Imperator (dramat w trzech aktach) / Piotr Kotlarz

0
520

 [Pomysł napisania prezentowanego poniżej dramatu pojawił się u mnie już bardzo dawno. Pisząc kiedyś monografię światowej dramaturgii, w tym wypadku rozważając dzieje dramatu hiszpańskiego, zetknąłem się z postacią Karola V. To właśnie on pod koniec życia zrzekł się władzy i wybrał życie klasztorne. Nie chciałem jednak skupiać się na tej tylko postaci. Interesuję się historiozofią, w tym ideami, które my, ludzie, tworzymy i z których później korzystamy. Człowiek bowiem jest jedyną istotą w świecie, która, od pewnego czasu, sama organizuje swoje życie, posługując się ideami, które sam wypracował. Idea imperializmu jest stosunkowo młoda. Moim zdaniem swój ostateczny kształt zaczęła przybierać gdzieś w pierwszej połowie pierwszego tysiąclecia lat przed naszą erą (jej pierwsze ślady widzimy już wcześniej). Trzy tysiące lat temu. Biorąc pod uwagę rozwój naszego gatunku, którego czas możemy datować na ponad dwa i pół miliona lat, rzeczywiście stosunkowo niedawno. Rozwój tej idei umożliwiło ujarzmienie konia, którego wykorzystanie jako narzędzia transportu pozwalało na narzucenie trwałej kontroli ludności na znacznych obszarach i w związku z tym narzucanie im trwałej zależności. Idea imperializmu wiązała się oczywiście z ideami wojny i podboju. Narzucania zwierzchności jednym ludom przez drugie. Właśnie? Czy ludom przez ludy? Nie, przez ich władców, imperatorów. Ci przecież, dysponując podległymi im armiami, narzucali swe zwierzchnictwo nie tylko podbitym ludom, ale i własnej ludności. Część podbitych i w inny sposób uzależnionych ludzi stawało się niewolnikami, inni poddanymi lub ludnością zależną. Właściwie nie było w tym systemie ludzi wolnych.

Pierwszym stosunkowo trwałym imperium, z podziałem na satrapie, była Persja. Później, również na gruzach Persji, budowali ją Macedończycy, następnie na innych obszarach , ale z czasem sięgając również do terytoriów dawnej Persji, Rzymianie. Podobne imperia powstawały na Dalekom Wschodzie, na obszarach dzisiejszych Chin, Indii. Idea imperializmu, jak wszystkie idee, stała się powszechna. Jak i wszystkie inne zdobycze cywilizacyjne, które potrafiliśmy i potrafimy zachować w naszej pamięci. To pamięć bowiem, a nie geny, umożliwia zachowanie wszelkich naszych odkryć (w tym idei). Pamięć jednak jest wybiórcza.

W przypadku idei imperializmu jest taka tym bardziej, że tworzyli ją właśnie twórcy imperiów lub ludzie chcący zyskać ich względy. To dlatego większość z nas za wielkich uznaje Aleksandra Macedońskiego, Cezara, Napoleona, a nawet Hitlera i Stalina. Ci, którzy zapewne mogliby uznać ich tylko za zbrodniarzy, albo zginęli w wyniku toczonych w obronie swej wolności walk, albo później, tejże pozbawieni, nie mieli szans na utrwalenie swej gehenny. Zresztą i losy samych władców i opis ich tzw. „wielkości” jest zazwyczaj jednostronny.

 Pracuję obecnie nad syntezą historii świata pomiędzy tysięcznym rokiem p.n.e. a szóstym wiekiem n.e. Musiałem w związku z tym dokładnie przyjrzeć się dziejom starożytnego Rzymu. Nasza odnosząca się do przeszłości wiedza z natury rzeczy jest bardzo powierzchowna. Umysły nasze są w stanie przyjąć tylko ograniczoną ilość informacji. Podobnie i ja nie miałem wcześniej czasu, by zgłębić wiele zagadnień. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że od czasu ustanowienia instytucji cezara-imperatora (ok. 30 roku p.n.e.) do czasu upadku Cesarstwa zachodniorzymskiego o tytuł ten walczyło (pomijając uzurpatorów) aż tak wielu pretendentów do tego lauru. Epokę cesarstwa w dziejach starożytnego Rzymu liczy się od czasu zwycięstwa Oktawiana pod Akcjum w 31 roku p.n.e. Po śmierci Marka Antoniusza w 30 roku Oktawian został jedynym władcą imperium, a w 28 roku p.n.e. otrzymał od senatu tytuł „principes civium”. Czy mają jednak znaczenie tytuły? Bardziej istotny jest tu zakres władzy imperatora, ale jak możemy zauważyć, ci zawsze zmierzali do tego, by zakres ten poszerzyć. Ważna jest idea jedynowładztwa i fakt, że w imię swych chorych ambicji władzę tę imperatorzy usiłowali narzucić wszystkim. Wręcz całemu światu. Tak było od czasów Cyrusa, Aleksandra… przetrwało aż do Stalina… Niestety, idea ta wciąż trwa w umysłach wielu poszczególnych ludzi, a nawet dość znacznej części niektórych społeczeństw.

 Pracując nad dziejami cesarstwa Rzymu, uświadomiłem sobie, że między 30 r. p.n.e. a 476 r. n.e. w Rzymie panowało wraz z uzurpatorami około stu pięćdziesięciu cesarzy. Średnio panowali nie dłużej niż 3-4 lata. Wielu niespełna rok. Jak ćmy do ognia świecy, tak oni zmierzali do osiągniecia tronu, by skończyć jak te owady. Warto pamiętać też o tym, że Aleksander Macedoński zmarł w bólach (po ranie w płuco i długiej chorobie) w wieku zaledwie 33 lat, Cezar dożył zaledwie 56 roku życia, Napoleon zmarł na wyspie Św. Heleny w 1821 roku w wieku 52 lat. Warto też zwrócić uwagę na los ich dzieci, na ich życie rodzinne. Myślę, że życie wszystkich wymienionych tu imperatorów, zresztą wszystkich imperatorów, trudno nazwać życiem szczęśliwym.

Dziwię się więc, że tak wielu potomnych wciąż patrzy na nie z fascynacją. Dziwi to tym bardziej, że dziś już wiemy jaki ogrom zbrodni wiązał się ze zdobyciem i utrzymaniem przez nich ich władzy, jaki towarzyszył realizacji ich ambicji.

Moj „imperator” jest postacią fikcyjną. To swego rodzaju alegoria. Możliwe, że są tu pewne podobieństwa z losem Karola V, ale chciałem by tych podobieństw było jak najmniej. Chodziło mi o wszystkich imperatorów. O nich i o tych wszystkich, którzy im służyli, licząc na to, że służba ta umożliwi im realizacje ich prywatnych karier.

Idea imperializmu wciąż niestety trwa. Przypomniałem sobie jedną ze scen w moim dramacie. Żołnierze wnoszą do sali tronowej dwie czaszki – trofea. Scenę te wprowadziłem już pod koniec pisania tej sztuki.  Idea imperializmu jest wciąż żywa, nie wyzbyliśmy się też jeszcze okrucieństwa. Żadnej z wprowadzonych przez ludzkość idei nie odrzuciliśmy na zawsze. Jedyne, co możemy zrobić, to te, które uznajemy za złe, zbrodnicze, powinniśmy obnażyć, pokonać, ośmieszyć. To z tego właśnie powodu powstał ten dramat. Mam nadzieję, że uda mi się skłonić Państwo do refleksji nad prezentowaną tu ideą, choć tak naprawdę chciałbym – wbrew oczekiwaniom na chęć wzbudzenia zainteresowania – by temat ten stał się wręcz nudnym.

„Imperator”

Osoby:

Imperator – Raczej niski, twarz mało charakterystyczna, taka którą łatwo zapomnieć.

Błazen – Ubrany w kolorowy, pstrokaty strój błazeński. W akcie III ubrany w „zwykły” garnitur.

Dworzanin I (później Minister) – Próżny. Ubrany w strój arystokraty z XVIII wieku. W peruce, z puzderkiem. Często przegląda się w podręcznym lusterku.

Dworzanin II – Podobnie jak Dworzanin I. Właściwie jego kopia. Obaj dworzanie często przytakują Imperatorowi. Gdy czasami przez pomyłkę nie zrozumieją jego intencji wycofują się. Milkną, są przerażeni.

Dworzanin III – Ubrany podobnie jak Dworzanin I i II.

Żona Imperatora – Około czterdziestoletnia kobieta. Nieco pulchna blondynka. Strój „damy” z XVIII wieku.

Córka Imperatora – Wygląda na szesnaście lat.

Syn Imperatora – Dwudziestoletni młodzieniec.

Mężczyzna I (Władca Zetlandii) – Później szwagier Imperatora. Początkowo ubrany tak, by nie wyróżniał się spośród innych widzów. Ma prawie czterdzieści lat. Raczej niski.

Mężczyzna II (Władca Wulandu)  – W przeciwieństwie do władcy Zetlandii wysoki.

Minister – Około czterdziestoletni mężczyzna. Ubrany w kosztowny strój.

Młodzieniec – Partner syna Imperatora. Ładny młodzieniec.

Władca  Delandii –  Ma około dwudziestu lat.

Władca Elandii – Wygląda dość staro.

Władca Flandii – Ma około czterdziestu lat.

Nałożnica I – Dość pulchna blondynka.

Nałożnica II – Podobnie, pulchna blondyna.

Nałożnica III – Tak, jak i poprzednie.

Bankier I – Ponad czterdziestoletni.

Bankier II – Podobnie.

Ksiądz – Podobnie. W habicie.

Poseł –  Ma około trzydzieści lat.

Kasandra – W długiej lnianej sukni.

Zakonnik A  [Zakonnicy w większości otyli, choć dwóch może być np. chorobliwie chudych. Ogorzali. Poza Imperatorem to postaci zupełnie nowe. Raczej wiekowi, ponad czterdziestoletni. Dwóch znacznie starszych. Są ubrani w habity, chodzą w drewniakach].

Zakonnik B

Zakonnik C

Zakonnik D

Zakonnik E

Zakonnik F

Zakonnik G

Techniczni, Strażnicy, Żołnierze, Służba – grają ich te same osoby. Zmieniane są tylko kostiumy. Są niepełne, tylko symboliczne. Zarysowane.

 

Akt I  

Scena 1

Dekoracja z ostatniego spektaklu (solidny mieszczański salon z początków XX wieku). Aktor leży na bidemeierowskiej sofie.  Po jakiejś teatralnej balandze budzi się na scenie. Wchodzą pracownicy techniczni i zmieniają dekorację. Wynoszą atrapę kredensu (jest lekka), stoły krzesła, obrazy, na koniec zabierają sofę. W miejsce wyniesionych dekoracji ustawiają lekkie podróżne taborety, przenośny stolik, łóżko polowe, ale i tron. Nowa dekoracja ma sugerować wnętrze namiotu Władcy.

Aktor (Imperator) – Budzi się z trudem. Ma wyraźnego kaca. Leżąc. Aleśmy dali. Łeb ni napieprza. Siada na sofie. Chyba przesadziłem. Techniczni w milczeniu podnoszą kredens i schodzą z nim ze sceny. Aktor szuka czegoś do picia. Znajduje plastikową butelkę z resztką wody. Ale mnie suszy… Chyba nieco przesadziłem. Ponownie kładzie się na sofie, ale po chwili znów siada obejmując rękoma głowę. Sięga po butelkę. Ta jest pusta, odrzuca ją.

Aktor (Imperator) – Dostrzega wracających technicznych. A jednak odnieśliśmy sukces. Takie owacje… Mieliśmy prawo odreagować… Zresztą dyrektor pił najwięcej… Śmiejąc się. Ale się wygłupił… Techniczni nie podejmując dialogu wynoszą duży jadalny stół.

Aktor (Imperator) – Po powrocie technicznych wstaje z sofy. Przeciąga się. Co wy dziś tacy milczący? Chyba was wczoraj nie obraziłem? Nie, na pewno nie. Mam dziś kaca, ale przecież wszystko pamiętam… Mam niezłą głowę. O, Ania… Ta dopiero dała czadu. Śmieje się. Ale tańczyła nieźle… i ciało ma… Techniczni wynoszą sofę. Aktor przeciąga się ponownie, chwilę trzyma za głowę. Ma kaca.

Aktor (Imperator) – Po powrocie technicznych. Panowie! Czy naprawdę coś się stało? Nie, niemożliwe. Przecież bym pamiętał.

   Technicy podnoszą do góry kotarę z wymalowanym wnętrzem salonu i zsuwają drugą – wnętrze namiotu imperatora.

  Wchodzą kolejni pracownicy techniczni – garderobiani w marynarkach i ubierają aktora w płaszcz królewski.

Aktor (Imperator)  – Co? Co się dzieje? Z wami też nie zamienię dzisiaj słowa? I wy zamierzacie milczeć?

Garderobiani wkładają na głowę aktora – Imperatora koronę, później ubierają go w królewski płaszcz.

Aktor (Imperator) – To nie do zniesienia.

Garderobiani sami wkładają kostiumy dworzan, peruki.

Dworzanin I – Już ubrany w nowy kostium. Jaśnie panie, właśnie przybył poseł z Alandii.

Imperator – Niech poczeka. Głowa mi pęka. Całą noc zabawa.

Dworzanin II – Bo i powód był ważny. Zwycięstwo.

Imperator – Tylko bitwa. I to nie największa. Jedną bitwą wojnę wygrać trudno.

Dworzanin II – Ale początek już zrobiony. Jestem pewien, że wygramy. Nie było jeszcze w naszym kraju tak wielkiego, jak ty, wodza.

Dworzanin I – Wśród rycerzy wielki jest entuzjazm. To twój wielki sukces panie.

Dworzanin II – Ogromny.

Imperator – Dość tych uwag… Chwyta się za głowę. Łeb mi pęka… Co to ja mówiłem… Ach, tak… Jeśli jednak macie rację, powinniśmy to wykorzystać i jak najszybciej naprzód ruszyć.

Wchodzi Minister

Imperator – Wreszcie jesteś. Jakie wieści?

Minister – W kraju wciąż niepokój. W miastach bunty, a i chłopi uciekają. Mówią, że podatki nazbyt duże.

Imperator – Jak inaczej, powiedz, w jaki inny sposób więcej środków na wojnę zdobyć? Bankierzy odmawiają nam dalszych funduszy. Mówią, że nie mają.

Minister – Kłamią.

Imperator – Kłamią, wiem. Jak im, jednak je z gardeł wyrwać? A co z rekrutami?

Minister – Też problemy… Może teraz, gdy wieść o zwycięstwie się rozniesie.

Imperator – Zwycięstwo niezbyt znaczne. Jedna bitwa i to mało ważna, ale głosić trzeba, że sukces to ogromny. Przełomowy.

Dworzanin I – Oczywiście, że ogromny.

Dworzanin II – Wróg u stóp już naszych leży.

Imperator – Dosyć pochlebstw. Milczeć teraz. Dworzanie odsuwają się w ukłonie, usłużnie.  Co to ja… ano właśnie. Głosić teraz trzeba, że był wielki.

Minister – Tak zrobimy. 

Imperator – A na dworze. Jak królowa?

Minister – Wszystko dobrze. Bale wciąż urządza. Tańczyć lubi…

Imperator – Lecz czy wierna..?

Minister – Wierna, wierna. Bez obawy… Wie zapewne, że szpiegów i na dworze mamy. Życie dworu jednak zbyt dostatnie. Ludzie widzą… szemrzą.

