Z dziennika szaleństw leśnych, czyli bełkotliwa przeprawa przez ludzką dziwność / Dominik Wojtal

0
74
Zstępując tego dnia na suchą, puchatą zielenią ścieżkę wielce zadziwiłem się nieśmiałością, niemal dziewiczą wstrzemięźliwością wszystkiego wokół. Było to jak gdyby Las schował się przede mną; zawinął w sobie dziwacznie; pierzchnął gdzieś w głębiste szuwary wszystkich swoich spętanych jaśni; zacisnął w sobie wszelkie wnętrzności, gdy tylko poczuł moje stopy stykające się z jego zewnętrznością. Ho! Ho! Wstydliwy Las! Łechtliwy Las! Wszędzie tylko pajęcze poszumy; subtelne, pieściwe migoty; sprzęgnięty, ukojony szczebiot; i drzewa sędziwe, niepozorne, i parowy fałdziste, jędrne; i ta ścieżka, ścieżyna, zawinięta, zasuszona, wąska – wszystko znikąd, donikąd; przestrzeń bez fali; wyzbyty z wszelkiej czynności pieczołowicie sformułowany samograj bez szczegółów, odcieni czy przepływów; ah, nudne odtwórstwo, samokrytyczna poezja leśna! – niemal prześmiewcze, prostackie skąpstwo duchowości; zachłanne ukrywanie się w sobie; strojenie się na pozór, kokietowanie wierzchnią nudą; nagość słów; i lęk, tak!, wielki lęk, niepewność; uwiązanie, zależność i kontekst…. oj, Lesie, Lesie..chcesz, żebym przeszedł przez ciebie rozmyślając o błahostkach; chcesz, żebym spotkał tu kogoś i podjął rozmowę; chcesz, żebym uciekał przed sforą zdziczałych psów; chcesz prostej, pierwotnej mitologii; zgrzebnej baśni; żeby wszystko było oczywiste, nudne, przejaśniałe..
– Hej, Lesie, ha, ho! Pokaż się, nie zgrywaj, nie obawiaj. To ja.. to tylko ja!
Brak odpowiedzi; niezaradna szczebiotliwość i pieściwy niepokój; gmatwanina wzdrygnięć i uniesień; coś jakby przygotowawcze tańce; strojenie się za kurtyną i zgiełki upiększające; ostatnie przymiarki i nerwowe poduczenia: krzątanina; wrzenie pod pokrywą..
Przestępuję dalej, nasłuchuję, mącę się, patrzę..
Szelestności wszelkie zamroczyste naraz wychylają się zza drzew rozwikłane, roześmiane i rozświetlone; gałęziste wyrośnięcia zlane ze blaskiem; wymysły, wyobrazy zaniepokojone i zszargane; zwichnięte rozmaitości bez dna; zmrocznienia bez związku; ciekliwe niejasności: wszystko to spływa z koron pokrywając Las srebrzystą mgłą; wyszamotanym z śnienia lejącym się, migotliwym całunem półbytu i bezwiedności.. ah, tak! Lesie!.. chaos, niezrozumiałość, niezależność absolutna, nieukojona miłość wewnętrznej tkanki umysłu leśnego! Lesie! Lesie! Ukazałeś mi się, odważyłeś się; zdziwaczałeś, zaistniałeś!
– Tak, odważyłem się!- przemawia do mnie dziwaczna figura skryta w pomroce zastygłej tuż koło smukłego grabu- lecz, każde zaistnienie to zaiste morderstwo na czasie, nie uważa Pan?
– Kim jesteś? Pokaż się..
Figura wychyla się do mnie i prędko spostrzegam, że właściwie nie można tego czegoś nazwać figurą – to jedynie ziejący chłodem, szklący się, spiralny otwór zasysający do środka swój własny kształt – coś jak kształt samozniekształcający się, życie w ciągłej autonegacji, grafomania tożsamości i przestrzeni, niezrealizowana potencjalność..
