Gaja / Justyna Luszyńska

0
575

Fale obmywały ten brzeg bez wytchnienia przez setki tysięcy lat. Gdy przychodziła na plażę i siadała tuż przy linii wody, pozwalając, aby obmywała i ją, starała się wierzyć, że jest jak ten stary ląd, mimo że gdzieś z tyłu głowy majaczyła myśl o tym, że setki tysięcy lat temu wszystko wyglądało inaczej. Pewnie nawet ten brzeg.

Jeśli jest się jednak istotą jak kruchą, jak człowiek, niedziwne, że pragnie się choćby raz odetchnąć nieśmiertelnością. Ukrywała dłonie w grząskim piachu, pozwalała słonej wodzie zatapiać je głębiej, a gdy wyciągała je wreszcie na powierzchnię, pomiędzy palcami zawsze ściskała któryś z kamieni, nierzadko zielone szkiełko, pozbawione swoich ostrych krańców. Złagodzone przez naturę do granic możliwości.

Natura łagodzi bowiem wszystko. Nie radzi sobie tylko z człowiekiem.

Gaja oblizała popękane wargi i pozwoliła wiatrom poplątać długie siwe włosy. Niebo różowiało nad jej głową, gryząc się z pomarańczą i błękitem. Słońce wyłaniało się leniwie zza horyzontu. Dzień się budził. Kolejny dzień jej długiego życia.

Ile mogła mieć wiosen? Osiemdziesiąt? Siedemdziesiąt sześć? A może zaledwie dwadzieścia dwie, tylko czas jej się dłużył? Pewnie gdyby nie zgubiła trzynaście lat temu portfela, wiedziałaby. On jednak przepadł, a wraz z nim jej tożsamość. Z początku wydawało jej się, że będzie jej potrzebny, ale koniec końców świetnie sobie bez niego radziła. Nie brała kredytów, nie posiadała konta w banku, a nawet adresu. Mieszkała tam, gdzie akurat dotarła.

Czasem policja ją zatrzymywała, ale nigdy nie domagali się dokumentów. Ilekroć opowiadała o tym spotkanym wędrowcom, dziwili jej się. „Nie chcieli od ciebie dokumentów?”, dopytywali. „Niemożliwe”.

Niemożliwe stało jej się w którymś momencie bliskie.

Podniosła niemal przezroczysty, pomarańczowy kamyk na wysokość oczu i zmrużyła powieki. Czy to bursztyn? Swojego czasu znajdywała mnóstwo bursztynów. Zbierała je i szykowała z nich naszyjniki. Sprzedawała kobietom spotkanym w drodze za mleko i kawałek chleba. Czasem za warzywa lub owoce. Rzadziej za kilka minut rozmowy.

Wtedy uważała ludzi za niezwykłych. Teraz bursztynów było już coraz mniej.

Objęła kolana ramionami i nabrała rześkiej bryzy do płuc. Jasne włoski na jej odkrytych ramionach stały na baczność, a przez kręgosłup co i raz przebiegał złośliwy dreszcz. Nie nakryła się jednak. Pozwalała, żeby zimne powietrze przedarło się przez cienką warstwę bawełnianej koszulki. Być może kusiła los. Sprawdzała go, czy po tylu latach jednak pozwoli jej zmarnieć przez jakieś choróbsko. Niejednokrotnie już niedomagała. Przez katar, zapalenie oskrzeli, biegunkę i rumień wielopostaciowy. Przerobiła już hiszpankę, nowotwory i zawały. Anginę i wojnę.

I nadal trwała.

Podniosła się i obyła ręce w wodzie. Stopy marzły, zatopione w zimnych ziarenkach piasku. Stąpała powoli ku wyjściu z plaży, starając się na zbyt długo nie zatrzymywać wzroku na porzuconych puszkach, papierkach po lodach i zbitych brązowych butelkach. Na ich widok zaciskała tylko mocniej usta i mieliła językiem, na który cisnęły się okropieństwa. Ile by nie powiedziała, i tak nigdzie to nie trafiało. Z jednej strony się złościła, a z drugiej przychodziła na plażę po zmroku, zupełnie pijana i bezmyślnie porzucała w tym miejscu śmieci. Kilka z tych butelek to jej własna zasługa. Nigdy ich nie sprzątnęła.

Taka była.

Nie założyła sandałów, chociaż plażę zastąpiła leśna ścieżka, wyłożona ostrymi igłami. Jej stopy przeszły już tyle, że twarda skóra stała się odporna na bose wycieczki. Zamiast skierować się prosto do swojego domu, skręciła przedwcześnie w ledwie widoczną dróżkę biegnącą pomiędzy gęstymi krzakami. Wiele lat wcześniej prowadziła do lasu, w którym pewnej nocy spotkała wilka. Patrzyli sobie w oczy sekundy… a może lata. Potem pobiegł w swoją stronę. Ona odeszła w swoją. Wolno im było istnieć obok siebie.

Stanęła na skraju drogi i zlustrowała królestwo szpetnych pniaków. Ucięte niemal tuż przy gruncie dęby, buki i grabie. Niegdyś rozłożyste, potężne i soczyście zielone. Dziś umarłe, wykorzystane bez grama podziękowania, i zapomniane. Gdzie teraz mieszkał ten wilk? Czy zdążył szczęśliwie umrzeć, zanim odebrano mu jego dom? Wolała, by nie musiał na to patrzeć.