Imperator – Wojna kosztuje. Gdy wygramy, to wróg zapłaci… Póki co szemrzących uciszać trzeba. Nie po to wojnę zaczynałem, by w pół drogi stanąć. Mam cel wielki, chcę ład w świecie zapewnić, a droga do tego wiedzie tylko przez złamanie oporu innych, małych.

Dworzanin II – Walcząc o miejsce w szeregu słabi muszą przegrać. Oddać to co mają.

Dworzanin I – Tylko silna władza spokój w kraju, a i później w świecie całym zapewnić może. Masz rację panie. Opornych do więzień zamykać, lub tu do armii zsyłać. Już tu taki sposób znajdziemy, by z pożytkiem dla kraju swe butne głowy utracili.

Minister – Tak już robimy.

Na scenę wchodzi błazen. Podchodzi do króla i przysłuchuje się rozmowie.

Imperator – Do Ministra. Lecz niezbyt skutecznie. Więcej rycerzy mi dziś potrzeba. Dość dyskusji. Chwilę milczy. Do kraju wracaj i porządku pilnuj. Na jednym wozie jedziemy. Musimy zwyciężyć. Pamiętaj, że w pierwszej kolejności lud przeciw tobie powstanie. Możesz odejść.

Minister – Wiem, ale…

Imperator – Czy zawsze ostatnie słowo musi należeć do ciebie? Koniec wysłuchania. Możesz odejść powiedziałem

Minister wychodzi w postawie lekkiego skłonu, nie odwracając się dość długo, tyłem do Imperatora.

Imperator – Czemu milczysz Błaźnie?

Błazen – Cóż tu mówić? Obraca się dwukrotnie wokół, by ponownie stanąć przodem przed Imperatorem. Tak kręci się ten światek, lecz zauważ, że przed tobą nikt zbyt długo tyłem stać nie będzie.

Imperator – Nie rozumiem.

Błazen – Stając na jednej nodze. Bom jest Błazen, nie mądrze mam mówić, lecz śmiesznie.

Imperator – Do Dworzanina II. Prosić posła. Teraz już czas.

Dworzanin II wychodzi w ukłonie. Imperator rozsiada się na tronie. Wchodzi poseł.

Poseł – W ukłonie. Witam najjaśniejszy panie.

Imperator – Sucho. Jakby do siebie. Witam.

Poseł – Składam w imieniu pana mego…

Imperator – Nie mam czasu. Przejdź do rzeczy szybciej.

Poseł – Pan mój proponuje pokój.

Imperator – Czyli się poddaje?

Poseł – Nie, my chcemy tylko uniknąć wojny.

Imperator – Wojna już się toczy. Właśnie bitwa się skończyła.

Poseł – Dalszych bitew chcemy uniknąć.

Imperator – Wystarczy przyjąć warunki.

Poseł – Kraj nasz był i jest niezależny. Nie możemy zgodzić się na zmniejszenie armii i płacenie trybutu.

Imperator – Widzę, że czas marnuję.

Poseł – Ale…

Imperator – Posłuchanie zakończone, możesz odejść.

Poseł – Ale…

Imperator – Won!

Poseł szybko wychodzi, idąc tyłem.

Imperator – Wstając z tronu. Do Dworzanina II. Każ szykować się do marszu. Jutro wyruszamy.

Scena 2

Wchodzą techniczni, którzy zmieniają zasłony. Podnoszą tę z wnętrzem namiotu Imperatora w jej miejsce opuszczają kolejną – wnętrze sali pałacu. Na scenie Imperator, jego syn, Dworzanin I i II  oraz Błazen.

Imperator – Nawet wśród zwierząt najsilniejszy do panowania nad stadem dąży.

Błazen – Mówił kiedyś jakiś filozof, miłośnik mądrości He, he… ileż głupot ci miłośnicy mądrości już wypowiadali…

Imperator – Mów, choć raz, bez tych dygresji, o czym mówił ten filozof?

Błazen – Anglik ten powiadał, że władzę inni dobrowolnie monarsze oddają, by ich spraw pilnował. Czyż my ludzie jesteśmy stadem? Niby efektowne porównanie, ale na pastwiska nikt wrócić nie chce. Zresztą mówił on, że nad stadem, nie nad stadami wszystkimi.

Imperator – Tak powiada. Że oddają? Widzę to inaczej? Tu, w mym kraju, kraju, który po przodkach odziedziczyłem, i w tym, w którym teraz po podbojach władam, niewielu władzę dobrowolnie mi oddaje. Niewielu pojąć potrafi, że me plany dobru wszystkich służą. Jedno państwo w jednym świecie. Wówczas wojen kres nastąpi.

 W czasie tej wypowiedzi do sali wchodzi syn Imperatora.

Syn Imperatora – Wielkie imperium tworzysz ojcze… Po namyśle.  I ja je przejmę.

Imperator – Masz rację synu, lecz wiedz, że władzy nie rozdają, trzeba ją zdobyć.

Błazen – Najpierw w wojnach wielu innych wyciąć trzeba.

Imperator – Ofiary muszą być.

Błazen – Bylebym ja nie został z ofiar tych ofermą największą.

Wbiega Minister i pada na kolana przed Imperatorem.

Minister – Klęska panie. Wojsko rozbite, resztki cofają się ku stolicy. Władca księstwa Belandii zdradził. Oddał prawą flankę. Tędy żołnierze wroga na tyły naszych weszli. By nie stracić wszystkiego nasi cofać się zaczęli.

Imperator – Nie za szybko wróg tu dojdzie. Obronę zapewnimy… Wojsko trzeba przegrupować…

Dworzanin II – Drapie się pod pachą. W armii nastroje kiepskie. Żołnierze zmęczeni. Brud i wszy.

Imperator – Dosyć głupich uwag. Boże, czy ja wciąż muszę nie tylko z wrogiem walczyć? Ileż ludzi wokół małych? Dążę do tego, by w świecie ład wprowadzić. Tylko nasze panowanie może zapewnić w przyszłości wieczny pokój. Czas zakończyć głupie waśnie. Dość chaosu. W świecie jeden rządzić musi. W armii dyscyplinę zaprowadzić. Wchodzą służący z tacami z posiłkiem. Władca bierze udko z kurczaka, gryzie i z pełnymi ustami kontynuuje. Ty – do Syna – do stolicy szybko wracaj. Nowe oddziały trzeba szykować. My na Alandię znów ruszymy. Zanim połączą się ostatecznie z Belandią trzeba ich zniszczyć. Zdradę karać trzeba. Nie możemy ukazywać litości. Zbyt wielkie cele są przed nami. Wiem, już wiem, że tylko ja wygrać mogę.

Dworzanin I – Panie jesteś wielki.

Dworzanin II – Genialny.

Imperator – Odkłada resztki udka i bierze do ręki talerz z  sałatką. Je łyżeczką. Są w świecie ludzie, którzy do celów wielkich są stworzeni. Pisał wielki myśliciel, że pojawi się nowy typ człowieka, który odrzuci dotychczasowy gorset wartości. Nadczłowiek, człowiek całkowicie wolny. Wolny od norm społecznych i obyczajowych, od tak zwanej moralności. Stworzy nowy kształt kultury i wyższą moralność.

Dworzanin I – To ty. Ty jesteś nim, o panie.

Błazen – Może to jednak tylko twój egoizm, twoja miłość własna.

Imperator – Milcz Błaźnie. Na wiele ci pozwalam, lecz teraz milcz, bo nie ręczę za twą głowę. Zmysły wzywają mnie do rzeczy wielkich. Potrzebuję subtelnego uczucia wyższości, władzy. Chcę być panem życia. Decydować o wszystkim i o wszystkich. Nie chcę władzy nominalnej, chcę czuć realizm panowania. To znaczy chcę naprawdę decydować o losie innych, o losie świata. Czuję swą wielkość.

Błazen – Może i za wiele pragniesz, lecz jeśli taka jest twa wola. Ja maluczki, cóż tylko wspierać i zabawiać ciebie mogę. Staje lekko pochylony na jednej nodze, rozciągając ręce. Dla ciebie nawet gotów jestem zostać ptakiem. Nie utrzymuje pozycji i przewraca się… Podnosi się. To znaczy, chciałem powiedzieć… mógłbym spróbować.

Imperator – Do ministra. Jutro jedziesz do Belandii. Niech posiłki nam szykują. Armię wzmocnić trzeba.

Minister – Ależ… Przecież dziś nas opuścili. Jakaż pewność.., że… nie zdradzą nas zupełnie, że me życie tam jest pewne?

Imperator – Czy nie zdradzą? Jaka pewność? Po to cię właśnie tam posyłam… Do sojuszu ich przekonaj… Podział Alandii im obiecaj.

Minister – Żonie powrót do domu na dni kilka obiecałem… Plany mam… Może posła tylko wysłać?

Imperator – Straże.

Minister – Ależ panie… Przecież zaraz ruszam.

Imperator – To już lepiej…  Ruszaj.

Minister – Pozostała jeszcze kwestia mas. Bez ich poparcia trudno plany takie w życie wdrożyć.

Imperator – Nie wiem, czemu wciąż cię znoszę. Wszak ministrem tylko jesteś. Masz zadanie moje plany w czyny przyoblekać, a nie szukać dziury w całym. Czy i ty do lochu się tak śpieszysz? (….) Z ludem prosta sprawa. Wizja imperium i dla niego będzie ważna. Wizja wielkości, siły. To i oni poczują się wielcy, a będą tacy dzięki mnie, dzięki mym zwycięstwom.

Minister – Chciałem tylko…

Imperator – Straże!

Minister – Ależ.

Imperator – To już było.   

Wbiegają dwaj strażnicy.

Imperator – Wskazując na Ministra. Do lochu.

Strażnicy biorą Ministra pod ramiona i wywlekają ze sceny.

Imperator – Wojny były zawsze. Są potrzebne. One życie regulują.

Błazen – Są też tacy, co im postęp przypisują. Moim zdaniem jednak to przesada. Reflektując się.  Głupio gadam. Oczywiście postęp wielki wnoszą… Czyż łuk nie jest od kuszy mniej skuteczny? Dzięki kuszy zabić można z odległości większej.

Imperator – Wielcy do wojen mają swoje prawo. Wojny były, są i będą. To im postęp zawdzięczamy. Gospodarka rośnie

Błazen – Jednym rośnie, innym spada…

Imperator – Czasem ludzi jest za wiele… demografia

Błazen – Statystyka… Lecz cóż z tego. Mimo wojen ludzi wciąż przybywa.

Imperator – Za błazna czy filozofa chcesz tu robić?

Błazen – Przyjmuje pozycję ptaka i ponownie przewraca się. Podnosząc się… Błaznem tylko jestem. Mędrcy głowę szybciej tracą.

Syn Imperatora – Słabi muszą przegrać. Tak w przyrodzie zawsze było.

Dworzanin I – Zginą ludzie.

Syn Imperatora – Ale inni, nie my.

Błazen – Argumentów słyszę wiele. Jestem błaznem tylko. Mnie podważać ich nie wolno. Skąd jednak siły wziąć, skąd zwolenników takiej sprawy?

Imperator – Wskazując na Dworzanina I. Ty ministrem teraz będziesz.

Dworzanin I – Ależ panie zbytnia łaska.

Imperator – Taka moja wola.

Dworzanin – Słucham panie.

Imperator – Jutro jedziesz do Belandii.

Dworzanin (Minister) – Tak jest panie.

Imperator – I do wojny ich nakłonisz. Pomoc ich dziś jest nam znów potrzebna.

Minister (Dworzanin) – Już to czynię. Wychodzi.

Imperator – Dziś wciąż wielu do wojen dąży. Pokazuje na widownię. Nawet wśród nich znajdziesz takich. Popatrz. W stronę widowni, bardzo głośno. Kto zwyciężyć mi pomoże? Z tyłu widowni wstaje z krzeseł dwóch mężczyzn w marynarkach. Idą środkiem miedzy krzesłami, przed sceną rozchodzą się i wchodzą na scenę z przeciwnych stron. O proszę. Już są. Przebierzcie się panowie. Wciąga na scenę wieszak z kostiumami (mają charakter historyczny, trudno jednak jednoznacznie określić ich epokę). Mężczyźni wkładają kostiumy.

Mężczyzna I – I jak? Chyba nieźle jak na władcę Zetlamdii?

Mężczyzna II – Nieźle. Przypinając pas z mieczykiem. O broni jednak zapomniałeś, a na wojnę się wybieramy.

Mężczyzna I – Przypina pas. Teraz chyba już w porządku.

Błazen – Do Imperatora. Pozwól panie, że przedstawię.

Mężczyzna I – Sam przedstawić się potrafię. Jak mówiłem Zetlandii jestem królem. Wielu, tak jak ty, chce panować nad innymi. Wskazując na widownię. Spójrz na nich. Każdy z nich pomocą z chęcią ci posłuży. Szepnij im tylko, jakie zaszczyty w przyszłości ich spotkają, jakie zyski, jakie apanaże…

Mężczyzna II – Ja w Wulandii władam. Z pomocą ci przychodzę.

Imperator – Witam. Właśnie takich ludzi szukam. Odważnych, do walki skorych. Takich, którzy me plany pojmą i zechcą wspólnie ze mną ład w świecie wprowadzać. Chciałbym jednak wiedzieć, czego w zamian chcecie?

Mężczyzna I – Właśnie takich ludzi znalazłeś. Chcemy z tobą iść. A co w zamian? Nic wielkiego. Myślę, że połączyć można nasze dwa królestwa. Córka twa jak słyszę jest wolnego stanu.

Imperator – Da się zrobić. Do drugiego mężczyzny. A ty, czego żądasz?

Mężczyzna II – Bez obawy, jakoś się dogadamy.

Imperator – Cenę z góry poznać muszę.

Mężczyzna II – Dogadamy się jak mówię.

Na scenę wchodzą dwaj mężczyźni ubrani w krótkie spodenki (jak Hitlerjugend) z werblami.

Mężczyźni – Biją w werble. Po chwili przerywając bicie w werble. Wojna! Znów biją w werble. Ponownie – Wojna! Wojna! Znów bija w werble, przerywając, ponownie – Wojna! Wojna! wojna!

Imperator – Właśnie. Przecież powiedziałem. Wojna!

Mężczyzna I – Niech bóg będzie z nami. Stajemy wokół Koła, jego znaku.

Mężczyzna II – Precz z Kwadratem i Trójkątem. Nasz Bóg i jego znak zwyciężyć musi.

Błazen – Słusznie mówią. Przecież wojnie zawsze jakiś cel wyznaczyć trzeba. Kwadrat albo koło. Kwadratury koła nikt wykazać nie potrafi.

Imperator – Dość gadania. Czas już w drogę.

Scena 3

Sala zamku. W sali Imperator, dwaj Dworzanie. Dworzanin II i Dworzanin III.

Imperator patrzy na buty.

Imperator – Buty.

Dworzanin I – Co buty?

Imperator – Wskazując na buty. Buty… ale i spodnie. Zupełnie nie z tej epoki.

Dworzanin I – Niech się Wasza Wysokość nie martwi. Nie z epoki? Cóż to znaczy? Kostium, pozy, to tylko elementy sztuki. Tak jak i inne rekwizyty. Ważna jest treść. Jeśli jej zabraknie będzie tylko nuda. Wróćmy do swych ról. Ty Imperatorem jesteś.

Imperator – Zawsze znajdą się tacy, którzy zechcą narzucić władzę pozostałym. Było ich już tak wielu.

Dworzanin II – Aleksander, nie wiedzieć dlaczego, zwany Wielkim.

Dworzanin III – Cezar, Dżingis Han, Henryk V.

Dworzanin II – Napoleon.

Dworzanin III – Hitler, Stalin.

Dworzanin II – Ten z nich żył najdłużej.

