Wiktor / Piotr Kotlarz

0
774

O jego przyjeździe mówiono już dwa tygodnie wcześniej. Nieczęsto dochodziło do takich wizyt. Nasz klub, miał gościć jednego z bardziej znanych brytyjskich intelektualistów. Tego typu kontakty, zwłaszcza na prowincji, poza Warszawą nawet w czasach „późnego Gierka” należały do rzadkości. Nie wiem, kto był inicjatorem tej wizyty, nie wiem też, z jakiego powodu to właśnie mnie wyznaczono na swego rodzaju przewodnika naszego gościa. Miałem go odebrać wraz z Eugeniuszem z dworca o piątej rano, odprowadzić do hotelu i później jakoś zorganizować mu czas. Może o wyborze mojej osoby zadecydowało to, że byłem wiceprezesem ŻAK-a do spraw kultury, może przypuszczano, że znam język angielski, a wówczas znajomość tego języka była w naszym społeczeństwie bardzo ograniczona. Zresztą i moja znajomość tego języka była bardzo ograniczona. Myślę, że ważna jest tu jednak nie tylko znajomość języka, ważne jest to, co ma się do powiedzenia. Co ciekawe, Eugeniusz, który również miał towarzyszyć naszemu gościowi językiem angielskim nie władał prawie wcale. Zaliczył w swoim życiu zaledwie niecały rok studiów na polonistyce, a mimo to zatrudniano go w instytucjach kultury… niestety i ja w tym mu pomogłem, ułatwiając mu uzyskanie pracy w ZAK-u. Dziś wiem, że popełniłem wówczas błąd. Może zwiodła mnie jego wręcz chorobliwa miłość do literatury. Później pracując w jednym z osiedlowych klubów doprowadził do zamieszczenia przed nim tablicy pamiątkowej z cytatem ze Stanisławy Przybyszewskiej. Nie pamiętam już dokładnie, ale sens tego zdania sprowadzał do wyrażenia myśli, że zaistnienie w druku było dla tej pisarki, a zapewne i dla Eugeniusza, ważniejsze nawet niż życie. Cóż, mój błąd, ale pozycja Eugeniusza w ówczesnym środowisku artystycznym Gdańska była wówczas i tak o wiele wyższa od mojej. Nie znałem przyczyny tego stanu rzeczy, dziś przypuszczam, że wynikało to z jego współpracy z ówczesnymi służbami. Jak okazało się już po upadku tamtego systemu, nadzorującymi wszystkie sfery społecznego życia. To Eugeniusz był inicjatorem lub tylko wykonawcą i organizatorem wizyt wielu uznanych polskich artystów w Gdańsku: Szajny, później Kantora, spektaklu „Piwnicy pod Baranami”. Z zadań tych wywiązywał się zresztą doskonale. Z niewiadomego mi powodu cieszył się znacznym wsparciem władz. Może zresztą niepotrzebnie mam wątpliwości, może to wsparcie wynikało po prostu z tego, że jak piszę, organizowane przez niego imprezy odbywały się bez problemów, a zapraszani goście byli znamienici.  Tak czy inaczej, to ja miałem być tym, który wraz z Eugeniuszem powita kolejnego ŻAK-owskiego gościa na dworcu. Był nim Wiktor Musgrave, brytyjski marszand i intelektualista.

Nie wiem, z jakiego powodu doszło do jego wizyty. Przypuszczam, że doszło do niej z jego inicjatywy, a ówczesne władze nie wiedząc, co z tym „kłopotem” zrobić, skierowały go do ŻAK-a, klubu studenckiego, zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, do jakiej degrengolady już wówczas życie kulturalne tego środowiska doszło. Przed wizytą dowiedziałem się tylko tego, że Musgrave miał mieć prelekcję z pokazem jakichś filmów oraz pod koniec wizyty spotkanie z artystami środowiska gdańskiego. To niewiele jak na tygodniową wizytę. Resztę czasu, który miał spędzić w Gdańsku miałem mu wypełnić właśnie ja. O Wiktorze Musgrave nie wiedziałem wówczas nic. Nie było jeszcze Internetu. Do informacji o nim dotarłem dopiero niedawno, wspominając o nim w gronie znajomych.

