zwabiony igraszką
pod jej skórą krew najeźdźców
jaskinia w mózgu do której
boją się wejść najstarsi grotołazi
szatnie bawialnie parawany
ciemne pokoje w których
astronauci śpią w kokonach
zwabiony igraszką motyl
staje się na powrót larwą i kona
na zgładzonych poduszkach
późny gotyk
zmierzch omiata ulice
i zatyka usta straszakom
nie czas na grymasy
kiedy sprawy lęgną się
pod kopułą zahaczając
o makabrę
trąbki wybuchają
w sztywnym od krwi
powietrzu
porządek
ciemność przegląda foldery i archiwa
grzebie po zapleśniałych podwórkach
gdzie pod mchem mieszka ojciec
chrzestny punk rocka który wtrącił
dziecko do niejednego pieca
wypieki rosną jak w baśniach
i mordowniach gdzie zaburzony
jest porządek
wycieczka
syk na stykach oparłem się o trakcję
autobus przepływa przez moje ramię
wycieczka szkolna do sanktuarium
w przełyku mam tramwaj
dziesiątki języków prądy głębinowe
w głowie zaś burze kosmiczne
wyprzedzam wypadki
prawie rozdeptałem magistrat
elektryczność
świergot przebija przez zbutwiałe deski
skąd odchodzi ścieżka przy której odpływam
ciągnie się zawijas marchewkowa kreska
odchodzą klekoty i żabie podniety
wszystko zaczyna się od zmysłów
od szczebiotów od gniazd nad którymi
przepływa elektryczność nawet żuraw
wbity w podmiejski pejzaż
nie opiera się widokom
twoje palce są jak wyrobiska – szepnęłaś
tuż za polem lucerny przyglądał się zarosły
bunkier a tartak rytm nam wybijał
Tomasz Smogór







