Zyta / Julia Wołowiec

0
24809
Imiona można podzielić na kilka grup. Istnieją takie, które nawet w podstawowej formie brzmią jak dziecięce, na przykład Agnieszka. Agnieszki nie musimy zdrabniać. Nie trzeba z niej robić żadnej Aguś czy Agniesi, bo już pierwotna wersja imienia wydaje się idealna dla dziewczynki. 
Są również imiona, które w oryginale brzmią dość poważnie, chociażby Gabriela. Kiedy jednak odpowiednio się je zmodyfikuje (Gabrysia, Gabi) nadają się również dla dziecka.
Można też wyróżnić trzecią grupę imion. To te, które noszą jedynie dorośli. Te, których zwyczajnie nie można usłyszeć w przedszkolu czy szkole. Takim imieniem jest Zyta. Po prostu nie ma małych Zyt. Zyty nie mają dzieciństwa. Zdają się przychodzić na świat jako trzydziestoparolatki i tyle. Nie istnieją Zytki albo Zytusie, bo jak to w ogóle brzmi? Kto tak mówi? Są jedynie duże, dystyngowane i chłodne Zyty.
Zyta urodziła się zimą. Wtedy po raz pierwszy, i przez bardzo długo jedyny w swoim życiu, płakała. Przyszła na świat w mroźny grudniowy dzień, podobnie jak wszystkie kobiety z jej rodziny.
Została siostrą w wieku pięciu, a potem ośmiu lat. Od początku ze wszystkich sił pomagała swojej mamie, która z dnia na dzień coraz bardziej się zmieniała… Katarzyna i Anna, siostry Zyty, sporo płakały. Po pierwsze pewnie dlatego, że przyszły na świat wiosną, a po drugie dlatego, że dostały dziecięce imiona. Może nie te typowo dziecięce, ale takie, które po zdrobnieniu pachną infantylnością. Były w końcu Kasią i Anią. Zachowanie dziewczynek doprowadzało matkę do szału, bo przyzwyczajona do spokojnej natury najstarszej córki nie potrafiła poradzić sobie z nową rzeczywistością.
Zyta tylko raz chciała zwierzyć się mamie. Przyszła do niej w szóstej klasie podstawówki, gdy kolega zabazgrał jej pracę domową, przez co dostała złą ocenę.
–  Ma… –  zaczęła. 
–  Jeszcze czego! – Elwira (matka) wyrzuciła ręce w powietrze – Nie widzisz, że i tak jest mi ciężko? Mam na głowie cały dom, a ty przychodzisz tu, żeby gadać o swoich głupotach?!
Zyta więcej nie przyszła do mamy, żeby gadać o swoich głupotach. W ogóle przestała przychodzić do kogokolwiek, żeby gadać o swoich głupotach. Jedynie raz, po bardzo wielu latach odważyła się to zrobić, by zaraz potem zrozumieć, że popełniła błąd… Trzeba było słuchać matki… Jaka by ona nie była, trzeba było jej słuchać…
Gdy Elwira rozmawiała przez telefon z koleżankami, opowiadała im, że Kasia i Ania są rozhisteryzowane. Zyta tak nie uważała. Owszem, dość często płakały, ale przecież były jeszcze dziećmi.
Matka dziewczynek nie radziła sobie z ich wychowaniem. Kiedy Zyta miała szesnaście lat, a jej siostry jedenaście i osiem, Elwira zaczęła coraz częściej sięgać po alkohol. Początkowo Zytę cieszyło nawet, że wino pozwala jej mamie się odprężyć. Po dwóch kieliszkach stawała się wyjątkowo miła i chętnie rozmawiała z córkami. Z pozoru niegroźna czynność stała się jednak wkrótce uzależnieniem. Lampka wina szybko zmieniła się w butelkę, zaś dwunastoprocentowy napój zastąpiła czterdziestoprocentowa wódka.
Zyta była przerażona. Od najmłodszych lat pomagała Elwirze w opiece nad jej córkami, ale przecież nie była ich matką, nie mogła ich wychować. Chciała prosić o pomoc, jednak nie miała kogo. Babka Honorata od dawna nie żyła, a ojciec Zyty odszedł od jej matki tuż po narodzinach najmłodszej córki. Dziadkowie od jego strony także zerwali kontakt z synową i wnuczkami.
