów i spytał:

Potrzebuje pani wyjść?

Histerycznie kręciłam głową.

Nie, to nie ja. To fotel. Footeel – przeciągałam sylaby. – Widzi pan?

Zaczęłam ocierać się o mebel, wykręcając się na nim we wszystkie strony, a wszechświat jak zwykle był łaskawy dla swojej ulubienicy – Maliny Mazurek – więc nie wybrzmiał już żaden dźwięk.

Te kilka sekund, podczas których ja mazałam tyłkiem jego fotel, a on czekał na coś, nie wiadomo na co, można uznać za kwintesencję całego mojego istnienia. Tak robiłam – kiedy życie rzucało mi kłodę pod nogi, ja dorzucałam jeszcze kilka od siebie, aby mieć pewność, że żaden upadek mnie nie ominie.

Gdy dotarło do mnie, co wyczyniam, znieruchomiałam. I przez moment tylko tak na siebie patrzyliśmy. Lekko dysza­łam, on zaś wykonał głową taki ruch, jakby chciał przytaknąć, ale w zwolnionym tempie. Ten niesmak w jego oczach zapa­miętam chyba do końca życia.

Potem wrócił do czytania, toteż mogłam spokojnie zatopić się w swoich myślach z nadzieją, że w którejś się wreszcie utopię i będzie święty spokój. Jak zdarta płyta odtwarzałam w głowie raz po razie to, co wydarzyło się dwie minuty wcześniej. Biorąc pod uwagę fakt, że za drzwiami czekało jeszcze z dwudziestu innych kandydatów na to stanowisko i prawdopodobnie żaden z nich nie puści bąka podczas rozmowy kwalifikacyjnej, moje szanse malały z każdą chwilą. Oczywiście, że żaden z nich nie zrobiłby czegoś podobnego. Mieli te swoje piękne garnitury i błyszczące buty, którymi nerwowo uderzali o wypolerowaną posadzkę. Nie pierdzieli, tylko robili dobre wrażenie.

W przeciwieństwie do mnie.

Studiowała pani na Uniwersytecie Warszawskim?

Ocknęłam się. To mój moment!

Tak. Równolegle na Wydziale Zarządzania i Nauk Ekonomicznych. To studia pierwszego stopnia – dodałam szybko, zapominając o oddychaniu. – Zarządzanie w korporacji. A na studiach magisterskich zarządzanie marketingowe.

Facet mruknął pod nosem w odpowiedzi. Wszystko poplątałam. Zrozumiał w ogóle, co tak naprawdę studiowałam? Nigdy się nie dowiem, ponieważ prędko odwrócił wzrok i ponownie zamilkł. A mama tyle razy mówiła: nie pluj słowami.

I zna pani trzy języki oprócz ojczystego?

Angielski, niemiecki i czeski – wyrzuciłam z siebie ekspresem.

Uniosłam podbródek, kiedy pokiwał głową z zadowoleniem. No ba, w końcu firma prowadzi sklepy w Czechach. Marka ich ubrań się rozrasta i dałabym sobie rękę uciąć, że wkrótce rozpleni się również w innych europejskich krajach. Kiedyś nie szło im tak dobrze, ale zmiany klimatu i coraz większa świadomość społeczeństwa w zakresie ekologii dmuchnęły Adeline w żagle. Jeśli dorzucić do tego etykę działania, to polska firma produkująca ubrania z ekologicznej bawełny, stuprocentowo transparentna i o pięknym piarze, stawiającym na szeroko rozumianą tolerancję, to coś, co każdy pochwali i pokocha.

Ja również. To wszystko składało się na miejsce, w którym absolutnie pragnęłam pracować. Musiałam.

Z tego powodu przygotowałam się do tego spotkania. Przećwiczyłam w domu wszystkie możliwe pytania, które mogłyby pojawić się na rozmowie o pracę. Nawet te dziwne, na przykład o to, jakie rzeczy zabrałabym na bezludną wyspę. W jeden wieczór ułożyłam w głowie plan na kolejne trzydzieści lat życia i byłam gotowa rozpisać mu go w punktach.

Byle bąk mnie nie powstrzyma.

Ale nie ma pani żadnego doświadczenia – powiedział mój rozmówca.

W żadnym – powtarzam – żadnym poradniku nie znalazłam wzmianki o takim zdaniu.

Tyle co z praktyk studenckich… – wydusiłam z siebie. Zagryzłam wargę i wyprostowałam się jeszcze bardziej.

Nie pracowała pani nigdzie? W ogóle? – pytał niemal z wyrzutem. – W czasie studiów sporo osób łapie się gdzieś dodatkowo…

Dupek. Myśli, że wszyscy mają zawód syn.