Miał przyjechać pociągiem z samego rana, przed szóstą. Dla nas, wręcz o świcie. Nieco ponad dwadzieścia minut po piątej byłem na dworcu gdzie spotkałem Eugeniusza. Mieszkał wówczas na Morenie, a jednak przyjechał ode mnie wcześniej. Do przyjazdu pociągu mieliśmy jeszcze kilkanaście minut, więc postanowiliśmy poczekać przed dworcem. Tym bardziej, że Eugeniusz chciał zapalić papierosa.

Z łatwością rozpoznaliśmy Wiktora w tłumie wychodzących z pociągu podróżnych. Dość postawny, choć raczej szczupły, ubrany w skórzaną „indiańską” kurtkę, z dużą torbą przewieszoną przez ramię i niewielkim projektorem do wyświetlania filmów (tak zwanych ósemek) w ręku.

Było bardzo wcześnie, doba hotelowa zaczynała się dopiero od godziny jedenastej. Zaprosiliśmy Wiktora do dworcowej kawiarenki, która mieściła się wówczas przy wyjściu na perony kolei miejskiej, SKM. Obok był bar, gdzie dominowała grochowa, bigos, flaki i mielone. Dziś w miejscu tej kawiarenki i baru mieści się lokal Mac Donalda. Zamówiliśmy po kawie. Zdawkowe pytania, próby nawiązania kontaktu. Trudne, gdyż mój angielski był wówczas bardzo słaby. W trakcie rozmowy, szybko zorientowałem się, dlaczego to właśnie mnie wyznaczono do tego zadania. Znajomość języka angielskiego w naszym pokoleniu była wówczas bardzo rzadka, prezes zapewne sądził, że ja znam go nieco lepiej… Lepiej? A niby skąd? I mnie nie był ten język wówczas do niczego potrzebny. O wyjeździe na tak zwany Zachód nawet nie mogłem, jak większość z nas, wówczas  nawet marzyć.

Zamówiliśmy po kawie i zajęliśmy miejsca przy jednym ze stolików prawie pustej wówczas kawiarni. Pierwszym tematem, jaki próbował poruszyć Eugeniusz, były kobiety. Nie wiem, z jakiego powodu uznał za właściwe pochwalić się, że właśni je lubi.

A którą masz żonę? Spytał Musgrave.

Pierwszą, powiedział zgodnie z prawdą Eugeniusz, który nie spodziewał się takiego pytania.

–  Ja siódmą, odparł Musgrave i zamknął temat.

Rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Poinformowałem Wiktora o naszych hotelowych obyczajach i zaproponowałem, spontanicznie, zupełnie na to nieprzygotowany, że mogę go do czasu otwarcia hotelu zaprosić do siebie. Nie wziąłem pod uwagę tego, że w niewielkim wynajmowanym wówczas przeze mnie przy ulicy Mariackiej mieszkanku, waletowało po wczorajszej dyskotece w ŻAK-u aż czterech moich kolegów.

Krótki, prawie dwudziestominutowy spacer po Gdańsku. Postanowiłem, że od razu pokażę Wiktorowi duży fragment naszego miasta. Nadłożyliśmy nawet drogi, idąc na ulicę Mariacka przez ulicę Długą. Ulice prawie puste, tylko czasami mijali nas śpieszący się zapewne do pracy robotnicy. Garncarska, rondo i pomnik Sobieskiego, gmach Teatru Wybrzeże, Targ Węglowy, Katownia, Złota Brama. Myślę, że spacer zrobił na Wiktorze wrażenie… sądziłem po sobie…

Weszliśmy do mieszkania. Mała kawalerka na drugim piętrze. Maleńka kuchnia, łazienka i pokój, w którym mieściła się: meblościanka, wersalka, stół i kilka krzeseł… jeszcze i mały stolik, na którym stała nocna lampka. Moi koledzy wciąż spali, leżąc w poprzek na wersalce. Nasze wyjście dostrzegł tylko Grzegorz, który na chwilę otworzył oczy. Powiedział:

Good morning, po czym ponownie zamknął oczy i zasnął.