Zyta nie miała przyjaciół, bo i po co? Przecież i tak nie mogłaby z nimi nigdzie wychodzić czy rozmawiać. Nie daj Boże, wyjawiłaby im jeszcze niechcący prawdę o tym, co się u nich dzieje…
Tuż po szkole wracała, żeby gotować, pomagać siostrom w lekcjach i sprzątać mieszkanie. A było co sprzątać, bo pijana Elwira potrafiła pod nieobecność córek wywrócić dom do góry nogami.
Zyta zaczęła udzielać korepetycji przez internet, ponieważ coraz trudniej żyło się z alimentów. Nie było żadnego spadku po babce Honoracie, bo ta, choć całe życie była niewierząca, przed śmiercią przepisała swój majątek kościołowi. Chyba głównie po to, by rozzłościć córkę. 
Pewnie gdyby nie uzależnienie matki sytuacja materialna rodziny byłaby choć nieco lepsza, ale gdy połowę pieniędzy Elwira wydawała na alkohol, ciężko było utrzymać cztery osoby…
Najbardziej Zyta nie lubiła wywiadówek. Zawsze denerwowała się, że nie zdoła powstrzymać matki przed piciem, ale jakimś cudem Elwira nigdy nie pojawiła się w szkole żadnej z córek pod wpływem alkoholu. „Jakimś cudem”, czyli dzięki temu, że Zyta skrupulatnie pilnowała terminów spotkań i w ich dniu zawsze chowała cały alkohol na dnie kosza z praniem. Wiedziała, że tam matka nie będzie szukać, bo od dawna nie wykonywała żadnych prac domowych.
Zyta nie płakała. Nie uroniła nawet jednej łzy, kiedy jako dziecko złamała nogę. Nie płakała, gdy w ostatniej klasie liceum zakochała się i została odrzucona, ani kiedy nie uzyskała tytułu laureata w olimpiadzie humanistycznej. „Nie wolno płakać” powtarzała do swojego lustrzanego odbicia i to samo mówiła siostrom. Miała świadomość, jak okrutne są słowa, które wypowiada, ale nikt nie nauczył jej innych. W trudnych chwilach potrafiła więc szeptać tylko te.
Gdy Zyta kończyła szkołę, Kasia miała czternaście, a Ania jedenaście lat. Dziewczynki dobrze się uczyły i pomimo trudnej sytuacji w domu były radosne. Kasia, chcąc choć minimalnie odciążyć starszą siostrę, zaczęła wyprowadzać psy na spacer i myć samochody sąsiadów. Ania, zapatrzona w Zytę i Kasię, też pragnęła podjąć jakąś pracę, ale dziewczyny zgodnie twierdziły, że jest za mała. Próbowała więc swoich sił w sprzątaniu i gotowaniu, by przynajmniej tym jej siostry nie musiały się przejmować. Matka natomiast wegetowała.
W ostatniej klasie liceum Zyta zbliżyła się ze swoim historykiem. Powtarzał, że widzi w niej potencjał, i to właśnie za jego sprawą dziewczyna zapragnęła studiować historię. Często zostawała po lekcjach, bo przynosił dla niej dodatkowe materiały, a podczas zajęć była najczęściej wybieraną od odpowiedzi osobą. Jako jedyna miała piątkę. Ale nie dlatego, że była ulubienicą historyka. Albo nie tylko dlatego. Zyta miała ogromną wiedzę. Każdą wolną chwilę poświęcała bowiem na naukę, a podręcznik znała praktycznie na pamięć.
Czasami chciała prosić profesora Żbika o pomoc. W końcu był jedynym człowiekiem, któremu ufała. Bała się jednak sparzyć. Bała się znowu zacząć „gadać komuś o swoich głupotach”. I choć kilkukrotnie otwierała już usta, by wyznać, że sobie nie radzi, każdorazowo rezygnowała… Wiedziała natomiast, że jeśli kiedykolwiek powie komuś o tym, co dzieje się za drzwiami jej domu, to właśnie profesorowi Żbikowi.
Zyta została na studia w rodzinnym mieście. Na uniwersytet dostała się bez problemu, z  takimi wynikami mogłaby z resztą uczyć się na każdej uczelni w kraju, ale wiedziała, że nie może wyjechać. Przynajmniej nie przez najbliższych osiem lat, czyli do momentu, gdy obie jej siostry nie skończą szkoły.
Dziewczynki często marzą, by być mamusiami. Zyta nie pamiętała, żeby kiedykolwiek tego pragnęła. Właściwie nie przepadała za zabawą lalkami, którą na ogół tak uwielbiają dzieci. Została jednak „mamą” dla swoich sióstr, bo nie miała innego wyjścia. Wiedziała natomiast, że jej siostry, a zarazem „córki”, są najlepszymi, jakie mogła otrzymać od losu.