Pracowałam – odparłam niechętnie. – Jako kelnerka, pomoc kuchenna, rozkładałam towar w sklepach, zbierałam owoce…

Mężczyzna zmarszczył czoło i zdjął okulary. Ponownie przetarł oczy. Najwidoczniej okrutnie go męczyłam.

Czemu nie zamieściła pani tej informacji w dokumentach? – drążył.

Wzruszyłam ramionami.

Doszłam do wniosku, że to doświadczenie nijak ma się do stanowiska, o jakie się ubiegam – wytłumaczyłam. – Zarabiać trzeba. Ja zaczęłam w gimnazjum. Od tamtej pory imam się czegoś bez przerwy. Nie na pełny etat, ale…

Od gimnazjum? – powtórzył i przyjrzał mi się, chyba nawet z zainteresowaniem. – To dość wcześnie.

Klepnęłam się w uda, starając się samą siebie przywołać do porządku. Gorąco buchnęło mi w twarz przez uznanie, które wybrzmiało w jego głosie.

Można powiedzieć, że sytuacja mnie do tego zmusiła. Wie pan, ja kobieta pracująca… – Potrząsnęłam głową. Nie, kobieto. Nie idź tą drogą. – Znaczy… Gastronomię na przykład znam od podszewki. Praca w sklepie też mi niestraszna. Obsługa klienta, rozładunek, realizacja zamówień i fakturowanie…

Jego czarne brwi poszybowały ku górze.

Ale tego to pani chyba jeszcze nie robiła w wieku… piętnastu lat?

Możliwe, że starał się zażartować, ale pokiwałam głową.

Trochę tak. Pracowałam wtedy w chińskiej knajpie, niby na zmywaku, ale właściciele nie znali polskiego, więc pomagałam, ile umiałam. Mama jest właścicielką wegańskiej restauracji, tak że i tutaj…

I to uznała pani za niewarte wspomnienia w CV? – wszedł mi w słowo.

Westchnęłam nostalgicznie. Jak doświadczenie w lokalnych sklepikach miałoby pomóc zdobyć pracę w takim miejscu jak Adeline?

Nie miałam okazji pracować w zawodzie – tłumaczyłam. – To wszystko było na dochodne. Takie doświadczenie raczej nie imponuje. Szukałam czegoś innego, ale sam pan wie, jak jest… Nikt nie pali się do zatrudniania żółtodziobów, którzy nie wiedzą, co mają robić, wszystko trzeba im tłumaczyć, pilnować ich, pokazywać im palcem…

Złapałam się za usta, ale było już za późno.

Banda bezmyślnych słów zdążyła przez nie wylecieć i trafić do jego idealnie wyrzeźbionych uszu, które wszystko pochłonęły, mózg przetworzył, a oczy rzuciły mi pełne niedowierzania spojrzenie.

To znaczy… Miałam na myśli, że…

Dziękuję pani. – Zerwał się z miejsca i obszedł biurko. – Odezwiemy się.

Wyciągnął do mnie rękę, a ja nadal siedziałam z tyłkiem przyklejonym do fotela i tylko się w nią wpatrywałam. Moje marzenia padły martwe na wydeptany beżowy dywan.

Ale nie mogłam tam zostać. Musiałam otrząsnąć się z szoku. Wyjść z tego z twarzą.

Wstałam więc i podałam mu dłoń. Jego uścisk był szybki i silny.

Ale… – Na co komu twarz? – …nie spytał pan o moje mocne strony ani o to, gdzie widzę siebie za trzydzieści lat. Ani o to, co zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę. Mogę panu wymienić. Mam spisane na kartce!

Uśmiechnął się z zakłopotaniem i siłą wypchnął mnie z pomieszczenia.

To nie będzie konieczne. Do widzenia.

Nim się obejrzałam, stałam już w korytarzu i wpatrywałam się tępo w drzwi, które zamknęły się za kolejnym kandydatem na moje wyśnione stanowisko. Dzielnie przełknęłam łzy i powłócząc nogami, wyszłam z budynku. Gdy zjeżdżałam windą, nie odpowiadałam wsiadającym na pozdrowienia, a na zewnątrz odwróciłam się i ostatni raz rzuciłam na okiem na biurowiec – piętnaście pięter, cały oszklony, niemal sięgający nieba. Gdzieś tam, wśród tych wszystkich okien, mógł być mój gabinet. Mogłam zostać asystentką dyrektora generalnego Adeline. Wyskakiwać z innowacyjnymi pomysłami, które zapisałam w dzienniku i trzymałam pod poduszką.

Nie tym razem.

