Dom / Piotr Kotlarz

0
329

Budzik postawiłem stanowczo za blisko. Drażni mnie jego cykanie, ale przecież jutro muszę wstać jak zwykle o siódmej, muszę jak zawsze zdążyć do pracy. Chętnie odsunąłbym go nieco dalej, niechby tam mierzył czas, który i bez niego płynie za szybko, ale czy wtedy się obudzę?

O szesnastej wyruszyliśmy z Zygmuntem do Rumii. Siedzieliśmy z tyłu, droga uciekała za nami. Żuk pędził, trzymałem kciuki, by nie zatrzymał nas żaden patrol. Chciałem być jak najszybciej w domu, Zygmunt też się śpieszył. Bronka tego dnia podobno zatrzymali aż cztery razy. Magiczna suma cztery – ani za dużo, ani za mało. Pewnie ze dwa dodał sobie jak zwykle. Mieliśmy szczęście. Zygmunt przemarzł, mimo to dziwił się, że zajechaliśmy tak szybko. Niecała godzina jazdy, a minęliśmy grubo ponad czterdzieści patroli. Za każdym razem, gdy kolejny patrol znikał za nami spoglądaliśmy na siebie z Zygmuntem porozumiewawczo – mieliśmy szczęście.

Od tygodnia krążyły jakieś plotki, nikt nie wiedział dokładnie: Co? Gdzie? Kto? Każdemu wydawało się, że wie dlaczego? Zmienimy to. Pokażemy im. Każdemu wydaje się, że wygłaszając takie proroctwa robi wielkie rzeczy, zmienia świat. Musiałem przestawić szafę. Pomożesz?  Prosiłem kolegę w pracy: „Daj spokój, teraz? Teraz, gdy dzieją się tak ważne rzeczy, tak ważne sprawy. Zenek! Zenek skocz po wódkę.”

Cholerny budzik, Tik-tak, tik-tak. Do diabła, nie mogę spać. Och, jakże chętnie wyrzuciłbym go przez okno.

Jechaliśmy z Zygmuntem po lodówkę. Udało mi się ją kupić jeszcze w grudniu, po starych cenach. Miałem szczęście. Miałem szczęście, a teraz musieliśmy ładować ją na samochód. Załadowaliśmy, później jeszcze wpadliśmy na chwilę do ciotki, by podziękować jej za pomoc przy zakupie i już wracaliśmy z powrotem. Tym razem siedziałem z przodu. Zygmunt pozostał z tyłu z tym, że teraz nie widział już drogi. Zasłaniała ją lodówka. Wracając mieliśmy znacznie mniej szczęścia. Przy wyjeździe z Gdyni patrol, kontrola dokumentów, później na wysokości Oliwy drugi. Ci sprawdzali nawet rachunek za lodówkę. Zygmunt podpadł im odrobinę.

– Co to za mężczyzna jedzie z tyłu?

– Kolega. Pomaga mi.

– Ach… Hm… Tak…

Mruczeli coś pod nosem, sprawdzili światła w samochodzie, jeszcze raz przejrzeli dokumenty, oddali i odeszli nawet nie machnąwszy ręką. Pojechaliśmy, w piętnaście minut później byliśmy już w domu. Kierowca pomógł nam przenieść lodówkę aż do windy. Zapłaciłem i dalej musieliśmy męczyć się już sami. Wnieśliśmy ją do kuchni, postawiliśmy na podłodze i znów kłopot… Czekało nas sporo pracy. Nie bardzo wiedzieliśmy, jak to poprzestawiać. Tu szafa, tam lodówka, a może przestawić stół? Nie miałem ochoty się tym zajmować. Niech się martwi żona. Wróciła później niż zwykle. Przyszła pięć minut po ósmej. Otworzyły się drzwi, wpierw wjechał wózek z Robertem, następnie ona obładowana siatkami.

Cholera, najchętniej wyszedłbym na spacer. Dawno nie miałem takiej nocy. Robert śpi w drugim pokoju, Ala obok. Może ją obudzić? Nie można wychodzić, godzina milicyjna. Nie, niech śpi, miała męczący dzień. Jakie ciepło od niej bije, obudzę ją, może później łatwiej zasnę. Godzina milicyjna, przeklęte ograniczenia. O cóż tu chodzi? Zygmunt mówił coś o przemieszczeniach ludności, o zmianach struktur, nierównomiernym rozwoju różnych dziedzin gospodarki, wyciągał jakieś sprawy polityczne. Pieprzę to, czy muszę znać się na wszystkim? Chcę mieć swój dom i chcę móc wyjść na spacer o drugiej w nocy. „Stary, to tylko sytuacja przejściowa, nie możemy generalizować, powinieneś zrozumieć, nie bądź egoistą, trzeba przeczekać.” Trzeba, trzeba. Sytuacja przejściowa, a życie ucieka. „Przecież to życie” – twierdził dalej Zygmunt – „Jeszcze jedno jego oblicze, przecież inaczej umarłbyś z nudów.” Pieprzę to, chcę spokoju. „Jesteś konformistą” – krzyczał Jurek. A co on takiego robi? Chodzi i stęka, udaje pokrzywdzonego, jak i ja bierze pensję, stęka, lecz złamanego grosza, nie mówiąc o innych wartościach, nie poświęcił dla „swojej” sprawy. Czy zresztą wie jakiej? Nigdy nie wyraził jasno, o co mu chodzi? O co chodzi tym, których interesy chciałby reprezentować? Czy ktoś go o to prosił? Chcą żyć inaczej. Inaczej? Czyli jak? Uczciwiej? Demagog, każdy argument można odwrócić. Całe szczęście, że mam lodówkę.

