Afordancjalne doświadczenie istotności człowieka / Maja Myślińska

0
13
Rainer Maria Rilke i Lou Andreas-Salomé w Rosji (1900). Domena publiczna.

 

Uczę się patrzeć. Nie wiem, dlaczego wszystko głębiej wchodzi we mnie, a nie zatrzymuje się w tym miejscu, gdzie się dawniej zawsze kończyło. Posiadam wnętrze, o którym nie wiedziałem. Wszystko tam teraz wchodzi. Nie wiem, co się tam dzieje   

                     Rilke, Malte. Pamiętniki Malte-Lauridsa Brigge, tłum. Witold Hulewicz

Jako istoty wybitnie ciekawskie zastanawiamy się nad naszym miejscem w świecie. Tak często zdarza nam się przeceniać swoją rolę, jakbyśmy na opak rozumieli sygnały płynące ze środowiska. Nie myślimy więc o obrocie ziemi wokół słońca, ponieważ to my przyjęliśmy formę nietzscheańskiej ziemi. Wydaje nam się, że stanowimy sedno wszechświata, że ustawiliśmy sobie wszystkie formy życia pod nas samych. Słusznie, bynajmniej.
Próbujemy negować granice naszego świata, granice naszego postrzegania i granice tego, co uznajemy za “nasze dobro”. Egoiści w czystej postaci, choć egoizm nigdy nie wybrzmi z naszych ust. Boimy się tego słowa. Boimy się znaczenia, jakie niesie ze sobą, ponieważ uważamy się za osoby zdolne do największych poświęceń. Zdaje nam się postrzegać siebie samych za podpałki iskrzące się za miłość. Miłość do pieniędzy? Miłość do zdrad? Miłość do awersji?
Brakuje nam w siebie samych nas samych – brakuje w nas samoświadomości i rygoru umysłowego. Kiedy ta iskra tląca się jeszcze siarczystym błyskiem do nas przemówi, zaczniemy się uczyć patrzenia.
Nie “uczę się patrzeć” na nowo, choć wiem, że nie stanowię sedna – nie jestem fundamentem. Stanowię raczej mikrocentrum dla swojej własnej egzystencji i dla swoich czterech ścian. Nie jestem antidotum na ból współczesności. Nie jestem kompetentną osobą, by zwać się epicentrum przyrody. “Nie wiem [więc], dlaczego wszystko głębiej wchodzi we mnie” – nie wiem, czy to bodźce zmysłowe, czy wytwór mojej wyobraźni. Entropia poznawcza, którą przedstawia Rilke, wynika z nadmiaru informacji, które dostaje. Jaką jednak mamy pewność co do pochodzenia bodźców i czy możemy być pewni co do ich pojawienia się?
Kiedy staramy się odpowiadać na to pytanie, zapominamy, że naszą podstawą nie jest wychwycenie funkcji lub pewnych powtarzalnych trendów w doświadczaniu bodźców, co raczej ustalenie ontologicznej pierwotności i epistemologicznej pewności. Tak bardzo zaciera się nam granica pomiędzy naszą bezwzględną pewnością epistemologiczną, a koniecznością poznania, przez co tracimy z oczu pewien sens. Znów zanurzamy się w przekonaniu o swoich przywilejach, a nie powinnościach. Przestajemy opierać się naszej naturze, ponieważ najłatwiej zrzucić odpowiedzialność na własne res cogitans. Jesteśmy ludźmi, więc uważamy, że absurdem byłoby się nie mylić.
Nasze tłumaczenie przypomina bełkot, gdyż używamy słów trudnych, absurdalnych, a nie znamy nawet ich znaczeń. Osadzamy je w starej logice, choć nasz świat nie przypomina tego, co się działo zaledwie kilka dekad temu. To, co zwykło utożsamiać się ze szczęściem, przestało nim być, a jednocześnie słowo “szczęście” konotuje nadal z silną potrzebą poczucia, że wszystko ma jakiś sens. Obecnie raczej nie mówimy o – par excellence – szczęściu, co raczej o pewnej funkcjonalności wynikającej z zaspokajania podstawowych ludzkich potrzeb. Co więcej, mylimy “moje” z dobrem wspólnym, mylimy wyjątek z codziennością. Robimy to jednak świadomie, ponieważ doskonale zdajemy sobie sprawę, że przesadzamy, a nasze własne wyobrażenie nie pokrywa się z uświadomionym modelem rzeczywistości. Podświadomie chcemy się zmienić. Uświadamiamy więc sobie, że wystarczy przeżyć katharsis, by się oczyścić z “całego zła”, zaś jedynym sposobem jest doświadczenie całej naszej “natury”. Niezupełnie.
Możemy przeżyć katharsis i odczłowieczyć się z całego negatywnego człowieczeństwa, ale nie tylko to jest istotne. Nawet wzbudzając w sobie epistemologiczną konieczność i chęć poznania innych paradygmatów, a nie tylko podążając za od wieków obecnym antropocenem, nie byłoby łatwiej, wręcz przeciwnie. Zostalibyśmy uwięzieni bez nadziei na zbudowanie nowego, lepszego społeczeństwa na wzór marksistowskiej koncepcji, ze świadomością konieczności utworzenia nowych zasad i reguł, na których mielibyśmy funkcjonować. Zupełnie tak, jakbyśmy mieli na nowo stworzyć słońce, wokół którego nasza ziemia mogłaby się poruszać. Dokonalibyśmy zapewne jakiegoś przełomu, pozbylibyśmy się kajdanek przeszłości, które nas tak bardzo oplotły swoją bezwzględnością. Być może wystarczy tylko pozwolić sobie je zdjąć?
