Żywica i śnieg / Oliwia Zarzycka

0
1747

Jestem pusty. Nie czuję już nic. Nic nie ma dla mnie wartości. Wszystko jest po prostu śmieszne. Śmieszne jak nieśmieszna komedia. Słyszysz jak bije ci serce? Ja nic nie słyszę, nie potrafię usłyszeć. Dlaczego ja nic nie czuję? Czy to wszystko moja wina? Nic już nie rozumiem… Dlaczego tak jest… Ja, nie wiem… Już nic nie wiem.

Wszystko jest takie gorące, lepkie. Paruje wciąż i paruje. Ręce trzęsą mi się w rytm niesłyszalnej dla mnie muzyki. Czy mogę już płakać? Czy mi wolno to robić? W telewizji pokazują tak wiele rzeczy, ale nigdy potrzebnych. Wyrwany krzyk. Czy to ja? Jest tak głośno, głośno, jest tak głośno. Ja nie chcę, proszę, ja nie chcę… Kiedy mogę płakać? Czy istnieje ktoś, kto może mi pomóc? Dlaczego nikt mi nigdy nie powiedział, jak płakać…

Biel śniegu oznaczała czystość, jaka panowała w tym miejscu. Delikatna i niezwykle zimna. Unosząca się para tańczyła w powietrzu cienkie, długie linie, wiła się jak gniazdo węży, które żyło własnym, krwawym życiem. Ze starego, sypiącego się kominu ulatywał słaby dym. Chłód ogarnął cały dom, lecz serce chłopaka było od dawna zimne. Patrzył on na swoje dłonie, ogarnięty paniką i strachem. Krwawe kwiaty porastały w błyskawicznym tempie jego młode ciało, ubrania i czysty śnieg. Parowały jego własnym kłamstwem. Stara szopa zamieniła się w ogród róż i kamelii, lecz i te zaczęły gnić. Patrzył na leżące przed nim ciało kobiety, która kiedyś była jego matką. Wyciągnięta na bieli, wyglądała jak obraz. Stał się artystą.

– T-teraz ojciec c-cię już nie s-s-s-krzywdzi- wydukał, jąkając się i trzęsąc, lecz nie z zimna, który przyniósł nagły podmuch mroźnego wiatru, a z opuszczających go resztek wrażliwości, które starannie chował przed światem- T-teraz już nie.

Chwiejnym krokiem obszedł matkę, brudząc jej posiniaczone ciało zlepionym śniegiem. Wszystko co czuł chwilę wcześniej – znikło. Zginął razem z kobietą, która wydała go na świat w ogromnym bólu i wysiłku. Teraz był już nikim. Poczuł swego rodzaju ulgę.

Szedł tak i szedł, a śnieg skrzypiał pod jego butami. W głowie narastało niszczące go pytanie: Czy wolno mi już płakać? Lecz czego można spodziewać się po dziecku, które było bite za każdym razem, gdy okazywało jakiekolwiek emocje? Bite tak, że traciło przytomność i płakało, krwią z ran. Śniło wtedy o ciepłym łóżku i równie łagodnym głosie mamy, o jej delikatnym wyrazie twarzy i pogodnych oczach. Marzył, jak go przytula i opowiada o różnych dziecinnych głupstwach, które mogłyby go rozśmieszyć.

Szedł tak i szedł, a niebo robiło się coraz ciemniejsze. Otaczające go drzewa stawały się coraz gęstsze i bardziej zaśnieżone. Pachniał krwią, nie, śmierdział nią. Śmierdział jak najgorszy śmieć. Miał jednak pragnienie. Pragnął, by pożarły go wilki. Chciał, by jego ciało zostało przekłute ostrymi jak brzytwa kłami głodnych i cierpiących zwierząt. Cierpiących jak on sam. Marzył, że rozrywany i szarpany w tej głuszy, usłyszy krzyk rozpaczy nie jego, lecz samego Boga, Boga który go tu zesłał. Pragnął, żeby zobaczył na co stać jego dobroć. Miłość, którą darzy wszelkie stworzenie.

Kłujące łzy spływały po młodej twarzy, ozdobionej pajęczyną kropelek zaschłej, lecz wilgotnej krwi. Wyglądał jak najsamotniejsza istota, która kiedykolwiek stąpała po ziemi. Było już całkiem ciemno i niezwykle cicho. Słychać jedynie puste skrzypienie śniegu. Czy wiedział, dokąd zmierza?