Dworzanin III – I co z tego? Ciągle w strachu, w paranoi.

Dworzanin II – Wielu innych nad całym światem już panować próbowało.

Imperator – Wołałbym jednak, by buty pasowały do całości.

Dworzanin II – Da się zrobić. Tymczasem jednak grajmy naszą grę tak jak leci. Jak już raz mówiłem: buty, spodnie, język sztuki, to tylko forma, bez większego wpływu na treść tego przedstawienia, bez żadnego wpływu na sens twojej drogi. Jeszcze nie zdobyłeś świata. Twoje imperium dopiero w zalążku. Zgoda zwycięstwo wielkie. Władasz już połową świata, ale zobacz, władca Belandii chce cię znów opuścić. Niedawno mówił coś, że chce rozpuścić swoje wojska. Ponoć funduszy mu brakuje.

Imperator – Mówił przecież, że się dogadamy.

Błazen – Mówił. Lecz co słowa znaczą? Gdy ja coś powiem, gdy ja bąka nawet puszczę, inna sprawa.

Imperator – Lepiej nie smrodź tutaj.

Wchodzi Minister.

Minister – Panie sprawa Alandii załatwiona. Już nie będą nam szkodzić więcej.

Wbiega córka.

Córka – Wszyscy o tym mówią. Miasto zburzono, mężczyzn wybito, kobiety zgwałcono. Nie oszczędzono nawet dzieci. To wszystko obciąża twe sumienie

Imperator – Sumienie? Czymże ono jest? To tylko obawa przed zbiorową odpowiedzialnością. Potępieniem? Kto waży się mnie potępić? Z drugiej strony patrząc, kto kazał im aż tak zaciekle się bronić? Czy jest rzeczą dziwną, że zmęczeni długotrwałym obleganiem żołnierze pofolgowali swej złości?

Błazen – Zawsze, dla każdej sprawy wytłumaczenie można znaleźć. Czyż nasz umysł nie jest piękny?

Córka – Nie mogę tego słuchać. Chciałabym w pięknym świecie żyć. W świecie gdzie panuje pokój, miłość. Jestem młoda…

Imperator – Słusznie dziecko. To nie twoja sprawa. Nie wchodź tu proszę, gdy o sprawach kraju trwa dyskusja.

Córka wychodzi.

Dworzanin II – Władca Zetlandii czeka. To on głównie do zdobycia Alandii się przyczynił

Imperator – Niech wejdzie.

Dworzanin II wychodzi i po chwili wraca z władcą Zetlandii.

Władca Zetlandii – Witaj panie. Jak wiesz twoja wola już spełniona.

Imperator – Słyszałem, że w Alandii wojsko nieźle sobie pofolgowało.

Władca Zetlandii – Jak na wojnie. Ofiary muszą być. Zresztą nakazałem im okrucieństwo szczególne… Tortury… tak te też były. Że zdaniem niektórych niepotrzebne, che, che. Zawsze ktoś uważa, że wszystko lepiej zrobi. Jak inaczej, zresztą, posłuszeństwo innych nam zapewnić?

Imperator – Słusznie mówisz. Twoje słowa są mi bliskie. Inni teraz długo będą się namyślać nim głowy do buntu znów podniosą. Bydlaki, chamy, ścierwo. Ci zginęli, bo tak chciałem. Taka była ma decyzja. Prawo do niej dała mi natura, lub Bóg, jeśli to tak zwać chcecie. Mam do niej prawo jako jednostka silna. Przecież los tak chciał, gdyby chciał inaczej to ci żyliby przecież, a ja sprawca ich śmierci bym zginął.

Błazen – A po cóż się tłumaczyć? Wszak zemsta jest rozkoszą bogów. Czyż nasz władca nie jest bogom równy. Znów próbuje przyjąć pozycję ptaka i znów się przewraca.

Władca Zetlandii – Dodam jeszcze, że gwałt i wojna zawsze szły w parze. Zwycięzcy gwałcą kobiety pokonanego wroga, aby go poniżyć.

Dworzanin II – Prymitywne instynkty.

Imperator – Prymitywne? Dlaczego prymitywne? Po prostu instynkty.

Dworzanin chyli głowę. Cofa się. Okazuje milcząco, że wycofuje się ze swego zdania. 

Władca Zetlandii – Słusznie. Sprawa Alandii już zamknięta. Mam w związku z tym pytanie, co córka twoja na małżeństwo przyrzeczone powie?

Imperator – Jakiż związek ty tu widzisz?

Władca Zetlandii – Podbój wszak już dokonany.

Imperator – Jedno małe państwo. Państewko. My chcemy nad światem całym zapanować. Tylko wtedy zapanuje ład, porządek. Czas z chaosem skończyć. W tym mi pomoc obiecałeś.

Władca Zetlandii – No tak, ale…

Imperator – A o córkę mą się nie martw. Nieważne, co powie, ważne to, co zrobi. Moje słowo się tu liczy.

Wchodzi Kapłan.

Kapłan – Witam panie… Kłaniając się. I ukłony składam.

Imperator – Cóż tam słychać? Co cię tu sprowadza?

Kapłan – Ponoć Alandia wzięta.

Imperator – Pokonana.

Kapłan – By w przyszłości w posłuszeństwie lud ten trzymać kościół trzeba w państwie tym budować.

Imperator – Do Błazna. Popatrz, jacy szybcy są ci słudzy Boga. Posłuszeństwa chcą pilnować.

Błazen – Nie tylko ja o twoim mieszku marzę. Ci o kasie myśląc, nawet o zmarłych szybko zapomnieli.

Kapłan – Bóg chciał śmierci tych grzeszników. Tylko w ten sposób mogą uzyskać zbawienie. O ich dusze się modlimy.

Błazen – Ćwicząc pozycję ptaka… I to tak bezinteresownie.

Kapłan – Kościół trzeba wyposażyć…

Błazen – Właśnie mówię… Bezinteresownie. Przewraca się.

Kapłan – Boską misję prowadzimy.

Imperator – Dosyć narad, dosyć polityki. Coś i dla was się tam znajdzie. Dość, zmęczony dziś już jestem. Wskazuje ręką. Wynocha. Wszyscy cofają się usłużnie (tyłem)..

Imperator zostaje sam. Po chwili wchodzi jego Żona.

Imperator – Jesteś wreszcie. Miałem trudny dzień.

Żona – I mnie często ogarnia smutek.

Imperator – Smutek? A to czemu?

Żona – Często samotność mi doskwiera. Podchodzi do Imperatora i siada u jego stóp. Sama zbyt długo pozostaję.

Imperator – Wojna trwa, spraw pilnować muszę.

Żona – Wiem, lecz…

Imperator – Przecież cię kocham.

 Żona – To tylko pożądanie. Uczuć mi brakuje.

Imperator – Przecież wciąż o tobie myślę. Piękną kolię ci wysłałem.

Żona – Tak, dziękuję. Rzeczywiście piękna.

Imperator – Z córką naszą porozmawiaj, proszę. Władca Zetlandii o jej rękę prosi.

Żona – Lecz czy ona nie za młoda jeszcze?

Imperator – Za młoda? Co za bzdury? Lat szesnaście już skończyła dawno.

Żona – Ledwie pięć miesięcy temu…

Imperator – I wystarczy.

Żona – Lecz on stary. Lat już ma ze czterdzieści.

Imperator – Do czterdziestki jeszcze mu brakuje…

Żona – Dwóch zaledwie.

Imperator – To nie problem. Połączymy dwa królestwa. Tylko w taki sposób zdobyć świat możemy.

Żona – Jeśli to jedyna droga? Jeśli tak… Spróbuję ją przekonać.

Imperator – Przytulając żonę. Stęskniłem się za tobą… A ty?

Żona – Nie musisz pytać. Wiesz, że tylko tobie jestem wierna. Nieznacznie odsuwa się od Imperatora. Wierzę w to niezbicie, że twa wielkość naszej wspólnej sprawie służy. Swą wiedzą, siłą woli górujesz nad innymi ludźmi, to, czego pragniesz może być celem życia tylko największych. Wierzę też, że tak jak mówisz dla mnie świat zdobywasz.

Imperator – Cieszy mnie twe wsparcie.

Żona – Wielkim bądź. O tym myśl, do tego zmierzaj. Przytula się do Imperatora. Za to cię podziwiam, ale…

Imperator – Ale?

Żona – Ale bądź mi wierny.

Imperator – Ponownie przytula żonę i klepie ją po pupie. Śmiejąc się. Moje ty kochanie.

Scena 4

Zamek. Sala tronowa.

Na tronie zasiada Syn imperatora, obok stoi Dworzanin II.

Syn imperatora – Kiedyś miejsce to na stałe moim będzie.

Dworzanin II – Przyznam, że całkiem ci pasuje.

Syn – Ćwicz, ćwicz dalej się w tych pochlebstwach. Może, jak i ojciec, na dworze cię zostawię.

Dworzanin – Ależ panie, ja tak szczerze… ja

Syn – Ćwicz, ćwicz mówię… Wstaje z tronu. O…, jak słyszę, właśnie ojciec tutaj zmierza.

Wchodzi Imperator (Już w wysokich wojskowych butach z XVII wieku) z Ministrem. Syn z Dworzaninem II stają obok tronu.

Imperator – Do Ministra. Czas na Belandię ruszyć.

Minister – Przecież trybut w terminie płacą. Powodów do wojny nie ma.

Imperator – Nigdy się już nie nauczysz. Wojna dziś jest nam potrzebna. Wojsko w bezczynności gnuśnieje. Już słychać o rozbojach. Plan zresztą z takim trudem raz zaczęty do końca prowadzić trzeba.

Minister – Ludzie potrzebuję idei?

Imperator – Nie, nie idei ludziom trzeba. Żołnierzom wystarczy odrobina alkoholu, kilka dziwek… Dobry żołd, to wystarczy. Można im też obiecać, że później dostaną ziemię… później…

Wchodzi grupa żołnierzy. Widać, ze są znużeni, zmęczeni.

Jeden z żołnierzy – Panie…

Imperator – Podnosi rękę, nakazując milczenie. Do żołnierzyPokonajcie swój strach, pokonajcie cierpienie. Przed wami doliny zamieszkiwane przez bogatych gnuśnych ludzi. Ich majątki wam przypadną. Za dotychczasowe wyrzeczenia, za waleczność, za odwagę wam należy się nagroda. O żadnym z bohaterów nie zapomnę. Głośniej. Żołnierze, bracia moi. Jeszcze jedna walka i… zwycięstwo. Żołnierze do boju!

Inny żołnierz – Z entuzjazmem. Do boju!

Kolejny żołnierz – Wskazując w stronę wyjścia. Do boju! Żołnierze wychodzą z wypiętymi piersiami, ich postawa wyraża entuzjazm.

Imperator – No i po problemie. Teraz czas, by i was przekonać.

Minister – Próbuję zrozumieć.

Imperator – Imperium ma być jedno. Pozwoliliśmy naszym, tak zwanym, sojusznikom  na chwilową, częściową niezależność, gdyż w walce z innymi były potrzebne nam ich siły. Dziś i ich podporządkować nam musimy ostatecznie. Jeśli nie, prędzej czy później mogą podnieść głowy. Pretekst do wojny zawsze stworzyć można. Wczoraj w czasie uczty jeden z mych rycerzy obżarł się zbyt mocno. Zresztą, kto wie, jakie są wyroki bogów? W każdym razie zmarł dziś w nocy. Trzeba zwłoki tak przygotować, by wyglądało, że od miecza zginął. Do chaty przygranicznej wrzucić i podpalić. Winę na rycerzy z Belandii zrzucić.

Minister – A co z mieszkańcami wioski, mogą świadczyć co innego?

Imperator – Czy wszystko jak dzieciom po kolei tłumaczyć muszę. Żadnych świadków. Wszyscy zginąć muszą… Przygraniczna wioska ograbiona i spalona, mieszkańcy wybici. Rycerz znamienity poległ. Czyż to nie wystarczający powód, by na wojnę ruszyć? Tak postępował już Cezar, Hitler inni wielcy władcy.

Minister – Jak rozkażesz panie. Chce wychodzić.

Syn – Widzę ojcze, że wiele się od ciebie jeszcze uczyć muszę.

Imperator – To i dobrze, jeśli szczerze mówisz.

Syn – Ależ…

Imperator – Dosyć. Do ministra. Czekaj. Jeszcze jedna sprawa. Wchodzi władca Zetlandii. Jak wspaniale, że przychodzisz właśnie teraz. Właśnie chciałem ciebie wołać.

Władca Zetlandii – W jakiej sprawie?

Imperator – Na Belandię wyruszamy.

Władca Zetlandii – Powód wojny?

Imperator – Już jest jasny. Przygraniczne spory. Zanim jednak na wojnę wyruszymy tu wśród naszych porządek zrobić trzeba. Władca Wulandii nie jest zbyt lojalny.

Władca Zetlandii – Od początku wydawał mi się niezbyt pewny. „Dogadamy się”, powiedział.

Imperator – Chce zbyt wiele.

Władca Zetlandii – Słyszałem, że o księżnej wypowiadał się niezbyt pochlebnie. Sprawa prosta. Wyzwę go niech mieczowi memu sprosta.

Imperator – Jeśli jednak on zwycięży?

Władca Zetlandii – Bez obawy. Wśród jego służących mam człowieka swego. Przed walką do napoju coś mu doda.

Imperator – Widzę, że nie przebierasz w środkach.

Władca Zetlandii – Wszystko w służbie twojej sprawy.

Imperator – Twój interes też tu ważny.

Władca Zetlandii – To tym lepiej, gdy się sprawy nasze łączą.

Minister – A co z ludem panie?

Imperator – I ty, tak jak twój poprzednik, o tym?

Minister – Mówią, że wśród mieszczan zawiązują spiski.

Imperator – Mówią, czy wiesz o tym?

Minister – Służby tak donoszą. Lud przeciwko nadmiernym na wojnę podatkom się buntuje.

Imperator – Mali ludzie, małej wiary. Czy ja wciąż mam cię uczyć, że spiski trzeba ucinać już w zarodku? Tych, co szemrzą do kopalni, tam dla sprawy naszej się przydadzą. Niech po cichu znikną. Inni w strachu milczeć będą.

Minister – Usłużnie. Tak rozkażę czynić. Choć prawo…

Imperator – Przerywając mu. Ostro. Prawo ja stanowię. Ja wiem jak ład w świecie zaprowadzić. W tym ma wielkość, me powołanie. Ja zwyciężyć muszę.

Dworzanin II – Tak jest panie. Zwyciężymy. Jesteś wielki. Wyjątkowy. Ponad prawem.

Wchodzi żona.

Imperator – Witaj. Jak tam z córką? Czy już się zgodziła?

Żona – Ciągle płacze. Nie potrafię jej przekonać. Mówi, że król Zetlandii zbyt okrutny.

Imperator – Co za bzdury! Zaraz tu ją wołaj!

Żona wychodzi.

Imperator – Wszędzie są problemy. Nawet w rodzinie posłuch trudno znaleźć. Jak tu światem rządzić?

 Dworzanin II – Twe decyzje nieomylne.

Imperator – Milcz, gdy cię nie pytam. Wskazuje na Ministra. A ty, na co jeszcze czekasz?

Minister – Myślałem.

Imperator – To już nie myśl. Do roboty.

Minister wychodzi, Dworzanin II wycofuje się w lewą stronę. Błazen próbuje przyjąć postać ptaka.

Imperator – Do siebie. Ładu, ładu tu brakuje…

Wraca żona z córką.

Imperator – Wreszcie jesteś… Cóż to znaczy? O sprzeciwie jakimś słyszę.

Córka – Ojcze, przecież wiesz, że jestem ci posłuszna, ale pan Zetlandii taki stary.