Z wyróżnieniem obroniłam trzy prace dyplomowe, harowałam latami… Po co? Po co uczyłam się po nocach, szerokim łukiem omijałam wszelkie imprezy, straciłam szanse na przyjaźnie? Teraz wieczory spędzałam sama, co najwyżej z mamą i babcią Aliną, ale one też coraz częściej znajdywały ciekawsze zajęcia. I po co to wszystko? A, no tak. Po to, żeby powiedzieć na rozmowie kwalifikacyjnej, że bez sensu zatrudniać żółtodzioba.

Muszę iść na przeszczep mózgu.

Nawet nie chciało mi się podnosić nóg, więc szurałam butami. Zmierzałam w stronę przystanku autobusowego w ślimaczym tempie (tego samego przystanku, z którego prawdopodobnie nie musiałabym korzystać po tym, jak dostałabym tę pracę, bo mogłabym sobie pozwolić na kupno samochodu), kiedy ktoś mnie znokautował.

W akcie kompletnie nieprzemyślanej próby ratowania swojego marnego życia odruchowo wyciągnęłam ręce przed siebie, licząc na pomoc, a pomoc, i jednocześnie winowajca całego zdarzenia, chwyciła za nie i przytrzymała. Serce tak mocno waliło mi w piersi, że mogłam je usłyszeć.

Nic się pani nie stało?

Wyrwałam się z uścisku nieznajomego. Patrzcie go. Ludzie z tak potężnymi barkami powinni mieć wyznaczone specjalne ścieżki spacerowe. Może wtedy nie taranowaliby innych, mniejszych, a potem nie musieli patrzeć na nich podejrzliwie, tak jak ten mężczyzna patrzył na mnie.

Na pewno? – dopytywał.

Gapił się tymi swoimi niebiskimi ślepiami jak sroka w gnat. I na co liczył? Skwasiłam się, dając mu do zrozumienia, że nie na rękę mi ta dyskusja. Oczywiście, że nic się nie stało, poza tym, że moje życie właśnie legło w gruzach.

Na pewno – powiedziałam grobowym tonem. – Nigdy nie czułam się lepiej. Lubię być taranowana.

Blondas uniósł obydwie brwi i uśmiechnął się, jakbym właśnie rzuciła mu fenomenalny komplement. Wolną rękę wcisnął w kieszeń lawendowych spodni, w drugiej trzymał marynarkę w tym samym kolorze.

Nieudana randka? – spytał i zerknął na zegarek. – Kiepski początek dnia.

No zlitujcie się.

Randka? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Uważa pan, że to jest priorytet każdej kobiety? Randkowanie? – wyplułam z siebie. – I może wokół miłości kręci się świat, a wśród nas latają niewidzialne kupidynki i tylko czekają, żeby ugodzić człowieka swoją cukierkową strzałą?

Zacisnęłam usta w wąską linię i opuściłam głowę. Kobieto, opanuj się. Wdech i wydech. Facet nie jest niczemu winien. Tylko cię staranował. Nie on nazwał cię żółtodziobem – sama to przecież zrobiłaś.

Uniosłam głowę i posłałam mu krzywy uśmiech. Starałam się, by był szczery, ale nieznajomy zmarszczył czoło w taki sposób, że domyśliłam się, iż się nie udało.

Rozmowa o pracę – wyjaśniłam, chcąc załagodzić sytuację. – Widzi pan ten budynek? Tam, właśnie tam, miałam spełniać się zawodowo. Rozmawiać o bawełnie ekologicznej. – Machałam ręką z coraz większą złością. – Ekologicznej! A co zrobiłam?

Zadałam mu pytanie retoryczne i dałam kilka sekund na odpowiedź na wypadek, gdyby jednak okazał się jasnowidzem.

Wszystko spieprzyłam! – krzyknęłam, a przechodząca obok para staruszków rzuciła mi spojrzenie po brzegi wypełnione dezaprobatą. – Niemalże poprosiłam ich, żeby mnie nie zatrudniali. Równie dobrze mogłam tam wejść, powiedzieć, że to nie ma sensu, i wyjść. Oszczędziłabym sobie wstydu.

Oddech. Za szybko i za dużo gadam. Zapominam o łapaniu powietrza.

A co tam dają za pracę? – spytał, przyglądając się budynkowi i mrużąc oczy przez odbijające się w szybach promienie słońca.

Westchnęłam z wyraźnym bólem. Najlepszą.

Posadę asystentki dyrektora generalnego – jęknęłam.

Mężczyzna odgarnął jasne włosy z czoła i szybko opanował jedną brew, którą odruchowo uniósł.

I o to ten płacz? – Zaśmiał się. – Co to za radocha być czyjąś asystentką?