 Schronił się pod gałęziami powalonego drzewa. Możliwe, że stało się to wskutek silnego wiatru. Musiało być piękne, ale nawet tak potężne drzewo jak to miało swój własny, cichy koniec.

Wyrwał parę gałęzi, nie patrząc na to, czy rani sobie nimi dłonie i otrzepał je ze śniegu. Usiadłszy na nich, poczuł ulgę w nogach. Trwał tak pusto i samotnie, niezwykle marznąc. Nikt go nie szukał, nikt o nim nie pamiętał. Tylko czekał.

– Mamo, a co robisz? – zapytał chłopiec, przyglądając się dokładnie sprawnym ruchom kobiety.

– Nie nazywaj mnie tak.

– A co robisz?

– Idź stąd.

Chłopiec zląkł się tonu matki, a w jego oczach pojawił się strach. Zeskoczył z krzesła i lekko się oddalił.

– Nie boję się ciebie – odpowiedział.

– Idź stąd.

– Jestem głodny.

Nie zdążył się schylić, był zbyt mały by móc coś zrobić. Dostał w twarz. Skóra na policzku mocno zapiekła. Dostał drugi raz. Trzeci. Do oczu zaczęły napływać łzy, ale przyrzekł sobie, że nie będzie płakał. Chciał jej pokazać, że jest silny. Ale kłamał, bał się. Bardzo. Bał się, że nie przestanie go bić. Bał się, że zacznie wymiotować, a bardzo tego nie lubił. Nie lubił też takiej mamy. To była wina taty, to przez niego taka była. Na pewno tak było, bo przecież w telewizji zawsze mamy dbały o swoje dzieci. A może to dlatego, że był sam? Może to dlatego mama go biła, bo nie miał rodzeństwa i to była jego wina? Nie, to na pewno była wina taty, mama tak zawsze mówiła, a mama musiała mieć rację, bo go przecież kocha. W telewizji przecież nie pokazywaliby nieprawdy, w końcu są też tam wiadomości, a to jest ważne.

Obudził się w łóżku. Był przykryty po samą szyję, a w rękach ściskał misia. Wszystko bardzo go bolało, ale był szczęśliwy. Mama spała obok.

– Widzisz Dosiu- wyszeptał do maskotki- wszystko jest już dobrze.

Ścisnął mocniej pluszaka. Nic nie było dobrze. Bał się jej. Ciągle się okłamywał, nie wiedział kiedy znowu go uderzy. Czy jak zapyta, czy może iść siku? Czy może jak położy szklankę w złym miejscu? A może po prostu jak podejdzie do niej… Nie, to tata, to jego wina, nie zapominaj o tym. Nie wolno ci. Muszę być tak, żeby mnie nie było.

– Tak Dosia, nas nie będzie- wyszeptał, zapadając z powrotem w sen.

– Co to jest?

– Siniaki- odpowiedział obojętnie.

– Bije cię ktoś?

– Tak, twoja matka.

– Ty się lecz, masz całe ciało w jakichś dziwnych śladach – odpowiedział, przyglądając się koledze, z którym chwilę wcześniej grał w piłkę – to nie wygląda dobrze.

– Nic nie wygląda dobrze, nie interesuj się. Spójrz na siebie, nie stać cię nawet na śniadanie do szkoły.

– Odezwał się, co sam nic nie je – przerwał, by wyciągnąć coś z plecaka – Słuchaj, moja mama ma coś takiego i po tym jest jej lepiej, zasypia i jest zaraz spokój w domu – spojrzał w kierunku kolegi – serio.

– Tak? – kwiaty, wszędzie kwiaty, kwitną i gniją, cieszą i brzydzą.

Wyciągnął z twardniejącej od mrozu kieszeni małe, plastikowe pudełeczko. Zakrętka była mocno obdrapana, zapewne nastąpiło to wtedy, gdy szamotał się z mamą i boleśnie upadł na sypiące się, nigdy niedokończone schody. Pozostaną takie już na zawsze. Obrośnie je mech, mróz naznaczy je własnym, słodkim piętnem zniszczenia. Gdyby tylko mogły, wykrzyczałyby jak i on, niedokończone istoty. Nikomu właściwie niepotrzebne.

Zdjął buty. Białe jak śnieg stopy, białe jak sen nocy letniej, zupełnie już odległe i nieistniejące. Cisza. Czy bał się? Strach był równie obcy. Obcy jak on teraz. Zdawało się, że nie czuje zimna. 

