Wiersze / Zygmunt Wojdyło

0
501

Wiersze Zygmunta Wojdyły wybrałem z tomików „Transmisja późnej nocy”, oraz „W trapezach okien”, publikowanych w zbiorze „Do przodu, do tyłu, do słońca” wydanym nakładem GTPS w 2009 roku.

P.K.

 

Zygmunt Wojdyło

Szlabany

Szlabany zamknięte
stoimy i czekamy
za oknami oczu mkną myśli
polami grzechów
miastami pychy
ugorami dobrych uczynków
Poklepujemy się wzajemnie
odwracamy i patrzymy na siebie
w plecach tkwią noże niespełnienia
dopiero wtedy otwierają się szlabany
i można iść dalej

26.02. 1989

Piwnice

To tam były nasze rewolucje
dorastając snuliśmy plany przewrotu
dzieciństwa w dorosłość
w kącie ukradkiem
sikaliśmy pod murek
a swąd wypalonych petów
otwierał nam drzwi jutrzenki
piliśmy pierwsze cierpkie wino
jak bogowie na olimpie z gruzów
Marzyliśmy o sławie w papierowych hełmach
i drewnianych mieczach
Zdobywaliśmy Bastylie strachu
w takt granych melodii Beatlesów
na gitarach z samodziału
Szukaliśmy sposobu na wolność myślenia
co będzie jak się zestarzejemy – ale co tam…
Pewnego dnia umarła rówieśniczka HENIA
skończyłem wtedy z piwnicami
i przeniosłem się na parter

04.07.1992

Nad wysypiskiem płonie stado mew

Nad wysypiskiem płonie stado mew
i pasie się gromada żebraków
grzebią z nadzieją w oczach
wygłodniałe dzieci pisarzy
zwyrodniali politycy przemawiają
groźnie warczą psy
rzucają się na siebie
od czasu do czasu
Tylko naga prawda chodzi dumnie
przez pole śmierci
nikt jej nie widzi lub udaje
że nie zauważa
Nawet para zakochanych lumpów
szuka miejsca na miłość
Trzeba nie lada wyobraźni
żeby malować obraz szczęścia
bez farb i pędzli przymusu
kolory stały się niewidoczne
tylko domy i opary
przesłoniły wszystkie światła
gwiazd szybko przemykających pociągów
w przeciwne strony znaczeń
słowa grzęzły w gardłach
włosy fruwały lekko na wietrze
oczy udawały że nie widzą
uszy ze nie słyszą
Czuło się napięcie na wysypisku
nawoływania stróżów porządku
pisk opon karetek
I stało się to co się miało stać
słońce wybuchło całą tarczą
nad wysypiskiem zajaśniała jutrzenka
wolności i zmiany
Nad wysypiskiem znowu płonie stado mew
i pasie się gromada żebraków.

29.08.1993

Kwestia weny

W pokoju
Głową aura zakwitła
Uchodzi ze mnie noc
Szlocha kwazar snu
Prostopadłościan przenika
W kwadrat kuchni
Firanki konwersują z karniszem
Nienawidząc pajęczyn
Chodzę trasą skoczka
To tu to tam i ówdzie
Narasta kokon skojarzeń
Drzewa pękają strąkami liści
Podświadomość wiersz otwiera
Jeszcze kwant śniadania – plusk kawy – łyk
Gotowy tekst – rozwiesza strofy
Na sznurze stronic – usiadła tajemnica

04.05.1997

Parę taktów piekła

Taniec narusza obojętność powietrza
jesteśmy w objęciach –
zacierają się
płaszczyzny światów
mikrokosmos rozgrywa grę pozorów
makrokosmos – udaje że nas słyszy
jak my słyszymy
pieśni umarłych poetów
trzymających nas w poczuciu
spełnionego chleba i krzyża
Lekko uderzamy stopami
objęci wiarą gołębich piór
toczymy rozmowę oczu
batalię uwodzenia
Na planszy chmur obserwujemy
zmarszczki – płyniemy tańcem
przez parkiety życiorysów
turyści skończyli sezon
poszukują refrenów i ech pociągów
poematu pierwszych ulotnych stacji
Jeszcze tylko przećwiczymy
parę taktów umierania
i już będziemy w piekle naszych rąk

30.05.1999

Dzień po dniu

Dzień po dniu przestrzeń ogranicza
klatka schodowa – cierpi odrapaną ścianą
spod wystających cegieł
odłupanego tynku – majaczy poranek
z okna w murze domu oprawionego
w lęki powietrza kładą się warstwy
rozkołysanych melodii codziennej
krzątaniny po deskach ciała
w palcach talerzy rozpuszczasz
wiotkie powoje słów – delikatnie
Rozpylasz ziarenka myśli
Żarówka wisząca u powały ciemności
poręcze schodów budują perspektywę
decyzji nie zawsze trafnych
dłonie porozumień unikają oczu
wystarczy im lekki dotyk
Ust niczym nie zmąconych
łódek pościeli w kątach
niepokoju a może pokoju
trwa cisza – wolno
bardzo leniwie – obrazy na ścianach
zdają relacje ze słów
które dawno stały się twoim życiem

29.10.1997