Nasza trójka zasiadła przy stole. Zaproponowałem zrobienie herbaty i wyszedłem do kuchni. Wróciłem po chwili. Wiktor, który zdążył się już rozejrzeć po pokoju, wskazał na leżącą na nocnym stoliku szachownicę i spytał:

–  Do you play chess?

– Yes, I do, odparłem bardzo szybko. Chwyciłem się tej nadziei, wiedziałem, że przy szachach czas zleci nam znacznie szybciej.

Pierwszą partię udało mi się wygrać. Kolejne toczyły się ze zmiennym szczęściem. Wiktor okazał się dobrym graczem. W międzyczasie obudzili się moi koledzy. Ich krzątanie nie stanowiło dla nas, zajętych grą, większej przeszkody. Może poza jednym incydentem, gdy Felek, ówczesny kierownik administracyjny ŻAK-a, słysząc akurat płynącą ze stojącego na jednej z półek meblościanki niewielkiego radia jakąś piosenkę Beatlesów postanowił popisać się swoją angielszczyzną.

Do you like Beatles? Spytał Wiktora.

Yes I do, ten odparł. –  I made film with Lenon, dodał po chwili.

Jak się okazało Wiktor był aktywnym uczestnikiem życia artystycznego Londynu, w którym prowadził własną galerię. Jego żona była kuratorem wielkiej wystawy fotograficznej w Nowym Jorku. Wiktor Musgrave był niewątpliwie człowiekiem niebanalnym.

Potwierdziła to jego wieczorna prelekcja, która miała miejsce w Sali DKF-u ŻAK, naszego kina studyjnego. Przy pomocy przywiezionego przez siebie niewielkiego projektora Wiktor pokazał nam dwa filmy. Tematem pierwszego z nich była pozycja społeczna kobiet w świecie Islamu. Wówczas przyjąłem jego film bezkrytycznie. Słusznie, że opowiada się po stronie tych krzywdzonych w ich kulturze kobiet, sądziłem. Dopiero znacznie później, gdy poznałem nieco bliżej kultury wielu państw, w których dominuje islam odtarło do mnie, że obraz przedstawiany przez Wiktora był jednak zbyt jednostronny. Nie uwzględniał tamtejszych, kształtowanych przez setki, a może i tysiące lat uwarunkowań kulturowych. To tylko z naszej perspektywy pozycja społeczna kobiet jest na przykład w Iranie niższa niż w naszej kulturze. Jest tam po prostu inna. W wielu ich rodzinach jak i u nas, tak i u nich dominują kobiety. Każdy jednak ma prawo do swej perspektywy, swojego punktu widzenia. Ważne tylko, by wszelkich zmian, zwłaszcza w sferze tak istotnej jak złożoność życia wewnątrzspołecznego nie dokonywać ruchów zbyt gwałtownych, by szanować inność, odmienność.

Drugi film poświęcony był twórczości René Magritta, jak twierdził Wiktor, jego przyjaciela. Mogliśmy poznać pracownię tego artysty, wiele jego dzieł. Usłyszeć jego wypowiedzi. Dla nas, wciąż odciętych od Zachodu pokaz ten był niezwykle ciekawy, sądzę, że szczególnie dla studentów Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, którzy choć w ten sposób mogli mieć kontakt z twórczością tego uznanego artysty. Wiktor stał się też dla wielu przedmiotem swego rodzaju zawiści. Pochwalił się bowiem tym, że ma w swej kolekcji aż osiemdziesiąt obrazów Magritta, a cena obrazów tego artysty przyprawiała wielu o zawrót głowy. Po przeliczeniu na dolary średnia pensja w Polsce wynosiła zaledwie około dwadzieścia dolarów.