Nie wiem. “Nie wiem, dlaczego wszystko głębiej wchodzi we mnie, a nie zatrzymuje się w tym miejscu”. Nie wiem, czy moje myśli mają rację bytu, czy są afordancjalną reminiscencją tego, czego mogę potencjalnie doświadczyć. Zdaje się nam, ludziom, popadanie w sentyment za nowością, której nie znamy. Za tym, co nie znajduje się w naszym aparacie pojęciowym, ponieważ jest zbyt nowe, zbyt osobliwe, dziwne.
Nie wiem, czy jesteśmy w stanie pojąć lub dopuścić do własnej tożsamości istnienia innych możliwych nurtów. Czy jesteśmy gotowi wyjść z tego, co tyle lat nam służyło? Czy nie staniemy się ofiarami własnego myślenia? Malte niejako staje się swego rodzaju ofiarą – widzi, że coś jest “nie tak”, że przekracza to jego możliwości poznawcze, przestaje być twardym fundamentem i staje się dość płynną rzeczywistością, w której na nowo trzeba się odnaleźć. “Nie zatrzymuje się w tym samym miejscu, gdzie się dawniej zawsze kończyło”, ponieważ wydziela nową estetyczną wartość epistemologiczną. Przekracza zdolności, które także nie znajdują odzwierciedlenia w języku. Chcą być nazwane, ale skoro język wyznacza granice naszej rzeczywistości, staje się to epistemologicznie niedostępne. Wówczas katharsis jest niewystarczające.
Uciekanie w katarktyczne przeżywanie bodźców jest jedynie początkiem procesu. Potrzeba jednak czegoś, co da poczucie pewnej stabilizacji, choć nie stabilności.
Stabilizacji poszukujemy w tym, co wydaje nam się z jednej strony najbardziej dostępne, zaś z drugiej paradoksalnie zmienne. Łatwiej nam zrozumieć siebie samych, kiedy widzimy te same zmiany u innych. Niekoniecznie musi to oznaczać obserwację bytów ludzkich, co raczej przyglądanie się naturze, zmianom, które w niej następują. To jej zmienność podsyca w nas ciekawość i pragnienie osiągnięcia pewnej bezwzględności.
Posiadam wnętrze, o którym nie wiedziałem” albo nie chciano posiadać tej wiedzy. Łatwiej nam jest zresztą nie zauważać pewnych procesów niż zacząć je nazywać. Język nie potrafi bowiem ukryć rozczarowania, niepewności, strachu, radości i kłamstw. Stwarza jedynie pozory ich nieobecności, ale samo z siebie otwiera również drzwi niedopowiedzenia. W naszym zaś geście leży zauważenie tego.
Być może antropocen nie służy nam do samodzielnego myślenia, a stwarza to, co Jose Ortega y Gasset zwykł nazywać tak zwaną masą – jednoliniową warstwą, która woli używać słowa “ok” zamiast “to do mnie nie przemawia”. Sięgnąwszy zaś do innych koniunkcji semantycznych, należałoby również stwierdzić, że brak odpowiedzi przybrał formę najbardziej skrystalizowanej odpowiedzi. Niekoniecznie nakazuje nam to pewien rygoryzm, co raczej pozwala nam odetchnąć – odciąć się od siebie samego i spróbować się zmierzyć
z własną podmiotowością.
Czy możemy zatem nazwać się res cogitans? Czy to określenie nie determinuje konieczności podejmowania ważnych decyzji? Res cogitans jednak nie zaczyna się od momentu racjonalnego, kartezjańskiego myślenia, co raczej od zrozumienia, że się mylimy. Nie potrafimy odróżnić podstawowych bytów od siebie, często mylnie wskazujemy na intencjonalność pewnych zachowań, wydaje nam się, że tworzymy sedno. Uparcie wierzymy w to, ponieważ tak trudno wyjść poza to myślenie. Tak trudno przyznać się do siebie i do swojego myślenia (nie myślenia in genere, a osobowościowego myślenia). Jesteśmy głęboko przekonani, że za pomocą iluzji transparentności stajemy się dla innych czytelni. Niewątpliwie tak nie jest. Nasze rozważania często podyktowane są dziwną potrzebą domknięcia i chęcią przedstawienia się z jak najlepszej strony. To nas motywuje, napawa optymizmem, który gaśnie w momencie pytania o istotność naszych rozważań.
Wydaje się jednak, że res cogitans może wynikać z determinizmu, który jest uwarunkowany biologicznie, ponieważ tracimy mniej energii na poczucie bycia zrozumianym, aniżeli przy zastanawianiu się, czy tak nie jest.
Warto więc zacząć się przygotowywać do płynności – nowoczesności, którą proponuje nam Baumann. Zapewne ciecz będzie nam służyła i kategorycznie odpędzi od nas myślenie o jakichkolwiek zmianach. Koniecznie należałoby się przytrzymać czegokolwiek – “nie spadamyż ustawicznie?” (Nietzsche, Wiedza radosna).       
                   Maja Myślińska