Imperator – Stary? Ledwie ma czterdziestkę. Jest dojrzały, tak, tu zgoda. Dojrzałością tych młokosów on przewyższa…

Córka – I okrutny. Tyle zła w Alandii się dopuścił.

Imperator – Dobro, zło? Cóż to znaczy? Reguły? Nie ma żadnych reguł. Ja ustalam prawo, ja ustalam reguły. Wszak do władców należymy. To my o tym, co jest dobre, a co złe, decydujemy… Królewskiego rodu jesteś córką. Dyrdymały takie zostaw z boku.

Żona – Mylisz się córko. Zło jest relatywne. Nie ma zresztą takiego, którego w słusznej sprawie popełnić nie warto. Do Imperatora. Musisz walczyć, by spełnić wolę losu.

Córka – Ale…  Chcę tak jak wszyscy mieć prawo do miłości. Chcę normalnie żyć.

Imperator – Nie jesteś taka jak inni. Wkrótce będziesz królową. Musisz kontrolować swoje emocje. Dość tych dąsów.

Żona – Suknię ślubną każ zamówić. I klejnoty wybrać trzeba. Do Imperatora. Każ sprowadzić jubilera.

Imperator – Klepiąc żonę w pupę. Ty najlepiej wiesz jak załatwić sprawy. Przy okazji córki, zresztą własne.

Żona – Dawno nic mi nie kupiłeś.

Scena 5

Sala zamkowa. Imperator siedzi na tronie. Drzemie. Obok niego dwaj strażnicy, przed tronem na podłodze siedzi Błazen. Do sali wchodzi Minister (nowy).

Jeden ze strażników – Jak śmiesz tu wchodzić?

Minister – Lękliwie. Przecież król mnie wzywał.

Imperator – Budząc się. A… już jesteś.

Minister – Jak kazałeś panie. Lecz ten strażnik…

Imperator – Grzeczniej proszę. Wiesz przecież jak skończył twój poprzednik.

Minister – Wiem, ale..

Błazen – I już, ale. Gdy Pan nasz mówi nie ma „ale”.

Imperator – I co tam?

Minister – Jest zwycięstwo. Armia z łupami wielkimi właśnie wraca. Sąsiad nasz, Belandiia, już podbita.

Imperator – A Celandia?

Minister – Próba ich podbiciem, dziś się nie powiodła. U ich boku, ich kolejny sąsiad stanął, do walki też innych wezwał.

Imperator – Trzeba teraz i na nich ruszyć.

Minister – Panie. Koszty już tej ekspedycji były większe od zysków.

Imperator – Milcz! Milcz, powiadam. Sam mówiłeś przecież, że łupy z Belandii wielkie…

Minister – No tak, ale wcześniej na wyprawę kredyt wielki Wasza Wysokość raczył był zaciągnąć.

Imperator – Dość dyskusji.

Wchodzi Dworzanin I

Dworzanin I – Panie, bankierzy właśnie przyszli.

Imperator – Niech wejdą.

Dworzanin wychodzi i po chwili wraca z dwoma Bankierami. W tym czasie Błazen próbuje pozycję ptaka.

Wchodzą Bankierzy, kłaniając się nisko.

Bankier I – Witaj Panie.

Bankier II – Witaj władco. Niech ci Bóg zawsze radą dobrą służy.

Imperator – Machając pogardliwie ręką. Witajcie. Cóż was tu sprowadza?

Bankier – Wojna z Belandią, jak słyszymy, już skończona. Łupy ponoć wielkie. Czas już kredyt spłacić. Przyszliśmy prosić…

Bankier II – Pokornie prosimy…

Imperator – Słusznie, że pokornie. Jesteście tu obcy. Dlatego was wybrałem na bankierów. Dlatego dałem wam do lichwy prawo. Z łatwością nienawiść tłumu na was skieruję. Więc milczcie i czekajcie.

Bankier – Dziś jesteś panie butny. Wygrałeś bitwę, masz władzę. Wiedz jednak, że jeśli  nam dziś pieniędzy pożyczonych nie oddasz, to w przyszłości nikt ci już nie pożyczy.

Imperator – Z wszystkim zgoda, lecz raz to, że wasza buta jest tu nie na miejscu, dwa, że słowo „dziś” zamienić można. Czemu „dziś” skoro „jutro” też jest dniem?

Bankier – Buty w nas nie ma i nie będzie. My tylko handlarzami, tyś panie w przyszłości może nawet władcą świata. Może być i jutro. Czekanie naszą pracą. Chcemy mieć jednak jakieś zabezpieczenie naszych kwot. Nie, żebyśmy tobie nie wierzyli… Nie tu nasze obawy. Wybacz panie, że mówić o tym mam śmiałość. Ale przecież nikt z nas nie jest wieczny.

Imperator – Jakiegoż zabezpieczenia żądacie.

Bankier – Póki nie spłacisz długu, nad królewszczyznami zarząd.

Imperator – Każę przygotować sekretarzowi pisma odpowiednie. Jutro odbierzecie. Możecie odejść.

Bankier – Dziękujemy Waszej wysokości.

Imperator – Macha ręką od siebie. Możecie odejść powiedziałem. Bankierzy kłaniając się uniżenie wychodzą. Służbę wołać. Obiad czas podawać. Znamienitych gości przecież dzisiaj mamy. Do Ministra. Czy to nie ci właśnie, co Celandii pomóc postanowili?

Minister – Tak to oni.

Wchodzą służący, wnosząc stół, później potrawy i kielichy z winem. Władca siedzi na tronie. W chwili, gdy stół jest zastawiony w drzwiach staje służący w liberii i głośno wymienia nazwiska gości.

Służący – Władca Zetlandii. Król siada za stołem. Władca Wulandii. Zajmuje miejsce przy stole. Władcy Delandii. Wchodzą dwaj inni królowie – Władca Elandii i Eflandii –  i też siadają przy stole. Imperator wstaje z tronu i podchodzi do stołu. Podnosi kielich. Wszyscy goście wstają.

Imperator – Wznoszę toast za zwycięstwo. Wszyscy wypijają. Władca Delandii i dwaj inni królowie padają otruci.

Władca Wulandii – Chwiejąc się. Święte prawo gościnności tu złamano. Przysięgałeś.

Imperator – Prawa w świecie ja stanowię. Dałem słowo mogę zabrać. Ład, który w świecie zapanuje ważniejszy od przysięgi. Ofiary muszą być. Choćby najstraszniejsze.

Władca Wulandii – Chańba, zdra.. Pada.

Władca Zetlandii – Ależ silny. Już myślałem, że do miecza sięgnąć będę musiał.

Imperator – Do władcy Zetlandii. Teraz? Wskazując na władcę Wulandii. W taki sposób? Wszak miał zginąć w walce.

Władca Zetlandii – Wskazując na zewnątrz. Tak też im powiemy. Walka była, miecz na ciebie panie podnieść chcieli.

Imperator – Czemu innych władców też otrułeś?

Władca Zetlandii – Tak jest prościej. Taniej przy tym. Teraz bez trudu ich państwa w granice imperium włączymy.

Do sali wchodzi wróżbitka, Kasandra.

Kasandra – Śpiewnie.

Dziś zwycięstwo, jutro klęska.

Tak jest zawsze. Koło losu wciąż się kręci.

Klęska

Władca Zetlandii – Milczeć Babo. Takich wróżb nam tu nie trzeba.

Imperator – Kto cię tutaj wpuścił?

Kasandra – Wojnę widzę wielką.

Imperator – Straże. Wbiegają dwaj Strażnicy i wyprowadzają Kasandrę.

Akt II

Scena 1

Wesele

 Sala tronowa w zamku. Duży weselny stół. Pusto. Wchodzą Dworzanin I wraz z Ministrem.     

Dworzanin II –  Z niepokojem. Za chwilę już tu będą.

Minister – Spokojnie. Zobacz, wszystko już gotowe.

Dworzanin I – Pan młody niezbyt młody. Nawet puder tu nie pomógł.

Minister – Rozglądając się niespokojnie. Ostrożnie z tymi uwagami. Teraz on tu będzie rządzić.

Dworzanin I – Bez obawy, czy nie widzisz, że władca Zetlandii nieco chory? W czasie wojny chyba jakąś Francę złapał. Zresztą Imperator nie pozwoli.

Minister – Widać, że i on już nie nazbyt zdrowy. Jego też choroba ta nie ominęła.

Słychać gwar.

Dworzanin I – O, już są. Sięga po tacę, na której leży chleb i sól.

Wchodzi Imperator z królową, za nimi Młodzi: Władca Zetlandii z Córką Imperatora za nimi Syn Imperatora i Błazen.

Imperator – Dworzanin I podaje Imperatorowi tacę z chlebem i solą. Synu, Córko. Bierze tacę od Dworzanina I. Pozwólcie, że przywitam was w tych progach dziś chlebem i solą. Taka jest tradycja… Do Władcy Zetlandii. Dziś zostałeś członkiem naszej rodziny. To wielki dla nas dzień…. Chciałem w związku z tym powiedzieć, że zasłużyłeś sobie na to swą ciężka pracą. To dzięki twej pomocy budowa imperium prawie już skończona.

Błazen – Na stronie. Prawie, czyni wielką różnicę.

Imperator – Groźnie. Słyszę Błaźnie. Śmiejąc się. Dziś jest dzień radości. Tymi, co są ciągle przeciw, później się zajmiemy. O czym to ja mówiłem? Aha. No tak… Imperium prawie już stworzone. Tych nielicznych, co są przeciw pokonamy wkrótce… Co tu zresztą dużo mówić. Siadajmy do stołu. Przechodzi do stołu i zajmuje krzesło w jego szczycie. Obok niego z jednej strony siada żona z drugiej władca Zetlandii, za nim córka.

Minister – Do Dworzanina II. Ma racje, choć to Błazen tylko. Prawie, czyni wielką różnicę. Nie wszystkie kraje są podbite, a i w podbitych część poddanych się buntuje. Nie wiem, czy pomoc Władcy Zetlandii będzie tu wystarczająca?

Dworzanin – Nie mów tego głośno, jeśli życie tobie miłe.

Minister – Tak tylko… żartowałem. Zwycięstwo nasze przecież blisko.

Błazen – Podchodzi do Dworzanina staje za nim i pokazuje rogi. Później staje obok niego i udaje, że kopuluje. Imperator śmieje się.

Dworzanin – Spostrzega gesty Błazna. Co robisz Błaźnie? Myślisz, że ci wolno wszystko?

Błazen – Póki pana mego bawię.

Imperator – Zdrowie państwa młodych.

Wszyscy wstają z uniesionymi kielichami.

Błazen – Panna młoda, to jest pewne.

Imperator – Błaźnie, nie przesadzaj, jeśli ci twa głowa miła.

Pan młody (Władca Zetlandii) – Twoje dni już policzone.

Błazen – Chwytając się za głowę. Ciągle miła. Żart kamieniem często wraca. Szkoda. Choć od dawna wiem, że z siebie śmiać się jest najbezpieczniej. Staje w pozycji ptaka i znów się potyka. A już myślałem, że do lotu wzlecę.

Minister – Do Dworzanina II. Jak mówiłem, zmiany idą.

Dworzanin II – Nakładając sobie na talerz z półmiska udko z kurczaka. Błazna mi nie szkoda. Chyba Pana tylko bawi.

Minister – Dzisiaj Błazen, jutro inni. Sięga po kielich.

Imperator – Wstaje i wznosi kielich. W stronę Młodych. Za wasze szczęście.

Minister – W stronę Dworzanina II. Cicho. I za nasze głowy.

Imperator – Co tam szepczesz, mój Ministrze?

Minister – Głośno. Szczęścia Młodym życzę.

Władca Zetlandii – Wstaje i wznosi kielich. Za imperium. Wypija do dna i siada ponownie.

Imperator – Do Władcy Zetlandii, wskazując w stronę swojej córki. Poproś ją do tańca.

Władca Zetlandii – Jestem złym tancerzem.

Imperator – Kto zabijać umie i tańczyć musi potrafić. Poproś. Ona cię nauczy.

Władca Zetlandii – Do panny młodej. Zatańczysz moja miła.

Córka (Panna młoda) – Chętnie.

Wstają i zaczynają tańczyć przed stołem z gośćmi.  

Władca Zetlandii – Tańczysz równie dobrze jak wspaniała twa uroda.

Córka – Jest pan bardzo miły.

Władca Zetlandii – Jesteś, powiedz. Przecież żona męża panem zwać już nie powinna.

Córka – Nie wiem, czemu wciąż się ciebie boję. Jesteś, oczywiście.

Władca Zetlandii – Czasem bywam.

Scena 2 

Sala zamku. Imperator siedzi na tronie. Obok Błazen. Wchodzi Minister.

Minister – Panie. Znów Bankierzy.

Imperator – Znów? Mów jaśniej. Nie rozumiem.

Minister – Znów żądania swoje wnoszą. Ponoć raty nie dostali.

Imperator – Nie dostali i nie dostaną wcale. Mam już dość tej ich pychy. Od pokoleń gnębią naród. Niczym wrzód na tyłku. Lichwa, wyzysk. Czas ich stąd przepędzić.

Minister – Co mam zrobić?

Imperator – Czy i tego mam cię uczyć?… Gniew ludu przeciw nim przez agentów skieruj. Rozpuść wieści, że to z ich przyczyny ceny chleba rosną. Że niewierni, przeciw Bogu występują… Nie pierwszy raz w historii to czynimy. Przykładów aż nadto… Do roboty.

Minister – Ruszam panie. Nasz Kapłan jednak też do buntu skory.

Imperator – To i jego na śmierć skazać. Toż to zdrajca. W zwycięstwo sprawy naszej nigdy wiary nie miał. Mych decyzji nie pojmował, mimo że na mej polityce Kościół aż tak bardzo się wzbogacił. Czas z majątku tego co nieco i na naszą sprawę teraz ująć.

Minister – A Bóg, wiara?

Imperator – Sprawy wiary są mi obojętne. Bóg i tak jest po mej stronie. My ludzie, jeśli Bóg jest, jesteśmy narzędziami w jego ręku. Jestem wodzem, widać taka jego wola. Jeśli nie ma Boga, a ja wodzem jestem to znaczy, że jestem równy bogom. Dla sprawy, dla idei ważnej muszę czasami podejmować decyzje trudne. Nie każdy im potrafi sprostać. W tym właśnie ma wielkość, to, dlatego ja, a nie ty, lub inni mali, dowodzę.

Błazen – Masz racje. Małym jestem, ale.. Boga tu nie wzywaj. Bądź, choć jak Aleksander głupio zwany Wielkim, bądź jak on uczciwy, jak on silny. Czy jednak nie dla swej władzy, dla swej chwały, o zwycięstwach marzysz?

Imperator – Milcz durniu! Błaznem jesteś, lecz za wiele czasem mówisz. Nie filozofuj boś za głupi. Błazen błaznować tylko może. Czy już latać umiesz?

Błazen – Stając na jednej nodze i rozstawiając ręce. Wciąż próbuję. Przewraca się.  Imperator – Tak już lepiej. Taka twoja rola.

Do sali wchodzi władca Zetlandii.

Władca Zetlandii – Witaj teściu.

Imperator – Witaj zięciu.

Władca Zetlandii – Wskazując na Błazna. A ten wciąż cię bawi?

Imperator – Coraz mniej. Lecz póki co drugiego w jego miejsce nie mam. Cóż cię dziś sprowadza?

Władca Zetlandii – Wojska już zebrane. Na wyprawę jutro ruszam.