Następnego dnia zaprosiłem Wiktora do „Literackiej”. Było ciepło, zajęliśmy więc miejsca na tarasie. Kawa, rozmowa. Postanowiłem opowiedzieć mu o kilu scenariuszach moich etiud filmowych, które wymyśliłem w ciągu ostatnich kilku miesięcy, i które niestety do dziś pozostały tylko w formie zapisu w jednym z zeszytów w szufladzie. W sumie kilkanaście scenariuszy, a właściwie tylko kilka ich szkiców. Graliśmy też w szachy. Tu Wiktor okazał się jednak nieco lepszym ode mnie graczem, choć wciąż wiele partii udawało mi się z nim wygrać. W pewnym momencie Wiktor przerwał kolejną partię i stwierdził:

Peter, you must live in New York… in California.

No, Wiktor, J must live hear. Hear is my place, odparłem z przekonaniem. Nie wiedziałem wówczas, że przyjdą takie dni, że często będę chciał jednak z Polski wyjechać.

Uważałem tak wówczas, a i dziś mimo wielu… jakiego tu użyć słowa: wielu problemów, trudności, wielu spraw, które przeszkadzały mi w realizacji mych planów, w budowaniu siebie, w poznawaniu świata… mimo więc tego, dalej uważam, że dokonałem jednak słusznego wyboru… Choć dziś zapewne moja odpowiedź na swego rodzaju propozycję Wiktora byłaby mniej pewna, mniej stanowcza. Kto z nas mógł jednak wówczas przypuszczać, że przyjdzie nam, jak mówi prawdopodobnie chińskie przekleństwo: żyć w ciekawych czasach. „Sierpień” miał być dopiero za rok, a „13 Grudnia” za dwa lata.

Skończyliśmy ostatnią partię szachów, dopiliśmy kawę i wybraliśmy się na spacer. Mariacką wzdłuż do Motławy, później w prawo, Zielona Brama i Długi Targ. Wyspa Spichrzów była wówczas jeszcze rumowiskiem. Na ruinach krańcowego spichlerza wisiał ogromny napis: Nigdy więcej wojny. Ślady tej były w ówczesnym Gdańsku wciąż widoczne. Zaraz po wejściu na Długi Targ, Wiktor przystanął, wskazał ręką przed siebie i stwierdził:

  – To jest najpiękniejszy salon w Europie.

Później często myślałem o tym jego stwierdzeniu. Salon? Chyba rzeczywiście. Czworobok zamknięty z jednej strony Zieloną Brama, kamienicami z przedprożami po obu stronach Targu, w tym piękna kamienica Złota i Dwór Artusa oraz w głębi Ratusz Głównego miasta i kamienica PTTK oraz widok w głąb ulicy Długiej, zamykający ten obraz. Pośrodku salonu jeszcze wspaniały pomnik króla mórz – Neptuna. Często chodzimy po naszym mieście i widok tego piękna nam powszednieje… a przecież wystarczy tylko się zatrzymać… spojrzeć… docenić piękno.