– Nikim konkretnym, tak myślę- otwór wygina się i pęcznieje dziwacznie- nie mogę zaistnieć, więc nie ma mnie do końca; nie mogę się wymyślić, więc wciągam samego siebie w głąb; jestem zawsze na marginesie, jak plama atramentu wykwitła tuż koło przepięknego zdania; jestem niedostrzeżony, nieprzejrzany, zbłąkany w patosie stwarzania..
– Ależ to dziwne!
Figura naciąga na siebie jeszcze więcej szarzystego cienia – miejsce w którym przebywa (?) jest już niemal zupełnie zmroczniałe – jedynie jej otwór migocze, wyłania się jakimś niemożliwym, pęczniejącym światłem..
– Oh, stwarzanie, nie jest dziwaczne.. to istnienie jest dziwaczne! Spójrz tylko na siebie! Spójrz na wszystkich wokoło!
I czuję na sobie dreszcz zbłąkany po Lesie wyszalałym, rozpętanym, wymdlałym – rozglądam się.. pustka; jedynie szarości, omdlenia barw wokoło, jak gdyby blask świata przygasił się pod obłokiem potężnej burzy w której Las wyłania się, ukazuje, obnaża i wywnętrza nieustannie..
spójrz na wszystkich wokoło! spójrz na siebie!
Ale przecież tu nikogo nie ma, jestem tylko ja.. tylko ja.. ja, ja, ja.. aż ja, aż ja, AŻ JA! 
Popatrzyłem na siebie i z przerażeniem stwierdziłem, że moje ciało jest w jakiś sposób zwichnięte; tkanki spęczniały dziwacznie przechodząc w niestworzone, obrzydłe formy, głowa spuchła i odgięła się w górę, w cielesny chaos.. coś jak wielka, świszcząca przemiana targało mną i rzucało na wszelkie strony.
– Jestem tylko żartem materii! – wołałem- pokracznym, bezczelnym bytem ośmieszającym jakąkolwiek duchowość; skłębionym w sobie i schorzałym przyśnieniem; wariactwem wszechświata..po co ja komu? po co to komu? rozpadam się, rozwikłuję, rozrzewniam, nic nie da się ze mnie sklecić! nie jestem godny choćby wzmianki, słowa, wspomnienia!
I byłbym skończył ze sobą w napadzie nihilistycznej histerii, rozbijając sobie głowę o pierwsze lepsze drzewo, gdyby nie kolejny osobliwy kształt Leśny, który przemówił do mnie jak gdyby rozbudzony moją mową. Był o tyle osobliwy, że zdawał się być jedynie powłoką, mglistym całunem; samym w sobie widnieniem; jakimś chorobliwym, napęczniałym wymajaczeniem istnienia..
– Zechciej mnie wysłuchać młodzieńcze- zaczął pewnym głosem (bez)kształt – Rzadko zdarza mi się mieć głos, dlatego chciałbym przemówić, jeżeli Pan pozwoli, długo i rozwlekle. Otóż, jak Pan widzi, jestem jedną z tych bardzo rzadkich, pozwolę sobie z dumą powiedzieć, form stanowiących wyrafinowaną, złożoną narośl na krystalicznie czystej tkance czasu.
Nie jestem oczywiście pasożytem, gdzieżby! Żyję z Czasem w przepięknej i szlachetnej symbiozie.. otóż – opowiem pokrótce, żeby pana nie zanudzać biotemporalnym aspektem mojej osoby – otóż, moja skromna osoba, zaraz po narodzeniu (a co zabawne, rodzi mnie właśnie sam Czas!) zagnieżdża się na sklepieniu czasowym (wie Pan, oczywiście co to sklepienie czasowe!) i wypuszcza energię we wszystkie wyższe porządki trwania- to takie trochę zapuszczanie korzeni w kalpiczny strumień czasowego przepływu – to mnie odżywia, wzbogaca i umożliwia nieskończone bycie. Czas ciągnie mnie za sobą wszędzie a ja oddaję mu z nawiązką jego szczodrobliwość, bo wie Pan – tu kształt przysunął się do mnie, jak gdyby chciał położyć mi się na ramieniu – Czas nie może się cofnąć sam w sobie, nie może spojrzeć sam na siebie; nie ma możliwości rozpatrzyć w sobie jakąś epokę lub punkt, bo jest niepodzielny, ciągliwy, jednolity, a przez to nieszczęśliwy, straszliwie nieszczęśliwy! 