Przychodziła w to miejsce za każdym razem, gdy tylko znajdowała się w pobliżu. To mogła być forma masochizmu. Patrzcie, co zrobiłam. Zabiłam tyle istnień. Własnymi rękoma.

Wyciągnęła je przed siebie i zawróciła, nie odwracając spojrzenia od powyginanych przez upływ czasu palców. Tyle mogła zrobić – zawrócić. Jednak żaden krok wstecz niczego nie zmieniał. Czas się nie cofał. Pędził dalej niestrudzenie, wskazując, że żadne wypowiedziane słowo nie rozpłynie się w powietrzu i żadne działanie nie uchroni przed konsekwencją.

W drodze do domu minęła jeszcze dwa rozjechane jeże. To miejsce stanowiło ich bezpieczny azyl, dopóki ktoś nie wykupił tych ziem i nie postanowił wybudować fabryki styropianu. Styropian jest bardziej potrzebny ludziom niż jeże. Kiwnęła do siebie głową. To prawda. Jeżami nikt nie ociepli domu.

Weszła do jak zwykle niezamkniętej przyczepy i zdębiała w wejściu. Ktoś tu był. Porozrzucał jej rzeczy, pewnie szukał drogocenności. Westchnęła. Czy coś znalazł? Będzie musiała teraz posprzątać ten bałagan.

Sięgnęła po ubrania. Wcisnęła je z powrotem do szafek, wraz ze starymi tomikami wierszy, muszelkami zebranymi na wieczornych spacerach i zużytymi strzykawkami. Ustawiła z powrotem poprzewracane obrazki i szybko odmówiła pacierz do każdego z bogów, który został na nich namalowany. Dobrze, że znała wiele języków. To ułatwiało sprawę.

Wyciągnęła z kieszeni zawiniątko, wysypała biały proszek na stół i zwinęła podarty banknot w rurkę. Nos ją zapiekł, ale i tak się do siebie uśmiechnęła. Pozostałości proszku zebrała na palec i wmasowała w dziąsła.

Następnie zadzwoniła do córki. Porozmawiała z wnukami, dowiedziała się, jak minął im weekend i co planują robić w kolejnym tygodniu. Upewniła się, że córka, jak co miesiąc, przelała odpowiednią sumę pieniędzy na szczytny cel. Zostawiła jej dostęp do swoich oszczędności, żeby móc cały czas robić coś dobrego. Chciała czuć się potrzebna. Świadomość, że jest na tym świecie ktoś, kto jej jeszcze potrzebuje, pomagała jej kolanom rozprostowywać się każdego poranka. W tym wieku kości potrzebowały mnóstwa czasu, by się rozgrzać.

Zjadła śniadanie i namalowała obraz. Kochano jej sztukę. Doszukiwano się w niej magii, talentu i przekazów. Gaja wierzyła, że jeśli coś mogłoby przybliżyć człowieka do boskości, to tylko twórczość.

Jednak każdy wie, że ludziom nie wolno zbliżać się do boskości.

Dlatego sięgnęła broń i wyszła na polowanie. Zabiła szarego zająca, udało jej się strzelić w zbijającą się do lotu rybitwę. Tym razem nie znalazła dzika.

Wszystkie zwierzęta zostawiła tam, gdzie padły. I tak nie jadała mięsa. Zabijała, bo to była jej pasja.

Wieczorem, gdy niebo poszarzało, a słońce zebrało się do odejścia, udała się na plażę.

Fale obmywały ten brzeg bez wytchnienia przez setki tysięcy lat. Gdy przychodziła w to miejsce i siadała tuż przy linii wody, pozwalając, aby obmywała i ją, starała się wierzyć, że jest jak ten stary ląd, mimo że gdzieś z tyłu głowy majaczyła myśl o tym, że setki tysięcy lat temu wszystko wyglądało inaczej. Pewnie nawet ten brzeg.

Tym razem jednak nie doczekała zachodu słońca. Tuż obok niej usiadła istota w czarnej szacie. Woda podtopiła strzępy kruczej tkaniny.

Przez tyle lat Gaja pragnęła choćby odetchnąć nieśmiertelnością, a tym razem nieśmiertelność przyszła prosto do niej.

Kobieta chwyciła jej kościste palce i porwała ją do tańca. Tańczyła z nią, w akompaniamencie fal uderzających o brzeg, przez wiele godzin, pozwalając słońcu odejść, a nocy przyjść, dopóki zmęczona Śmierć nie wyrwała dłoni z uścisku i nie wysapała:

– Kimże jesteś, że tak cieszysz się z mojego przybycia?

Gaja położyła rękę na sercu i ukłoniła się nisko.

– Jestem Ludzkością – rzekła. – Nie wyobrażasz sobie, od jak wielu lat robiłam wszystko, żebyś wreszcie mnie stąd zabrała.

                                                                    Justyna Luszyńska

 

Obraz wyróżniający: pexels-symeon-ekizoglou-2880718 (1)