Wieczorem zaprosiłem Wiktora na projekcję filmu „Umarła klasa”. Relację ze spektaklu Kantora, którą stworzył, a właściwie tylko zarejestrował, Andrzej Wajda. W dość dużej kinowej sali siedzieliśmy tylko my. Wielkość widowiska Kantora, a może też i warunki oglądania jego filmowej relacji były dużym przeżyciem. Po filmie długo milczeliśmy. Po jakimś czasie Wiktor stwierdził, że Kantor jest największym artystą XX wieku. Nie sposób było nie zgodzić się z taką opinią. W czasie rozmowy podzieliłem się z Wiktorem myślą, która właśnie od czasu tej projekcji zaczęła mnie nurtować. Wizja Kantora była bardzo pesymistyczna, jej źródła dostrzegałem w egzystencjalizmie… Trudno dostrzec sens życia, które jest nieustanną stratą, w naszej pamięci pozostają tylko strzępki dawnych przeżyć, wiedza nabyta niczemu właściwie nie służy… Zauważyłem, że Kantor po raz kolejny, tylko w bardziej sugestywny sposób wyraził to, o czym już słyszeliśmy od Sartre’a, Becketa, innych egzystencjalistów. Życie to tylko forma egzystencji, której celu nie znamy. Mało tego, całe nasze życie to jeden ciąg strat. Tracimy w jego czasie wszystko, wreszcie nawet pamięć. Dostrzegłem w tym myśleniu jednak pewien błąd, lub może lepszym słowem byłoby tu nieporozumienie. Egzystencjaliści i teraz Kantor szukali sensu życia człowieka, jako jednostki, tymczasem – moim zdaniem – należy myśleć o człowieku, jako ludzkości. Sensu życia powinniśmy szukać w perspektywie historycznej. Dostrzegamy go dopiero w działaniach pokoleń. Głębsza dyskusja na tak trudny temat była jednak niemożliwa. Mój angielski był zbyt słaby, Wiktor nie znał ani słowa w języku polskim… Wydawało mi się jednak, że mimo trudności językowych zrozumiał moje wątpliwości. Nie miało to większego znaczenia. Kantor potwierdził swoją wielkość kolejnymi dziełami, w których wniósł nowe idee… Wciąż jednak obracał się wokół tematu śmierci, końca życia… jednostkowego życia.

Jak wypełnić gościowi tydzień, cały tydzień… wbrew pozorom może się okazać, że to stosunkowo długi okres. Tym bardziej, że mój angielski rzeczywiści był bardzo słaby. Próbowaliśmy skorzystać z pomocy kogoś w rodzaju tłumacza, mojej kuzynki, Ewy… jej angielski okazał się niewiele lepszy od mojego. Znajomość tego języka w naszym społeczeństwie była wówczas naprawdę niewielka. Usłyszałem, że właśnie trwa wystawa prac dyplomowych studentów Państwowej Wyższej szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Chwyciłem się tej szansy. Przynajmniej ze dwie trzy godziny mam z głowy, sądziłem… Prace eksponowano na parterze, holach pierwszego i drugiego piętra i pomieszczeniach przyległej do szkoły Baszty. Moje nadzieje okazały się płonne… Cała wizyta zajęła nam, co najwyżej piętnaście minut. Wiktor prawie przebiegł obok wystawianych rzeźb, obrazów, grafik. Jego wzrok nie zatrzymał się na żadnym z eksponatów… wydawało się, że jakby z góry nie chciał tego oglądać.

Na całym świecie to samo. Te wystawy nie mają znaczenia. Machnął ręką w stronę wystawy. – Szkoda na to czasu, dodał.

Nie rozumiałem go. Młodzi utalentowani ludzie, każdy z nich jednak czegoś szukał. Późnej długo myślałem o ówczesnym zachowaniu Wiktora. Jak się dowiedziałem był marszandem, jednym z większych handlarzy sztuką w Londynie. Przyjaźnił się z wielu uznanymi europejskimi artystami. Skąd taki lekceważący stosunek do pracy tych młodych ludzi? Tego dnia, w czasie obiadu Wiktor opowiedział mi o celu swojej wizyty w Polsce. Przyjechał tu, gdyż usłyszał od atache jego ambasady, że jest tu jakiś twórca – autsajder, jak go określał. Nie, nie twórca zaliczany, tak jak Nikifor, do tak zwanej sztuki naiwnej, lecz właśnie autsajder, inaczej mówiąc twórca archetypiczny. Tworzący jakby podświadomie, w którego dziełach widać odwołania do archetypów: księżyca, węża… Nie bardzo go rozumiałem, nie wierzyłem, że ktoś może malować korzystając ze swej podświadomości, do której rzekomo tylko nieliczni potrafią sięgnąć.  Nie zgadzałem się też z przedstawioną przez Wiktora oceną Nikifora, którego zaliczał do twórców z grupy tak zwanych naiwnych. Nie, moim zdaniem, to wielki twórca, artysta, który wnosił wiele nowego do teorii postrzegania, do świata idei. Rozumiałem jednak, że w tak wypełnionym rynku sztuki Wiktor i podobni mu marszandzi poszukiwali nowej niszy. Czegoś oryginalnego, czegoś, co mogliby w przyszłości wylansować. Od wizyty Wiktora minęło bardzo wiele lat. On niestety zmarł jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku. Jego i jemu podobnych poszukiwania okazały się jednak nieskuteczne. Sztuka tak zwanych autsajderów nie przebiła się. Może wpłynęło na to otwarcie świata, a może komercjalizacja rynku, powstanie rynku masowego.