Wyobraża Pan sobie nie móc się wyszczegółowić, ukonkretnić? Czy może Pan pojąć trwanie nierozdrobnione, niezdefiniowane, bezzwrotne? To przecież coś strasznego!
Ha! Ale tutaj z pomocą przychodzi nie kto inny jak ja..- bezkształt znów nachyla się, mrowi przeźroczyście- Bo widzi Pan.. chociaż płynę wraz z Czasem jestem jednocześnie jego punktem; odbiciem tego co było, kiedy się narodziłem i w nim zakorzeniłem; Czas może przeglądać się we mnie; wydobywać się ze mnie i analizować; moje istnienie jest fotografią Czasu, która pozostaje we mnie na jego pamiątkę; jestem jego ekspresją, wspomnieniem; i oh, jak błoga jest rozkosz czasu, kiedy wpatruje się we mnie i wyciąga wszelkie owoce jakie za sobą już pozostawił..
Tak mówił ten osobliwy Grzyb Czasu (to chyba określenie, które najlepiej opisuje jego naturę) zadumany nad miałką filozofią swojego istnienia; dlatego nie spostrzegł zrazu że w trakcie jego mowy, gnany ciekawością, wstąpiłem w jego przezroczyste, rozwikłane oblicze..
Ciężko opisać co ujrzałem w trzewiach tego dziwacznego, czasowego tworu, i to nie z powodu dziwów, które było dane mi tam ujrzeć, lecz ze względu nagość i oczywistość faktu, jaki pozostał tam przede mną obnażony; bowiem, gdy tylko przekroczyłem próg jego dziwacznej postaci; gdy tylko wpasowałem się w jego przezroczystą formę, naraz poczułem jak coś zasysa mnie i wciąga; przezroczyste ciało Grzyba wchłonęło mnie i rzuciło w wielki, rozwiośniony eter, tak że nie wiedziałem już gdzie moje ciało; czy jest przy mnie czy może pozostało w szarzystym, bladym Lesie..
I opadłszy w poprzez spurpurowiałe, przesiąknięte chichotem nieba szańce chmur; stoczywszy się miękko przez fałdziste snopy niebieskie; rozwinąwszy całą moją postać w falujące treści, jak dywan otrzepywany z lśniącego kurzu, nawet nie spostrzegłem kiedy, a co ważniejsze jak, znalazłem się na puchatym, pożółkłym od mleczy ogródku mojego domu rodzinnego..
Podnosząc się, poczułem ścisk w sercu i zatrzęsienie w umyśle; spoglądałem przed siebie oniemiały i wstrząśnięty, jak gdyby chcąc pochwycić, skupić ten nieziemski, odległy obraz w którym ugrzęzłem.. a dom wyginał się, rozpływał pod natężeniem jakiejś niedocieczonej wibracji – był niedokładny, niedokształcony; jak gdyby niedopisany przez czas, odbity pieczątką kształtu jedynie pobieżnie, impresjonistycznie..
– Pięknie, Panie Grzybie.. takie niedopatrzenie! 
A potem zobaczyłem moich rodziców; wychodzili z domu, rozmalowani, przepływający, niejednoznaczni; Matka trzymała w rękach dziecko, małe, pobielałe i smutne; Ojciec zamykał drzwi; spoglądałem na nich, patrzyłem, już chciałem podejść..