Kasia i Ania zdawały sobie sprawę z trudnego położenia rodziny. Zyta była z nich bardzo dumna, bo nie mówiły nikomu o tym, co dzieje się za drzwiami ich mieszkania. Nikomu nie zdradziły, że matka połowę alimentów wydaje na alkohol, ani że dzień w dzień wymiotuje na podłogę w salonie.
Wakacje przed rozpoczęciem studiów Zyta poświęciła na poszukiwanie specjalisty, który pomógłby matce. Właściwie nie, nie chodziło o chęć pomocy Elwirze. Zyta pragnęła, żeby ktoś w końcu pomógł jej oraz siostrom. Bo matka i tak już od dawna była niemożliwym do uratowania wrakiem.
Terapie dla alkoholików okazały się jednak o wiele bardziej kosztowne, niż Zyta przypuszczała. Wprawdzie fakt, że Kasia dorzucała się do domowego budżetu sprawiał, iż dziewczynom było łatwiej (z pozoru błahe zajęcia młodszej siostry Zyty okazały się zaskakująco intratne), ale przecież nadal im się nie przelewało. Zyta zrezygnowała więc z pomysłu wysłania matki na terapię.
Dla Kasi i Ani rok szkolny rozpoczął się pierwszego września, ale Zyta (jako studentka) miała przed sobą jeszcze miesiąc wakacji. Może nie tyle co wakacji, bo pracowała nawet więcej niż wcześniej, ale przynajmniej nie musiała chodzić na zajęcia. Czasami myślała, że jej siostrom byłoby pewnie przyjemnie, gdyby ktoś choć raz odebrał je ze szkoły, ale prędko uświadamiała sobie, że za to nie dostanie pieniędzy. Zgadzała się więc na kolejne godziny korepetycji, pozostawiając wizję oczekiwania na dziewczynki po lekcjach w sferze marzeń i tłumacząc sobie, że są duże, więc zrozumieją.
Po zakończeniu roku szkolnego profesor Żbik wymienił się ze swoją ulubioną uczennicą numerami. Był to czas, kiedy Zyta została odrzucona przez chłopca, który się jej podobał. Chodziła więc dość smutna, a historyk starał się ją rozweselać. Pokazywał jej zabawne filmiki, opowiadał kawały… Przez chwilę Zycie zdawało się nawet, że jest zauroczona nauczycielem, a ona podoba się jemu, ale sprawdziła, ile ma lat i wybiła sobie z głowy związek z mężczyzną. Wstydziła się, że w ogóle pomyślała o czymś takim.
Profesor Żbik podczas wakacji kilka razy wysyłał do Zyty SMS-y. Pytał o studia, o to, jak spędza lato… Dziewczyna każdą, nawet najkrótszą wiadomość, formułowała przez kilkanaście minut, by niechcący nie wyjawić nauczycielowi czegoś, o czym nie powinien wiedzieć.
Kiedy rozpoczął się rok akademicki, historyk zaprosił Zytę na kawę. Dziewczyna była wtedy jednak bardzo zajęta. Musiała nauczyć się radzić sobie w nowej rzeczywistości – pogodzić pracę, wykłady, opiekę nad siostrami oraz dbanie o dom. Odmówiła więc, ale po dwóch miesiącach mężczyzna ponowił zaproszenie. Tym razem Zyta się zgodziła.
Nie miała przyjaciółki, której mogłaby o tym opowiedzieć. Z matką nie było już praktycznie żadnego kontaktu, a siostry wydawały jej się za małe. Finalnie uznała jednak, że uczyni je powierniczkami swojego sekretu, bo nie była w stanie ukrywać szczęścia.
– Wiedziałam! – wykrzyknęła triumfalnie Kasia. – Podobasz się Żbikowi, podobasz się Żbikowi! – podśpiewywała radośnie, dźgając starszą siostrę w ramię.
–  Wcale, że nie – śmiała się Zyta, choć głęboko w sercu miała nadzieję, że faktycznie tak jest.
– Ale numer – Ania nie mogła się nadziwić. – Super, że w końcu jesteś taka szczęśliwa.
          Dzień spotkania Zyty z profesorem Żbikiem zbliżał się wielkimi krokami. Z tego powodu dziewczyna postanowiła wybrać się do galerii. Na palcach jednej ręki mogła policzyć, ile razy w niej była. I nie chodziło o to, że nie lubiła zakupów, po prostu nie mogła ich lubić.