Imperator – Wreszcie dobre wieści. Myślę, że to już bój ostatni. Pokonanie tego państwa resztki oporu złamie. Buntownicy stracą możliwość ucieczki. Ruszaj synu. Władca Zetlandii wychodzi.

Imperator – Po wyjściu władcy Zetlandii, do Błazna. Pamiętasz tę blondynę, z wczorajszej biesiady.

Błazen – Rozglądając się. Którą panie?

Imperator – Już mam dość dowcipów twoich głupich. Masz ją przyprowadzić. Chcę odpocząć przy niej chwilę.

Błazen – A więc ruszam. Zaraz z nią tu będę.

Imperator – Ty nie jesteś tu potrzebny.

Scena 3

Komnata zamku.

Władca na tronie. Obok na stoliku mieszki z monetami. W sali dwaj dworzanie i szwagier. Wchodzi Błazen trzymając w jednej i drugiej ręce ludzkie czaszki.

Błazen – Byli i też już ich nie ma.

Władca – To nie śmieszne.

Błazen – Jakże? Wszak radosną wieść przynoszę. To rycerzy twych trofea. Zwyciężyłeś panie.

Dworzanin II – Takie trofea? I to w naszym wieku?

Błazen – Naszym, czyli jakim? Bez obawy, póki człowiek istnieć będzie, póty wojny będą. Zawsze też znajdą się tacy, co w taki właśnie sposób upamiętnić swe zwycięstwo zechcą.

Imperator – O jakim to zwycięstwie mówisz Błaźnie?

Błazen – Zaraz tu będą rycerze twoi, lecz nie wiedzą, że ich wieści są już stare. Chwilę temu tuż przed zamkiem twych dowódców podsłuchałem. Kalandia już podbita. Posłuszeństwo gwarantują inne kraje.

Władca – Sięgając po mieszek z monetami. Jeśli prawdę mówisz mieszek twój, jeśli jednak wieści twe nie okażą się prawdziwe głowę stracisz. Twe dowcipy coraz mniej mnie bawią.

Błazen – Śmiechem zbrodnie zabić trudno. Lecz śmiejmy się póki życia nam wystarczy… Za chwilę mieszek mój. Każdy prędzej, czy później, głowę straci. Wolę, póki co, na piersiach kilku niewiast ją położyć.

Wchodzi Minister wraz z dwoma żołnierzami. Żołnierze są lekko podpici..

Minister – Panie…

Błazen – Jest zwycięstwo, mój jest mieszek.

Minister – Milcz Błaźnie.

Imperator – Do Ministra. Ostro. Odpraw tych żołnierzy. Z bronią wchodzić tu nie wolno.

Minister – Panie, ci właśnie najdzielniejsi byli. Jest zwycięstwo. Kalandia już podbita.

Imperator – Sięga po mieszki z monetami i rzuca żołnierzom. To nagroda za zasługi wasze. Idźcie uczcić to zwycięstwo. W nagrodę dostaniecie też szlachectwo.

Żołnierze chwytają mieszki

Żołnierz 1 – Klękając. Panie, do śmierci ci wierny będę.

Błazen – Do władcy. Z tych dwóch rzeczy tylko śmierć jest pewna.

Żołnierz 2 – Klękając. I mą wierność ci przysięgam.

Imperator – Machając ręką. Odejść już możecie. Żołnierze wychodzą. Do ministra. Ty też. Minister wychodzi.

Błazen – A gdzie mój mieszek panie?

Imperator – Rzuca mieszek. Trzymaj. Tyle twego, co zarobisz swą chytrością wielką.

Błazen – Jesteś wielki, wspaniały, niezwyciężony. Posiadłeś dobra świata. Cóż ten jeden mieszek znaczy.

Imperator – Dobra, lub to, co inni za te dobra uważają. Co jest dobrem? Złoto? Władza? Wyobrażenie o mnie w przyszłości, ale beze mnie? Sławę Aleksandra prześcignąć? Ale on żył tylko trzydzieści kilka lat. Zwycięstwo… Jest imperium. Nikomu jednak nie można ufać. Nie wszystkie państwa zostały podbite. Część wcześniej podbitych knuje zdradę. Właśni poddani się buntują. Krwawo stłumiono bunt w jednym z miast.  Co to jest życie szczęśliwe?

Do sali wchodzi wróżbitka.

Kasandra – Jest zwycięstwo, będzie…

Imperator – Milcz już babo. Sama wiesz, że i twa ostatnia wróżba mylną była.

Kasandra – Każdy jak chce wróżby czyta.

Imperator – Człowiek nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. Zbyt wiele niewiadomych. Wszystkiego nie można przewidzieć. Choćby zdrady byłego sojusznika.

 Kasandra – Przyjdzie…

Imperator – Zostaw. Zamilcz. Straże!!!

Kasandra – Już wychodzę. Wybiega.

Imperator – Mieć w sobie tyle siły, by zrealizować swe marzenia… Marzenia? Nie, to złe słowo. Swe plany, raczej. Zwycięstwo nie zawsze jest udziałem silnych. Jestem silny, a jednak i mnie dosięgła ta choroba. Boże, jeśli jesteś, pomóż mi pokonać cierpienie i wrócić do życia aktywnego. Mieć w sobie tyle siły, by…

Wchodzi Błazen.

Błazen – Rozglądając się. Do kogoż mówisz panie?

Imperator – Ach nie.., nic ważnego. Czuję się zmęczony.

Błazen – Latka lecą? Garbiąc się. Nie znam nikogo starszego ode mnie.

Imperator – I mnie lata lecą…. Skończę co zacząłem….

Błazen – Czy znów kurtyzanę wołać?

Imperator – Niech obie teraz przyjdą.

Błazen wychodzi.

Imperator – Jakiż sens w tym wszystkim. Lata zmagań i wyrzeczeń. Dziś już mam imperium. Prawie wszędzie dzisiaj władam. Nikt z poddanych sprzeciwić się nie waży. Jedno me skinienie dziś wystarczy, by oporny zniknął. Lecz to, po co? I co dalej? Cóż mi dzisiaj pozostało? Trwanie – nie można tylko trwać, gdyż wówczas traci się to co zdobyto wcześniej.  Jakież cele dzisiaj wskazać?

Wbiegają dwie dość znacznie rozebrane kurtyzany.

Imperator – Kontynuując. Odrzućmy myśli głupie. Dziś jest czas radości. Witajcie dziewczęta.

Scena 4

Zamek. Sala tronowa.

Tron, stół, stolik, na którym na tacy stoi otwarta karafka z winem i kieliszki. Sofa. W sali Imperator, Błazen, Dworzanin I i Dworzanin II.

Dworzanin I – Wnosząc manekin, na którym wisi mundur. Granatowy, wielkie złociste pagony, złote guziki. Jaśnie panie, krawiec właśnie skończył.

Imperator –  Oglądając mundur. Tak. Wspaniale. Stroje gwardii muszą wzbudzać respekt.

Dworzanin II – Twe projekt biją na głowę wszystkie. Napoleon, Hitler, Mussolini, gdzie im do twej wyobraźni.

Dworzanin III – Twego gustu.

Wchodzi Minister

Imperator – Odwraca się i dostrzega go. Co Tam znowu?

Minister – Panie… właśnie chciałem…

Imperator – Mów, co chciałeś, nie, że chciałeś.

Minister – Panie, bankierzy i producenci broni się buntują. Z wojen żyli, teraz zyski tracą… Spisek knują.

Imperator – Znowu ci Bankierzy? Wszak kazałem ich wyrzucić.

Minister – W ich miejsce inni przyszli.

Dworzanin – Może wojnę jakąś znowu zacząć?

Imperator – Tak zrobimy. Wojna nie może się skończyć nigdy.

Minister – A wróg, jaki?

Imperator – Wroga znaleźć zawsze łatwo.

Do sali wchodzi żona Imperatora.

Żona –  Co, znów o wojnie słyszę?

Imperator – Zostaw mężczyznom męskie sprawy.

Żona – Wojna kobiety też dotyka.

Imperator – Nie skarżą się na to, gdy z wojen żyją, gdy zdobyte klejnoty biorą.

Żona – Ależ panie… Dałeś nie wymawiaj. Dziś o wojnie mowa. Po cóż wojny dalej?

Imperator – Pośmiertna sława za to!!! My twórcy nowych rzeczy żyjemy po śmierci.

Błazen – Sława lub niesława. Od jednej do drugiej blisko.

Żona – O śmierci marzysz, czy o sławie? Jak potomni cię ocenią, to już ich zabawa. Słowa, tylko słowa. Źle się czuję. Mam już dosyć tej rozmowy. Bywaj.

Imperator – Czekaj. Jeszcze nie skończyłem.

Żona – Czekać? Na co? Źle się czuję. Jeśli zechcesz, to wróć jutro do tej rozmowy. Wychodzi. Z przeciwnej strony wchodzi władca Zetlandii w towarzystwie nałożnicy. Oboje są mocno wstawieni.

Władca Zetlandii – Witaj teściu.

Imperator – Teraz ty. Dopiero co była tutaj żona… Znowu jesteś pijany.

Władca Zetlandii – Nie pijany, lecz wstawiony lekko.

Imperator – I ta dama? Czy musisz aż tak jawnie się z nią prowadzać… Co córce mam powiedzieć?

Władca Zetlandii – Z córką twą od dawna, od początku prawie, łoża mam oddzielne. Wielka pani. Nos zadarty, a wiem przecie, że i ona kochanków miewa… Co tu gadać po próżnicy? Samo życie. Nie każdemu szczęście rodzinne przypisane. Nie we wszystkim los nam sprzyja.

Imperator – Co tym razem cię sprowadza?

Władca Zetlandii – Swą dzielnicę chcę uzyskać. Jakie ziemie w obiecanym posagu mi przekazać raczysz?

Imperator – Nie po to imperium z takim trudem tworzyliśmy, by je teraz dzielić. Syn, dla siebie, też dzielnicy się domaga. Poczekajcie… Po mnie imperium przejmiecie…

Władca Zetlandii – Po tobie? Nie bądź śmieszny… Skąd wiadomo, kto z nas pierwszy stąd odejdzie?

Imperator – Jestem starszy znacznie.

Władca Zetlandii – Nie przesadzaj. Ledwie lat dwanaście.

Imperator – I mój syn…

Władca Zetlandii – A jemu dzielnica na co? Wszak wiadomo, że upodobania ma zupełnie inne. Młodych chłopców szuka.

Imperator – Plotki.

Władca Zetlandii – Może plotki. Mnie tam nic do tego…. Groźnie. Posag obiecałeś jednak.

Imperator – Ty mi grozisz.

Władca Zetlandii – Grozisz? Skąd. O przyrzeczoną dzielnicę tylko dziś pokornie proszę.

Imperator – Pomyślę o tym.

Władca Zetlandii – Pomyśl szybko. Do kurtyzany. Chodźmy dalej. Nic tu po nas. Do Imperatora. Będę tutaj jutro znowu. Wychodzą.

Imperator – Bywaj.

Błazen – Butny coraz bardziej. Może i on ptakiem chce zostać? Staje w pozycji ptaka i szybko się przewraca.

Imperator – Śmiejąc się. Tak, marzenia ludzie mają wielkie. Do Błazna. Proś tu moją nałożnicę.

Błazen wychodzi. Imperator wstaje, podchodzi do stolika i nalewa do kielicha wina.

Imperator – Służbę z dala trzymam, sam wino sobie nalewać muszę… Dziś nikomu nie można ufać.

Wchodzi nałożnica.

Nałożnica – Już jestem panie.     

Imperator – Sama?

Nałożnica – Dziś sama. Lecz bez obaw. Przyjemności za dwie ci dostarczę.

Imperator – Podaje nałożnicy kieliszek wina. Spróbuj. Później nalej drugi dla mnie.

Nałożnica wypija. Imperator  nalewa z butelki kolejny kielich.

Imperator – Zbliżając się do stojącej w salonie sofy.. Chodź tu do mnie. Z nikim tak nie odpoczywam.

Nałożnica – Wszystko dla ciebie, mój panie. Podchodzi do Imperatora, obejmuje go, a później zaczyna rozbierać.

Do komnaty wbiega żona.

Żona – Ach, to tak? To jednak prawda! A nie chciałam wierzyć.

Imperator – O czym mówisz?

Nałożnica ucieka na sofy przerażona.

Imperator – Do nałożnicy. Nie przestawaj. Nie po to cię tu wzywałem. Nałożnica wraca do sofy i staje obok. Jest przerażona.

Żona – Toż to zdrada. Zdrada! Ty świnio.

Imperator – Nie krzycz tutaj! Milcz kobieto.

Żona – Ach tak. To ci powiem… Już od dawna wiedziałem, że minie zdradzasz.

Imperator – Zdradzasz. Wielkie słowo. To tylko seks. Fizjologia…

Żona – Tak, to zdrada. Ty zdradziłeś pierwszy, lecz wiedz, że gdy ty zdradzałeś mnie z tą ździrą, to i ja miałam swych kochanków.

Imperator – Kogo?

Żona – Cóż ci po tej wiedzy? Nawet gdy ich karzesz stracić, to i tak w pamięci twej wiedza o niesławie pozostanie.

Imperator – Każę strącić cię do lochu.

Żona – Pan i władca. Zrób i to, ale rogi twe i tak nie będą po tym ani trochę mniejsze.

Imperator – Straże.

Wbiegają strażnicy.

Imperator – Zamknąć ją w ciemnicy.

Wbiegają Strażnicy, którzy biorą królową za ramiona i wyprowadzają ją ze sceny. Słychać histeryczny śmiech królowej.

Imperator – Do nałożnicy. O czym to mówiliśmy?

Nałożnica – Ponownie rozbierając Imperatora. Ze śmiechem. Mówiliśmy?

Scena 5

   Imperator drzemie na tronie, obok również drzemie Błazen. Skrzypiąc otwierają się duże pałacowe drzwi  wchodzą na scenę Dworzanin I i Dworzanin II trzymając w ręku wspaniały płaszcz królewski.

Imperator – Budząc się. Co? Co się dzieje?

Dworzanin II – Przepraszamy panie. Właśnie nowy płaszcz królewski już uszyto.

 Dworzanin III – Ten stary teraz odrzucić powinieneś. Wszak nie królestwem tylko, lecz imperium już dziś władasz.

Imperator – Wstając z tronu. Nie chcę tego płaszcza, mam już dość tej gry. Jestem już zmęczony. To nie tak miało być.

Dworzanin II – Nie tak?

Dworzanin III – A jak?

Imperator – Miałem panem świata zostać.

Dworzanin II –  Już prawie wszędzie władza twa dziś sięga.

Imperator – Prawie. Wojna wciąż trwa, ciągle już podbici się buntuję. Końca walki chyba nie doczekam. Cóż mi zresztą po tym skoro chory jestem? Coraz słabszy, strupy, kości ból, bezsenność. Nie, nie tego chciałem. Nie po to o władzę nad światem walczyłem.

Błazen – Budząc się. Czego innego chciałeś, inaczej jest, to prawda lecz to nie my swe role piszemy. Kto inny dramat zwany życiem nam układa.

Wchodzi syn Imperatora w towarzystwie młodego chłopca.

Imperator – Więc to jednak prawda. Zamiast kobiet, chłopców wolisz?

Syn Imperatora – Czy ja w twoje łoże patrzę?

Imperator – I do tego jesteś butny.

Syn Imperatora – Nie przesadzaj. Swego bronię. To mej prywatności prawo.

Imperator – Niech ci będzie. To twój wybór… Co cię tu sprowadza?

Syn imperatora – Ponoć państwo chcesz podzielić.

Imperator – Wieści, widzę, szybko się roznoszą… Poczekajcie chwilę jeszcze. Do świąt dni już niewiele.

