Wiersze / Leon Gutner

0
438

DILEJT

To jest teraz taka pora
gdy po wszystkim też oddycha
wczoraj jakby było wczoraj
sztuka życia

to są właśnie takie chwile
kiedy znika dziwny ciężar
dawno wykupiony bilet
w inne miejsca

to jest taki stan gdy może
przyjąć w sobie dziwną pewność
jakby znalazł już odpowiedź
pojął sedno

to coś czego nie doświadcza
kto nie ujrzał drugiej strony
bo nie można przecież zgasić
gdy spalone

kto się godzi nie zaprzecza
odnajduje los właściwe
czas jak dobrze znana rzeka
dalej płynie

to jest z czegoś nic i dziwnie
zawsze czeka za zakrętem
gdzieś tam w tobie w środku
inne

delete
enter
usunięte

( z tomu: Przechodziłem obok )

 

 

O CZASIE

Ona zawsze o czasie
nigdy nie jest spóźniona
nie dasz rady jej zgasić
chociaż możesz próbować

wszystko to co zostawi
na języku zamieszka
masz na ustach jej smaki
te na jeszcze nie teraz

ona zawsze chce bardziej
nie zostawia na potem
pewny własny ma zasięg
choć ulotny jak motyl

nie jest sama na drodze
i gromadzi wciąż więcej
ma na wszystko odpowiedź
brzmi ochotą na jeszcze

nikt z nas jej nie zobaczy
choć nikogo nie minie
poczujemy ją raczej
w końcu wolno odpłynie

na nikogo nie czeka
drwi z marzenia kpi z życzeń
zawsze znajdzie człowieka
co się spóźnił na życie

( z tomu: Przechodziłem obok )

 

WMÓWIENIE

Wciąż nie wie kim była.
Wie za to kim jest teraz. Kochanką i żoną.
Miejsca nie mają znaczenia. Zawsze odnajdziesz.
Jak wieści na które nie czekasz. Albo zdanie na jakiś temat
rzucone przy porannej kawie.

Pamięta sklep w którym jogurty spadały na podłogę.
Zadziwiające. Akurat to zapamiętał tak dobrze.
Uznał za wyjątkowy fakt przemijania..

Dał się wywróżyć ze świeżych bakalii.
Niedobrze. Dalej też nie będzie o wiele lepiej.
Bo sukienka do szafy a na sobie tylko życie.
I wszechobecne znaki. Jak tęsknota co znika na chwilę
przed końcem.
Pominął.

Nie myśli o skalach widocznych widm.
Taszczą z powrotem jakieś bez odwrotu.
Zapamięta bezwstyd w środku nocy.
Wmówiony. Ponoć tylko dla niego.
Już wie że to była taka kara.

Żeby tylko w ogóle móc być.

 

W KOŃCU

W końcu już obcy tacy dalecy
nocy jak nigdy nagle wystarczy
nie wybiegają sobie naprzeciw
czas czasem wzgardził

było minęło spłynęło wyschło
czujesz gdy widzisz a nic nie widać
taka jest prawda to oczywistość
bez sensu gdybać

i tylko czasem gdy coś nie idzie
wracają w głowach i wywołując
martwe obrazy w zamglonym zwidzie
myśl okłamują

nie można przecież myśleć o niczym
i pisać wierszy co dla nikogo
z oddali raczej nic się nie liczy
tylko gdy obok

już dawno po nich lecz nie żałują
drugi maj czmychnął zbierając całość
ktoś ramionami znów ich częstuje
więc się nie żalą

nigdy nie będą tacy jak kiedyś
pewniejsi inni bardziej rozsądni
potrafią dostrzec oddać już wiedzą
kto jak zapomni

( z tomu: Przechodziłem obok )

 

 

OBOK

Przemijamy obok zyskując i tracąc
tam pozostawiamy a tu ktoś odtrąci
jest komu dziękować i pewnie jest za co
wydeptane ścieżki i przetarte kąty

przechodzimy cicho nie zawsze po drodze
żony i mężowie dzieci pewna zmiana
obce ziemie wyspy żyjesz tak jak możesz
szczęścia za nieszczęściem za radością dramat

przeszliśmy dość dzielnie przez pierwszomajowe
pochody Czarnobyl ognie Challengera
a litery słowem wypełniały głowę
zamienione w pamięć kwitną aż do teraz

w wymieraniu bliskich w wieżach Manhattanu
w pieniądzach wirusach głupia polityka
durnie i idioci jak plaga tyranów
co jak zwykle siłą wiodą nas donikąd

przechodziłem obok całkiem niedaleko
jakby mnie nie było a minąłem byłem
i tak sobie myślę że w sumie poniekąd
nie zaszedłem nawet ani nie wstąpiłem

( z tomu: Przechodziłem obok )

 

 

NAMAWIANIE

Spokój dłoni zasłania wyraźne drżenie ramion.
Palce pokonują opór aby chwycić koniec.
Zimne kamienie na smukłej szyi nie są cenniejsze
od jutra. Od profilu nowego poranka i słodyczy ust.

Czas zamienia czarne na siwe. Oceniam profil szkód.
Pomimo smutku jest w tym jakaś słodycz.
Jak w powitaniu poranka na brzuchu. Niewiele więcej
jest przed. Może oprócz bycia na każdym brzegu.
Piasek jest wtedy oczywisty jak nieoczywistość wad.

Coś doskonałego brzmi w kroplach chwil.
Dudnią w szyby zegarów aż kuje w uszach.
Zapewniają śmiertelność. Ogłaszają że nie taki tam
straszny żal umierać.

Kiedy noc zasypia ty się budzisz.
Studzisz chłodem księżyca płoche ciepło warg.
Stawiasz pewność ponad wiarę w cokolwiek.
Rozmyślasz ile zostaje po tamtej stronie.

Trzeba cię coraz mocniej namawiać na starość. 

                                                   Leon Gutner

 

 

Leon Gutner – urodzony zimą 1974 roku w Olsztynie gdzie zamieszkuje obecnie, chociaż nosiło go po świecie. Kilka lat spędził w Wielkiej Brytanii. Warsztaty literackie omijał z uwagą a wiersze przybyły do niego same w szkolnych latach osiemdziesiątych. Najpierw Jan Lechoń a potem Leonard Cohen zrobili swoje. Postanowił wtedy że chce tak jak oni, albo przynajmniej podobnie. Twórczo wybrał trudne tematy przemijania i międzyludzkich relacji damsko męskich. Bazuje na doświadczeniach innych i swoich własnych. Tak się złożyło że inni wysłali a jeszcze inni przyznali kilka nagród w OKP. Na co dzień pracuje jako handlowiec a w wolnych chwilach pisze, czyta, słucha muzyki. Kiedy pogoda dopisuje to w góry albo nad morze. Tomiku nie wydał jeszcze bo sam sobie nie wyda żeby nie karmić Ego. Może ktoś, gdzieś, kiedyś. Można go obszernie poczytać na:

leongutner.wixsite.com/schody-na-poddasze