Uznała jednak, że kawa z historykiem to nie przelewki, więc musi kupić nowe spodnie. Już od dawna marzyła o czarnych eleganckich cygaretkach, jednak szkoda było jej na nie pieniędzy. Teraz też czuła, że źle robi, ale mimo wyrzutów sumienia wręczyła ekspedientce stuzłotowy banknot. W zamian otrzymała zapakowane w czerwoną torbę spodnie. 
Zyta miała spotkać się z profesorem Żbikiem piętnastego listopada. Ustalili, że w piątkowy wieczór po zajęciach dziewczyna przyjedzie do jego domu, gdzie wspólnie wypiją kawę i porozmawiają. 
Kasia i Ania zadbały o to, by tego dnia Zyta nie musiała robić niczego z wyjątkiem pójścia na uczelnię. Wysprzątały dom, zajęły się matką i ugotowały obiad. W tajemnicy przed najstarszą siostrą odwiedziły też centrum handlowe, w którym zrzuciły się na piękną, wykończoną koronką bluzkę i parę butów na obcasie. Kupiły również błyszczyk i lakier do paznokci. Wiedziały, że to niewiele w porównaniu z tym, ile Zyta dla nich robi, ale miały nadzieję, iż przynajmniej w minimalnym stopniu jej się odwdzięczą.
Gdy w przeddzień spotkania z profesorem Żbikiem dziewczynki wręczyły siostrze prezenty, Zyta oniemiała. Nikt nigdy nie był dla niej tak dobry jak Kasia i Ania w tamtym momencie. Chciała uściskać siostry, ale przecież jej nikt nigdy nie przytulił. Nie była więc pewna, czy to właściwe. Podziękowała jedynie, a następnie cała trójka pomalowała paznokcie, przegryzając popcorn, który Kasia i Ania kupiły przy okazji wizyty w galerii. 
Kolejny dzień już od samego rana był dla Zyty bardzo trudny. Poziom stresu sięgnął jednak zenitu, gdy opuściła uczelnię. Wtedy zdała sobie sprawę, że do spotkania z profesorem Żbikiem zostało naprawdę mało czasu. Niepokój był na tyle silny, że po powrocie do domu Zyta nie dała rady nawet zjeść obiadu. Nie była w stanie przełknąć chociażby łyżki zupy przygotowanej przez siostry czy upieczonego przez nie kurczaka. 
Przed wyjściem przebrała się jedynie w nowe ubrania i pomalowała usta. Później zabrała kluczyki do samochodu matki, z którego od lat już i tak nie korzystała i pożegnała się z siostrami, które życzyły jej powodzenia. Następnie wyszła z mieszkania i udała się na parking. Tam wsiadła do auta, po czym spojrzała na swoje odbicie w lusterku. Wyglądała naprawdę ładnie. Chyba pierwszy raz w życiu miała okazję nieco dłużej i dokładniej powpatrywać się w samą siebie. Jej włosy lśniły, brązowe oczy mocno się błyszczały, a pełne usta pociągnięte warstwą połyskującego błyszczyka prezentowały się wspaniale. Zyta zaśmiała się ze swojej próżności, a następnie wyruszyła w drogę. Uświadomiwszy sobie, że jest naprawdę ładną dziewczyną, zaczęła się nieco mniej stresować.
Profesor Żbik miał dom na obrzeżach. W ciągu roku szkolnego żył w wynajmowanym mieszkaniu w centrum, dzięki czemu nie musiał każdego dnia dojeżdżać, ale gdy tylko miał sposobność, wracał na wieś. Zytę również zaprosił właśnie tam. Aby dotrzeć do domu historyka, dziewczyna musiała pokonać około godzinną trasę. Ekscytacja zmieszana ze zdenerwowaniem sprawiły jednak, iż ta minęła jej znacznie szybciej i zanim się obejrzała, dostrzegła nauczyciela. Wydał jej się inny, niż kiedy widziała go po raz ostatni. Od skończenia przez nią liceum minęło nieco czasu, ale chyba nie na tyle dużo, by profesor Żbik zdążył się aż tak… zestarzeć.
Zyta zaparkowała auto i wysiadła z niego. Podeszła do nauczyciela, po czym przywitała się z mężczyzną. Wtedy jeszcze wyraźniej dostrzegła, jak głębokie są zmarszczki na jego czole. Najpierw profesor Żbik podał dziewczynie rękę, a następnie rozłożył ramiona i ją uścisnął. Zyta zupełnie się tego nie spodziewała.