Syn Imperatora – Jestem twoim jedynym synem.

Imperator – Córce też się coś należy, jej mąż zaś imperium to budował razem z nami

Syn Imperatora – Co złączone, po co teraz dzielić?

Imperator – By późniejszych walk uniknąć.

Syn Imperatora – Marzysz ojcze.

Imperator – Z marzeń właśnie powstało i to imperium. Bóg chciał, by powstało, Bóg dzielić go nie będzie. Imperium będzie jedno, obaj tylko w nim będziecie władać. Już ja prawa przygotuję…

Syn Imperatora – Boga w to nie mieszaj…

Imperator – Wyroki jego niezbadane…

Wchodzi Dworzanin II

Dworzanin II – Panie, choinkę już przywieźli.

Imperator – W zadumie. No tak, właśnie. Chciałem z tym do świąt poczekać. Do syna. Jakbyś wiedział… Dobrze. Co ma być jutro, niech i dzisiaj będzie. Każ rodzinę tutaj zwołać. Swe decyzje dziś obwieszczę.

Syn Imperatora – Ale…

Imperator – Bez dyskusji, proszę.

Syn Imperatora wychodzi.

Imperator – Tak… już święta. Dziś dzieciństwa pamięć wraca. Tylko wówczas w domu je spędzałem. Później prawie zawsze w boju. Wojny ciągłe… obozowe życie… Dziś już mam imperium… Mam? Imperium? Cóż to dziś właściwie znaczy? Że nad światem władam? Przecież wojny jeszcze nie skończone. Ciągłe bunty i powstania. Ledwie się obrócę, a nóż w plecy własny syn mi wbije. Szwagier też swego tylko patrzy…. Jest imperium. Ileż dla jego powstania krwi przelanej? Ileż zbrodni, bólu. Dziś jest pokój. Tego chciałem… Ofiary były… tak to prawda, czasami i niewinni ginęli. Lecz cóż to znaczy wobec tego, że teraz mój ład panować będzie. To my jesteśmy najwyższymi sędziami. My? Nie my, lecz ja. A może tylko uzurpuję sobie tę władzę? Nie, to niemożliwe. Nigdy nie będzie drugiego takiego władcy jak ja. A jednak wątpliwości mnie nachodzą… Wątpić rzeczą ludzką. No i ta choroba. Jej ataki coraz gorsze… Coraz częściej Boga wzywam. Czy to pod jej wpływem?  

Dworzanin II – Wybacz panie, że przerywam. Lecz, czy koniec wojen będzie?

Imperator – Dziś wybaczam… Wojna, gdy raz rozpoczęta, trwać musi aż do ostatecznego zwycięstwa. Lecz czy to możliwe? Wrogów jest tak wielu. Dziś pokonani jutro głowy podnoszą. Czasu jest tak mało, życie takie krótkie. Wojny nikomu nie przydają wielkości

Dworzanin III – Przecież ostateczne zwycięstwo już tak blisko.

Imperator – Wojna trwać wciąż musi. Żołnierze raz do armii wzięci, do pługa lub kowadła już nie wrócą. Od pracy odwykli. Jeśli nie na wojnie to w rozboju zysków będą szukać.

Dworzanin – Kiedyś przecież to się skończy.

Imperator – Kiedyś? Może kiedyś… Co to znaczy? Za lat sto? Kilkaset? Jeśli nawet monarchie upadną, jak jakiś mędrzec już przewidział, lub przewidzi… i armie gdy ktoś kiedyś zmniejszy, to następni znów do jedynowładztwa będą parli… zawsze znajdzie się ktoś taki… następni nowe armie powołają. Kiedyś? Cóż mnie to obchodzi? Dziś jest wojna, lecz ja już odchodzę. Do klasztoru się wybieram.

Błazen – Jakże tak? Przecież dziś już prawie cały świat już jest w twej władzy.

Imperator – Prawie… Zawsze nie do końca. W kolejnej prowincji do buntów znów dochodzi. Nie, nie czas o Imperium myśleć…

Błazen – Kto, tak jak ty losy świata pojmie?

Imperator – Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie sądził o sobie, że jest lepszy, że płaszcz nosić bardziej od innych dostojnie będzie…..

Wchodzi syn z młodzieńcem i szwagier, Władca Zetlandii z żoną.

Imperator – Wskazując na młodzieńca. A ten tu, po co?

Syn – Zaraz później mam do niego sprawę.

Imperator – Później? To później go zawołaj, proszę. Teraz jednak tylko rodzina ma tu pozostać. Rodzina i Minister.

Syn – Do Młodzieńca. Poczekaj w bibliotece. Zaraz przyjdę.

Młodzieniec wychodzi.

Imperator – Wzywam was już dziś, choć chciałem to uczynić dopiero w pierwszy dzień świąt…  Po cóż jednak przebieg świąt burzyć, wasze zresztą naciski już mnie nużą. Na śmierć mą widzę w oczach waszych oczekiwanie.

Córka – Ależ…

Syn – Co ty?

Władca Zetlandii – Skąd te myśli?

Imperator – Nie przeczcie tak żarliwie. Może ciut przesadzam, lecz że władzę przejąć jak najszybciej chcecie temu przeczyć nie możecie. Zresztą dziś nie ma to już znaczenia. Dziś decyzję już podjąłem. Jestem chory. Mam już dosyć. Władzą mą wam przekażę.

Syn – Wam?

Imperator – Nie przerywaj. Proszę… Po chwili… O czym to ja… aha. Państwo jedność wciąż zachowa. Władca Południa zwierzchnikiem zostanie. Władzę moją wam oddaję. Tobie synu i tobie szwagrze. Po połowie. Do syna. Ty na Północy imperium, które ja stworzyłem otrzymujesz. Do szwagra. Ty zaś na Południu władzę weźmiesz. Jeśli w zgodzie zostaniecie, może uda wam się pokój jakiś czas utrzymać

Syn – Państwo dzielić niebezpiecznie.

Władca Zetlandii – Syn, czy niezbyt młody? Czy z władzą sobie poradzi?

Syn – Twój szwagier nigdy dość mnie nie szanował.

Władca Zetlandii – Na szacunek zasłużyć sobie trzeba.

Syn – Południe bogatsze znacznie.

Imperator – Właśnie tak myślałem. Już spory. Cóż. Władzę wam oddaję. Ja odchodzą.

By pokój zachować władzę w Katedrze, przed Bogiem i przed ludem, wam przekażę. Bóg i lud świadkiem będzie. Zresztą, póki co, żyję jeszcze. Nie chcę tego, ale wrócić mogę.

Syn – Jeśli już, to ja  Południem powinienem władać?

Imperator – Decyzje już zapadły. Władca Zetlandii z córką moją je przejmie. Później dzielnica ta najstarszemu z rodu przypadnie.

Syn – Ojcze! Czemu mnie nie wesprzesz?

Imperator – Taka ma decyzja i tłumaczyć się nie będę. Dziś wy macie władzę. Ja? Cóż ja? Odegrałem już swą rolę w tym teatrze świata… Może władzę wam oddając błąd popełniam. Może, lecz któż to wie na pewno? Widzę swary i intrygi różne… Cóż, czas pokaże. Wam imperium przekazuję… Bywajcie, to już koniec.

Błazen – [Na stronie] O nie mój panie… Bzdura, źle zacząłem tę kwestię, wszak od dziś już nie mym panem jesteś… Nie, tak zacznę. To nie koniec twojej roli jeszcze. Życie jest dłuższe niż się nam wydaje. Swą rolę odegrać musimy do końca, a to nie koniec jeszcze. Marzenia o panowaniu nad światem skończone wprawdzie, ale żyć dalej będziesz.

Córka – A co z matką?

Imperator – Z Matką? … No cóż… Nie myślałem o niej… Z lochu ją wypuśćcie… Może w zamku zostać. .. Ja odchodzę, jestem już zmęczony.

Wychodzi.

Minister – Do Szwagra Imperatora, władcy Zetlandii. Panie, czy mogę zostać twoim sługą?

Syn – Do Ministra. To nie po mojej stronie stajesz?

Minister – Sam mówiłeś, że Południe jest bogatsze znacznie.

 

Akt III

Scena 1

W klasztornej celi.

Na krześle przy skromnym stole siedzi Imperator, tyłem do drzwi wejściowych. Na stoliku kubek z wodą, obok plansza do gry w warcaby, na niej pudełko z pionkami. Wchodzą techniczni, którzy wciągają zasłonę z wnętrzem sali zamkowej i opuszczają kolejną. Tym razem widzimy wnętrze celi klasztornej. Do cel wchodzi Błazen ubrany w „zwykły” garnitur.

Błazen – Wchodząc do celi. Witaj Panie.

Imperator – Odwracając się. Witam Błaźnie. Wstaje z krzesła, podchodzi do Błazna i ogląda jego ubranie. Jak ty wyglądasz? Gdzie twój strój błazeński?

Błazen – Błazna rola to już przeszłość. Dziś cywilem jestem… Już po służbie… dziś swą rodzinę tylko czasem bawię.

Imperator – Ciebie najmniej bym się tu spodziewał. Wszak teraz masz nowych panów.

Błazen – Nowi, nowych błaznów zatrudnili… To naturalne. Zbyt przypominałbym im twoje czasy. Twą sławę lub… niesławę nawet.

Imperator – Widzę, że twój strach już nieco mniejszy… Czyli Błaznem już nie jesteś?

Błazen – Nie, choć i dziś do śmiechu powodów wiele. Czasem, przyznam, śmiech to jest przez łzy.

Imperator – Może teraz pracy dla komediantów mniej?

Błazen – Wręcz przeciwnie. Im jest gorzej, śmiechu więcej. Błaznów u nas ci dostatek, nadmiar nawet… Gorzej, lepiej cóż to zresztą znaczy? Bo, dla kogo? Za twych rządów ja w bogactwie, w zbytku żyłem, wielu zaś majątek, a nawet życie, oddać musiało dla twej sławy, dla twej władzy. Dziś jej nie masz… Ja uboższy jestem znacznie, jednak tak jak inni moi sąsiedzi, w domach o swe dzieci dbamy.

Władca – To mądrala… Mniejsza o tym… Choć niewiele mnie to dziś obchodzi, ale… co tam w świecie? Opowiadaj.

Błazen – Mogłoby cię to zmartwić, lecz… dziś powiem to szczerze… znając twą pychę, dziś zapewne ucieszą cię te wieści. Syn i szwagier rządzą źle.., albo okoliczności nie pozwalają im rządzić dobrze. Wciąż się kłócą, wrogów swych zamiast wspólnie zwalczać, to na przemian przeciw sobie wciąż wspierają. Tracą włości. W państwie kryzys gospodarczy. Zapewne z powodu długów z poprzednich wojen, ale i brak reform widać. Długi trzeba płacić… Potencjał kraju zniszczony. Żołnierze, którzy potrafią tylko walczyć niczego nie tworzą. Wielu z nich staje się bandytami dezorganizując życie kraju, kto bardziej przedsiębiorczy przez nich gnębiony. Haracz musi płacić, często nawet życie traci. Budowa portu mającego ułatwić handel jest opóźniona gdyż banda byłych twych żołnierzy ukradła dźwigi i sprzedała je na złom.

Władca – Zbudować imperium było rzeczą wielką. Oddałem im państwo ogromne. Teraz, widzę, niszczą wszystko.

Błazen – Zniszczyć wszystko bardzo łatwo – wystarczy nic nie robić i samo się rozwali.

Panta rei.

Władca – Daj spokój filozofom. Wszystko płynie? I cóż z tego? Cóż nam wnoszą te pseudomądre uogólnienia?

Błazen – Może i niemądre nawet, ale odpocząć czytając mędrców można. Ileż radości zyskujemy, my maluczcy, widząc, że i inni, aż tak wielcy, aż tak się mylili. Nie tylko ja za błazna w świecie robię. Każdy z nas, czy to mędrzec… czy, wybacz panie… czy Imperator nawet, w tym życiu po omacku swojej drogi szuka, każdy błądzi.

Władca – W Bogu ufność pozostaje.

Błazen – Teraz Boga wzywasz? Gdzież on był, gdy krwią, potem i łzami budowałeś swe imperium?

Imperator – Teraz habit, jak wiesz, noszę. Skromnym mnichem tylko jestem. Cóż mnie świata zwykłych ludzi losy dziś obchodzą? Kiedyś chciałem zmieniać wiele. Ład, porządek zaprowadzić. Kiedyś… Nie dane mi było dokończyć dzieła. Cóż, widać Bóg tak chciał. Widać taka była jego wola. Może jeszcze nie nadszedł czas na to, by porządek jeden w świecie zaprowadzić.

Błazen – Może droga nie ta była? Może władzy dla samej tylko władzy chciałeś? Byłeś politykiem, który tylko o władzy i o własnej próżności myślał… Nie miałeś przed sobą innego celu jak zdobycie władzy lub utrzymanie się przy niej. Odnosiłeś zewnętrzne sukcesy, lecz jak każdy małym ciągle byłeś. W polityce, jak i w życiu nie chodzi o władzę dla niej samej, ale o wartości, godne życie…

Władca – Nie tylko śmiałość ci wróciła. To, co mówisz już o bezczelności świadczy. Ty jesteś błaznem tylko. Ja do wielkich rzeczy zostałem stworzony. Robić wszystko dla wielkości… Zmieniając ton…. Ale… Staje na jednej nodze i rozszerza ręce, czyżbyś nie chciał być już ptakiem?

 Błazen – Jestem Błaznem? Tak, to jest mój zawód, choć słowo byłem byłoby tu właściwsze. Rolę swą dla innych grałem. W domu życie proste prowadziłem. Żona, dzieci, ich nauka. Niewielu będzie o mnie pamiętać, nikt o żonę i o dzieci me nie spyta. Czyż człowiekiem jestem przez to gorszym? Tak, ja rolę błazna lepiej lub gorzej w życiu grałem, by przez życie jakoś przejść. Ty raz w Imperatora, teraz w mnicha szatach występujesz. Czy twa rola w takim razie większa? Wciąż ten sam… Mówiłem już wcześniej, pychy swojej nie tracisz. Nawet tu, nawet w chorobie wciąż siebie nad innych stawiasz, wyżej cenisz. Czy u góry też, wśród równych, pierwszych zostać zechcesz? Dla kolejnej mrzonki znów poświęcasz wszystko?

Imperator – Chyba nie przyszedłeś mnie tu sądzić? Może nawet karać?

Błazen – Karać? Bez obawy. W razie czego błaznów też powieszą. Winnymi zawsze są inni. Gdy po zwycięstwie wozy łupów do stolicy przyjeżdżały nikt nie szemrał, że niesłuszna sprawa. Dziś, gdy zjedli wszystko i na dalsze wojny sił już brak… gdy nadziei na zwycięstwo nawet nie ma…

Imperator – W Bogu jeszcze jest nadzieja.

Błazen – Tak. Co człowiek namieszał, niech Bóg wyprowadzi. Lecz skąd będziesz wiedział w czyim ręku Boga ręka? Każdy przecież wcześniej z bogiem na wroga swe armie prowadził i dziś prowadzi.

Imperator – Błaznem już nie jesteś. Boga nie szanujesz… Wiary w tobie nie ma.

Błazen – Możesz i tak mówić, lecz ja wierzę w Boga.

Imperator – Lecz jakiego?

Błazen – Jeśli trzeba przyznam nawet, że w twojego. Może to ze strachu, przez pamięć o tych, którzy wcześniej się go wyrzekli i głowę za to dali, może zaś dlatego, że dla mnie Bóg jest jeden.

Imperator – Bluźnisz i pokory w tobie nie ma.