Tik-tak, tik-tak. Cholerny budzik.

Ala ledwie przyszła, od razu zaczęła rządzić. Przestawialiśmy z Zygmuntem meble tak, jak chciała, a ona wciąż była niezadowolona. „Tak będzie lepiej. Nie, przecież mówiłam ci, że postawimy ją przy oknie. Przesuń wreszcie tę szafę.” Rozgardiasz coraz większy. Podobnie było rok temu, gdy tylko wprowadziliśmy się do tego mieszkania. Przez pierwsze dwa dni musiałem sprzątać po murarzach, elektrykach i malarzach. Każda z tych ekip  pozostawiła po sobie coś zbabranego. Później zwoziliśmy i ustawialiśmy meble. Nic nie chciało pasować. Meble się zdobywało, trudno więc było dobrać jedne do drugich. Ala wciąż zmieniała decyzje. Tu będzie szafa, tu łóżeczko Roberta, tu szafka na zabawki. Nie, lepiej postawmy szafę tam, tu postawimy stół. Pamiętam jak zdenerwowała mnie rysa w segmencie. Powstała w trakcie wnoszenia. Uważałem, że jak na tak dużą przeprowadzkę, to i tak niewielka strata, niemniej jednak drażniło mnie to dość długo. Często podchodziłem do segmentu, śliniłem palec i gładziłem zadrapane miejsce. Do dziś Robert poczynił znacznie większe szkody, wspomnianej szramy już prawie nie widać pośród najrozmaitszych rys i zadrapań, lecz – pamiętając o tamtym wypadku – znacznie ostrożniej z Zygmuntem przestawialiśmy szafki, by wreszcie znaleźć odpowiednie miejsce dla lodówki. Ala wciąż gderała. „Przecież ten fotel się tu nie zmieści. Już dobrze, tylko co zrobimy z tym fotelem? Nie ma innego wyjścia, przenieście go do tamtego pokoju.” Gdybym wiedział, że tak będzie, nie czekałbym na jej powrót, tylko od razu sam bym wszystko poustawiał. Zresztą było, minęło. Teraz już po wszystkim. Chyba jednak ją obudzę. Podnieciłem się. Ala nie bardzo lubi, gdy budzę ją w środku nocy, zresztą wieczorem mówiła, że jest bardzo zmęczona. Co za piekielna noc.

Zygmunt wyszedł o dziesiątej. Chyba zdążył wrócić do domu jeszcze przed godziną milicyjną. O ile wrócił do domu? Nie wiem, lecz nie potrafiłbym tak jak on uganiać się za babami. Ileż on robi skoków w bok? Że też Baśka mu wszystko wybacza? Bo przecież niemożliwe, by o niczym nie wiedziała. Baśka to wspaniała kobieta. Czego ten Zygmunt szuka. Jeśli będzie u nich tak dalej, to w końcu rozwali swój dom, a mają dwójkę dzieci. Dom, ileż marzeń z nim wiązałem. Właściwie mam wszystko. Żona, Robert śpi w sąsiednim pokoju. Zdobyliśmy jako takie meble, pralkę automatyczną, właściwie mamy wszystko to, co potrzebne jest w domu, a przy tym mam jako taką pracę. Nie wiem, może gdzieś jest lepiej, ale u nas wielu nawet nie ma tego co ja. Jakoś to będzie. Muszę zasnąć. Muszę.

– Alu…

– Śpij.

– Alu, nie mogę zasnąć, chcę ciebie. Alu…

– Śpij, proszę cię. Jestem zmęczona.

– Przepraszam, jestem egoistą. Śpij, już cię nie obudzę. Przepraszam.

Niepotrzebnie ją budziłem. Wiedziałem, że będzie się złościć. Miała dziś rzeczywiście ciężki dzień. Przecież jest koniec miesiąca, muszą robić bilans. Nic to, spróbuję zasnąć.

– Śpij Alu, kocham cię.

                                             Piotr Kotlarz

Obraz wyróżniający: FSC Żuk A-07 – tył pojazdu. Autorstwa Ludek – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=859065