Wiktor ze swego rodzaju pogardą, lub może – mówiąc nieco łagodniej – lekceważeniem, odnosił się również do innego, modnego wówczas w Polsce kierunku w sztuce, konceptualizmu.  Dzieła tych artystów można było zobaczyć wówczas w niewielkiej galeryjce mieszczącej się w kamieniczce w głębi placu przed Bazyliką Mariacką. Później w tym miejscu był sklep z antykami, obecnie jest tam piękna restauracja.

Ten years ago, stwierdził Wiktor nie wchodząc nawet do wspomnianej galeryjki, oceniając tylko wiszące w oknie zdjęcia rejestrujące poszukiwania gdańskich konceptualistów. Na Zachodzie poszukiwania takie straciły już zapewne efekt świeżości. Rozumiałem jego postawę, tego rodzaju twórczość nie mogła przecież stanowić przedmiotu handlu.

Ostatniego dnia zaproponowałem Wiktorowi spacer po Gdańsku. Wyruszyliśmy spod hotelu „Jantar” przy Długim Targu, w którym wynajęto dla niego pokój. Szliśmy w kierunku Bramy Wyżynnej, a później na Forty Napoleońskie. Postanowiłem pokazać Wiktorowi to miejsce, gdyż właśnie niedawno władze miasta postanowiły je ożywić. Forty miały stać się centrum życia artystycznego. W „Reducie”, a później „Kaponierze” otwarto lokale, w których odbywały się dyskoteki, próbowano ściągać malarzy, poetów. Nie mogłem wówczas wiedzieć, że tego typu akcyjność jest nieporozumieniem, że nie można w taki sposób „ożywiać życie artystyczne”. Co ciekawe, tego typu myślenie miały i kolejne ekipy. Już po przemianach 1989 roku kolejne władze Gdańska zapowiadały animację tych terenów. Za każdym razem kończyło się właściwie tylko na zapowiedziach. Same forty, jak i ideę zamienienia obiektów kiedyś służących wojnie w centrum kultury Wiktor przyjął z uznaniem… Ogrom fortów robił wrażenie.

  Gorzej przedstawiał się nasz dalszy spacer. Doszliśmy do dworca, w głębi widniała budowa dużego wieżowca. Nowatorska technologia, kolejne kondygnacje na dwóch betonowych konstrukcjach stawiano od góry. Cóż z tego, że technologia nowatorska. Budowa Zielniaka trwała już siedem lat i końca nie było widać.

U nas takie wieżowce buduje się dwa-trzy lata, stwierdził Wiktor.

Wierzyłem mu, było to zrozumiałe. Przestoje w budowie „Zieleniaka” były powszechnie znane. Borykano się z problemami materiałowymi… może i inne przyczyny… Później minęliśmy kolejną budowę – hotel „Heweliusz”, również wieżowiec, również budowany już od siedmiu lat.