Błazen – Dla mnie, nie posłuszeństwo tym, którzy sługami jego się mianują jest ważne, lecz życie w zgodzie z prawem moralnym. Bogu wiarę przysięgałem, nie zaś tym co dla własnej sprawy go wzywają.

Imperator – Masz szczęście, że dziś mnichem jestem tylko, bo inaczej głowę byś już stracił.

Błazen – Głowa moja dla mnie cenna. Zostań z Bogiem. Już wychodzę.

Imperator – Z Bogiem idź.

Błazen – Widzę, że się nic nie zmieniasz. Bywaj Panie. Wychodzi.

Imperator – Do siebie. Wyszedł… I dobrze. Nie po to odciąłem się od doczesnego świata, by teraz Błazna słuchać… Choć wciąż mnie jedno dręczy… Płacę za pychę całego życia, czy tylko za jeden błąd? Za to, że chciałem panować nad światem, czy tylko za to, że znalazłem się w łożu z chorą kobietą, że zdradziłem żonę? Są przecież i inne choroby i skutki ich bywają równie straszne. Trąd na przykład. Dlaczego tak wielu choruje i na tę chorobę? Moja choroba równie straszna… Czy i jeśli tak, to, za co Bóg tak mnie każe?

Do celi wchodzi córka imperatora, która słyszy jego ostatnie słowa.

Córka – Boga tu nie mieszaj.

Imperator – Odwraca się i dostrzega córkę. A, to ty? Witaj. Dziś jak widzę czas odwiedzin.

Córka – Kiedyś burzyłeś kościoły i śmiech cię ogarniał na widok księży. Dziś, gdy śmierć w oczy ci zagląda szukasz Boga. Nie Bóg… To ty. Twoje ambicje i w ich wyniku twoje decyzje. Dziś twój świat wartości się sypie. Twój nie boski. Wszak to nie Bóg cię namawiał do panowania nad światem. Chciałeś mu być równym. Mały człowieku. I cóż teraz oczekujesz? Współczucia?

Imperator – Nie ty mnie sądzić będziesz.

Córka – Nie po to tu przyszłam. Jestem tu, by ci powiedzieć, że i ja jestem chora… By zdobyć swe upragnione imperium wydałeś mnie za syfilityka. Zniszczyłeś mi życie, ale też zniszczyłeś szansę na potomka swego.

Imperator – Nawet, jeśli był chory, to taka była wola Boga. Widać tak miało być, nie każdego przecież dotyka ta choroba. Każdy nasz ruch z woli Boga. Nawet, gdy błądzimy taka wola jego. Tylko wiara wiedzie do wiecznego szczęścia.

Córka – Chcesz to wierz. Jeśli tak, to za pychę dziś twój Bóg cię karze.

Wódz – Odejdź. Wynoś się. Wynoś się i nie wracaj.

Córka – Przywiodły mnie tu resztki uczuć, a może tylko tak zwana przyzwoitość. Wychowanie, które każe córce uczucia ukazywać, gdzieś tam w głębi mam wiele wątpliwości jednak. Dla swej sławy oddałeś kiedyś wszystko… Rodzina, miłość… te pojęcia były i są dla ciebie obce. Cóż z ciebie był i jest za człowiek? Nawet zwierzęta dbają o rodzinę, nawet dla nich ich potomstwo tak wiele znaczy… A ty? Widzę, że wciąż się nie zmieniłeś. Pycha. Duma. Wciąż ten sam. Pępek świata. Zapewne i tam. Wskazuje w górę. Tam też chcesz najwyżej siedzieć. Mały człowieku. Wobec śmierci i po śmierci równi wszyscy.

Wódz – Nie ma równych i nie będzie. Wynoś się mówiłem.

Córka – Gnij tu w samotności. Każdego z nas największym wrogiem jest własna pycha. Nie martw się, ja już tu nie wrócę. Zbliża się do drzwi.

Wchodzi mnich A. Widząc gościa chce się jednak wycofać.

Imperator – Wejdź, wejdź bez obawy. Przed chwilą był tu mój błazen były. Smutne rzeczy opowiadał. Teraz córka… Też już wychodzi…

Córka – Tak wychodzę. Żegnaj ojcze. Wychodzi.

Imperator – Po wyjściu córki. Męczą mnie ich codzienne sprawy.

Mnich A – Nic dziwnego. Że jest ciężko wszyscy mówią. Wszyscy też rządzących dzisiaj winią.

Imperator – Nie o tym chyba przyszedłeś tu mówić?  

Mnich A – Nie, oczywiście, że nie. Przyszedłem ci powiedzieć, że dziś, po obiedzie, narada się odbędzie.

Imperator – Wybacz, proszę. Przekaż, że me zdrowie…, że me siły… Radźcie dziś beze mnie.

Mnich A – Tydzień temu też nie byłeś.

Imperator – No i cóż się stało? Klasztor jak stał, tak i stoi…Jestem chory.

Mnich A – O twe zdrowie modlić dziś się będziemy.

Imperator – I Bóg z wami.

Mnich A – Wychodząc. Zostań z Bogiem.

Imperator – Nie poczekaj. Wskazując na planszę do gry. Może w warcaby zagramy?

Mnich A – A wiesz, że chętnie. Wraca i podchodzi do stołu, po drodze bierze spod ściany drugie krzesło i stawia je przy stole.  Do obiadu jeszcze czasu dosyć. Siada.

Imperator – Wysypując pionki. Za wczorajszą grę, zresztą, rewanż mi się dziś należy.

Imperator i Mnich A  rozstawiają pionki.

Scena 2

Cela klasztorna.

W tyle sceny duży stół zastawiony jadłem, stoją na nim też butelki z winem i kieliszki. Dwóch Mnichów stoi z lewej strony sceny. Rozmawiają. Z prawej strony sceny przy stoliku gra w karty trzech innych mnichów.

Mnich B – Mówiłeś, że mnie kochasz, że tylko ja.

Mnich C – Tak myślałem, lecz i on jest piękny.

Mnich B – Więc chcesz mnie zostawić?

Mnich C – Przyjaźń pozostanie. Ale jeśli tylko zechcesz…

Mnich B – Ja tak nie potrafię…

Mnich C – Nie mówmy już o tym. Zgłodniałem. Podchodzi do stołu i bierze do ręki kawałek mięsiwa. A ty, co, nie jesteś głodny?

Mnich B  – Nie o jedzeniu teraz myślę.

Mnich C – To może odrobinę wina…

Mnich B – Jak ty tak możesz? Teraz…

Mnich C  – A kiedy?

Do celi wchodzą, zajęci rozmową Imperator i Mnich A.

Imperator – Myślałem, że spokój tu znajdę, ukojenie. A tymczasem, widzę, i tu ciągłe swary. I ten zbytek… A choroba nie przemija. Chory jestem coraz bardziej.

Mnich A – To nie szpital, na chorobę twoją dziś lekarstwa zresztą nie ma. A spokoju szukać w sobie trzeba. Ja w modlitwie spokój odnajduję.

Imperator – I ja modlę się codziennie.

Mnich A – To mnie właśnie dziwi. Większość z nas doczesnych uciech tutaj szuka. Miłość, ta fizyczna oczywiście. O niej myślę. Dobre żarcie, wino. Byle przetrwać. Byle się zabawić.

Imperator – Nie po to tu przyszedłem. Nie po to oddałem innym to, o co walczyłem przez życie całe,  nie po to oddałem imperium, by teraz…

Mnich A – A może to tylko z powodu choroby tu przyszedłeś? Może w skrytości ducha modlisz się „Boże pomóż mi pokonać cierpienie i wrócić do życia aktywnego”.

Imperator – Nie, nie w głowie mi doczesna władza. Tę już miałem… Teraz szukam innej drogi.

Przy stoliku. Jeden z mnichów chwyta rękę partnera od gry. Z rękawa tego wypada karta.

Mnich D – Więc to tak?! To tak wygrywasz?

Mnich A – Co się stało?

Mnich D – Oszust! Mamy tu oszusta.

Mnich E – Kłamiesz bracie. To twa karta.

Mnich D – To tyś kłamcą. Właśnie z rękawa ci wypadła.

Mnich E – Co? Ja kłamcą.

Mnich D wstaje z krzesła i podchodzi do Mnicha E.

Mnich D – Pokaż, co tam jeszcze masz w rękawie?

Mnich E – Chcesz zobaczyć? Zobacz! Wyjmuje ze świętej księgi ukryty w niej nóż i  wbija go w pierś Mnicha D.

Mnich B – Morderstwo.

Imperator – Zbrodnia!

Do celi wbiegają Mnich F i G.

Mnich F – Co się stało?

Imperator – Właśnie on – wskazując Mnicha E –  tego – pokazuje leżącego – Brata zabił.

Mnich F  – Do mnicha E. Idź do swej celi. Do Mnicha II. Zamknij za nim drzwi na klucz. Do mnicha E. Jutro sądzić cię będziemy.

Mnich B i Mnich G wychodzą.

Imperator – Podnosząc Księgę. W świętej Księdze narzędzie mordu trzymał. Przygląda się wycięciu na nóż.  Jak sprytnie wydrążona.

Mnich A – Już dawno jemu nie ufałem.

Mnich F – To czemuś i ty z nim do kart zasiadał.

Mnich A – Z nudów… Tak jak tu my wszyscy. Dla zabawy… Nie sądziłem, że do zbrodni się posunie. Taki raptus… Co mu po tym?

Mnich C – Zbrodni dawno tu nie było. Owszem za gwałt już sądziliśmy, ale…

Mnich F – I za sodomię kilka razy, ale mord? Nie, o czymś takim nie pamiętam.

Imperator – To od zbytku. Wielu od nadmiaru głowę traci. Przepych, nuda…

Mnich F – Głowę to dopiero wkrótce jeden straci… Od zbytku, bracie mówisz..? Tak żyjemy tu dostatnie. Również dzięki temu co i ty tu w daninie wniosłeś. Żyjemy dostatnio, ale w służbie Bogu. W pokorze…

Mnich A – Pokory tu niewiele… O swej poprzedniej pozycji wielu zapomnieć nie potrafi.

Imperator – Nawet w obliczu tej zbrodni mnie zaczepiasz?

Mnich A  – Nie ty jeden przedtem w swym mniemaniu wielkim byłeś.

Imperator  –  Nie chcę o tym mówić. Chory dzisiaj jestem. Do Mnicha IV. Co z zabójcą zrobimy?

Mnich F– Sąd zwołamy. Sąd osądzi.

Imperator – A kto sędzią będzie?

Mnich F – Spośród nas go wybierzemy. Adwokata zabójca sobie wybrać może. Skarżyć będzie z nas najstarszy… Tak, to wszystko. Jutro sprawa. Z Bogiem Bracia. Zbliża się do drzwi.

Mnich A i Imperator – Z Bogiem Bracie.

Mnich F wychodzi.

Imperator – Do Mnicha I. Choroba coraz bardziej mi dokucza. Ból kości, wrzody. Jestem chory, a ty wciąż spokoju mi nie dajesz.

Mnich A – Nawet tu, dzięki swemu pochodzeniu jesteś w lepszej pozycji. Jeśli zechcesz, kiedyś Ojcem przełożonym mógłbyś zostać. Wystarczająco wiele włości zakonowi przekazałeś. Ja skromnym mnichem zostać już na zawsze muszę. Niewielka wioska, którą ojciec mój przekazał tu w ofierze to z byt mało, by otworzyć, nawet tu, do władzy wrota.

Imperator – Władza? Cóż ona tu oznacza? Nie, nie władza mnie pociąga. Kiedyś tak, zapewne… Kiedyś może miałbyś rację. Dziś nie o władzy, lecz o śmierci raczej myślę. Chciałbym odejść, bywa, że koniec swój chciałbym już przyśpieszyć. Już jestem ta grą zmęczony.

Mnich A – Musisz grę swą do końca toczyć… Po namyśle. Możesz wprawdzie ją przyśpieszyć… Śmierć twa przecież nie tylko w rękach losu, lub jak mówisz Boga, leży… Czyżbyś o samobójstwie grzesznie myślał?

Imperator – Odebranie sobie życia sugerujesz? Tak, czasami chciałbym odejść. Koniec swój przyśpieszyć. Chciałbym, ale… tak właśnie… jest kilka argumentów przeciw. Najpierw wiara. Do Boga tylko życie me należy, jemu tylko służę. Nic to, że wśród sług jego wielu na szacunek nie zasługuje. Nic to, to nieważne.

Mnich A – Ja. Nie, to ty wybierasz. Życie wszak się śmiercią kończy. Wspominam o tym tylko.

Imperator – Ważna moja wiara.

Mnich A – Wiara, czy nadzieja na zbawienie, na życie wieczne?

Imperator – Wiara mówię.

Mnich A – Zgoda, to po pierwsze, powiedz jednak, że i nadzieja na wyzdrowienie, na powrót do czynnego życia też jest ważna.

Imperator – Ja tu już pozostać na zawsze pragnę.

Mnich A – Gdy Bóg jednak tobie zdrowie wróci?

Imperator – Nie kuś proszę. Tylko Bogu pragnę służyć.

Mnich A – Bo nadziei w tobie mało. Gdy jednak odzyskasz zdrowie, drogę do powrotu na tron szybko znajdziesz. Mało tego, wiesz o tym ty i wiem ja, że argumentów, by ten krok uzasadnić nigdy ci nie braknie. Zawsze potrafimy dobudować sobie ideologię do powziętych decyzji. Twoi następcy rządzą nieudolnie… zresztą, czy to ja muszę uzasadnień dla cię szukać. Znajdziesz sam. Bez obawy.

Imperator – A po trzecie, wracając do mych rozmyślań… o samobójstwie… Nie bój się, nie sprowadzisz mnie z mej drogi… Po trzecie, życie i tak kończy się śmiercią. Po cóż koniec jej przybliżać. Tak, ten argument najważniejszy. Po cóż mam ją przyśpieszać. Skoro i tak przyjdzie.

Mnich A – Właśnie, po cóż? Choć, pamiętaj o tym, samobójstwo to chwila słabości, każdemu może się zdarzyć.

Imperator – Ja do słabych nie należę.

Mnich A – Tak. Tu muszę się z tobą zgodzić. Choć choroba zawsze nas osłabia… Lat, tak czy inaczej, niewiele ci już zostało. Może masz rację, nie wiadomo czy Bóg zdrowie wróci, nikt nie jest w stanie przewidzieć czy i później władzę byś odzyskał? Tu wygodniej. Tu na śmierć oczekiwać łatwiej.

Imperator – Wszystko w ręku Boga.

Scena 3

Sala klasztorna.

W szczycie wielki obraz Koła, w nim kwadrat, w nim trójkąt. Bardzo ostre kolory. Ma to być swego rodzaju symbol religijny, lecz mimo prostoty, kiczowaty w wyrazie. Przodem do sceny za stołem trzech zakonników. To sędziowie, wśród nich – w środku – Imperator, główny sędzia. Przed nimi z jednej strony oskarżony i jego obrońca z przeciwnej oskarżyciel. Z boku stoi jeszcze trzech innych zakonników.

Imperator – Zebraliśmy się tu, by zbrodnię sądzić. Zgodnie z naszym prawem oskarżony ma obrońcę. Zarzuty prokurator stawiać będzie.

Mnich A, Prokurator – Wysoki Sądzie. Zebraliśmy się tu, by zbrodnię osądzić. Zbrodnie największą. Jeden z nas, drugiemu życie zabrał. Zabrał to, co najważniejsze. Czemu to uczynił? Czy w obronie prawa? Nie. W obronie swej rodziny? Również nie. Zresztą nie ma takich uzasadnień, które odebranie życia usprawiedliwić mogą. Chcę tu jednak to podkreślić, że ten zbrodniarz w zwykłym sporze to uczynił. Mało tego, w sporze, w którym on był winien. Oszukiwał w kartach, później oszukiwanego zabił, by oszustwo ukryć. Zbrodnia to straszliwa. Kara jedna być powinna. Życie za życie. O to wnoszę.