Owszem, czasem wyobrażała sobie, co by było, gdyby okazało się, że jej ulubiony nauczyciel jednak nie ma żony, a w dodatku darzy ją głębszym uczuciem, ale miała przecież świadomość, że to tylko głupie marzenia.
Teraz, gdy w końcu stała twarzą w twarz z profesorem Żbikiem, wcale nie pragnęła już tego co kiedyś. 
Gdy historyk zaprosił Zytę do środka, okazało się, że jego dom jest pusty. Dziewczyna chciała zapytać, czy na co dzień ktoś w nim jeszcze mieszka, ale nie starczyło jej odwagi.  Rozmawiali o wszystkim, jednak najwięcej chyba o szkole i o jej studiach. O tym, czy nie jest zbyt trudno, czy daje sobie radę… 
Po pewnym czasie mężczyzna zaproponował alkohol. Zyta stanowczo odmówiła. Później wyrzucała sobie, że może wręcz zbyt stanowczo. Nieco łagodniej wytłumaczyła więc, że musi przecież wrócić do domu. Nie przyznała się, że alkohol brzydzi ją, bo jej matka jest uzależniona. Jeszcze nie wtedy.
Z każdą kolejną minutą spędzoną w domu profesora Żbika Zyta czuła się coraz dziwniej. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że ze zdenerwowania zaczęła skubać skórki przy paznokciach aż do chwili, w której na jednym z palców nie pojawiła się krew.
Dziewczyna nie chciała pić, ale były nauczyciel nie odmówił sobie tej przyjemności. Opróżnił butelkę czerwonego wina w błyskawicznym tempie, na co Zyta patrzyła z przerażeniem. Nawet poza domem nie mogła uciec od tego, co stanowiło jej codzienność. Nawet tutaj prześladował ją ten cholerny alkohol.
Profesor Żbik po około dwóch godzinach i dwóch wypitych butelkach wina był na tyle pijany, że Zyta poczuła, iż może mu się wyżalić. Historyk zdawał się nie przyswajać już żadnych informacji, dlatego dziewczyna rozpoczęła opowieść o swoim życiu.
Wyznała mu wszystko. Opowiedziała o tym, jak bardzo zmieniła się jej matka, o tym, że nie ma nikogo i że stara się, ale czasami naprawdę nie ma już siły. Wyjawiła mu swoje sekrety, a w zamian za to poczuła jego dłoń na swojej. Później kolano mężczyzny dotknęło jej uda, a chwile po tym palce profesora Żbika chwyciły biodro, talię, zaś w końcu pierś. Pociągnął w dół dekolt jej bluzki, by przyjrzeć się bieliźnie dziewczyny, po czym zostawił ją na rzecz zapięcia w spodniach. Próbował uporać się z suwakiem, przeklinając przy tym pod nosem, aż w końcu zepsuł rozporek. 
Dziewczyna pociągnęła nosem, ale nie dlatego, że profesor Żbik zupełnie jej się nie podobał, a jego dłoń znajdowała się niebezpiecznie blisko miejsca, którego nikt nigdy wcześniej nie dotykał. Zrobiła to, ponieważ było jej szkoda pieniędzy wydanych na spodnie, które teraz były zepsute. Nie mogła sobie wybaczyć, że je kupiła. Co ona miała w głowie?
Mężczyzna przedarł się przez dwie dzielące go od ciała dziewczyny warstwy, a ona wciąż robiła sobie wyrzuty. Gdy okradał ją z tego, czego okazało się, że wcale nie chciała mu oddać, myślała jedynie o nieszczęsnych stu złotych wydanych kilka dni wcześniej w tym przeklętym sklepie. 
– Jaka ja jestem głupia – mamrotała pod nosem, gdy jej głowa uderzała o poduszki.
Profesor Żbik zasnął kilka minut później. Zyta zepchnęła z siebie jego ciężkie i wilgotne od potu ciało, po czym odszukała swoją kurtkę, założyła ją i opuściła mieszkanie historyka.
Wsiadła do samochodu matki i wyłączyła radio. Jechała w ciszy przerywanej jedynie niekiedy przez syreny karetek czy wozów policyjnych. Po paru minutach poczuła mdłości, które zmusiły ją do zatrzymania się na stacji benzynowej. Obciągnęła bluzkę w dół, by ukryć zniszczone spodnie, a następnie, zasłaniając dłonią usta, pobiegła do toalety. Kaszlała nad deską klozetową i wymiotowała śliną. Nie pamiętała, kiedy ostatnio miała w ustach jedzenie. Gdy wstała, nachyliła się nad umywalką i przepłukała usta wodą. Wyszła z łazienki, a sprzedawczyni spytała, czy dobrze się czuje. Zyta kiwnęła głową.
Dziewczyna wróciła do auta i ruszyła w dalszą drogę. Przypomniało jej się, że przecież jest sobota. W soboty trzeba się uczyć na zaliczenia, odrabiać z Kasią i Anią lekcje, pomagać im w przygotowywaniach do sprawdzianów i myć matkę. Trzeba ją wyciągać z sypialni, a następnie szorować włosy, całe ciało i zęby, by potem znów wepchnąć do śmierdzącego alkoholem łóżka. W soboty Zyta udzielała też korepetycji trzem dziewczynkom. Soboty były bardzo trudne. 
Mniej więcej w połowie trasy Zyta zorientowała się, że w domu nie ma nic na śniadanie. Poprzedniego dnia nie była w stanie myśleć o tak przyziemnych rzeczach jak zakupy. Zawaliła, zawaliła i to bardzo. Pal licho, że ona i matka nie będą miały co jeść, chodziło o Kasię i Anię.
Zyta gorączkowo zaczęła się zastanawiać, gdzie można o pierwszej w nocy dostać jakieś pieczywo. W końcu ją oświeciło – przecież sklepik w ich bloku był czynny przez całą dobę!
Gdy dotarła pod dom, nie wjechała na podziemny parking, tylko zatrzymała się naprzeciwko wejścia do sklepu. Kiedy chciała wysiąść z auta, coś jakby przyciągnęło jej ciało do siedzenia. Po kilku sekundach podjęła kolejną próbę. Znów to samo. Czuła się tak, jak gdyby w fotelu i jej plecach znajdowały się magnesy o przeciwnych biegunach. Dopiero za trzecim razem udało jej się podnieść. 
Gdy Zyta wreszcie stanęła, przed jej oczami pojawiły się mroczki. Choć droga z samochodu do sklepu była krótka, dziewczyna ledwo ją pokonała. Podpierając się o słupy, jakoś dostała się jednak do środka, gdzie jej oczom ukazały się piękne drożdżówki. Naprawdę, tak wspaniałych wypieków nigdy wcześniej i nigdy później nie widziała. Chwyciła cztery w gołe ręce i, chybocząc się na boki, zaniosła bułki do kasy. 
Po wyjściu ze sklepu pomyślała, że może czuje się tak dziwacznie właśnie przez głód. Wsiadła więc z powrotem do samochodu, odłożyła trzy drożdżówki na siedzenie pasażera, a jedną chwyciła w dłonie i zaczęła łapczywie jeść. Wtedy znów nawiedziły ją te paskudne myśli. Myśli dotyczące zepsutych spodni. Za sto złotych można było kupić tyle niezbędnych rzeczy… Albo nawet nie niezbędnych! Za sto złotych Zyta mogła kupić prezenty dla swoich sióstr. Mogła zabrać je do kina albo na pyszne lody… Mogła im wybrać jakieś ładne bluzki lub książki, które dziewczyny tak bardzo uwielbiały. Zamiast tego wydała pieniądze na głupie spodnie… Na głupie spodnie, które i tak były teraz zepsute i do niczego się nie nadawały.
Zyta jadła, a drożdżówkę, wpatrując się w neonowy napis „24h” i jak mantrę powtarzając pod nosem słowo „głupia”. W pewnym momencie marmolada wypłynęła z bułki i spadła na bluzkę dziewczyny. Zyta, choć nigdy tego nie robiła, przeklęła głośno, rzuciła drożdżówką w przednią szybę tak, że marmolada zabryzgała ją nieestetycznie, po czym położyła skrzyżowane ręce na kierownicy i oparła na nich czoło. Zaczęła płakać. Drugi raz w życiu płakała. Było jej tak bardzo źle… Jak mogła do tego dopuścić? Jak mogła być aż taka głupia? Boże, przecież powinna się była domyślić… Przecież powinna była przewidzieć potencjalne konsekwencje swoich czynów… Jak głupim trzeba być, żeby jeść cholerną drożdżówkę z marmoladą w białej bluzce?! 
Bo jej chodziło tylko o tę bluzkę. No dobrze, może jeszcze trochę o spodnie. 
      Julia Wołowiec

Obraz wyróżniający: Obraz Security z Pixabay