– Kochanie, ubierz się, bo zmarzniesz – usłyszał za sobą ciepły i zmartwiony głos mamy – No już – przerwała – Dobrze, pomogę ci.

Ogarnął go lęk. Przecież widział. Otworzył pudełeczko. Chociaż nie mógł ich dostrzec, wiedział, że dokładnie tam są. Zostały stworzone dla niego, wrażliwej istoty, już dawno  pozbawionej życia.

– Dlaczego mnie nie słuchasz?- zapytała zakłopotana mama, jednak w jej głosie rodziło się powoli coś innego – Słyszysz mnie?

Zawartość wylądowała na dłoni, układając się w słowa zakazanej piosenki. On jednak zdążył już wcześniej poznać początek pierwszej zwrotki. Najbardziej czekał na refren.

– Ty durny smarkaczu, myślisz, że chciałam cię urodzić?! – iskierka, wystarczy mała jak łza iskra, jak odległa gwiazda, by wzniecić ogień, który pochłania wszystko bez wyjątku – Nie ignoruj własnej matki! Zabiję cię, rozumiesz, słuchaj jak do ciebie mówię! – jej krzyk ostro rozbrzmiał, wylewając najgorszy jad- Słuchaj jak kurwa do ciebie mówię!!!

Zaczął szybko, tabletka po tabletce, niemal mechanicznie. Łykał sucho i gorzko, jednak to co miało nastąpić, musiało być choć trochę słodkie. Z pewnością słodsze niż trwająca w nim bolesna pustka, zupełnie nic nie znacząca jak on sam.

– Nie wygląda to za dobrze –  obok nich przebiegł początkujący technik. Każdego przerastają pewne rzeczy, czy tego chcą, czy nie – Kobieta ma zupełnie zmasakrowaną twarz…, albo raczej to, co z niej zostało – przerwała, by przejść pod policyjną taśmą, przepuszczając również gościa – zresztą sam zobaczysz.

Weszli na podwórko. Śnieg zdążył przysypać znaczną część jej ciała. Coś jednak od razu przykuło jego uwagę. Pustka. 

– Miała partnera?

– Dawno ją zostawił. Sprawdziliśmy jego alibi, pił w barze równo 235,6 kilometra stąd. Może potwierdzić to wiele osób, barman, nieciekawa klientela, właściciel- nie zdołała dokończyć, zawsze jej przerywał, zdążyła się jednak bez cienia irytacji do tego przyzwyczaić.

– Schody – rzucił – Okropne, to z nich spadła?

– Nie zadawaj mi pytań, na które znasz odpowiedź.

– Skąd ta pewność?

– Jak zapewne się domyślasz, nie spadła z nich sama, co byłoby dla nas bardziej atrakcyjne – usiłowała być zabawna, ale wyszło jej to jak zawsze, czyli wcale – Ktoś tu był.

– Skoro wiecie kto, to po co to nagłe wezwanie?

– Skąd ta pewność, że wiemy już kto to zrobił? – rozmowa zaczęła ją męczyć, a działo się to wtedy, gdy rozumiała, że przegrywa.

– Ponieważ tu jesteś- uśmiechnął się – No i też cię znam.

Zerwał się lodowaty wiatr, rozdmuchując świeży puch z poszarpanej czaszki kobiety. Resztki kości sterczały w bladym blasku, odsłaniając sztywny język. Głuchy krzyk, którego brakowało. Dlatego go wezwali. 

– Ile lat?

– 13 – rzuciła, bacznie go obserwując.

Pamiętał siebie, gdy miał trzynaście lat. Było to jednak zbyt odległe, by poświęcić tej myśli więcej niż parę sekund bez zamierzonej kontroli.

– Znaleźliście go. Brawo – pogratulował, wyjmując jednocześnie pogniecionego papierosa. 

Czuł, jak ciężar go przygniata, jak kolejny demon śmieje się mu w twarz. Wiedzieli wszystko, dlaczego więc tu był? Już za długo zwlekał z rzuceniem palenia, ale myśl o kontroli dawała mu zbyt dobrą, pustą satysfakcję.

– Chodzi o to, że to gówniana sprawa. Dziecko mordujące własną matkę i to w brutalny sposób. Zlecą się media nawet tutaj, czy tego chcemy czy nie. Takie rzeczy szczególnie ich kręcą, zresztą sam dobrze wiesz.

– I jaka jest w tym wszystkim moja rola? – zapytał, jednak bardziej odruchowo, niż w zamierzonym celu.