Spróbowałam wywnioskować, gdzie sam pracuje, po wyglądzie. Był młody, pewnie niewiele starszy ode mnie. Całkiem przystojny – rysy twarzy regularne, zarost ledwie widoczny. Jasne włosy, prosty nos, mocno zarysowana szczęka. Taki beztroski chłopiec z błyskiem w oku. Nie mój typ. Ja preferuję wyrazistych. Albo długowłosych, kopie dzieci-kwiatów, albo w ogóle okularników, jak ten pajac z Adeline. Tak, zdecydowanie wolę pseudo-intelektualistów z ironicznym poczuciem humoru.

Zmierzyłam te bary, co to mnie omal nie zabiły. Stawiałabym na to, że mądraliński jest sportowcem, ale formalny ubiór sugerował coś zgoła innego. Może i jego strój świadczył o tym, że szedł do jakiejś pracy, jednak czas poświęcony nieznajomej już nie.

Jak widać, talent do rozgryzania ludzi również nie przypadł mi w udziale.

Co za radocha? – Wzniosłam ręce do nieba w akcie totalnego zrezygnowania. – Naprawdę sądzi pan, że z marszu zostaje się dyrektorem? Tak dobrze to ma tylko ten na górze!

Podążył za moim palcem i ze zmarszczonym nosem łypnął na bezchmurne niebo.

Że Bóg? – spytał błyskotliwie.

Z plaskiem strzeliłam otwartą dłonią w czoło.

Dyrektor generalny, synalek tatusia! Ojciec wygrzał synowi posadkę i ustawił go na całe życie. – Pociągnęłam żałośnie nosem. – Może nie wyglądał, ale jestem pewna, że jest rozpieszczony jak dziadowski bicz.

Nieznajomy przekrzywił głowę.

Dziadowski bicz, ugrzane posadki… – podjął z rozbrajającym uśmiechem. – Brzmi jak niezły sajgon, a i tak chciałaby tam pani pracować?

Utkwiłam wzrok w autobusie stojącym na czerwonym świetle. To mój. Teraz przez pół godziny będę sterczeć w korkach. Pewnie ktoś będzie śmierdzieć. Zawsze ktoś śmierdzi.

Tak, chciałam pracować w Adeline. Pragnęłam wypłaty, którą oferowali.

Chciałabym – jęknęłam. – Dlaczego to nie mogłam być ja? Dlaczego mi ojciec nie wygrzał czegoś podobnego? A zresztą! Popracowałabym trochę, zdobyła doświadczenie i zostawiła tego potwora w cholerę. Bez jakiegoś ojca, któremu musiałabym być potem cokolwiek winna.

Rozmówca zamrugał, zmieszany moim kompletnym brakiem stabilności emocjonalnej, ale to bez znaczenia, bo naprawdę poczułam ulgę. Ten piękniś wykonał kawał dobrej roboty, nawet pomimo wcześniejszego staranowania.

Jeszcze pani nie dostała tej pracy, a już myśli o rzucaniu jej – zauważył.

Posłałam mu mordercze spojrzenie.

Nie dostanę jej tak czy siak – mruknęłam. – Co to za różnica?

Autobus podjechał na przystanek. Ludzie stłoczyli się przy wejściu, nie pozwalając wydostać się ze środka wysiadającym. Ktoś krzyknął, żeby zrobili miejsce.

Nie ta, to inna. – Uśmiechnął się. – Nie ma co płakać nad rozlanym prosecco.

Mądrala. Zrobił krok w tył. Potem następny. Wycofywał się. Podobnie jak ja. Tyłem do autobusu, przodem do niego.

Będzie dobrze. – Uniósł dłoń w taki sposób, jakby chciał mi pomachać, lecz w ostatniej chwili zrezygnował. – Powodzenia, pani gniewna!

Odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie szybkim krokiem. Drzwi autobusu zaczęły piszczeć, zwiastując zamknięcie, więc prędko wskoczyłam do środka i oparłam się pokusie, by wyjrzeć zza stłoczonych ludzi i pomachać nieznajomemu. Słowa formowały się na moich ustach, pragnących mówić z nim dalej, ale cóż, szansa minęła. Może to i dobrze.

Miałam dwadzieścia cztery lata. Skończyłam studia. Pozostawałam bezrobotna, na dodatek nadal mieszkałam z mamą. Restauracja rodzicielki podupadła i na gwałt potrzebowałyśmy ratunku.

To nieodpowiedni czas na myślenie o romansach. To pora na rozwój zawodowy, pięcie się po mojej drabinie kariery. Na uratowanie małej wegańskiej knajpki.

Zacisnęłam powieki i pozwoliłam autobusowi minąć nieznajomego. Tylko na pół sekundy otworzyłam jedno oko, ale nie wyjrzałam przez okno.

Mimo to zastanawiałam się całą drogę: czy gdyby mnie zobaczył, pomachałby?

                                                      Justyna Luszyńska