Ostatnie spotkanie Wiktora z tak zwanym studenckim środowiskiem artystycznym Gdańska miało miejsce w sali kinowej DKF-u. Wiadomość o przybyciu londyńskiego marchanda robiła widocznie spore wrażenie. Przybyło kilkudziesięciu studentów, również pracownicy uczelni, profesorowie asystenci. Pytano o trendy w europejskiej sztuce. Wielu próbowało chwalić się swym konceptualizmem… byli zaskoczeni reakcją Wiktora… okazał ich zainteresowaniu wielkie lekceważenie. Próba nawiązania bliższego kontaktu gdańskiego środowiska z Wiktorem skończyły się niepowodzeniem. Na prośbę skierowaną do Wiktora przez jednego z gdańskich artystów o udostępnienie jego londyńskiego adresu ten odparł:

Peter have.

  Nikt z prośbą o ten adres do mnie się nie zwrócił.

Wiktor wyjechał. Nie nawiązałem z nim kontaktu korespondencyjnego. W naszym kraju bieg zdarzeń znacznie przyśpieszył. Pod koniec osiemdziesiątego roku wyjechałem do Warszawy, później inne sprawy zawodowe, osobiste, wreszcie wprowadzenie „stanu wojennego”, który na wiele lat ponownie odciął nas od Zachodu. Jak dowiedziałem się wiele lat później Wiktor Musgrave zmarł w 1984 roku. O jego wizycie niemal zapomniałem. Czasami tylko o nim wspominałem. Zwłaszcza w chwilach kryzysu powracały do mnie jego słowa: Peter you must live in New York, in California. Czy on, czy też ja miałem wówczas rację?

                                                                    Piotr Kotlarz

Victor Musgrave (1919–1984) był brytyjskim poetą, marszandem i kuratorem. Opisany przez Davida Sylvestera jako „prawdziwy pionier” Musgrave był pierwszym galerystą, który pokazał Bridget Riley i był mistrzem Art Brut .
Musgrave prowadził „Gallery One” w latach 1953–1963, w którym wystawiano najwybitniejszych południowoazjatyckich modernistów.  Najpierw znajdowało się na Litchfield Street, a następnie przenosiło się na D’Arblay Street w Soho .  Galeria zaprezentowała Yvesowi Kleinowi pierwszą indywidualną wystawę w Londynie a także zaprezentowała prace artystów Fluxus . Wystawa Seven Indian Painters in Europe (1958) była jedną z najważniejszych prac w galerii i spotkała się z uznaniem krytyków.
Musgrave promował wśród brytyjskiej publiczności wybitnych artystów pakistańskich i indyjskich, w tym Avinasha Chandrę, Anwar Jalal Shemza i FN Souza . Mężczyźni byli na czele awangardowych praktyk w Azji Południowej.
Musgrave poznał i poślubił portrecistę Idę Kar w Kairze w 1944 roku; w następnym roku przenieśli się do Londynu. Małżeństwo rozpadło się w 1969 roku. 
W 1977 roku Musgrave poznał Monikę Kinley , marszandkę, kolekcjonerkę i kuratorkę. Razem organizowali wystawy, zbierali fundusze i założyli kolekcję sztuki outsiderów.
Kolekcja Musgrave Kinley Outsider Art, obejmująca około 800 dzieł, została przekazana Galerii Sztuki Whitworth na Uniwersytecie w Manchesterze, przy wsparciu Towarzystwa Sztuki Współczesnej . Wcześniej był wypożyczony na dziesięć lat w Irlandzkim Muzeum Sztuki Nowoczesnej (IMMA) w Dublinie. 

 

Obraz wyróżniający: https://www.google.com/url?sa=i&url=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fgdanskhistoryczny%2Fposts%2F1985-r-kino-leningrad-na-g%25C3%25B3rze-klub-%25C5%25BCak-czasy-%25C5%259Bwietno%25C5%259Bci-tego-kina-%2F1580601165454796%2F&psig=AOvVaw2qhHA_EebGFL87Slkt_6pl&ust=1619248259537000&source=images&cd=vfe&ved=2ahUKEwia-uL755PwAhWE2OAKHb2kAjIQr4kDegUIARCqAQ