– Nie pozwól, by powstało większe bagno.

Biegnący wcześniej technik wrócił, blady jak śnieg, który właśnie zaczynał padać. Ludzie robią wiele rzeczy podświadomie, zupełnie nie wiedząc o ich istnieniu. Kiedyś myślał, że to ciekawe.

– Przepraszam – zaczął młody chłopak- Będziemy ją zabierać – skupił jednak swój wzrok na zmęczonym psychiatrze, którego krzywy papieros ledwo tlił się, wypuszczając coraz bardziej słabnący dym.

– Już idziemy-  odpowiedziała Cris, równie zmęczona komisarz śledcza, która starała się ukryć, że nie ma ochoty zapalić.

Biel. Jest taka niewinna, taka piękna. Czysta jak sam bóg. Zatopił w niej nagie stopy. Nie poczuł już jednak nic. Głosy, krzyki. Wszystko zlało się w głuchy szept, którego nikt nigdy nie usłyszał. Na czym polega życie? Przecież otaczało go tylu dorosłych, dlaczego nikt nic nie widział…

– Chciałem, byś tylko mnie kochała mamo…- ciepła para opuściła drżące usta chłopca.

Cisza. Delikatny wiatr poruszał korony świerków. Młoda pierś przestała się poruszać. Ostatnie łzy zdążyły spłynąć po policzkach. Jedna istota na całym świecie będzie za nim tęsknić. Miś, którego ciężar ciała chłopca sztywno przygniatał. Tylko on.

Biegł. Czuł jak mróz kłuje go w płuca, ale nie dbał o to. Ta sprawa. Dlaczego został wezwany? Przecież nie pracuje w policji, wszystko zostało też wyjaśnione. Dlaczego w tym siedział?

 Zatrzymał się. Tu się wychował. Pamiętał, że za wszelką cenę chciał stąd uciec. Jednak po latach coś go tu przyciągnęło. Wyciągnął papierosa z pogniecionego opakowania i zaraz zapalił. Stworzył dokładny opis, jednak nie zbyt dokładny. Miał wystarczyć i nie tworzyć niepotrzebnego zamieszania. Tutaj raczej nikt nie interesuje się prawidłowym przepływem informacji. Zależy też, kto co uznaje za prawidłowe. 

 Wzdryg. Ktoś za nim stoi? Obrócił się.

– Jesteś taki jak inni dorośli, udajesz, że nic nie widzisz.

Czuł, jak słabnie. Sine ciało, z mnóstwem blizn i siniaków. Blada, pusta twarz.

– Nic nie widzisz, a ja umieram.

Zaczął biec. To nie mogło się dziać, regularnie brał leki, przez tyle lat nic się nie działo. Dlaczego teraz, dlaczego tutaj? Tracił kontrolę. Nadal biegł. Oddychał coraz ciężej. 

– To nie ma sensu, nic tu nie ma sensu.

Minął belkę wjazdową do lasu i wbiegł na ulicę. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Odpocznie, weźmie leki i wszystko będzie dobrze. Tak. Minął skrzyżowanie i skręcił w uliczkę. Biegł pod górę, czuł jak serce ciężko uderza. Wbiegł na podwórko.

 Schody. Zniszczone i nigdy nie dokończone. Stał tak przez chwilę, próbując zrozumieć, co się dzieje. Pusta szopa, pusty dom. Wszystko było zupełnie zawalone i niszczejące. Przecież jeszcze parę dni temu… Z komina nawet unosił się dym… 

– W kuchni- rzucił chłopiec, bawiąc się uszami maskotki- Robi dla nas obiad.

Gdzie jest krew? Schody powinny być we krwi…

– O już jesteście – ciepły głos matki- Proszę, siadajcie, już wam nakładam.

Położyła głębokie talerze z parującą zupą, po czym pocałowała chłopca w czoło.

– Smacznego – uśmiechnęła się.

Za oknem zaczął padać śnieg, a unoszący się zapach posiłku pochłonął całe pomieszczenie…

 Czerwone kamelie. Gdyby mógł wybrać jeden moment w życiu, w którym poczuł coś innego, niż ból, byłyby to właśnie one. Kwitnęły dziko z czyjegoś porzuconego podwórka, na tle gnijącego drewna. Wtedy zrozumiał, przez tę krótką chwilę, czym jest piękno tego świata.