Mnich B, Obrońca – Któż z nas, wcześniej, w wojnach nie uczestniczył? Kto nie musiał wroga zabić?

Mnich A, Prokurator – Lecz sam mówisz, wroga!

Mnich B, Obrońca – Nie przerywaj teraz, proszę. Swój czas przed chwilą miałeś… Powiesz swoje, gdy ja skończę… Jak mówiłem, każdy z nas w wojnach uczestniczyć musiał. Śmierć nam spowszedniała. Strach przed zdradą był powszechny… Wojna zmieniła nasz świat wartości. Teraz pokój jest, to prawda, ale o przeszłości nie zapomina się zbyt łatwo… Nim inne wartości zaczniemy cenić, to pokolenia muszą minąć. Tak, życie jest wartością najwyższą. Lecz on – wskazuje na Mnicha IV  – w afekcie drugiego człowieka go pozbawił. Nie z premedytacji to uczynił. Do zbrodni się nie przygotowywał. Czy teraz my mamy za to na śmierć go skazać? Do barbarzyńskich reguł wracać? Oko za oko, ząb za ząb. Nie Bracia. Jeśli już, to niech w samotni teraz żyje. W celi pustej, aż skruchę okaże. Szansę poprawy mu darujmy.

Mnich Prokurator – Wysoki Sądzie. Jeszcze o słowo proszę.

Imperator – Mów.

Mnich Prokurator – Słowa. To tylko słowa. Że w afekcie? Może później zbrodniarz skruchę nam okaże? Jak mu jednak wierzyć? Toż to oszust przecież.

Imperator – O tym później. Nie wyprzedzaj sprawy, proszę…. Oskarżony. Teraz jego słowo. Czy przyznajesz się do winy?

Mnich E – Tak. Tak zabiłem, lecz w afekcie. On oszustwo mi zarzucił, a ja uczciwie grałem. Poniosło mnie. Przepraszam.

Mnich Prokurator – Oszukiwałeś przecież.

Mnich Obrońca – Nie o oszustwo, lecz o morderstwo się sprawa toczy.

Mnich Prokurator – Oszustwo było jedną z przyczyn zbrodni.

Mnich Obrońca – Tego nikt nie udowodnił.

Mnich Prokurator – Tego dowieść dziś już niepodobna, ale wszyscy wiedzą…

Mnich C, sędzia (z lewej strony Imperatora) – Nie można mówić wszyscy… ja nic o tym nie wiem.

Mnich E – Chciałbym dodać, że słabym człowiekiem jestem tylko. Wprawdzie stworzonym na podobieństwo Boga, ale.. Choć niektórzy mówią, że to człowiek stworzył Boga na swój obraz i podobieństwo.

Mnich C, Sędzia – Milcz Bracie. Bluźnisz tutaj.

Mnich Prokurator – O swojej duszy decydujesz tylko ty.

Imperator – Czyżby skazany też był obrazem Boga?

Mnich Prokurator – Więc, zbrodnia bez kary ma pozostać?

Imperator – Bez obawy osądzimy go… Jutro. Dziś oskarżonego do celi odprowadzić. Do Mnichów stojących przy wyjściu, wskazując Oskarżonego. Wyprowadzić.

Dwaj mnisi stojący z boku przy drzwiach podchodzą do Oskarżonego i wyprowadzają go z sali. Po ich wyjściu Mnisi Sędziowie wstają od stołu i podchodzą do Mnicha Obrońcy i Mnicha Prokuratora.

Mnich Prokurator – I co teraz zrobić? Musiałeś o zbrodni w afekcie wspominać. Zbrodnia to zbrodnia. Po cóż komplikować.

Mnich Obrońca – Życie jest wartością najwyższą. Nam zabierać go nie wolno.

Mnich Prokurator – Nie interesuje nas sprawiedliwość ludzka, ta została tam, za murami. My odpowiadamy tylko wobec Boga.

Imperator – Przecież nie możemy dopuścić, by dalej wśród nas przebywał. Nie możemy go też z Zakonu wygnać, gdyż, kto wie, co będzie tam… za murami o naszym życiu mówił?

Mnich C. Sędzia – On nasz spokój zakłócił, naraził na kontrole z zewnątrz…

Mnich Prokurator – Trudno też go ciągle w celi trzymać.

Mnich Oskarżyciel – Tak, nie pomyślałem o tym… I co teraz zrobić?

Imperator – Myślę… Tak… uważam, że na śmierć za czyn swój zasłużył… Tak, teraz sobie przypominam: „Kto przelewa krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego”

Mnich Obrońca – Jak go jednak teraz skazać?

Mnich Prokurator – Wola nasza najważniejsza… Myślę, a patrząc na was widzę… że i wy też tak teraz sądzicie… że na śmierć zasłużył. Może… może truciznę mu do posiłku podać.

Mnich Obrońca – To już nie czy, lecz jak to zrobić, rozważasz?

Mnich C, Sędzia – Czyżbyś w pierwszej kwestii inaczej sądził?

Mnich Obrońca – Nie, ja o karę śmierci wnosiłem, ale…

Imperator – Dość dyskusji…. Dobra rada. Wyrok zapadł. Do Mnicha B. Ty posiłek mu zaniesiesz.

Mnich Prokurator – Cóż to znaczy, jedno życie?

Mnich Obrońca – Bóg dał, Bóg wziął.

Imperator – Bóg tak chciał.

Mnich Prokurator – I po sprawie. Widać, taka była wola Boga. Bywajcie. Wychodzi.

Mnich Obrońca – I ja już pójdę. Z Bogiem. Wychodzi.

Imperator – Wszyscy Boga tu wzywamy, ale czy nie nasz interes był dziś w decyzjach naszych sprawą najważniejszą? Czy…

Mnich Prokurator – Czyżbyś teraz zmienił zdanie..?

Imperator – Nie, nie to… Moim zdaniem zbrodniarz ten na śmierć zasłużył.

Mnich Obrońca – Ja szukam prawdy, prawdy o człowieku, a przecież wiem, że nie ma jednej prawdy. Nawet kłamstwo, którym się posługujemy może być użyte przez nas w dobrych intencjach. Czy jednak wówczas nie stawiamy się wyżej od drugiego człowieka?

Mnich Prokurator – Myśli twoje zbyt zawiłe. Ja życie znacznie prościej biorę, zresztą wszystko z woli Boga.

 Mnich Obrońca – Czemu Boga w to mieszamy? To nie Bóg decyzję podjął, lecz my. Czemu za nim się chowamy?

Imperator – Miesza Prokurator, nie mieszamy, powiedz. Ja za decyzje swoje przed sobą odpowiadam… W Boga jednak wierzę, bo skoro można wierzyć lub nie wierzyć lepiej wierzyć. Ryzyko mniejsze.

Mnich Prokurator – Butny ciągle jesteś. W twoich słowach twój egoizm widzę. Dziś na śmierć zbrodniarza pospolitego skazaliśmy. A twe zbrodnie? Naruszyłeś, tak jak przed tobą i po tobie pewnie robić będzie wielu, naruszyłeś prawo natury wielokrotnie. Pokaż mi zwierzę, które by swego pobratymca zabić chciało. Pokonać przeciwnika, okazać siłę, bronić swego terytorium dla siebie i rodziny to rzecz zrozumiała. Ty jednak chciałeś, niczym Bóg, wszystkimi rządzić. Przeciwników swej idei likwidować, innych, tych którzy mogli tylko twej ambicji służy z łatwością pozbawiałeś życia. By zastraszyć, by przerazić. Za nic wszelkie prawa miałeś i zwyczaje już przyjęte.

Imperator – Ład w świecie zaprowadzić chciałem.

Mnich Prokurator – Nie kłam. Władzy chciałeś. Twym celem była tylko twa ambicja.

Imperator – Widać Bóg tak chciał. Wszystko z woli Boga. Zresztą nie ty mnie sadzić będziesz.

Mnich Prokurator – Nie ja… Masz rację… Zostań z Bogiem dzisiaj. Wychodzi.

Imperator zostaje sam.

Scena 4

W celi.

Władca leży na łożu, jest ciężko chory. Odwiedza go inny mnich, który traktuje go jednak bardzo niechętne.

Mnich A – Jeszcze żyjesz?

Imperator – Sam się dziwię, żyć już nie chcę… Wskazując w górę. Tam u Boga moje miejsce.

Mnich A – Ciężarem tylko jesteś dla nas. Tak bardzo wierzysz teraz w Boga, a może ten twój Bóg tak cię karze? Myślisz, że jesteś lepszy od nas? Drażniło cię nasze umiłowanie życia, rozkoszy, ale nie dlatego, żeś naprawdę wierzył. Nie, to tylko twój egoizm. Dotknięty chorobą nie mogłeś w naszych uciechach uczestniczyć… tak to tylko twoja zawiść kazała ci nas potępiać.

Imperator – Grzeszniście tu wszyscy.

Mnich A – Tak jak i ty śmiertelni. Czyś o swych grzechach już zapomniał? O zbrodniach, któreś sam popełnił lub o tych, które z woli twojej popełniono. Póki mogłeś żyłeś w grzechu.

Imperator – Pokój w świecie chciałem zaprowadzić.

Mnich A – Cha, cha, cha. Nie rozśmieszaj mnie, bo skręcę się ze śmiechu. Pokój? Wojną do pokoju zmierzać!? Przestań kłamać w końcu. Nie dla innych wojny prowadziłeś, nie dla innych zbrodnie popełniałeś. Nie dla innych..? Przestań kłamać.  Jak większością z nas i tobą wciąż kierował tylko twój egoizm. To twa pycha pchała cię do niemożliwego. Chciałeś być panem świata, teraz chcesz być pierwszym w wierze… Jesteś tylko jednym z nas. Małych ludzi. Jeśli nawet jest twój Bóg, to dla niego jesteśmy równi. To pamiętaj.

Do celi wchodzi Mnich B.

Mnich B – O czym rozprawiacie.

Imperator – On egoizm mi zarzuca. Że dla siebie tylko imperium chciałem tworzyć.

Mnich A – Teraz też uważasz, żeś jest lepszy.

Imperator – W świecie ład wprowadzić chciałem.

Mnich B – Królestwo Boga jest nie z tego świata. Dobry świat na ziemi jest niemożliwy.

Imperator – Litości, współczucia nie zaznałem.

Mnich A – Litość? Współczucie? Nie bracie, bo nie władco, nie książę nawet, lecz człowieku zwykły. Taki jak i ja – mały człowiek, co przez życie przejść próbuje. Ja współczuć nie potrafię, za dużo zła widziałem. Kto współczuł mordowanym i gwałconym w zdobytych z twojej woli, miastach? Kto dziś pamięta o wsiach spalonych? O rozboju, mordach, gwałtach, do których w czasie wojen i zaraz po nich doszło. O nich nie zapomnij.

Imperator – Nawet o zwykłych rozbójników mnie obwiniasz?

Mnich A – A kto do armii ich powołał? Kto beztrosko później rozpuścił nie dbając o ludzi bezpieczeństwo. Wszak chaosu chciałeś rzekomo uniknąć, a nie samej władzy? Bóg jest. Lecz nie wasz, jak twierdzisz. Nie wasz, władców. Wobec niego wszyscy równi. Śmierć dowodzi to najjaśniej. „Got mit uns” jeden z wodzów krzyczał, na sztandarach inni symbole swych wiar mieli. Koło, Kwadrat, Trójkąt, zawsze ktoś znajdzie ideę, w imię której będzie wiódł na śmierć innych. Bardziej precyzyjnie, idee, za które się chowają… Śmieszni, mali, pełni pychy. Mnichem jestem tylko, to nie moja, lecz jakiegoś mędrca maksyma „dla każdego śmiertelnego największy wróg to pycha jego”. Jest Bóg. Choć i ja, przed chwilą nawet, miałem w tej sprawie wątpliwości. Jest,  i jest jeden. Jest, bo jak inaczej wytłumaczyć to, co losem zwiemy. Przeznaczenie, pamięć!  Widzę, że na rozmowę z tobą czasu szkoda. Zostań w ułudzie swej wielkości.  Podchodzi do drzwi.

Imperator – Wychodzisz? Zostań jeszcze, proszę.

Mnich A Wychodzi.

Mnich B – Już czas. Czas dla mnie i dla ciebie. Każdy z nas prędzej czy później sam z nią, ze śmiercią, sam zostaje. Bywaj.

Mnich B wychodzi.

Imperator – Czy umieram? Jak wygląda śmierć? Jaki sens miały me działania, moje ambicje? Życie nie jest snem. Świat wokół nas nie jest sceną. Tu kolejnego przedstawienia już nie będzie. Po cóż zresztą po raz drugi grać tę samą rolę, jeśli widownia się nie zmienia?  Nie mamy drugiej szansy i mieć jej nie będziemy. Jeśli źle wybierzemy, po prostu coś straciliśmy… Życie mamy tylko jedno. Czy je zmarnowałem? Często rządzi przypadek. Co dobrego zrobiłem dla innych? Kto będzie pamiętał o mnie, o mym poświeceniu? Czy mam umrzeć w zapomnieniu? Aleksander zwany Wielkim, cóż wiemy o życiu jego? Zapomniane lekcje historii. Inni zdobywcy? Dlaczego tak krótko żyli? Ilu przeklinało ich za życia, ilu na nich klnie po ich śmierci? Pan odebrał mi już wszystko, w swym okrucieństwie jednak pamięć mi zostawił. Nikt z nas nie jest w stanie zaplanować jaki go kres czeka.

Do celi wchodzi Błazen (ubrany w garnitur).

Błazen – Panie!

Imperator – Ciszej, proszę.

Błazen – Panie. Właśnie dziś do boju dojdzie. Armia syna i szwagra twego naprzeciwko stoją.

Imperator – Widać tak być miało.

Błazen – Panie, to nie wszystko. Ludzie mówią, że gubernator Alandii sojuszników szuka, że coś knuje i na wynik walki w twej rodzinie czeka.

Imperator – Cóż ja dzisiaj mogę? Wstaje z łoża, staje na jednej nodze i przyjmuje postać ptaka. Cóż ja mogę? Błaznem tylko jestem.  Upada na łoże.

Błazen wychodzi. Do celi wchodzą Techniczni, wnosząc bidemejerowską sofę. Imperator wstaje z łoża, zdejmuje strój zakonnika i przewiesza go przez krzesło. Zostaje we współczesnych, dżinsowych spodniach i koszuli. Jeden z technicznych zabiera krzesło z zawieszonym na nim strojem.

Imperator – Do siebie. Nie wiem. Dziś też wciąż nie wiem, ile lat mi przyjdzie jeszcze żyć? I po co żyłem? Nie znalazłem sensu. Me ambicje? Cóż one znaczą dzisiaj? Nic już nie wiem… Już? Dlaczego już? Czy wiedziałem kiedyś? Czy wiedzieć będą inni?    Kładzie się na sofie i zasypia.

Techniczni patrzą na niego chwilę, machają ręką i wychodzą. Światło przygasa.

                                                                              Piotr Kotlarz, Gdańsk 2011

 

Obraz wyróżniający: Karykatura Cecila Rhodesa, brytyjskiego polityka i kolonializatora Afryki, Autorstwa Edward Linley Sambourne (1844–1910) – Punch and Exploring History 1400-1900: An anthology of primary sources, p. 401 by Rachel C. Gibbons, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1765203