– No, no Proszę Pana! Ja nie jestem jakimś dudkiem, który będzie służył za naczynie dla obrzydliwej, ckliwej, ludzkiej nostalgii! 
I znów szarość, napięcie form leśnych, sflaczała cielesność, moje urywane westchnienia, i powłoka Grzybia naprężona, wibrująca, wzburzona..
– To pył! Głupstwo!-perorował Grzyb- To niegodne Czasu! To splamiony, pozaginany margines jego nurtu! Nikt oprócz Pana nie chce tego oglądać!
– To w takim razie co jest w centrum czasu mądralo? – zacząłem gniewnie- Może ty? Od kiedy czas to koncentryczny ośrodek z priorytetami? 
– Co ty o tym możesz wiedzieć!-żachnął się Mglisty Grzyb z urazą..
– Jeśli naprawdę jestem na marginesie Czasu; w jego zakamarku, to Czas się może wypchać!- wysapałem- I ty też Grzybie! Przecież ty nawet nie istniejesz! Jesteś tylko jakąś groteskową formą bez wspomnień! Czystym wymysłem, absurdem trwania!
– Ja?- poderwał się Grzyb-ja nie istnieję? Istnieję lepiej, bardziej, pełniej niż ty! Ty podła pasożytnicza larwo czasu! Istnieję po stokroć bardziej niż ty; jestem czystym, niezakłóconym, samonapędzającym się istnieniem, bo jestem cząstką czasu, jestem..
– Tralala!- nadęcie Grzyba zaczęło mnie drażnić, toteż, przestępując przez niego (ostatnie mgnienia mojego domu przejaśniły się we mnie jeszcze ustępującym drżeniem) poszedłem dalej..
Gdy przestępowałem przez Las prędko spostrzegłem coraz obfitsze wezbrania cienia.. przestrzeń gęstniała, tężała, załamywała się w szorstki zakalec ciemności wraz ze wszystkim co przynosiłem w jej objęcia. Zdawało mi się, że byłem na jakimś uroczysku pełnym bagien, szeptów i nagłych pokracznych przejaśnień, choć nie mogłem do końca być pewien gdzie się tak naprawdę znajduję – w jakim położeniu jest moje ciało i duch..
Naraz zbliżyła się do mnie jakaś obecność; tak, obecność, bo ciężko inaczej określić to co pojawiło się przede mną, a raczej wokół mnie; był to straszliwie długi, tyczkowaty kształt, który mogłem bardziej odczuć niż zobaczyć – tak wielkie i nieprzebrane ciemności oblekły wszystko wokoło wraz z jego przybyciem..
– Gdzież Pan tak popędliwie zmierza?-poczułem To na swojej szyi i ramionach, jak gdyby owinęło się wokół mnie pieściwym ruchem.
– Ja? Nigdzie nie zmierzam..
– A więc twierdzi Pan, że przestrzeń nie istnieje?- obecność wydłużyła się jeszcze przede mną, tak że, gdzieś ponad moją głową, tam gdzie powinny się znajdować korony drzew, mignęła mi tego wodnista, niemal zupełnie czarna twarz z bladymi, jaskrawymi punkcikami oczu..
– A, bo co? Pani jesteś pewnie przestrzenią sama w sobie, tak?-rzekłem z przekąsem, oczekując (słusznie zresztą) kolejnego monologu.
– Nie tyle co przestrzenią.. jestem raczej pewnym jej wyspecyfikowanym figmentem; jej wiecznotrwałą eksplozją; miejscowym zróżnicowaniem z jasno odmierzoną ilością oraz jakością.. to tak jakby przestrzeń wychynęła poza samą siebie, spieniła i wyrzuciła ponad swoją powierzchnię pewien jej fragment, który nigdy już nie mógł do niej powrócić..rozumie Pan?
– Nie szczególnie..jest Pani częścią przestrzennej rodziny, czy raczej jej wyrodnym dzieckiem?
– No cóż..- przestrzeń zmieszała się w sobie, po czym wyprostowała, jak gdyby namyślając się – chyba sama nie wiem..
– To może lepiej.. – spróbowałem pójść dalej (gdzie?!), lecz Pani Przestrzeń podstępnie zawiodła moje ciało z powrotem w swoje ciasne objęcia..
– Ah, ale dlaczego Pan tak prędko odchodzi?
– Śpieszno mi..
– Ah tak..-dopiero teraz spostrzegłem, że głos Przestrzeni przybrał postać namiętnego szeptu..
– Tak..i proszę postawić mnie, to znaczy ułożyć z powrotem.. eh..
– Ułożyć? postawić? Ależ proszę Pana; przecież Pan jest we mnie, proszę się rozgościć.. nie wypuszczę Pana bez stosownej gościny..
– Jestem w Pani?-poczułem jak Przestrzeń wodzi mną w ciemności; jej impertynencka masa coraz bardziej otulała mnie, zagarniała, wcielała w siebie, pieściła i gładziła; przybierała i pieniła się na mnie całym zmroczniałym, niewyraźnym pejzażem swojego “ciała”..
– Ah! Proszę Pani!
Zacząłem wywijać nogami, wymachiwać rękami, potrząsać szyją w każdą stronę; moje ciało niemal zwichnęło się od tych rozpaczliwych wyszarpnięć, desperackich podrygów i lamentacyjnych przeginań – prędko jednak poczułem, że zlewam się z Przestrzenią i właściwie nie mam już Ciała, które mógłbym wyswobodzić; że wsiąkłem w Przestrzeń całą swoją fizycznością, zredukowany do jednego, zagubionego punku świadomości, który krążył omdlały i udręczony przez własny poszerzający się, uprzestrzenniony niebyt.. 
Mogę przyrównać to wrażenie do zanurzenia się w wyjątkowo gęstą maź – czucie ciała zanika wraz z lepką, grubą masą, która do niego przylega; tkanki drętwieją, a wrażenie cielesności przemienia się w swoje przeciwieństwo – w brak jakiegokolwiek wrażenia; pustkę wrażeń materialnych; nienamacalność siebie; koszmar absolutnej duchowości; bezośrodkowość zszokowanej zbłądzonej umysłowości..
– Proszę mnie wypuścić, zostawić, oddać mnie, ciało!- krzyczałem sobą, światem, Przestrzenią, choć wiedziałem, że żaden głos nie może wydobyć się z moich ust..
– Proszę Pana o cierpliwość i spokój..- Przestrzeń odezwała się we mnie, w nas..
– Czy ja umarłem? Czy to śmierć? O Boże! Boże!- poczułem panikę, w samiutkim rdzeniu siebie (w końcu nie mogłem poczuć jej już w ciele, bo nie miałem już nawet jego skrawka!); i rozpaczliwie próbowałem ująć się jakoś; przyoblec w coś; pochwycić siebie w tej pustce; odkryć siebie bezcielesnego, nawet w tej panice, która stanowiła właściwie jedyną moją ekspresję..
– Nie umarł Pan.. Choć to co Pan odczuwa być może niedalekie jest fizycznej śmierci- głos ozwał się we mnie.
– Proszę mnie stąd wydostać!- pochwyciłem się go rozpaczliwie..
– Niech się Pan uspokoi; chcę żeby Pan coś zrozumiał.. zobaczył..
– Ale ja nic nie widzę; nic nie mogę ujrzeć.. to koniec.. zostanę tak przez wieczność? A więc to tak wygląda piekło? Samotność w nicości?
– Ależ nie jest Pan samotny! A to wszystko wokoło nie jest w żadnym wypadku nicością..
– Ten eksperymentalny panteizm naprawdę przyprawia o mdłości! Przecież tu wszędzie nicość! 
Wtem spłynęła na mnie jakby nieprzytomna, hipnagogiczna paleta dźwięczących barw i migotliwych kształtów; każdy kolor stanowił o mnie, a ja stanowiłem o każdym kolorze; kształty były płynne, niewyraźne i zemdlone jakimś wyższym nieporządkiem całego istnienia; ból i szok bezcielesności przerodziły się w błogość rozwijającej się, wzmożonej umysłowości; moje doświadczenie rozprzęgło się w rozkosz wszelkiej zmysłowej mnogości; w pasję wszelkiego przeżywania; w wszechogarniającą, boską wszechmoc bycia; w niezgłębioną bezczasowość świata.. Było to nieco jak sen; jak jedno, wydłużone, piękne przyśnienie, choć wszystko było tak wyraźne, dogłębne i wyczuwalne, że nie śmiałem sądzić, i dalej nie śmiem, że było to faktycznie snem..
Ogarnięty tym rajskim zalewem; tą mistyczną powodzią naraz poczułem jak słowa gubią się w sobie; ujrzałem jak zaplatają się znaczenia; zawijają wszelkie przejawy tego co mogłem nazwać sobą i światem; i tak, spleciony, współistotny z rzeczywistością, trwałem w sposób niepojęty, wieczny i sprzeczny; w jakieś dziwnej rodzinnej miłości form, które przecież przemawiały do mnie nieustannie, tak jak ja przemawiałem do nich jakimś dziwnym, rozbitym, niezrozumiałym językiem..
odsamotniłeś sięświat wykochałeś się na nice w prawdę przyrzeczyłeś, odzacznij takie zamarzenia, rzeczyśmiechy występują za nas pośród szaleńmysłu ale ja taki nietaki taki samieniutki niedozrozumańczy bzdurczy tak jak wszyścielisko rzeczymałości..jestem niezapotrzebowany, płaczwszechszepczący, zasensowiony aż po niesens ale jest też przepiękniały poszukany zapieśniony oh ale ja nie prześnię nas nie przemyślę nie zostawię...
Gdy w końcu przebudziłem się z tej śniącej, baśniowej rozlewni znaczeń, spostrzegłem wokoło siebie las.. zwykły, ukojony, podrygujący zielonkawo las. Nieśmiałe poszumy drzew i poweselałe świergoty ptaków zrzuciły z siebie wszelkie uświadomienie; wszelką niezwykłość
sprostowując mnie, zawężając znów do prostej, puchatej, pachnącej ścieżki. Wszystko ukryło się, zamknęło, zabiło na deski, jak gdybym sięgnął zbyt daleko; jak gdybym przekroczył jakąś granicę; jak gdybym zburzył coś, co powinno było pozostać trwałe, jasne, zwyczajne..
I cóż było z takiego rozpasania, wylewności, szaleństwa? Po co się tak puszyć, nadymać Lasem? Po co dziwaczeć na własne życzenie; pozbawiać się zmysłów; śnić zdradliwe osobliwość skoro i tak nic z tego; i tak znów pustość, niemoc, bezpłodność, samotność? 
A może tym razem po prostu przejdę się po lesie? Najzwyczajniej, najukładniej, najspokojniej? Zwykły spacer? Tak..przejdę się i posłucham ptaków, ożywię się świeżym powietrzem; rozruszam stężałe mięśnie; przyjmę las takim jaki jest, bez udziwnień, literackich ekscentryzmów i metafizycznych karykatur…
Cisza, która mnie ogarnęła, kiedy zrobiłem pierwszy krok powiodła mój umysł daleko przed siebie. Dziwny to świat bez poruszeń; świat pełen mnie i tylko mnie – inny to, schowany, nie niepokojony przez nikogo świat! A może następnym razem? Może następnym razem pójdzie lepiej? A może następnym razem zupełnie oszaleję? Kto to wie?
Muszę gdzieś schować te zapiski.. 
                                  Dominik Wojtal 

 

Obraz wyróżniający: Obraz Joe z Pixabay