– Znaleźliśmy go – rzucił miejscowy policjant- był wewnątrz budynku, wszystko się zgadza. Obecnie znajduje się w szpitalu. Jeżeli mogę coś dodać…- w słuchawce wręcz czuło się zakłopotanie- To naprawdę jest on, ten artysta?

Doktor Cris Megan starała się ukryć irytację. Zresztą zawsze. Pomijając fakt, że nienawidziła braku kontroli, martwiła się o pacjenta. Nigdy dotąd nie uciekł, więc jak to się stało? Wystarczyło, że nie było jej parę dni… Najważniejsze, że nic mu się nie stało. Śmieszne jest jednak, że wszyscy poczynili tyle starań, by go odnaleźć, ponieważ jest coś wart. Ten świat nigdy nie przestanie jej obrzydzać. Pocieszała się jednak faktem, że potrafiła z nim rozmawiać, a on darzył ją zaufaniem. Postara się wszystko jak najlepiej wyjaśnić.

– Będę za dwie godziny, nie wolno mu nic podawać bez konsultacji ze mną, zresztą skontaktuję się zaraz ze szpitalem- wyminęła odpowiedź- Dziękuję za rozmowę, do widzenia.

Szybko się rozłączyła. Obserwowała domy, drzewa i pędzące na niebie chmury. Czuła się zmęczona i czasami odnosiła wrażenie, że on doskonale o tym wie i na swój sposób stara się jej pomagać. Ludzie są naprawdę ciekawi…

 Znaleziono go na ziemi. Płakał. Był przemoknięty i zmarznięty. Nie stawiał oporu, nie był agresywny. Wstając, z pomocą policjantów, chwiał się jak starzec, którego rodzina zdołała już dawno zapomnieć. Błądził wzrokiem. Szukał znajomej twarzy. Oblepiony pokruszonym betonem, błotem i kurzem, wyglądał jak niedokończona istota, błędnie stworzona na podobieństwo boga.

– Witaj Thomas-  zaczęła delikatnie- jak się czujesz?

Popatrzył jej prosto w oczy, lekko niewyraźnym wzrokiem. Od incydentu upłynął już prawie miesiąc, zaczął powoli wracać do siebie. Zaczął rozmawiać.

– Dobrze.

– Pamiętasz, co się stało?

– Uciekłem i sprawiłem wszystkim wiele problemów.

– Dobrze, pamiętasz coś jeszcze?

– Chciałbym wrócić do malowania.

Nie chciał o tym rozmawiać, to było pewne, ale należało postawić sprawę jasno.

– Dwadzieścia pięć lat temu zabiłeś swoją matkę Thomas, wiem, że też o tym wiesz. Wiele razem rozmawialiśmy na ten temat.

Cisza, za oknem na drzewie siedział niewielki ptak. Poza tym było zupełnie pusto.

– Wiem – rzucił.

– Pamiętasz, dlaczego to zrobiłeś?

– Bałem się jej.

– Dlaczego się jej bałeś, Thomas?

– Znęcała się nade mną. Ona – urwał – jestem zmęczony.

– W pokoju podczas naszej rozmowy najpewniej ustawiana jest już sztaluga, nie musisz się martwić. Wróćmy jednak tutaj – nie zdążyła dokończyć.   

– Wierzy pani w boga?- zapytał.

Nie powinna odpowiadać na pytania dotyczące jej prywatnego życia. Nie. Jest to złamanie oczywistych zasad, zatarcie granicy pomiędzy pacjentem a lekarzem. Nie taki jest tego cel, prawda?

 – Nie Thomas, nie wierzę.

Cisza. Obrócił się w kierunku okna. Przez chwilę odniosła wrażenie, że na wytartym krześle siedzi ktoś zupełnie inny.

– Ja chcę wierzyć, ale jest to takie trudne…- zaczął.

Czuła, jak spada na nią obcy ciężar.

– Jestem już tak bardzo zmęczony.

Nie chciała, by kończył. Wiedziała, że słowa te trzymał w sobie bardzo długo i wypowiedzenie ich kosztuje zbyt wiele. Nie tylko jego czy jej. Nie tylko…

Powoli obrócił się w jej kierunku, z oczu płynęły ciche łzy. Spojrzenie przepełniał ból.

– Bo jak można pozwolić na coś takiego… Jak można…- urwał i już więcej nic nie powiedział.

Już nic.

                                            Oliwia Zarzycka

 

Obraz wyróżniający: Obraz Madalin Calita z Pixabay

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj